Życie głębokie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maurice Maeterlinck
Tytuł Życie głębokie
Pochodzenie Piękność wewnętrzna i Życie głębokie
Data wydania 1923
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Druk Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów; Złoczów
Tłumacz Gustaw Bolesław Baumfeld
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Życie głębokie.

Dobrze jest przypominać ludziom, że nawet najlichszy wśród nich „ma możność wedle boskiego wzoru, którego on sam nie wybiera, wyrzeźbić wielką moralną postać, która w równych częściach składa się z niego i z jego ideału; i że to właśnie jest napewno tem, co posiada pełne i rzeczywiste życie.“
Każdy musi sobie wyszukać osobną możność wyższego życia w skromnej rzeczywistości życia codziennego. Ponad to niema w naszem życiu szlachetniejszego celu. Tem, co nas odróżnia od innych, są nasze stosunki z Nieskończonością. Bohater jest tylko dlatego większy od nędzarza, który kroczy przy nim, że w pewnym okresie swego bytowania posiadł żywszą świadomość jednego z tych stosunków. Jeżeli prawdą jest, że Stworzenie nie poprzestało na człowieku i że wyższe istoty niewidzialne krążą wkoło nas, to te istoty wyższemi są od nas tylko przez to, że mają z Nieskończonością związki, których my przeczuwać nawet nie możemy.
Danem nam jest pomnażać te związki. W życiu każdego z nas jest jeden dzień, w którym niebo samo z siebie się otwiera, i od tej chwili liczy się życie prawdziwej duchowej osobistości tego człowieka. W tej chwili bez wątpienia kształtuje się wieczne, niewidzialne oblicze, które nieświadomie pokazujemy duszom i aniołom. Ale dla przeważnej większości ludzi niebo w ten sposób otwiera się tylko przypadkiem. Ci nie wybrali oblicza, po którem ich aniołowie poznają w nieskończoności jako dawnych znajomych; ani też nie umieją tych rysów oczyścić lub uszlachetnić. Ich urodził tylko przypadek uradowania, smutku, przestrachu lub myśli.
Bo w rzeczywistości rodzimy się w tym dniu, w którym po raz pierwszy czujemy głęboko, że w życiu jest coś poważnego i niespodzianego. Jedni odkrywają nagle, że nie są sami pod sklepieniem niebieskiem; a inni nagle przy jakimś pocałunku, przy jakiemś łzy uronieniu spostrzegają, że „źródło wszystkiego, co najlepsze i najświętsze, od Boga aż po świat, leży poza nocą, pełną gwiazd niezmiernie dalekich;“ ktoś trzeci widzi rękę jakąś boską, jak wyciąga się pomiędzy jego radość i klęskę, a ktoś czwarty pojął, że umarli mają słuszność. Tego ogarnęła litość, tamtego trwoga, innego wreszcie podziw. Najczęściej prawie niczego nie trzeba, — słowa, ruchu, drobnostki, która nawet myślą nie jest. „Niegdyś kochałem cię, jak brata“ — mówi jeden z bohaterów Szekspira na widok jakiegoś działania, które podziwia — „teraz jednak szanuję cię, jak swoją duszę.“ Prawdopodobnie w tym dniu przyszła na świat jakaś istota.
W ten sposób możemy częściej niż raz się urodzić; i po każdych takich narodzinach zbliżamy się nieco do swego bóstwa. Jednakże prawie wszyscy zadowalniamy się tem, że czekamy, aż jakieś zdarzenie, pełne nieodpartej światłości, dotrze do naszej ciemni i oświeci nas mimo naszą wolę. Oczekujemy jakiegoś szczęśliwego wpływu, ktoryby naszej duszy oczy otworzył, właśnie w tej chwili, kiedy nas spotka coś niezwykłego. Ale światło jest we wszystkiem, co się dzieje; i najwięksi wśród ludzi dlatego tylko byli wielkimi, że z nawyknienia już niemal otwierali oczy na każde światło. Czyż dopiero musi matka na rękach twoich skonać, twoje dziecko zginąć przy rozbiciu się okrętu albo ty sam ujść śmierci, — abyś się w końcu nauczył, że żyjesz w niepojętym świecie, w którem miejsce twoje raz na zawsze, i w którym Bóg, którego się nie widzi, zawsze sam żyje ze swoimi stworami? Czy dopiero musi oblubienica twoja zginąć wśród pożaru albo przed oczami twojemi w zielonych głębiach morza zatonąć, abyś na chwilę ujrzał, że ostatnie kresy państwa miłości wybiegają może daleko poza niewidzialne już prawie żary Miry, Altaira albo włos Bereniki? Gdybyś był miał oczy otwarte, byłbyś mógł przy pocałunku spostrzedz, czego dziś katastrofa musiała cię nauczyć. Czy dopiero ból musi ukłuciami włóczni zbudzić boskie wspomnienia, które w naszej duszy drzemią? Mędrzec nie potrzebuje tych wstrząśnień. On przypatrzy się łzie, ruchowi dziewicy, albo spadającej kropli wody; wsłucha się w myśl mijającą, uściśnie dłoń przyjaciela albo zbliży się do ust — z otwartemi oczami i duszą otwartą. Może widzieć ciągle, co ty tylko na chwilę ujrzałeś; i bez trudu uczy go uśmiech tego, co tobie musi dopiero burza i ręka śmierci odkryć.
