Pod prawem/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Pod prawem
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Cały zbiór
Indeks stron
IV.

Koza w G. niewiele się różniła od innych tegoż rodzaju instytucyj małomiasteczkowych. Zabite deszczułkami okienko rzucało skąpe światło na błotnistą podłogę, odrapane ściany krzywiły się każda w inną stronę; pod jedną ze ścian tych stała brudna, wązka ława, przez drugą słuchać było wesołe krząkanie magistrackiéj trzody. Grube płachty pajęczyn zwieszały się od pułapu i po mrocznych kątach, garść słomy leżała pod oknem, pieca wcale nie było. Zbytkowną część budynku stanowiły drzwi, nieheblowane wprawdzie, ale z nowych, mocnych desek wielkiemi bretnalami zbite, na urząd dopasowane, ryglem i kłódką z zewnątrz opatrzone.
Koza w G. nigdy nie bywała pusta. A jeśli w niéj nawet chwilowo lokatora brakło, wstawiano tam stare beczki od kapusty, zesypywano wióry, plewy, ogrodowiznę, łupiny od jarzyn — co Bóg dał.
Powietrze téż było tu ciężkie, duszące, zastarzałym jakimś kwasem przejęte, a przegniłe przyciesie od strony chlewika sączyły wilgoć nieustanną.
W takiéj to kozie od trzech dni siedziała Hanka, kiedy wpuszczono do niéj nową lokatorkę. Była to Walera, wesoła towarzyszka Calika, amatorka spódnic z wszywkami i pończoch w paski, które po długich poszukiwaniach i licznych przygodach udało się wreszcie odebrać pani kasyerowéj, w stanie pozostawiającym coś nie coś do życzenia.
Hanka tylko co przebyła silny paroksyzm febry i, leżąc nawznak w gorączce, szklistemi oczyma wodziła po brudnym pułapie. Brudnego pułapu nie widziała wszakże, tylko napełniony niebieskawym dymem tytuniowym pokój kancelaryjny, w którym ją Fedorenko przed wielmożnym sekretarzem trzy dni temu stawił. Pokój ten pusty i mroczny majaczył teraz przed dziewczyną, jak otchłań bezdenna, z głębi któréj czerwone źrenice pana sekretarza gorzały ku niéj, niby dwie latarnie. Przewróciła się na bok, nie mogąc znieść ich widoku, i przymknęła oczy. Wtedy w uszach jéj zaczęły skrzypiéć i zgrzytać wiatrakowe śmigi, a w ich pisku słyszała wyraźnie świszczące szepty: Czego się zrywasz, głupia... głupia... głupia...
Szepty te zmieniły się po chwili w jakiś jęk przeciągły, który, nie wiedziała, czy szedł z ziemi, czy z nieba, czy z jéj własnéj piersi; potém zahuczał gdzieś dzwon i huczał, huczał, aż w huku tym zabrzmiał rozkaz pana sekretarza: Na trzy dnia w komorku, a potém do mnie, do prania... Won! — Zerwała się i siadła. U drzwi słychać było krzyki, płacz i szamotanie. Zacisnęła zęby i pięście. Zdawało jéj się, że to ją ciągną już do tego prania, i że się ona bronić musi, musi...
Nagle rygiel odskoczył, a wepchnięta do izdebki Walera znowu się z wrzaskiem do drzwi rzuciła, lżąc strażników na czém świat stoi, dopóki kłódka nie została zamkniętą, a kroki odchodzących nie ucichły zupełnie. Wtedy uspokoiła się w jednéj chwili, obejrzała, otarła oczy, a poznawszy siedzącą na słomie Hankę, przyskoczyła do niéj i na znak radości z tak szczęśliwego spotkania z całéj siły ją kułakami okładać po plecach zaczęła.
Oprzytomniwszy w ten sposób chorą, na słomę się przy niéj rzuciła i, przerywając sobie cochwila klątwami i śmiechem, rozpowiadała, w jaki ją sposób razem z Calikiem na Utracie chwycono. Chwycenie to wszakże niebardzo ją martwiło.
— Co oni mi tam zrobią, pogańskie dusze! — kończyła z wielką fantazyą. — Koza... wielka mi rzecz, koza! A cóż to ja kozy nie znam, czy co? I jeszcze co to za koza! Powiadała mi Korbielakowa, że tu cała jedna ściana taka zgniła, że jakby kto dobrze kichnął, toby się to wszystko do licha rozleciało. Żeby ich!...
Obejrzała się po kątach.
— A co oni? drugiéj słomy dla mnie nie dali?
Skoczyła do drzwi i zaczęła w nie bić pięścią.
— Nie szumi! — odezwał się głos przeciągły z zewnątrz.
— Ty sam nie szumij, sadło niedźwiedzie! — wrzasnęła Walera. — A czemu to wy nam drugiéj słomy nie dali? Idź zaraz dokładaj panu burmistrzowi, co tu na dwie tylko jedna słoma. Żeby was!...
Ucichła na chwilę i, jak stała, tak przykucnąwszy przy drzwiach na ziemi, głowę rękami podparła i szlochać zaczęła. Wyszlochawszy się, na barłóg poszła, wpoprzek się na nim rzuciła i wkrótce chrapnęła głośno.
Hanka siedziała ciągle z twarzą rozpaloną, wyciągniętą szyją i wlepionym w kąt izby wzrokiem. Wzrok ten wyrażał najwyższą, graniczącą niemal z obłędem trwogę. Splecione jéj ręce obejmowały kolana, dreszcz wstrząsał jéj szczupłém, wątłém ciałem. Ubiegła tak godzina, ubiegły dwie, a w miarę zapadającego zmierzchu zaczęły się po kątach z piskiem gonić szczury, żerujące tu na resztkach głąbów po niedawno sprzątniętéj kapuście. Z za ściany dolatywało głuche krząkanie. Walera chrapała, jakby ją kto dusił. Coś ohydnego było w tych szmerach, toczących ciszę téj brudnéj izby, jak czerw toczy trupa...
