Pod prawem/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Pod prawem
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Cały zbiór
Indeks stron
V.

Mżyło. Zimny i chmurny dzień miał się ku schyłkowi, coraz grubszym zachodząc zmierzchem. Gromady robotników i robotnic, wypuszczone z śródmiejskich fabryk, rozbijały się na pojedyńcze kupki, drobniejącę w miarę zapuszczania się w odleglejsze uliczki ubogich dzielnic miasta. Gwar ich rojny i nieokreślony zrazu słabł i przycichał stopniowo, zmieniając się na wyraźniejsze rozmowy dążących w jednę stronę towarzyszy. Środkiem ulicy szli ciężkim krokiem murarze, niosący cebrzyki, kielnie, sznury lub kawałki drzewa, to w ręku, to na plecach, jak któremu dogodniéj się zdało; obok, po stronach, nadążały im kroku najemnice w białych płóciennych świtkach, z czerwono-żółtemi od pyłu ceglanego twarzami.
Pomiędzy tą rzeszą ludzką, posuwającą się hałaśliwie, zamaszyście, śmiało, snuł się wzdłuż parkanów cień drobny, skulony, trwożliwie rozglądający się dokoła. Była to Hanka. Szła szybko, ostrożnie, popychana usuwała się, znikała niemal, starając się tyle tylko zabrać miejsca, ile konieczném było do postawienia dwóch stóp bosych, w drewnianych trepkach tkwiących. Chude jéj łokcie przyciśnięte były do boków szczelnie, ręce głęboko wsadzone w rękawy zwisającego z pochylonych pleców kaftana, mała, szara chustczyna, na głowie związana, niedostatecznie okrywała ciemne włosy. Była to ta sama chustczyna, którą Hanka w zanadrzu nosiła ze swemi dziesięciu złotemi; teraz w nią wiązać nie było co, a kupno trzewików przeszło w sferę niedościgłych marzeń.
Tydzień już minął od owéj nocnéj ucieczki z magistrackiéj kozy, a dziewczyna teraz dopiero wkradała się do Warszawy pod osłoną wieczornych mroków i rojowiska wracających gromad robotniczych. Instynktem jakimś wiedziona, z miejsca zaraz odbiła się daleko na stronę, a unikając gościńca, nie ku Warszawie, ale ku Mszczonowu się puściła, po zaroślach nocując, manowcami idąc, a do ustronnych karczem zrzadka tylko, dla ogrzania się i kupna chleba zachodząc. Jak jéj na to wszystko rozumu starczyło — dziwowała się sama sobie. To, na co się ważyła pod wpływem gorączki i nieokreślonéj zgrozy, obudziło w niéj ducha głuchego buntu i oporu. Było to uczucie nowe dla niéj i sprawiające dziwny przewrót w jéj biernéj, trzechletniém więzieniem do reszty zgłuszonéj naturze. Czyny jéj i ruchy tępéj zawsze myśli i teraz były przeważnie instynktownemi; ale instynkt ten zaostrzył się, odkąd mu w pomoc przyszła posępna świadomość, że sama na siebie liczyć tylko musi. Kluczyła tedy dziewczyna w tę i ową stronę, jak zwierzę obławą ścigane; dwa razy przeleżała w torfiarskich szopach w febrze, psy poszarpały na niéj odzież, wyschła z głodu i niewczasu, i teraz dopiero, kiedy ją wszystkie siły odeszły, zawróciła i, zakreśliwszy w swéj drodze szeroki łuk, zaczęła się zbliżać ku Warszawie, omijając gościniec, a tylko zdala kierunku się jego pilnując. Warszawa zdawała się jéj uchroną najbezpieczniejszą. Instynktem odgadywała, że jak gąsienicy na liściastym krzewie, tak i jéj łatwiéj się będzie ukryć w wielkiéj ludzkiéj gromadzie. Przeszła jeden zaułek, przeszła drugi, pod mury, pod parkany się cisnąc i ginąc w cieniu, aż dopadła furtki nizkiéj, odemknęła ją do połowy i przemknąwszy się, na podwórku, zawaloném tarcicami i klocami drzewa, stanęła. Posesya nie miała frontu, ale po obu stronach podwórka wznosiły się oficyny. Hanka, dobrze widać drogi świadoma, skręciła na lewo, w sień weszła i schyliwszy się pod brudne, błotniste schody, zaczęła się spuszczać w czarny otwór, do suteryn wiodący. Ciemno tu było jak w rogu, a idąca dziewczyna potknęła się dwa czy trzy razy, to o szaflik z mydlinami, to o miotłę i łopatę stróża. Kierując się wszakże wzdłuż wilgotnéj ściany, doszła do drzwi ostatnich, na które, przez zatkane do połowy wiechciem słomy okienko, nieco światła od latarni padało, drzwi te pchnęła i w odźwierku schyliła się wchodząc. Zrazu nie widziała nic przed sobą, gdyż izbę wypełniały kłęby pary, unoszącéj się z balii, która zajmowała honorowe miejsce przy kominie. Tylko plusk wody i tarcie bielizny, w połączeniu z głośném sapaniem, oznajmiały obecność praczki Walentowéj.
