Pod prawem/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Pod prawem
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Cały zbiór
Indeks stron
III.

Zaczęły się tedy dla Hanki dnie nowego życia. Zrazu pracowała gorączkowo, świtem na redlinie stając, nocą z pola schodząc, palcami ziemię przesiewając niemal. W południe piekła garść kartofli, do których kupowała sobie trochę soli, reszta zarobku szła na chleb, który dziewczyna dzieliła na dwie części, na ranny i wieczorny posiłek. Po tygodniu wszakże takiéj pracy znacznie osłabła; i chociaż z równą gorliwością kopać usiłowała, często przecież w oczach jéj ciemniało nagle, a trzęsące się ręce nie mogły już z takiém, jak wpierw, natężeniem uderzać motyką w korzenistą ziemię. Zdarzało się téż, że młynarz, który od czasu do czasu kopania doglądać przychodził, znajdował za dziewczyną jeden i drugi kartofel w redlinie, krzyczał wtedy, czapkę o ziemię ciskał, nogami tupał, za głowę się darł i po groszu, po dwa z mizernéj zapłaty wytrącał. Hanka przecież znosiła to wszystko. Owszem, czuła się niemal szczęśliwą. We dnie miała robotę, jak i inni ludzie, nocą tuliła się gdzie w bruździe i nakrywała płachtą, na pewność któréj Fabich wziął do siebie jéj czerwony paszport. Mogła wyżyć. Noce wprawdzie coraz to były chłodniejsze, a dziewczynę nieraz zimno od rana wytrzęsło, że to i rozgrzać się nie było czego. Przewidywać się nawet dawał czas, w którym zgoła w polu nocować nie będzie można. Hanka usiłowała nie myśléć o tém, a ile razy Fabich nadchodził, machała motyką tak, że aż grudki wilgotnéj ziemi rozpryskiwały się na wszystkie strony. Skończyło się nareszcie kopanie Fabichowych kartofli, ale dobra jakaś gwiazda i daléj przyświecała dziewczynie, sam Fabich bowiem nastręczył ją Gawrońskiemu, szynkarzowi, który tuż za wiatrakami pólko swoje miał i kopaczy szukał. Nie widział wszakże zacny młynarz żadnego powodu, aby Gawrońskiemu życzyć tak taniéj robotnicy, jaką sam znalazł; powiedział tedy szynkarzowi, że płacił Hance 20 groszy dziennie. Szynkarz na tę cenę przystał chętnie, ale się Hanka teraz uparła, że mniéj nie weźmie jak 24. Trzewiki z nóg jéj spadały, odzienie zgniło prawie od ciągłéj wilgoci ziemnéj, musiała więc coś zebrać, oszczędzić i oporządzić się trochę. Gawroński się targował, ale zważywszy, że naokoło płacono kopaczom po 40 groszy, zgodził się na wymaganie dziewczyny i na zgodę przepił anyżówką do Fabicha. Poczém czerwony paszport Hanki przeszedł w ręce szynkarza, a dziewczyna, pełna otuchy, dostała zamiast płachty — worek.
Stawała znów tedy w pólku za wiatrakami coraz to mglistszym rankiem, schodziła coraz to ciemniejszym wieczorem, bo dnie skróciły się znacznie. Jesień zapowiadała się wczesna, słotna; stada wron i kawek ciągnęły od poblizkiego boru, deszcze przechodziły drobne, zimne, uprzykrzone... Owo „zimno,” o którém Hanka mawiała, że ją „ograża,” zmieniło się teraz w stale wracającą co czwarty dzień febrę, z którą wszakże dziewczyna kryła się przed ludźmi, żeby jéj roboty nie odjęto. Głowa jéj wtedy ciężyła jak kamień, w kościach łamało jak kołem, a takie miała pragnienie, że nieraz się nad rowem położywszy, piła a piła, aż ją odęło całą.
Ponieważ Gawroński pozwolił jéj piec dwa razy na dzień kartofle, przestała chleb kupować, a nawet nie kupowała i soli, któréj dzieciaki z szynku czasem przyniosły. Składała za to grosz do grosza, dziesiątkę do dziesiątki, a kiedy po dwóch tygodniach pracy złożyła dziesięć złotych, poczerwieniała z radości i zawiodła piosnkę, przypomnianą z dawnych, dawnych lat. Dzień to był wyjątkowo ciepły, chociaż mglisty; przydrożne topole stały bez ruchu, cienkie niteczki babiego lata srebrzyły się nad ziemią, unoszone jakimś niewidzialnym, leciuchnym podmuchem, a słońce zachodziło blado-złote, bezpromienne, wsiąkając zwolna w liliowy tuman ponad lasem.