Albowiem czem jest w istocie wszelka tak zwana „mądrość“, „cnota“, „bohaterstwo“, czem są wszystkie „wzniosłe chwile“ i „wielkie zdarzenia“ życia, jeżeli nie chwilami, w których wyszliśmy z siebie mniej lub więcej daleko, w których, bodaj przez jedną minutę, możemy stanąć na progu wieczystej bramy, w których spostrzegamy, że nawet najmniejszy okrzyk, najbledsza myśl i ruch najsłabszy nie zapadają w nicość, albo raczej, że skoro padną, sam ten upadek tak jest ogromny, iż wystarcza, aby życiu naszemu nadać piętno wzniosłości. Czemu czekacie, aż przy trzasku piorunu otworzy się niebo? Musimy czatować na szczęśliwe chwile, w których się otworzy w milczeniu, a nie zawiedzie naszego oczekiwania. Szukacie Boga w życiu swojem; i mówicie, że Bóg się wam nie jawi. A jednak czyjeż życie nie ma tysiąca chwil, które podobne są chwili owego dramatu, kiedy to wszyscy czekają nagłej pomocy Boga i nikt jej nie spostrzega, aż niewidzialna myśl, która odwróciła świadomość umierającego, odzywa się nagle, albo jakiś starzec zaszlocha z radości i zdumienia: „Mój Boże, widzę cię! Boże...“
Czy zawsze musi nas ktoś najpierw uwiadomić, i czy dopiero wtedy możemy paść na kolana, kiedy ktoś nam powie, że Bóg przechodzi? Kiedy kochałeś z głębi duszy, czy musiał ci ktoś wtedy tłómaczyć, że twoja dusza była wtedy równie wielka jak światy, że gwiazdy, kwiaty, fale nocy i morza nie były same, że nic nie ginęło i że wszystko poczynało się już przed progiem zjawisk; i że nawet usta, które całowałeś, były ustami istoty piękniejszej i czyściejszej, niż ta, którą ujmowałeś w ramiona. Wtedy widziałeś coś, czego nigdy w życiu nie spostrzega się bez up0jenia. A wszakże czyż nie można zawsze żyć tak, jakby się kochało? Bohaterowie i święci tak właśnie, nie inaczej, żyli. Ach, doprawdy! Czekamy trochę za długo w tem życiu, jak owi ślepcy w bajce, którzy długą podróż odbyli, żeby posłyszeć swego Boga. Usiedli na stopniach, a kiedy ich ktoś zapytał, co robią tutaj u proga świątnicy, odpowiedzieli, potrząsając głowami: „Czekamy, a Bóg jeszcze słowa nie wyrzekł.“ Ale tego nie widzieli, że wrota świątyni są zamknięte, i nie wiedzieli, że głos Boga napełnia gmach jej. Nasz Bóg ani na chwilę nie przestaje mówić; ale nikomu nie przyjdzie na myśl otworzyć wrota świątyni. A przecież, gdyby się na to chciało uważać, nie byłoby trudno w każdem zdarzeniu życia usłyszeć słowo, które Bóg musiał je wyrzec.