— A kto tam? — odezwała się od balii baba, kiedy drzwi pchnięte uderzyły klamką o ścianę.
Hanka nic nie odrzekła zrazu, tylko ciężko dysząc, o odźwierek się wsparła. Obtarłszy tedy czerwone ręce z mydlin w mokry fartuch, Walentowa do drzwi podeszła.
— Wszelki duch... a toć to Hanka! — zawołała napół z dziwem, napół z radością. — A odstąpże ode drzwi, Hanuś! a pójdźże na izbę!
Odrzuciła z drogi pęk brudnéj bielizny i pociągnęła dziewczynę za sobą. Hanka dała się prowadzić jak dziecko. Suchy kaszel wstrząsał nią całą. Walentowa zwróciła ją twarzą do komina, nad którym paliła się lampka mdłém, migotliwém światełkiem, a sama stanąwszy przed dziewczyną, żałośnie w ręce klasnęła.
— Patrzajcież, moi ludzie, co oni z niéj zrobili!... A to ci ją wyblechowali, jak na blechu... A to ci z niéj węckę zrobili... Naści, popij trochę — dodała, poczerpnąwszy wody półkwartkiem ze zbutwiałéj konewki.
Hanka, uspokoiwszy się nieco, wodę wypiła, pocałowała Walentowę w rękę i objęta za kolana. Baba przytuliła ją do szerokiéj, spoconéj, przesiąkłéj wonią mydlin piersi. Uścisk ten przepełnił serce dziewczyny. Padła na stołek i głośno płakać zaczęła. Walentowa stała nad nią, kiwając głową.
— A to ci ją zmizerowali, niech ich choroba! A to ci ją ususzyli!... Dziewczyna była jako kwiat, a tera spojrzéć niema na co... I cóż ty poczniesz, chudobo?... Na dobre cię puścili?...
— Ale! Na dobre tam... — przemówiła wreszcie Hanka i znów mocno płakać zaczęła.
Zaniepokoiła się Walentowa.
— To i jakże ty, Hanuś...
— Bijcie mnie, zabijcie, ale mi się o nic nie pytajcie! — odrzekła Hanka z jakąś rozpaczą w głosie. — Aby tę nockę u was przebędę, a potém niech się co chce dzieje...
— Widzieliśta, moi ludzie, głupią? — przemówiła Walentowa, pod boki się rezolutnie ujmując. — A co to my nie swojaczki, czy co, żebyś ty u mnie poratowania nijakiego nie miała? Nie byłam to twemu ojcu kumą, co mi jeszcze półpięta złotego pożyczył na drogę do Częstochowy, świeć Panie nad jego duszą...
Hanka znów po jéj rękę sięgnęła.
— Nie gniewajcie się, moi złoci! moja Walenta! Już wam wszyściuśko opowiem, tylko mnie ten żal odejdzie... moi święci!
Baba się udobruchała.
— To czekajże Hanuś — wyrzekła po chwili z namysłem, — skoczę ja do sklepiczarki, prania licho nie weźmie, nagotuję ci herbaty, przyniosę bułek, boś ty i głodna może, mizeroto...
Chwyciła z łóżka chustkę, zarzuciła ją na głowę, zakrzątnęła się po izbie i wyszła.
Hanka oparła się plecami o wilgotną ścianę i przymknęła oczy. Ciepło ją rozmarzyło, blada jéj twarz pokryła się kroplami potu, spuszczone rzęsy rzucały długie cienie na wychudłe policzki, uboga odzież podnosiła się nierównym ruchem na wstrząsanych ostatkiem łkania piersiach. Po chwili uspokoiła się i — przejęta wilgotném ciepłem izby — zasnęła.
Walentowa tymczasem wróciła, rozdmuchała przygasły ogień, przystawiła garnczek, na stole położyła kawałek wędzonki i kilka bułek, znów się schyliła, dmuchając pilnie na ogień, który jaskrawo oświetlał jéj szeroką, poczciwą twarz mazurską, — a kiedy wszystko było gotowe, stanęła przed Hanką, nie wiedząc, czy ją budzić, czy nie budzić...
Dziewczyna miała oczy niedomknięte, zmrużone, a usta zaciśnięte żałośnie. Wyraz cierpienia przywarł do jéj twarzy maską pełną głębokich, tragicznych cieniów. We dnie twarz tę młodą a znędzniałą szpeciła tępość jakaś, jakieś ogłupienie, które po brutalnych ciosach życia, jak po ciosach obucha, zostaje. We śnie panował na niéj bez podziału ból i czynił ją na swój sposób piękną.
Walentowa nie zdawała sobie z tego sprawy, a jednak stanąwszy przed dziewczyną, była jakby pod wpływem jakiegoś uroku. Załamała grube, czerwone ręce, kiwając głową, a na usta przychodziły jéj słowa pacierza, jakby nad umarłym.
