Pod prawem/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Pod prawem
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Cały zbiór
Indeks stron
II.
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Urzędowe czynności magistrackiéj kancelaryi w G. były już w pełnym biegu, kiedy Hanka Blacharzówna stanęła w jéj progu.
U drzwi szwargotało półgłosem kilku żydków, przeciągając raz po raz w różnych kierunkach grzbiety, brudnemi chałatami okryte, jakby dla ulżenia sobie w jakiéjś tajemnéj dolegliwości; daléj stał chłop zafrasowany, wzdychający, w parciance samodziałowéj, z wysokiém biczyskiem w jednéj garści, a z czapką półtoraczną w drugiéj; jeszcze daléj napół pijana baba, z różą na twarzy, szturchała zmizerowanego wyrostka, który stał przed nią, jakby do płaczu skrzywiony; w głębi zaś, tworząc tło urzędowe tego obrazu, drzemał na ławie pod piecem strażnik, kiwający się w tył i na przód, wydający od czasu do czasu silne, urwane chrapnięcie.
Główną ścianę kancelaryi zdobił obraz w pozłocistych ramach; pod nim stał długi, pokryty zieloném suknem stół, przy którym pan burmistrz przeglądał świeżą gazetę, bębniąc zlekka po stole palcami pulchnéj, białéj ręki i nucąc przez zęby jakaś popularną aryjkę.
W samym środku kancelaryi, twarzą do zwierzchnika zwrócony, przestępował z nogi na nogę Maczuski, woźny magistratu, wysoki, chudy, pałąkowaty, który ze swoją wyciągniętą szyją i mocno wytrzeszczonemi oczyma zdawał się wyłazić nietylko z munduru, ale z własnéj skóry. Jego niezmiernie długie ręce przylegały ściśle po obu stronach kościstych bioder, wzdłuż dolnych kończyn, w sposób, który Maczuski „po szwam” nazywał, a który udoskonalając stopniowo, do takiego doprowadził mistrzowstwa, że kiedy stanął w pełném urzędowém umundurowaniu, zdawał się miéć wszystkie pozory skrzywionego nieco słupa telegraficznego. Przy swojéj wiórowatéj chudości, Maczuski wielkim był cholerykiem, w powadze służby nad wszystko zamiłowanym, a liberalnych momentów pana radcy nigdy nie pochwalał. Dość było i w téj chwili spojrzéć na jego dropiate od ospy oblicze, aby odgadnąć, że się w nim aż coś gotuje z powodu owéj aryjki zwierzchnika, profanującéj oficyalny charakter miejsca, gdzie wszystko „po szwam” być powinno. Niestety, przez szesnaście lat swojego woźnieństwa w G. stary służbista niejednokrotnie miał sposobność przekonać się, że wiele rzeczy „po szwam” tu nie było. Bolał nad tém, jakby nad osobistą krzywdą i obrazą. Ideałem jego był naczelnik milczący, nieugięty, srogi i zawsze — w nocy nawet — zapięty na wszystkie guziki. Pan burmistrz zapiętym na wszystkie guziki nie bywał nawet we dnie, żydków po ramieniu klepał, w gawędy z byle kim się wdawał, jego samego nieraz za pan brat tabaką częstował; słowem, daleki był, bardzo daleki od ideału. Czuł Maczuski, że mu to życie skraca, i co kwartał krew sobie puszczać dawał, żeby go żółć w kancelaryi nie zalała — jak mówił.
Z kwadrans już stała Blacharzówna u progu, kiedy pan burmistrz gazetę złożył, ręce zatarł, brwi podniósł, na papiery nagromadzone przed sobą spójrzał, ziewnął i co rychléj się od nich odwrócił, oczyma po zebranéj u drzwi gromadce powiódł, a zatrzymawszy spojrzenie na Hance, zapytał nagle:
— A co to?
— W pobyt — pośpieszył „dołożyć” od siebie Maczuski.
— Taaak?... — zapytał przeciągle pan burmistrz. — A, to co innego.
Właściwie mówiąc, nie było to nic innego, bo co tygodnia w pobyt przypędzano partye; ale zdawało mu się, że przez powiedzenie takie urozmaici sobie nieco wypadki codziennego życia.
— Rozpiska jest?
Dziewczyna wystąpiła z gromadki, podeszła do stołu, pocałowała burmistrzowską rękę i podała kartkę w milczeniu.
— Hm! — mruknął, czytając i patrząc kolejno to w papier, to na dziewczynę, — hm!... Trzy lata... hm!... Łatwo powiedziéć... hm... Co oni sobie w téj Warszawie myślą?...
Zamyślił się i zaczął skubać faworyty, okalające jego podbródek.
— Ano, to i dobrze! — dokończył po chwili.
Pan burmistrz optymistą był z natury i wszystko lubił kończyć dobrze.