Wszyscy żyjemy w sferze wzniosłości. I w czemże innem żyć mamy? Niema dla życia miejsca gdzieindziej. Tem, czego nam brak, nie jest nigdy — sposobność do życia w niebie; nam brak uwagi i gotowości, i nieco upojenia duszy. Kiedy masz tylko małą izdebkę, sądzisz, że nie jest prawdą, jakoby tam także Bóg przebywał i że tam nie można żyć wyższem życiem? Kiedy się skarżysz, że jesteś sam, że niczego na swojej drodze nie spotykasz i nikt cię nie kocha ani ty nikogo nie kochasz, czy nie przyjdzie ci na myśl, że słowa łudzą i zwodzą? Że nie możliwe, by ktoś żył sam jeden? Czy sądzisz, że miłość jest rzeczą, o której się wie, którą się widzi? I że zdarzenia waży się, jak złoto i srebro, przeznaczone na okup? Czyż myśl żywa — (wzniosła lub licha, mniejsza o to; jeżeli tylko wyjdzie z naszej duszy, jest dla nas wielka) — albo górne życzenie albo po prostu chwila uroczystego spojrzenia na życie czyż te nie mogą dotrzeć do małej izby? A jeżeli nawet nie kochasz ani nie jesteś kochany a jednak jesteś w stanie z niejaką siłą postrzegać, że tysiąc rzeczy jest pięknych, że dusza jest wielka a życie niemal nad wyraz poważne, — czyż to nie jest równie piękne, jak gdybyś kochał albo był kochany. A jeżeli nawet niebo jest dla ciebie zakryte, „wielkie niebo gwiaździste“, jak śpiewa poeta, „czyż ono mimo to przecież nie rozpościera się ponad twoją duszą w postaci śmierci?“ Wszystko, co nas spotyka, jest wielkie miarą Boga, i jesteśmy ciągle w środkowym punkcie wielkiego świata. Ale trzebaby się przyzwyczaić do tego, by żyć, jak anioł, który właśnie się urodził, jak kobieta, która kocha, albo jak człowiek, który leży na łożu śmierci. Gdybyś wiedział, że dzisiejszego wieczora umrzesz albo tylko odejdziesz stąd na zawsze: czy widziałbyś ludzi i rzeczy takiemi, jakiemi je widziałeś aż do dnia dzisiejszego? I czy nie kochałbyś, jak nigdy jeszcze nie kochałeś? Czy dobroć czy złość zjawisk otoczenia wzrosłaby w oczach twoich? Czy danemby ci było ujrzeć piękność czy brzydotę dusz otaczających? Czyż wtedy wszystko, nawet zło i cierpienie, nie zamienia się w miłość i w błogie łzy? Czy, jak to ów mędrzec powiedział, sposobność do przebaczenia nie odejmuje nieco goryczy pożegnaniu lub śmierci? A jednak: czy w tem świetle zasmucenia albo śmierci uczyniono ostatnie kroki ku prawdzie lub błędowi, jakie da się uczynić?
Czy żywi czy umarli są tymi, którzy umieją patrzyć i czynią wedle słuszności? Ach, błogosławieni są ci, którzy tak myśleli, mówili i działali, że osiągnęli sposób widzenia umierających, albo ci, których wielki ból uczynił jasnowidzącymi! Niema słodszej nagrody dla mędrca, który nie miał w życiu słuchaczy. Jeżeli żyłeś w ukrytej piękności, nie martw się tem! Nakoniec w sercu każdego wybije godzina najwyższej sprawiedliwości; i nieszczęście otworzy oczy, które nie otwierały się nigdy. Kto wie, może w tej chwili przesuwasz się koło duszy umierającego, jak cień tego, który znał już prawdę. Na łożach śmierci może splatają się w jeden prawdziwy i najcenniejszy wieniec mędrcy, bohaterowie i ci, którzy w górnych, czystych i przemilczanych smutkach życia duszy umieli żyć poważnie.