— Matko Boska Częstochowska! Matko wielkiego miłosierdzia! Co oni z niéj zrobili, pogany... Dziewczyna była jak róża, jak łania, a teraz rodzony ociec by jéj nie poznał... ptak by jéj zapłakał... Ino ją do trumny kładź, taka ci bledziuśka... Oj, skrzywdziły ją, pogany, skrzywdziły, niech ich Bóg skarze!... A psik! — zawołała nagle na burego kota, który, zapachem wędzonki zwabiony, z komina skoczył i, najeżywszy grzbiet w kabłąk wygięty, obcierał się, mrucząc, o leżące na stole specyały, — a psik, ty złe nasienie! A bodajżeś...
Nazajutrz stanęło na tém, że dopóki dziewczyna się nie odgryzie, Walentowa nie puści jéj od siebie.
...A cóż to ona, nie kuma? A w stancyi albo to roboty mało? Choćby tylko tyle, co wody przynieść i strawę uwarzyć, to i tak się dziewucha przygodzi. A i to jest człowiekowi markotno, że gęby w izbie nie ma do kogo otworzyć, i sam się jak kołek obraca po tych czterech kątach... Żeby tak, Boże zachowaj, choroba, toby kropli wody podać nie było komu. Juści się dziewczynie noga powinęła, co prawda, to prawda, niech ją tam pan Jezus sądzi. Ale równo się sama ze siebie na złe nie puściła, ino z tego głupiego kochania. Wiadome rzeczy... Jak się chłop ladaco zaweźmie, to i najpoczciwszą skusi.
Decyzya, która po tém rozumowaniu w statecznym umyśle pani Walentowéj stanęła, była niewzruszona. Nie puści dziewuchy od siebie — i tyle. Hanka ze strachem jakimś przyjmowała nadzieję nowego życia i spokoju. Nie dowierzała swéj doli. Przez pierwsze dwa dni chodziła około porządku w izbie jakby zatrwożona, to we drzwi, to w okienko razwraz poglądając. Na trzeci dzień oswoiła się nieco, na Walentowę zaczęła wołać „ciotko,” głaskała burego kota i snuła się koło komina cicha, rozradowana, z twarzą, któréj śniadość zdawała się ustępować przed jakiémś światłem, z wnętrza bijącém. W oczach jéj tylko zostały dawne cienie, właśnie jak te mroki, co się po lasach kryją, kiedy już cała okolica pełna jest świtania.
Na czwarty dzień siedziały obie kobiety w południe przy misce, kiedy drzwi skrzypnęły i stróż wszedł do izby. Hance łyżka wypadła z ręki.
— Niech będzie pochwalony.
— Na wieki wieków. A co tam nowego Pan Bóg dał?
— A wedle meldunku...
— Jakiego zaś meldunku? Abom to się nie meldowała? Abom to „karty pobyt” nie wykupiła?
— Ja téż do pani Walentowéj nie mam nijakiéj sprawy, ino do téj panny.
Zaperzyła się praczka. Hanka mocno trząść się zaczęła.
— No to co? To i ta panna będzie miała meldunek i kartę pobyt. Cóż to pan Franciszek rozumie, że to, nie przymierzając, taka, jak te z drugiéj oficyny? U mnie się takie rzeczy, chwalić Boga, nie najdują!
Stróż czapkę na głowie przekręcił i skrobał się za uchem. Wymowa pani Walentowéj imponowała mu widocznie; postanowił wszakże być nieugiętym.
— A co mnie tam kaci do kogo! Ja porządku patrzę w kamienicy, bo mam z tego chleb. A panna niech meldunek szykuje, bo ino patrzéć naczelnika... Ja tu zaś przyjdę pod wieczerz...
Cofnął się i drzwi za sobą zamknął.
Kobiety spojrzały po sobie. Hanka miała wzrok przerażony, Walentowa kiwała głową. Znała już historyę czerwonego paszportu dziewczyny.
— Na śmierć ci zapomniałam, że tak tera z temi meldunkami pędzą... Bodaj ich choroba!...
Hanka wybuchnęła płaczem.
— Oj, nie dajcie mnie od siebie, ciotko, na stracenie, nie dajcie!...
— Cichoj! cichoj! — uspakajała ją praczka. — Możeć to jeszcze wszystko Pan Jezus przemieni...
Głaskała ciemne włosy dziewczyny wielką, szorstką dłonią, ale w mięsistém jéj obliczu znać było ciężką troskę.
Nadszedł wieczór. Hanka ze drżeniem oczekiwała ukazania się stróża, ale stróż nie przyszedł. Nazajutrz nie przyszedł także. Otucha wstąpiła w serce dziewczyny.
— Może téż Pan Jezus da... — powtarzała sobie w duszy. Co ma dać, nie wiedziała dobrze, ale się wiary téj chwytała, jak deski zbawienia.