Od miasta szło towarzystwo, damy i panowie, a idąc, rozmawiali wesoło. W małych miasteczkach często się zdarzają takie przechadzki: to na szosę, to do jakiegoś uprzywilejowanego punktu, to między pola podmiejskie. Hanka śpiewała. Zdawało się, że uciśniona, zagłuchła jéj dusza dostała nagle i skrzydeł i głosu. Jakaś zorza wyszła z pod serca dziewczyny na jéj twarz wychudłą, w zapadłych oazach paliła się reszta gorączki po wczorajszéj febrze, usta jéj drżały. Głos zrazu rwał się i łamał, potém się zwolna rozciągnął do jakiéjś dziwnéj skali, aż rozbrzmiał na całe pole, pod las poleciał, na łąki, pełny, dzwoniący, wilgotny, jakby nabrany rosą. Rzecz dziwna. O trzewikach tylko myślała dziewczyna, a w śpiewie jéj brzmiała cała bezwiedna poezya, do jakiéj serce ludu jest zdolne. Była szczęśliwa, radośna, a w śpiewie jéj brzmiała bezgraniczna żałość i tęsknota...
Towarzystwo, idące od miasta, musiało poczuć urok tego głosu, gdyż rozmowy i śmiechy przycichły nagle, a kilka głów odwróciło się w stronę śpiewającéj dziewczyny. Pomiędzy głowami temi była jedna, pokryta jasnym, krótkim, szczeciniastym włosem, z któréj oczy błyskały przykrém, czerwonawém światłem. Głowa ta i oczy były własnością znanego nam pana sekretarza, który w téj chwili właśnie przystanął, usta przygryzł, powieki na oczy zasunął i lekko pobladł na twarzy. Nie trwało to wszakże i minuty, i kiedy inni słuchali jeszcze, pan Aleksander Stanisławowicz Kosickij, uważany w miasteczku za bardzo miłego kawalera, do dam się zwrócił i rozśmiał swoim skrzypiącym głosem, jakimś kancelaryjnym konceptem nawiązując przerwaną rozmowę. Rozmowa ta wszakże nie kleiła się jakoś. Sam téż pan sekretarz, przypomniawszy sobie bardzo pilny interes, odprowadził towarzystwo tylko do tak zwanych „Dąbków,” niewielkiéj polanki, zarosłéj zrzadka tarniną, wśród któréj stały tu i owdzie pojedyńcze dęby, — poczém śpiesznie ku miasteczkowi wracał.
Hanka śpiewała. Jéj szara, szczupła, przygięta ku ziemi postać odbijała ciemną sylwetką na tle zórz zachodnich, niewiele się różniąc od tych kamieni polnych, które, wyzbierane przez pastucha, na miedzy kupkami leżały. Zajęta myślą o trzewikach, dziewczyna dokopywała redliny, posuwając się śpiesznie ku żerdziom, grodzącym pólko od strony szosy. Blizko już była, kiedy cień jakiś upadł jéj pod nogi. Podniosła głowę i nagle zamilkła. Przed nią, oburącz wsparty na żerdzianym płocie, stał pan sekretarz, błyskotliwie spoglądając z pod zmrużonych powiek. Jeszcze dziewczyna nie zdążyła się opamiętać w swojém osłupieniu, kiedy szanowny filar magistratu zaskrzypiał głosem przyciszonym nieco:
— Ty czemu się nie jawiła do mnie w kancelaryi? Czemu się nie meldowała?... a?...
Po Hance ciarki przeszły. Przez parę ostatnich tygodni zapomniała zupełnie, przy ciężkiéj swojéj pracy, o meldunkach, o kancelaryi, o wszystkich urzędach. Chwilami zapominała nawet o pobycie, o więzieniu, o całéj przeszłości. Zdawało jéj się wówczas, że całe życie zeszło jéj na wygrzebywaniu kartofli z czarnéj, wilgotnéj ziemi, i że nadal całe téż tak samo schodzić jéj będzie. Były to dla niéj najszczęśliwsze chwile. Ale przeszłość była i dopominała się o nią, a cień żółtego więziennego gmachu wydłużał się i aż tu padał na nią. Była w pobycie. Zafrasowała się i spuściła głowę.