„Śmierć“ — mówi Lavater — „upiększa nie tylko martwą formę, lecz także życiu nadaje piękniejszą postać nawet sama myśl o śmierci.“ I zarówno upiększa nasze życie każda myśl, która jest z nieskończoności, jak śmierć. Ale nie trzeba się w tych rzeczach łudzić. Każdy ma szlachetne myśli, które jak wielkie białe ptaki przeciągają nad naszemi sercami. Ach, ale o nich się mówi; to są nieznajomi przybysze, których spostrzega się ze zdumieniem i odpycha się z niechęcią. Nie mają czasu dotknąć się naszych dusz. Aby dusza nasza stała się poważną i głęboką, nie wystarcza przez chwilę w cieniu śmierci lub wieczności, w świetle prawdy lub w płomieniach piękności i miłości na świat patrzyć. Każdy człowiek miał podobne chwile, które w nim pozostawiły tylko garść bezużytecznych popiołów. Nie wystarcza przypadek, potrzeba koniecznie nawyknienia. Musimy się uczyć żyć w przyzwyczajeniu do piękna i powagi. W życiu nawet najniższe istoty poznają piękno i szlachetność, które się czynić powinno; ale to piękno i ta szlachetność nie mają u nich dość siły. Tę niewidzialną i abstrakcyjną siłę musimy przedewszystkiem starać się pomnożyć. A ta siła mnoży się tylko u tych, którzy nawykli częściej, niż inni unosić się na wierzchołki, kędy życie zdobywa duszę i skąd się widzi, że każde działanie i myśl każda niezawodnie związana jest z czemś wielkiem i nieśmiertelnem. Patrzmy na ludzi i rzeczy wedle kształtu i życzenia swego wewnętrznego oka, ale nie zapominajmy nigdy, że cień, który rzucają, przesuwając się przed nami, na mur lub pagórek, jest tylko znikomym obrazem potężniejszego cienia, który jak skrzydło niezniszczalnego łabędzia roztacza się ponad każdą duszą, która się do ich duszy zbliża. Nie trzeba sądzić, że podobne myśli są niczem więcej, tylko ozdobą, i że nie mają wpływu na życie tych, którzy je dopuszczają. O wiele mniej ważnem jest życie swoje kształtować, niż ujrzyć je, bo ono samo kształtuje się, skoro tylko się je ujrzało. Myśli, o których mówię, tworzą tajemny skarb bohaterstwa, i w dniu, w którym życie zmusza nas ten skarb otworzyć, zdumieni jesteśmy, że nie znajdujemy w nim żadnych innych sił ponad te, które nas prą do zupełnej piękności. Wtedy nie trzeba dopiero śmierci wielkiego władcy, żebyśmy przypomnieli sobie, „że świat nie kończy się u drzwi domu naszego“, i najmniejsza drobnostka wystarcza, aby duszę każdego wieczora uszlachetniać.
Ale w piękności i urodzajnych głębiach, w których żyli bohaterowie, żyć się będzie nie przez to, że się powie, iż Bóg jest wielki i my poruszamy się w jego światłości. Może się zdarzyć, że rano i wieczór myślisz o tem, iż ręce wszystkich niewidzialnych mocy wyciągają się ponad twoją głową jak namiot o niezliczonych fałdach, a mimo to nigdy nie ujrzysz najmniejszego ruchu tych rąk. Musimy roztoczyć niestrudzoną uwagę, i lepiej jest czuwać na publicznem miejscu, niż zasypiać w świątyni. Piękność i wielkość jest we wszystkiem; dlatego wystarcza także nieoczekiwana sposobność, żeby ją nam pokazać. Ogół wie o tem; ale ich wiedza jest daremna; tylko pod ciosami losu albo śmierci gonią wokół ścian bytu i szukają szpar, przez które widać Boga. Wiedzą o tem dobre, że w ubogich ścianach chaty znajdują się wieczyste szpary, i że nawet najmniejszych szyby okien nie ujmują nieskończoności niebiańskiej przestrzeni ani jednego rysu i ani jednej gwiazdy. Ale nie wystarcza posiadać prawdę, prawda musi nas posiadać.
A przecież jesteśmy w świecie, w którym najdrobniejsze objawy tak łatwo przyjmują coraz czyściejszą i wyższą formę piękności. Nic łatwiej nie da się zmieszać, jak niebo z ziemią; i, jeżeli w gwiazdy patrzyłeś, zanim pocałowałeś ukochaną, to twój pocałunek nie był taki, jak kiedy patrzyłeś na ściany swego pokoju. Bądź tego pewny, że w dniu, w którym starałeś się dojrzeć promień światłości przez jedną ze szpar bramy życia, uczyniłeś coś równie wielkiego, jak gdybyś był obwiązał rany nieprzyjaciela, — bo w owej chwili nie miałeś więcej nieprzyjaciół.