Upłynął tydzień, była niedziela. Walentowa wybrała się po pieniądze za pranie do „kawalirów z przeciwka,” gdy w bramie niespodzianie natknęła się na pana rządcę. Pan rządca był człowiek młody, elegancki, w kamienicy nie mieszkał i zaglądał do niéj jak mógł najrzadziéj. Właśnie odbywszy to, co nazywał pańszczyzną, naciągał rękawiczkę, kiedy mu baba w drogę weszła. Przystanął, zapinając guziczek, i zatrzymał ją skinieniem głowy.
— Co mi to tam stróż mówił, że pani jakąś dziewczynę u siebie bez meldunku trzymasz?
Zatrwożyła się praczka, ale nie straciła miny.
— Iii... cobym zaś miała kogo trzymać, proszę łaski pana. Tak się ta do mnie przygarnęło mizeractwo jedno, żeby aby febrę zgubić... A stróż by lepiéj patrzał tych hamanów z tamtéj oficyny, co bez całe dnie i noce obrazę boską robią...
— No, a ja panią przestrzegam, żeby tego nie było. Albo dziewczynę meldować, albo niech rusza, zkąd przyszła. Ja za nią odpowiadać nie chcę. Rozumie pani?
Walentowa pocałowała go w rękę.
— I... co ta proszę łaski pana! Kto tam potrzebuje zara o tém wiedziéć. Niech ta jeszcze z jaki tydzień posiedzi, co aby zimno zgubi. Adyć tu ona nijakiego placu nikomu nie zastępuje...
Zniecierpliwiony rządca językiem o podniebienie klasnął.
— Ale co to za głupie gadanie! Przecie ja za to jestem odpowiedzialny, karę mogę zapłacić, z rządcostwa, do licha, wyleciéć. Cóż to, nie wiecie, jakie teraz porządki?
— Adyć wiem, wiem, proszę łaski pana...
— No więc, jak wiecie, to dobrze.
Odwrócił się.
— Franciszek! Meldunek od dziewczyny téj dziś ściągnąć, słyszysz?
— Słyszę, proszę pana.
Pan rządca zapiął palto pod szyją, zapalił cygaro i poszedł. Walentowa chwilę stała w bramie z wyrazem mocnego namysłu w grubéj twarzy i małych siwych oczkach, poczém się zawróciła do stancyi. Przez dziwną jednak delikatność serca, właściwą wielu prostym kobietom, choć obcą niejednéj damie „z towarzystwa,” o spotkaniu swojém z rządcą nie odezwała się do Hanki ani jedném słówkiem, tylko się po izbie pokręciwszy, jakby zapomniała czego, wyjęła z półskrzynka węzełek z pieniędzmi, nie będąc widać zbyt pewną owych kawalerów z przeciwka, i jedną jeszcze chustką obwiązawszy głowę, na miasto poszła.
Hanka tymczasem nagotowała obiad i, przykrywszy garnuszki, u komina siadła, patrząc na czerwone węgle i modre płomyki. Siedziała, kiwała głową, medytując i wzdychając ciężko. Od owego pojawienia się stróża była ona jak trawa, po któréj wichry idą. Ani dla niéj snu w nocy, ani spokoju we dnie. Po kątach tylko ugląda, a patrzy, a nasłuchuje, z któréj strony złe na nią przyjdzie... A serce się w niéj trzęsie, jako ten liść osikowy na podzimie. O Jezu, Jezu! I coby to komu szkodziło, żeby o niéj ludzie zapomnieli, żeby już tu tak zostać mogła do jakiego końca...
Obejrzała się po izbie.
— A toć jéj tu tak jest, jakby do rodzonéj matki trafiła. A toćby ona, wstając, kładąc się, Bogu dziękowała... Prawda, że wielkiego zdrowia Pan Jezus nie dał: ale równo, wezwawszy Boga na pomoc, dzień albo i dwa przy balii przestoi... Oj prałaby, prała z Walentową, inoby się migoty robiły... Oj, po co to ludzie wymyślili te meldunki, po co!...
Kiwała jeszcze głową, ale już myśléć przestała. Duszę jéj tylko zalała wielka gorycz, któréj smak czuła niemal w kurczowo zaciśniętych ustach. Niedawno jeszcze bała się ludzi, teraz zaczynała ich nienawidziéć. Węgle na kominie wygasły, w izbie zrobiło się ciemno.
Jakiego rodzaju były zabiegi Walentowéj podczas kilkugodzinnéj wyprawy na miasto, nikt nie wiedział o tém; ale powróciła z niéj rzeźka, wesoła, odmłodzona jakby.
— Słuchaj Hanuś — szepnęła od proga zrywającéj się ku sobie dziewczynie. — Chustkę moję bierz i chodźma...
Hanka stanęła wpośrodku izby, niepewna i zadziwiona.
— Daléj, daléj... — nagliła praczka, — nie marudź, bierz chustkę, póki się ten zapowietrzony kożuch nie zmiarkuje...
Epitet ten stosowała pani Walentowa do stróża, z którym w ciągłéj żyła kolizyi z powodu mydlin, wylewanych, jak utrzymywał Franciszek, „na samym trakcie.”