— Tak cóż? — przemówił pan sekretarz, rozszerzając nagle źrenice i jaskrawém spojrzeniem obejmując postać stojącéj przed nim dziewczyny. — Gadaj!... a?...
Hanka podniosła ku niemu oczy strwożone.
— Kiedy ja, wielmożny panie, służby nijakiéj w mieście nie nalazła... ja tu tak tylko na wyrobek kopię...
— Tak trzeba ci było i tak się jawić i meldować. Ja ciebie na dniach szukać kazał. Tobie kara będzie za to, sztraf... rozumiesz? a?... Trzy niedzieli temu nazad przyszła i nie meldowała się ani raz... Ot co! A paszport twój gdzie?
Dziewczyna była jakby skamieniała. Wszystkie złote nadzieje, jakie przed chwilą roiła z powodu owych dziesięciu złotych i spodziewanych trzewików, opadły jéj z serca tak, jak opadają liście z drzewiny pod tchnieniem jesiennego wichru. Nie znając ani istoty prawa, które ją dosięgało, ani zakresu władzy, pod którą tu była, lękała się wszystkiego. Owszem, zdawało jéj się, że każdy ma moc uczynienia z nią co mu się podoba. Sztraf, kara, majaczyły jéj po głowie niby dwa dziwaczne widma, z których każde wyciągało długie, długie ręce po jéj zarobek krwawy. Pod wpływem niepokoju tego przycisnęła obie dłonie do szczupłéj piersi, gdzie w zanadrzu miała chuścinę z swemi dziesięciu złotemi.
Pan sekretarz tymczasem obejrzał się ukradkiem na prawo, na lewo, błysnął oczyma, zasunął je powiekami i zapytał zcicha:
— A gdzie ty nocujesz? a?...
— Tu, wielmożny panie, nocuję.
— Gdzie „tu?” W karczmie?...
— Nie, wielmożny panie, tutaj...
— Tam, w szopie?... a?...
— Nie, tu... tu, na polu...
Pan sekretarz zadziwił się.
— Jak?... Na polu?... sama?...
— Juści-że...
— A tobie nie zimno? a?...
— Juści-że... wielmożny panie.
— Tak na tobie na wódkę. — Tu pan sekretarz sięgnął do kieszeni i rękę z dziesiątką do dziewczyny wyciągnął. — Do karczmy idź, rozgrzéj się.
Chciał więcéj coś mówić, ale na drodze podniosła się kurzawa i rozległy krzyki chłopaków, spędzających bydło.
Skoczył tedy pan Kosickij przez rów na drugą stronę szosy i, zanim Hanka podziękować mu zdążyła, oddalił się pośpiesznym krokiem. Dziewczynie zrobiło się czegoś dziwno. Młody pan był miłosierny, ale coś ci srogiego miał w oczach... O sztrafie mówił, o karze, a dziesiątkę jéj zadarmo dał... No, no... Patrzała za odchodzącym, obracała pieniądz w ręku i kiwała głową; a jakby nie będąc pewną, czy dziesiątka ta sprawiedliwie do niéj należy, nie śmiała jéj wiązać w swoję chuścinę, tylko ją w kieszeń wsunęła. Zebrała potém resztę wykopanych kartofli i z trudem sobie zadawszy worek na plecy, poszła go wysypać na przykryty słomą kopczyk, który stał pomiędzy karczmą a stodołą.
Widok słomy nasunął jéj myśl, że gdyby szynkarz użyczył jéj choć płachetkę trzęsionki, jaką bydłu ścielą, byłoby jéj daleko i suszéj i ciepléj spać, niż na téj świętéj ziemi... Przystanęła tedy przed karczmą, czekając, aż Gawroński wyjdzie, gdyż szynkarka nawet do sieni po motykę niechętnie ją puszczała, utrzymując, że ino patrzéć, jak ten obieżyświat co porwie.