Hanka usiłowała myśléć. Nigdy jéj to łatwém nie było, a teraz przychodziło z podwójną trudnością. Myślała jednak.
...Trzeci dzień siedzi już w kozie... Trzeci raz słyszy, jak szczury żerują nocą... A pan sekretarz mówił: na trzy dni w komórkę... A potém... do prania... do niego...
Wstrząsnęła się.
Kto jéj to mówił kiedyś, że... aha, Walera mówiła Korbielakowéj... Walera śpi... O, jak to chrapie... Nie, to Korbielakowa powiadała, że tu ściana zgniła...
Obróciła się z trudem za siebie.
...Która téż to ściana?... Matko najświętsza, jak jéj téż w głowie huczy! Żeby tak choć jedna deska...
Opuściła ręce i wsparłszy się niemi na barłogu, usiłowała powstać. Ale tylko ramiona dźwignęła w górę i znowu opadła.
...Nie pójdzie jutro do prania... Ani jutro, ani nigdy... nie pójdzie do niego... Żeby się ta święta ziemia pod nią rozstąpiła — nie pójdzie! Tak jéj Panie Boże dopomóż i wszyscy „święci...”
Wyciągnęła rękę, a natrafiwszy poomacku dzbanek, wypiła resztkę wody.
Upłynęła jeszcze godzina. Sen morzył dziewczynę, ale gorączka ustąpiła nieco.
...Jeśli to prawda, że tu ściana zgniła, to chyba ta, co przy niéj beczka stoi... Widziała we dnie, że tam deska spaczona odstaje i że przez nią dzień świta.
...O Matko przenajświętsza!... żeby téż tak...
Nie dokończyła swojéj myśli, ale jakby dźwignięta jéj siłą, wstała i macając wzdłuż ściany, do beczki szła wśród pisku spłoszonych szczurów. Doszedłszy, rękoma się jéj wierzchu chwyciła, bo ją znów zimno ogarniać zaczęło, i stała tak, dygocząc cała i szczękając głośno zębami. W głowie jéj huczało, zapomniała, gdzie jest i po co tu z barłogu się przywlokła; instynkt wszakże jakiś trzymał jéj zaciśnięte ręce, a usta poruszały się same przerywanym szeptem: ...O Matko przenajświętsza...
Oprzytomniała wreszcie, ścisnęła szczękające zęby i, wszystkie siły zebrawszy, beczkę piersiami i rękoma pchnęła. Beczka wszakże nie poruszyła się z miejsca. Wtedy dziewczyna zagłębiła w niéj rękę i przekonała się, że prawie pod wierzch nasypana jest plewami. Schyliła się tedy i zaczęła je wybierać z gorączkowym pośpiechem. Pot wystąpił jéj na twarz, nogi się pod nią trzęsły, ale kupa plew rosła, a tuż do niéj zbiegały się żerujące szczury. Poruszyła się wreszcie beczka z głuchém dudnieniem, a przyciśnięta nią poprzednio do połowy deska więcéj jeszcze odchyliła się od zrębu. Hanka przysiadła na ziemi i, dysząc ciężko, odpoczywała przez chwilę. Potém nagle za deskę chwyciła, ciągnąc ją do wnętrza. Ciągnęła, odpoczywała i znowu ciągnęła, usiłowania jéj wszakże długo były daremne. Dziewczyna przecież nie puszczała deski. Paznokcie jéj, konwulsyjnie w drewno wszczepione, krwawić zaczęły, zaciśnięte zęby nie przepuszczały już teraz żadnego szeptu, jakaś rozpaczliwa energia rozdymała jéj nozdrza, a świszczący oddech coraz chrapliwszym się stawał.
Zatrzeszczała wreszcie nadgniła deska raz, potém drugi raz i trzeci, aż pękła wpośrodku ściany, a ciągnąca ją do siebie dziewczyna nawznak zamroczona padła. Zimne wszakże powietrze nocy, szeroką falą wpływające teraz do wnętrza komórki, orzeźwiło ją prędko. Zerwała się i ku Walerze, nadsłuchując, wyciągnęła szyję. Walera spała mocno, chrapiąc przewlekle żałosnym, minorowym tonem. Przyklękła wtedy Hanka i wsunęła głowę przez otwór zrobiony w ścianie. Cicho było dokoła i ciemno. W ciemność tę wpatrzyła się dziewczyna chciwie, jakby ją piła wzrokiem. Przesunęła się potém cała na drugą stronę ściany i z bijącém sercem przy niéj stanęła, niepewna, którędy uciekać. Wtém przypomniało jéj się, że zostawiła na barłogu swoję wielką chustkę. Pokiwała głową i westchnęła, poczém, skuliwszy się jak mogła, chyłkiem pod ścianami na tyły zabudowań gospodarskich wyszła. Kołowrot tu stał, który pod ręką dziewczyny skrzypnął lekko. Skrzypnięcie to uderzyło w nią nagłém jakiémś przypomnieniem. Sięgnęła do kieszeni i, wyjąwszy z niéj dużą miedzianą dziesiątkę, którą pan sekretarz dał jéj był w polu na wódkę, na słupku ją położyła.
Przez chwilę jeszcze widać było drobną postać uciekającéj dziewczyny w stronę pola, poczém postać ta wsiąknęła w ciemność i znikła...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.