Zakręciła się dziewczyna, ręce jéj się trzęsły, nogi plątały, o mało się nie przewróciła przez burego kota. Znalazła wreszcie poomacku chustkę, zarzuciła ją na głowę i wyszły, ostrożnie przywierając za sobą drzwi skrzypiące.
Szły śpiesznie i cicho. Hanka zatrwożona w sobie, Walentowa sapiąca z ukontentowania, ale także czegoś wzruszona.
— To jakże będzie, ciotuchno? — zagadnęła dziewczyna, kiedy się już znacznie oddaliły od domu.
— Jak ma być? Dobrze będzie. Pan Jezus miłosierny dopomógł i tyla. Nie mój w tém rozum i nie moja wola, ino ludzki rozum i boska wola. A ty się nic nie frasuj, nic sobie do głowy nie dopuszczaj, ino się do roboty bierz...
— A gdzie mnie dajecie, moi złoci?... — nalegała Hanka.
— Gdzież cię to mam dawać? Do ludzi cię daję. Znalazłam ci taką służbę, że to ha! Te dwa kawaliry z przeciwka, co to do nich chodziłam po pieniądze, to ci się jeden ożenił i aże na drugi koniec miasta wyciągnął, co mu rządcostwo dali za mieszkanie. Tak idę ja do niego i mówię mu tak i tak, co tu dziewczyna jedna jest, ino że jéj stary paśport wyszedł, a nowego jeszcze nie dosłali...
— O Jezu! — przerwała Hanka wystraszonym głosem.
— Ino cichoj, cichoj! — ofuknęła ją ostro Walentowa. — Nie mój w tém rozum, ani twój, ino mądrzejszéj głowy dorada... A Pan Jezus miłosierny grześnemu człeku odpuści, choć się ta co i nie tak akuratnie powie... Ino, że trza będzie we gminie pisarza ujednać...
Hanka zamilkła. Nie o grzech jéj szło, ale się bała, żeby ją ten wykręt w gorszą jeszcze matnię nie wpędził. Spuściła głowę i posępnie się obok praczki wlokła.
— Jak ja jemu to powiadam, tak on do mnie: Z nieba-ście, moja kobietko! Żeby tak co porządnego, toby my zaraz sami ją wzięli, bo nas ta baba pijaczka co tu na obsługę dochodzi, do cna zmarnuje...
— Tak ja go w rękę. Czemu nie, proszę łaski pana. Dziewczyna jest, co się nazywa. Tak on znowu: Bo widzicie, moja kobietko, ja tu meldunki w kamienicy trzymam, toby się to jakoś jedno z drugiém tymczasowie połatało. Tak ja go znów w rękę... Co prawda, to mi już więcéj jak pół roku za dwa ręczniki i pięć kołnierzyków od prania winien. Ale myślę sobie: Zarówno tam! Nie będę mu się upominała. Abo ta człowiek ma tę parę groszy, abo nie ma...
Machnęła ręką i zamilkła.
Tegoż dnia jeszcze odbyła się instalacya Hanki na nową służbę. Dziewczyna szła do niéj, jakby na stracenie, tak się już bała tych ciągłych odmian, z których każda przynosiła jéj nową biedę. Walentowa fukała na nią zrazu, ale kiedy przyszło do rozstania, jéj saméj po czerwonych, gąbczastych policzkach puściły się łzy drobne, jasne, szybkie...
Młodzi państwo zachwyceni byli swoją nową służącą. Wogóle zachwycali się oni jeszcze wszystkiém, a najbardziéj sobą. Pierwsza to była prawdziwa sługa na ich własném gospodarstwie; zdawało im się téż, że sami przez nią nabierają powagi, znaczenia. Szczególniéj pochlebiało to pani, która, skazana dawniéj na przymusowe milczenie w towarzystwach damskich, teraz razem z innemi mogła zabierać głos w niewyczerpanéj nigdy kwestyi sług złych i dobrych. Trzeba téż było widziéć, z jaką dumą zaczynała dyskurs od słów: Moja służąca... lub: moja Hanusia... Była to prawdziwa rozkosz.
W Hance także dusza tajała powoli, a chmurne jéj oczy zaczynały miewać spojrzenia ciche i słodkie. Walentowa odwiedzała dziewczynę zrazu często bardzo, przynosząc jéj to fartuch jaki, to podszarzaną spódnicę, to poduszczynę, to kołdrę wyłataną przez siebie; potém przychodziła rzadziéj, bo nogi jéj puchły i daleko puszczać się nie mogła. Nie było przecież niedzieli, żeby się, choć stękająca, nie przywlokła obaczyć, czy jéj Hanusia krzywdy jakiéj nie ma.
Upłynął tak miesiąc i drugi miał się ku schyłkowi, kiedy Blacharzówna, wybrawszy się w dzień targowy z koszem na Ordynackie, nagle zobaczyła kręcącą się po rynku Walerę. Walera wyglądała wspaniale. Miała na sobie piękne syberynowe okrycie i żółtą włóczkową chustkę na głowie; nie zdawało się téż, żeby tu przyszła po jakie sprawunki, gdyż nie niosła ze sobą koszyka, a obie ręce trzymała w futrzanéj mufce.