Stała więc Hanka pokornie pod ścianą, głęboko zasunąwszy ręce w rękawy i wtuliwszy głowę pomiędzy ramiona, jak to był u niéj ruch zwykły. Nadszedł Gawroński, pokłoniła mu się do kolan, prosząc o „ździebluchno” słomy. W téjże wszakże chwili wypadła czatująca przy oknie szynkarka i, ująwszy się pod boki, krzyknęła:
— Widzieliśta, moi ludzie, żeby na taki ciężki rok słomę po polu roznosić? Własnym krowinom człowiek ujmuje, aby ino, aby ino, póki Pan Jezus żyta omłócić nie da, a takie tam ledaco będzie tu sobie posłanie „rządziła.” Może ci jeszcze pierzynę wynieść? Abo łóżko? Co?... A ty, głupi, czego stoisz i oczy wytrzeszczasz? — fuknęła na męża. — W izbie pełno ludzi, a on tu będzie stał i „bałamoncił.”
— Ino nie wrzeszczyć, matka! ino nie wrzeszczyć, bekowiska po próżnicy nie robić! — odrzekł Gawroński wolnym i dobitnym głosem, — Panu Bogu ino z tego obraza, a ludziom śmiech. A cóż to ja nie gospodarz, żebym zaś sam ze siebie nie wiedział, co do czego jest należące? Juści, że krowy pierwsze, to się wie. Anoby się i dziewczynie patrzyło ździebko słomy.
Zaniosła się do nowego krzyku karczmarka, ale Gawroński energiczniéj jeszcze machnął ręką i do Hanki się zwrócił.
— Słuchajże, dziewucha, — rzekł. — Zrzucił ta Bartek z kalenicy parę snopków, co bez nie do sąsieka ciekło; idźże ty za stodołę i snopek abo i dwa snopki sobie weź. Choć to tam nietęga obrada, boć to wszystko zbutwiało do licha, ale równo ciepléj, niż na szczeréj roli.
Pocałowała Hanka szynkarza i szynkarkę w rękę i za stodołę poszła. Okazało się jednak, że zrzucone z kalenicy snopki były zupełnie przegniłe i aż ciężkie z mokrości, że ich zatém i brać nie było co. Wróciła tedy na kartoflisko, posłanie sobie „rządzić” z wilgotnego worka, jak i dawniéj.
Tymczasem owe przedzachodnie mgły i tumany zgęstniały i zaczęły mżyć drobnym, przejmującym deszczem. Kilka gwiazd, które tuż po zachodzie słońca wybłysły były, skryły się teraz i roztopiły w szarém, bezbarwném powietrzu.
Okrywała się Hanka jak mogła, a co na jeden bok zmokła, to się przewracała na drugi. Przewracanie się wszakże takie z boku na bok nie dozwalało jéj zasnąć. Otwarła tedy oczy i rozpatrywała się dokoła w coraz gęstniejącéj ciemności. Patrzyła najpierw na niebo i wyraźnie widziała, gdzie się ono zaczyna, a gdzie kończy; patrzyła na karczmę, a z pod jéj wysokiego czarnego dachu spostrzegła wybłyskujące w dwóch oknach światełka mętne i żółte; patrzyła na las i widziała, jak pochmurzone jodły stoją martwo i jak pod niemi jałowce czernieją. Wreszcie zatrzymała oczy na wiatraku, którego nieruchome śmigi sterczały ku niebu, jakoby podniesione ramiona. Wkrótce wszakże linie zaczęły się zacierać, kształty niknąć, a coraz grubsza ciemność rozlewała się z każdą chwilą dokoła. Najpierw zniknął las, potém wiatrak, potém owe światełka w karczmie, wreszcie i niebo zlało się z ziemią, a dziewczynę objęła bezgraniczna noc, w któréj jeśli i były nawet jakie widma, to oko ludzkie dojrzéć ich nie mogło.
Chwilę jeszcze patrzyła Hanka w tę ciemność, potém skuliła się pod swoją chustką i zamknęła oczy.
Koło północy być już musiało, kiedy ją doszły jakieś niewyraźne szmery, jakoby deptanie przywiędłych łęcin kartoflanych. Podniosła głowę i patrzyła. Nic wszakże dojrzéć nie było można w tych gęstych, dotykalnych niemal mrokach. Dziewczyna znów zasypiać zaczęła.
Wtém zdało jéj się, że czuje jakiś gorący oddech tuż nad sobą i że jakieś chłodne, wilgotne palce ślizgają się po jéj włosach i szyi. Otwarła szeroko oczy, wstrzymując oddech, i ręce wyciągnęła przed siebie. Ręce trafiły na schylonego ku niéj w ciemnościach człowieka. Serce jéj się w piersiach rzuciło. Ani chybi, złodziéj przyszedł ją okraść z jéj krwawicy...