Musimy żyć wśród czatowania na swego Boga, gdyż Bóg ukrywa się, ale jego kryjówki, skoro się raz je poznało, wydają się tak prostemi i tak pełnemi uśmiechu. Od tej chwili lada co odkrywa nam jego obecność, i wielkość naszego życia zależy odtąd od rzeczy tak niewielkich. Tak u poetów gdzieniegdzie znajduje się wiersz, który wpośród skromnych wydarzeń naszego dnia zwyczajnego zdaje się nam otwierać coś ogromnego. To nie było żadne uroczyste słowo, i, rzecby można, żadne wezwanie. A jednak jakaś twarz niezapomniana skinęła ku nam z poza łez jakiegoś starca, cała moc aniołów roztacza się wokół uśmiechu dziecka, a przy krótkiem „tak“ lub, nie“ jakiejś duszy, która sobie gwarzy i nuci, zajęta zupełnie czem innem, wstrzymaliśmy oddech na chwilę i powiedzieliśmy sobie nagle: „Zaprawdę, to jest dom Boży, i tu jest siedziba niebios.“ A to wszystko dlatego, że poeci więcej, niż my, zważają na „nieskończone ciemnie...“ W istocie najwyższa poezya nie jest niczem innem, jak tem, i „nie ma innego celu ponad ten, by zachować otwarte te wielkie drogi, które wiodą od widzialnego do niewidzialnego.“ Ale to jest także najwyższym celem życia, i o wiele łatwiej osiągnąć cel ten w życiu, niż w najszlachetniejszych p0ezych, ponieważ te musiały złożyć wielką parę skrzydeł milczenia. Niema dni małych. Ta myśl musi wniknąć w życie nasze i tam ukształtować się. Nie chodzi o to, by być smutnym. Małe uciechy, uśmiech mały, wielkie łzy, to wszystko zajmuje to samo miejsce w czasie i przestrzeni. Możesz się w życiu bawić tak niewinnie, „jak dziecko przy łożu śmierci“, i łzy nie są niezbędne. Uśmiech otwiera bramy innego świata równie, jak łzy. Odchodźcie i przychodźcie, wyprowadzajcie się; znajdziecie, czego wam trzeba w ciemności, ale nie zapominajcie nigdy, że jesteście blizko bramy.
Po tem długiem zboczeniu wracam do punktu, z którego wyszedłem, „że dobrze jest ludziom przypominać o tem, iż nawet najlichszy wśród nich ma możność, wedle boskiego wzoru, którego sam nie wybiera, wyrzeźbić wielką moralną postać, która w równych częściach składa się z niego i z ideału.“ Ale tę „wielką moralną postać“ rzeźbiono zawsze tylko w głębinach życia, a współdziałanie owego nierozłącznego ideału powiększa się tylko przez nieustanne „odsłanianie w dziedzinie boskości.“ Każdy może w duchu wspiąć się na wyżyny życia cnotliwego i wiedzieć każdej chwili, coby trzeba było uczynić, żeby działać jak bohater albo jak święty. Ale nie o to chodzi. Atmosfera wokół nas musi się tak dalece przemienić, że w końcu równą się stanie atmosferze pięknych krain złotego wieku Swedenborga, kędy powietrze samo nie pozwalało kłamstwu wyjść z ust. Nadejdzie potem czas w którym najmniejsze zło, jakie się miało uczynić, upadnie nam do stóp, jak ołowiana kula, odbita od tarczy bronzowej, czas w którym się wszystko bez naszej wiedzy zamieni w piękność, miłość i prawdę. Ale ta atmosfera otacza tylko tych, którzy dość często usiłowali przewietrzyć komnaty swego życia, otwierając drzwi ku światu drugiemu. W pobliżu tych drzwi widzi się. W pobliżu tych drzwi kocha się. Albowiem kochać bliźniego znaczy nie tylko oddać się mu całkiem, służyć mu, pomagać, a innym nie odmawiać pomocy. Może się zdarzyć, że wśród największych ofiar nie będziesz ani dobrym ani pięknym ani szlachetnym; a siostra miłosierdzia, która umiera zarażona przy łożu chorego na tyfus, może mieć duszę zjadliwą, niską i godną politowania. Kochać bliźniego w ustawicznej głębi znaczy kochać to, co jest wiecznem w życiu drugich, bowiem najbliższym ze wszystkich jest ten, który do Boga najbardziej się zbliży t. j. do tego, co w człowieku najczystsze i najlepsze; i tylko, kiedy się ciągle trzymamy pobliża bram o których dopiero co mówiłem, odkrywa się boskość, która jest w duszach. Wtedy będzie można powiedzieć za wielkim Jean Paulem: „Jeżeli chcę bardzo czułą miłość zachować dla drogiej istoty i wszystko jej przebaczać, to tylko muszę przez krótki czas w milczeniu na nią patrzeć.“ Musimy się uczyć patrzeć, aby nauczyć się kochać. „Dwadzieścia lat żyłem koło swej siostry“ — powiedział mi raz mój przyjaciel — ale widziałem ją dopiero w chwili, kiedy nasza matka umarła.“ I tutaj trzeba było, by śmierć gwałtownie rozwarła bramę, aby dwie dusze poznały się w blasku pierwotnej światłości. A czyż jest choć jeden między nami, któryby nie był otoczony siostrami, których nie ujrzał?