Odwróciła Hanka corychléj oczy i zeszła parę kroków z drogi; zdało jéj się przecież, że i Walera zobaczyła ją, i także się na stronę cofnęła. Po niedługiéj chwili dziewczyna znów spojrzała. Obok Walery kręcił się teraz wysoki i chudy mężczyzna; szeptali coś z sobą, a Walera wzrokiem pokazywała ją towarzyszowi.
Zatrwożyła się Blacharzówna i między ludzi w największy tłok się rzuciła; ale chudy jegomość widocznie miał ją na oku i wkrótce go naprzeciw siebie ujrzała, tym razem samego.
Skręciła wtedy nagle na prawo, coraz większą uczuwając trwogę; on jednak i tu zaszedł jéj z przeciwnéj strony i obtarł się niemal o nią, przechodząc niby obojętnie, a w twarz jéj patrząc bystro, przenikliwie. Wtedy Hanka, nie załatwiwszy nawet połowy sprawunków, ku domowi się w najwyższém przerażeniu puściła; chudy jegomość jak cień postępował za nią, trzymając się wszakże w pewnéj odległości. Dopiero kiedy już dopadała bramy, zrobił kilka wielkich kroków i położywszy rękę na koszyku, który niosła, rzekł zcicha:
— Dasz panna rubla, to dobrze. A nie dasz, to drugie dobrze. Pójdziem do ratusza.
Zatrzęsło się serce w dziewczynie. Wiedziała teraz, że to „łapacz.” Obróciła ku niemu twarz nagle zczerniałą, oczy jéj zapłonęły posępnym błyskiem, otwarła usta, po których przelatywało jakieś kurczowe drżenie. Nic wszakże nie rzekła, tylko popatrzywszy w ziemię, jakby nieprzytomna, sięgnęła do pańskich pieniędzy, wyjęła z nich rubla i dała.
Łapacz papierek wziął, obejrzał, do brudnego mieszka schował, spojrzał na numer domu, rozejrzał się po bramie, kiwnął głową i rzekł:
— Za tydzień przyjdę. Do widzenia z panną.
Dziewczyna ciężkim krokiem powlokła się na górę.
Dnia tego młoda pani była cokolwiek zdziwioną nieuwagą i pomieszaniem swojéj służącéj. W mieście mnóstwa rzeczy zapomniała kupić, a w domu wszystko jéj z rąk leciało, jak to mówią. Zdziwienie to wzrosło jeszcze, kiedy z obrachunku pokazało się, że Hanka ze zmienionych pięciu rubli bez opowiedzenia się wzięła rubla na jakiś własny sprawunek, o który wszakże zapytana nic nie odpowiadała. Uwag swoich w tym względzie udzieliła młoda pani przy obiedzie „ najdroższemu Lutkowi;” ale ponieważ najdroższy Lutek do biura się śpieszył, jedynym przeto wnioskiem, jaki z nich wyciągnął, było to, że ucałował oba rumiane policzki „żonusi” i wyszedł, ani o rubla, ani o pomieszanie służącéj nie kłopocząc się w należytéj mierze.
Skończywszy w domu robotę, pobiegła Hanka do Walentowéj.
Jaka tam była pomiędzy niemi rozmowa, nie podejmuję się powtarzać. To pewna, że w niéj więcéj łez niżeli słów było. Upływały godziny, stara praczka płakała, przeklinając zcicha dla ulżenia sobie; Hanka, jak padła na stołek, tak siedziała na nim, w chudych rękach trzymając zwieszoną głowę.
— Choćby gdzie uciekać... — szepnęła Walentowa. Mówiła cicho, jakby się bała obudzić większe jeszcze nieszczęście.
— Gdzie? Do kogo? — odrzekła, nie podnosząc głowy, Hanka. — Zostanę w mieście, to mnie o meldunek ścigać będą... Pójdę we świat, to mnie, jak tego psa zapomniałego, ułapią... Abo to nade mną prawo jakie, abo co?
Myliła się dziewczyna. Było nad nią prawo. Prawo twarde, mocne, bezwzględne, którego każda litera była powrozem na jéj ręce, łańcuchem na jéj nogi, biczem na jéj plecy, głodem dla jéj ciała, przepaścią dla jéj duszy. Było nad nią... prawo pobytu.
Pod tém to prawem łamała się dziewczyna, sprawy sobie nie zdając z całego szeregu następstw jego, które ją fatalnie coraz ciaśniejszém obejmowały kołem. Pod tém prawem wyczerpywały się jéj siły, obumierała wola ku dobremu, budziła nienawiść, serce zachodziło goryczą. Nie wiedziała o tém, bo prawo było wysoko, a ona nizko; prawo nazywało się sprawiedliwością, a ona przestępczynią; prawo było jasne, potężne, szanowne, a ona ciemna, słaba i wzgardzona.