Zerwała się w jednéj chwili, chwyciła leżącą przy sobie motykę, któréj, zajęta ową słomą, nie odniosła z wieczora do karczmy. Niech się co chce dzieje, bronić będzie swojéj chudoby. Stanęła pochylona naprzód, z otwartemi, bez głosu ustami, ściskając oburącz motykę. Ciało jéj dygotało jak w febrze.
Wtém posłyszała tuż przy sobie szept świszczący i stłumiony:
— Czego się zrywasz, głupia?...
Jednocześnie dał się słyszéć suchy trzask z potartéj w ciemnościach zapałki, a przy jéj błękitnym płomyku ujrzała Hanka pana sekretarza. Stał przed nią, z twarzą wzburzoną i bladą. Ujrzawszy go, dziewczyna wrzasnęła przeraźliwie i, cisnąwszy motykę, jak szalona w stronę się karczmy rzuciła. Pan sekretarz puścił się za nią; ale już psy młynarskie wściekle od wiatraka ujadać zaczęły, a tuż za niemi słychać było głos Fabichowego parobka, który z ganku krzyczał:
— Huż go! złodzieja... Huż go!...
Wtedy goniący Hankę człowiek stanął, a wyciągnąwszy za dziewczyną pięść, potrząsnął nią w ciemnościach nocy i szepnął z mściwym zgrzytem:
— Ja ci!... Ja tobie!...
Wrzawa, jaką uczyniły psy młynarskie, nieprędko ucichła. Z godzinę jeszcze słychać było, jak z krótkiém, rekognoskującém łajaniem oblatywały w wielkich skokach pole, jak się wichrem pod las poniosły, a zawietrzywszy karczmarskiego brytana, skomląc, ku niemu przypadły, jak potém wytarzawszy się po roli w trójkę, na drogę się rzuciły z głośném, docierającém, zajadłém szczekaniem.
Gawroński, który mało spał téj nocy, zdziwił się wielce, ujrzawszy nazajutrz Hankę wciśniętą pod wóz w rogu podwórka, i, mimo późnéj godziny, głęboko uśpioną.
— A ty co tu robisz? — huknął na nią z góry.
Dziewczyna drgnęła i, otworzywszy szeroko oczy, patrzyła na szynkarza jakby nieprzytomna. Trącił ją butem.
— Czegoś ty tu wlazła, niemrawo? Dzień jak wół, a ta się wyleguje, jak za dobrych czasów. Potrzebnaś tu?...
Wygramoliła się zawstydzona z pod woza i, zawróciwszy w milczeniu, na kartoflisko poszła. Idąc, patrzyła przed siebie zwykłym swoim, trochę tępym, trochę znużonym wzrokiem. Zdawało się, że sen poranny zatarł w niéj wspomnienia ubiegłéj nocy. Nawet natknąwszy się na porzuconą motykę, podniosła ją powolnym, obojętnym ruchem, jakby nie pamiętając, zkąd się tu wziąć mogła. Dopiero kiedy nieopodal od legowiska swego zobaczyła w bruździe czapkę z lampasem i gwiazdką, rozjarzyła się na twarzy gwałtownym rumieńcem, chwyciła chustkę i worek, a omijając zdaleka zostawioną przez napastnika zgubę, poszła na drugi koniec redliny i z pośpiechem kopać zaczęła.
Od miasteczka tymczasem ukazał się strażnik.
Szedł zwolna, z głową spuszczoną, pilnie się rozglądając po drodze. Gawroński zobaczył go zdaleka, do izby wpadł, baryłkę araku i stojącą za piecem flintę do alkierza wyniósł, z szynkwasu butelek kilka sprzątnąwszy, w łóżko je pod pierzynę schował, poczém przed karczmą stanął, tyłem się do drogi obrócił i czmychał nosem.
Fedorenko podszedł tuż do niego.
— Dzień dobry!
— Dzień dobry! Dzień dobry! — Szynkarz udał wielkie zdziwienie. — A pan starszy zkąd się tu tak rano wziął?
— Zkąd się wziął? Ot, wesoły z was człowiek, pan Gawroński! Zkąd się miał wziąć? Z nieba spadł... A co nowego słychać?