Na szczęście nawet w tych, którzy najmniej widzą, znajduje się zawsze coś, co działa w milczeniu, jak gdyby oni widzieli. Może: dobrym być nie jest niczem więcej, jak tylko w nieco większem świetle być tem, czem wszyscy są w ciemności. I dlatego bez wątpienia jest korzystnem usiłowanie, żeby życie swoje wznieść wyżej i dążyć do wierzchołków, kędy osiąga się niemożliwość czynienia złego. Dlatego jest korzystnem przyzwyczaić oko do oglądania ludzi i rzeczy w boskiej atmosferze. Ale nawet i to nie jest nieodzowne; i jak małą musi być też taka różnica naszego patrzenia w oczach Boga! Jesteśmy w świecie, w którym prawda panuje na dnie rzeczy i nie ona, ale kłamstwo, potrzebuje wyjaśnienia. Jeżeli zasmuca cię szczęście twego brata, nie gardź sobą! Nie będziesz miał już długiej drogi przed sobą, aby znaleźć w sobie samym coś, co nie będzie zasmucone. A jeżeli nie przebędziesz tej drogi: cóż z tego? To coś przecież nie będzie się smuciło szczęściem brata...
W tym, który o niczem nie myśli, jest ta sama prawda, co w tym, który myśli o Bogu; nieco tylko dalsza jest od progu; to wszystko. „Nawet w najpospolitszem życiu“ — mówi Renan — „ilość tego, co się czyni dla Boga, jest niezmierna. Najniższy człowiek woli być sprawiedliwym, niż niesprawiedliwym; my wszyscy modlimy się i uwielbiamy bezwiednie, i to niejednokrotnie w ciągu dnia.“ I zdumienie ogarnia nas, kiedy nagle przypadek odsłania nam znaczenie tego boskiego udziału. Wokół nas są tysiące i tysiące biednych istot, które w swojem całem życiu nie widziały nic pięknego. Przychodzą i odchodzą po ciemku; zdaje nam się, że one wszystkie są martwe i nikt na nie nie zważa. Aż nadchodzi dzień, w którym proste słowo, niespodziane zniknięcie, drobna łza, która wprost ze źródła piękności spłynęła, może nas pouczyć, że one znalazły środki i drogi ku wyżywieniu w swej duszy ideału, który jest tysiąckroć piękniejszy, niż najpiękniejsze rzeczy, jakie ich uszy słyszały i jakie ich oczy widziały. O szlachetne i blade ideały milczenia i ciemności! Wy jesteście pierwsze, które budzą uśmiech aniołów i prostą drogą ku niebu kroczą! W jakże niezliczonych chatach, w jakich jaskiniach niedoli i w jakich więzieniach karmi się was może w tej chwili łzami i najczyściejszą krwią biednej duszy, która nigdy się nie uśmiechała; podobnie, jak kiedy wszystkie kwiaty wokoło pomarły a pszczoły Tej, która ma być ich królową, jeszcze tysiąckroć cenniejszy miód znoszą, niż ten, który dzielą ze swemi małemi siostrami życia codziennego... Któż z nas niejednokrotnie nie znalazł wzdłuż dróg życia opuszczonej duszy, która przecież nie straciła odwagi ssania w ciemności myśli, bardziej boskiej i czystej, niż te, które tak wielu miało sposobność wybrać w świetle. Także i tu prostota jest ulubioną Boga niewolnicą, i może to, że kilku mędrców wie dokładnie, co trzeba czynić, jest zdolne wystarczyć, aby reszta czyniła tak, jakby to także wiedziała...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Maurice Maeterlinck i tłumacza: Gustaw Bolesław Baumfeld.