Myliła się więc. Było prawo. Ale w prawie tém leżała jéj krzywda.
Tegoż dnia jeszcze objawiła „żonusia” „najdroższemu Lutkowi,” który już usypiał, że jedenasta dochodzi, a Hanki jeszcze niema. Na co „najdroższy Lutek” zaproponował „żonusi,” aby zgasiła lampę, bo mu w oczy świeci. Młodą panią to oburzyło. Dwie jasne łezki gniewu, jak iskry, zabłysły w jéj modrych oczach, i bardzo stanowczym głosem powiedziała mu, że on, jako mężczyzna, może być niemoralny, wszyscy bowiem mężczyźni są, jak wiadomo, niemoralni. Ale ona inaczéj była wychowana i nie pozwoli nigdy, to jest nie spodziewała się nigdy, aby... żeby...
Lecz tu „najdroższy Lutek” przykrył głowę kołdrą, a „żonusia” rozpłakała się z oburzenia nad jego zatwardziałością.
Nazajutrz Hanka krzątała się cicha i uspokojona jakby, tylko jéj ruchy były powolniejsze, a w głęboko podkrążonych oczach paliły się jakieś gorączkowe blaski.
Przeszedł tydzień. Jak i kiedy — dziewczyna nie wiedziała sama. Każda godzina w dniu taka ciężka jéj była, jako kamień młyński; a przecież tyle ich przeleciało nad nią, jak te kruki czarne...
...Oj dolo, dolo... Na czarnych ty skrzydłach, na czarnych piórach nad ziemią się nosisz... A nie jesteś ty, dolo, jako ten gołąb biały, ale jesteś jako ten kruk kraczący...
Był dzień piątkowy. Hanka od rana zawiązała w gałganek przyniesionego od Walentowéj rubla, w kieszeń go włożyła i czekała.
Ani na rynku wszakże, ani na drodze do domu nie spotkała nikogo. Wybiegła raz przed bramę, wybiegła drugi raz — nikogo. Przeszło południe, niepokój jéj wzrósł. Może się łapacz rozmyślił... może dał znać do ratusza... W męce przeżyła ten dzień i dopiero późnym wieczorem, wybiegając po wodę, spotkała go w bramie.
Stał i brudną kraciastą chustką ocierał pot z czoła.
— Ale téż panna służbę sobie wybrała, niech pannę Bóg kocha! Taż to mila drogi do panny. Czyste przedpiekle...
Nie odpowiedziała, tylko sięgnąwszy do kieszeni, rozwinęła rubla, i obejrzawszy się, szybko mu go podała.
Łapacz się skrzywił.
— Cóż to panna myśli, że ja po głupiego rubla będę tutaj chodził? Daj panna chociaż z dziesięć złotych...
Spojrzała na niego wystraszonym wzrokiem. Nie spodziewała się, że może zażądać więcéj. Nie miała zresztą...
Odważyła się przemówić, a głos jéj wydał się jéj saméj jakiś obcy, jakby nie z własnéj piersi idący.
— Miejcie sumienie... I to nie moje. Zkąd ja...
Nie dał jéj dokończyć.
— A co mnie do tego. Mnie tam wszystko jedno!
— Zaraz... Niech ino pan tak nie krzyczy... Pójdę do pani...
Udobruchał się w jednéj chwili.
— No, to ja zaczekam w bramie.
Pobiegła na górę. Pani przeraziła się jéj bladością.
— Co ci się stało? co to? z czego?...
— Nic, proszę pani. Nic. Chciałam tylko prosić o pół rubla...
Pani nie było to na rękę. Miesiąc się skończył, wydatki były obliczone ściśle, zasługi miały być Hance wypłacone dopiero po pierwszym. Próbowała tedy paktować.
— Na cóż ci to tak pilno pieniądze potrzebne? Wieczór już... nic przecież kupować nie będziesz...
Dziewczyna nie ustępowała, nie mogła ustąpić. Dostała wreszcie garstkę miedziaków i zaniosła je łapaczowi.
Przeliczył, wsypał do kieszeni zielonkowatego paltota i, kiwnąwszy głową, rzekł z odcieniem życzliwości w głosie:
— Bądź panna zdrowa. Jak będę miał czas, to zajrzę.
Mówił to tak dobrodusznie, jakby był najszczerzéj zapraszanym gościem.
Po Hance przeszedł płomień nienawiści.
...Jak będzie miał czas! Bodajżeś go nigdy nie miał, przeklętniku! Bodajże ci brakło czasu na skonanie... na wezwanie imienia boskiego w śmiertelnéj godzinie!...
Zacisnęła splecione ręce, aż jéj w stawach trzasło.
Łapacz tymczasem szedł sobie zwolna ulicą, rozglądając się obojętnie dokoła. Można go było wziąć za podupadłego oficyalistę jakiegoś prywatnego biura. Rozmowa wszakże Hanki z obcym mężczyzną w bramie wieczorem zwróciła w kamienicy uwagę.