— I... coby tam miało być nowego? Stara bieda i tyla... — Gawroński poskrobał się w głowę. — Człowiek od kłopotu i dospać nie może...
Fedorenko obejrzał się na strony.
— A gdzie to, pan Gawroński, ta dziewczyna, co tu u was służy?
— A hajno w polu... Tylko że to ona u mnie służyć nie służy, ino tak na dnie wyrabia.
— A paszport jéj u was jest?
— A dyć ta leży w półskrzynczu... Co ta taki paśport!... — Wzruszył ramionami.
— No, tak ja jego do kancelaryi wezmę i dziewczynę wezmę...
— O lo Boga! A to bez co?
— Czort znajet. U mnie naczalstwo jest, i rozkaz jest, i służba. Tak ja po służbie idę i po rozkazie idę. A co mnie robić? Jaby wolał w spokojstwie żyć. Tak cóż, kiedy nie można. U mnie dziś żonka chora, a mnie trzeba tam iść, i tam iść... Ot co!
Gawroński w głowę się drapał i językiem cmokał.
— O lo Boga, lo Boga!... Adyć my jeszcze wszystkich kartofli nie wygrzebali, a tu pluchoty idą... A niechże cię z taką robotą!... Choroba mi nadała taką dziewkę brać...
Weszli do izby. Po chwili wyszedł z niéj sam strażnik z czerwonym papierem w ręku i prosto się ku dziewczynie skierował, oczyma po ziemi wodząc, aż obaczywszy w bruździe czapkę pana sekretarza, obejrzał się, podniósł ją i szybko pod płaszcz schował. Od karczmy ukazał się teraz Gawroński, wciąż markotny i skrobiący się w głowę. Kilkanaście kroków uszedł i stanął, nie wiedząc, czy iść ma, czy zostać.
Hanka, ujrzawszy strażnika, nie okazała wielkiego zdziwienia. Usta jéj tylko nieco zbielały i ręce trząść się zaczęły. Niżéj się tedy jeszcze ku ziemi schyliwszy, wygrzebywała palcami kartofle, bo motyki jakoś utrzymać nie mogła. Tuż przy niéj był Fedorenko, kiedy się nagle rozprostowawszy, podniosła ku niemu twarz mroczną, postarzałą jakby od wczoraj.
Chwilę tak stała ciemna i szczupła na tle pochmurnego ranka, słuchając, co strażnik mówił, poczém zabrała swoje manatki i ku karczmie poszła. Fedorenko szedł za nią; niepokoiła go obojętność dziewczyny. Zbliżyli się do Gawrońskiego.
— Ostańcie z Bogiem, gospodarzu... — przemówiła posępnie Hanka. — Będzie tam jeszcze ze dwie kupki niewyzbieranych kartofli w redlinie, a tu macie worek i motykę.
Gawroński skrobał się w głowę.
— Adyć cię tam trzymać nie będą, kiej nie mają za co. Wrócisz, to i wyzbierasz.
Dziewczyna schyliła mu się do kolan.
— Ostańcie z Bogiem!
— Idź z Bogiem! — odrzekł karczmarz miękkim jakimś głosem. Żal mu się teraz zrobiło téj cichéj, śniadéj dziewczyny, od któréj pies jego podwórzowy lepsze miał wygody.
— Brrr... zimno! — przemówił, otrząsając się, Fedorenko. — Tak my by może, pan Gawroński, wodoczki się napili?
— Czemu nie! Żeby tak o co, jak o to...
Poszli we troje ku karczmie. Fedorenko i Hanka zatrzymali się przed progiem; szynkarz wyniósł flaszkę i kieliszek.
— W ręce wasze, panie starszy...
— Na wasze zdrowie!
Fedorenko wypił, otrząsnął się, splunął i kieliszek karczmarzowi oddał.
Gawroński do Hanki się zwrócił.
— Naści i tobie, mizeroto, zagrzéj się...
— Bóg wam zapłać za wszystko dobre.
— A wracaj się, jak cię ino puszczą...
Nie odpowiedziała i pierwsza w stronę miasteczka ruszyła. Droga leżała przed nią równa, prosta, szara. Wiatrak stał we mgle bez ruchu, wilgotne pary rozwlokły się po polach szeroko. A kiedy tak szła wśród téj pustki głuchéj, słysząc za sobą człapiące kroki strażnika, wydało jéj się, że znów nad nią huczy owa wielka, wielka woda.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.