— Cóż to sobie panna za kawalera wybrała? — zapytała przechodząca stróżka. — Co prawda, to mogła téż sobie panna święcie inszego poszukać. A toć to jest dziad przeciw panny... Co to? tutejszy? Wdowiec? Profesyant?
— Hi... hi... hi!... Jabym za takiego za żadne pieniądze nie chciała... — śmiała się młodsza z pierwszego piętra. — Żeby on mnie tam i miodem smarował... Dziadzisko takie!...
Hanka nie odpowiedziała na te zaczepki. Stała w miejscu, jakby ścierpnięta, nie widząc, nie słysząc, co się koło niéj dzieje. Aż wyszedł z jéj piersi jęk przeciągły, jedyny wyraz, jaki ta wpółuśpiona, sponiewierana dusza umiała znaléźć na swój ból i na swoję krzywdę.
Odtąd było jéj jeszcze ciężéj żyć w ciągłéj niepewności i strachu, nie wiedząc dnia, ani godziny. Nie dosypiała po nocach, nie dojadała we dnie, wszystko jéj się obracało w gorycz i w truciznę. Kiedy upłynął tydzień, prosiła pani znów o dziesięć złotych. Bała się, aby ją prześladowca nie zaskoczył gdzie na ulicy — chciała miéć pieniądze w pogotowiu. Ale pani się to nie podobało wcale. Miała właśnie jakiś sprawunek nadetatowy na myśli i liczyła potroszę na to, że Hanka po owym półrublu tak prędko nie zażąda pieniędzy.
Powiedziała jéj zatém, że z góry zasług dawać nie może, a po obiedzie zawiadomiła „najdroższego Lutka,"’ że służąca się zupełnie zepsuła, że ją stróżka widziała, jak w bramie z kawalerem wystaje, i że jak tak daléj będzie, to ona... jako pani domu... nie może przecież...
Zachłysnęła się. Niedobrze jeszcze znała rolę swoję. Nie wiedziała zresztą napewne, co może, a czego nie może. Arcy-poważna jednak minka miała zastąpić resztę niedopowiedzianéj myśli. „Najdroższy Lutek" wysłuchał z wielką flegmą całéj téj oracyi, a ponieważ był już po czarnéj kawie i po papierosie, zdjął palto z kołka i, kładąc je, rzekł:
— To ja, żonusiu, późniéj dziś trochę przyjdę na herbatę, bo mam dyablą robotę...
Wyszedł, a „żonusia” uczuła, że jest najnieszczęśliwszą w małżeńskim stanie, i że teraz dopiero widzi, jacy to są ci mężczyźni...
Nie mogąc dostać pieniędzy od pani, Hanka raz jeszcze pobiegła do Walentowéj. Zastała ją w łóżku, chorą, stękającą, z nogami opuchniętemi jak kłody, bez dozoru, bez wygody, w zimnéj, wilgotnéj izbie leżącą. Ścisnęło się serce dziewczyny i, nic już o pieniądzach nie mówiąc, zakrzątnęła się tylko, żeby izbę ogrzać, strawę zgotować i felczera sprowadzić. Okazało się, że po zapłaceniu felczera parę dziesiątek ledwo zostało w półskrzynku Walentowéj. Dziewczyna z téj wyprawy jak błędna wróciła do domu, i ledwo podawszy samowar, chwyciła swoję marną poduszczynę i do fanciarki poszła.
W parę dni potém, a było to zrana, skrzypnęły drzwi od kuchni, a w progu jéj stanął łapacz.
Dziewczyna chwyciła się komina i patrzyła na niego osłupiałym wzrokiem.
— Dzień dobry pannie — przemówił uprzejmie łapacz. — Jak się panna miewa? Byłem wczoraj w bramie, ale mi powiedzieli, co panna gdzieś poszła. Tak dziś przyszedłem zobaczyć. Człowiekowi pieniędzy potrzeba... A cóż tak goło jakoś koło panny? Ani pościeli, ani kufra!... Moja panno! to tu widzę u panny nietęga obrada..
Truchlejąc, żeby państwo nie posłyszeli obcego głosu w kuchni, sięgnęła dziewczyna pod siennik i podała przybyłemu przyniesione od fanciarki pieniądze.
Wziął, przeliczył i ramionami z politowaniem wzruszył.
— Półszósta złotego?... Phii... I to już wszystko?
— Jedyną poduszkę zastawiłam... — szepnęła dziewczyna głuchym, zdławionym głosem.
Popatrzał na nią.
— No, kiedy tak, to niema nam się co ze sobą bawić, moja panno. Bądź panna tymczasem zdrowa.
Odszedł. Hanka runęła przy drzwiach, wybuchając gwałtownym, spazmatycznym płaczem.

W godzinę potém zabrano ją do ratusza, a młoda jéj pani przez cały następny tydzień prym trzymała na wszystkich damskich posiedzeniach; żadna bowiem z jéj znajomych nie miała do opowiedzenia o służącéj swojéj takiego, jak ona, „skandalu.”





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.