Tym razem wszakże słowa zdawały się iść swoją drogą, a myśli swoją. Zadumał się, miał kłopoty. W mieście nagromadziło się tyle pobytowych, że była to jakby kolonia złodziejska, nad którą władza wymykała mu się z ręki. Co wieczór awantury, co nocy kradzieże, pod miastem rabunki. Straż ziemska, z Fedorenką na czele, rady sobie dać nie może. Całe szczęście, że tałałajstwo to napowrót do Warszawy ucieka...
Popatrzył na Hankę z pod oka, jakby miarkując, czy i ona drapnie, — pobębnił palcami po stole, parę razy jeszcze chrząknął, wreszcie wygiąwszy się w kierunku drugiego pokoju, zawołał:
— Panie Aleksandrze! Panie Kosicki!
We drzwiach przeciwległych wchodowi stanął nizki, szczupły blondynek, z grubym, zadartym nosem i wzgardliwie wydętemi wargami. W krótko przystrzyżonéj, szczeciniastéj jego czuprynie błękitniał jeszcze świeżo z ust wydmuchany kłąb dymu, w spuszczonéj ręce trzymał tlące się cygaro.
Był to pan Aleksander Stanisławowicz Kosickij, sekretarz biura.
— A?... — odezwał się głosem skrzypiącym, jak nienasmarowane osie.
— Mój panie Aleksandrze — przemówił żywo burmistrz, — przejrzyj pan tam papiery Blacharzówny, muszą gdzieś leżéc u pana. Rozpiskę trzeba jéj dać...
— W pobyt? A?... — zaskrzypiał znów pan sekretarz.
— W pobyt, wielmożny panie — odpowiedziała Hanka, podchodząc, aby go pocałować w rękę. Ale pan sekretarz ręce schował za siebie. Z wielkim bowiem taktem uważał on przyjmowanie takich hołdów za mniéj właściwe w obecności zwierzchnika, który był „koleżskim sowietnikiem.”
Sam przecież do biurka swego nie wracał, ale jak wypowiedział owo „a?...” tak stał z otwartemi usty i oczu nie zdejmował ze schylonéj przed sobą dziewczyny. A ciekawa to była para oczu w téj bladéj i jakby chorowicie obrzękłéj twarzy pana sekretarza. Jakieś to zielonawe, to czerwone błyski zapalały się w nich i gasły; a on, jakby wiedząc o tém, a nie chcąc ludziom pokazać, nakrywał je ciężkiemi, lekko zaognionemi powiekami, z pomiędzy rzęs tylko puszczając zmrużone spojrzenia. Postawszy tedy dłuższą chwilę, skinął głową na Hankę, aby szła za nim, i cofnął się w sam środek tytuniowéj chmury, która nad biurkiem jego w powietrzu wisiała.
Tu chwycił szybko jeden plik papierów, odrzucił go, chwycił drugi, potém trzeci, a podczas szukania właściwego foliału ręce mu drgały chwilami, jakby szarpane za ścięgna. Znalazł nareszcie czego szukał, oparł się ciężko o stół, jakby w chwilowéj niemocy, zmrużył oczy i kilka razy odetchnął głęboko.
Hanka pilnie w twarz mu patrzała, chcąc z niéj wyczytać, co czynić ma lub mówić.
Pan sekretarz przystąpił bardzo blizko do dziewczyny, mrużąc i rozszerzając naprzemian błyskotliwe oczy.
— Anna Blacharzówna?... A?...
— Tak, wielmożny panie — odpowiedziała Hanka.
— Ty w służbę myślisz?... A?...
— Bo ja wiem, wielmożny panie. Juści w służbę.
— Hi... hi... hi... — zaśmiał się zcicha pan sekretarz. — Kto ciebie w służbę weźmie? Kto do domu puści? Z czerwonym paszportem... A?...
Hanka schyliła głowę i milczała. Wielka chustka rzucała głębokie cienie na jéj twarz śniadą. Oczy miała spuszczone. Źrenice pana sekretarza strzeliły czerwonym blaskiem.
— Ot, jaby wziął... jaby puścił... ja...
Spazm mu jakiś przeleciał po twarzy, zacisnął ręce, nie skończył. Hanka podniosła głowę i spojrzała na niego stroskanym, trochę tępym wzrokiem. Niedobrze pojmowała, czy się lituje nad nią, czy téż naprawdę w służbę chce wziąć.
Pan sekretarz zachłysnął się, wykręcił nagle do stołu, siadł przy nim i przez chwilę pisał. Wyciągnął potém rękę.
— Ot tobie rozpiska! Tak ty możesz teraz w miasto, służby szukać. A melduj się, jak znajdziesz. A potém takoż się melduj. Do mnie się melduj, rozumiesz?... a?...
— Rozumiem, wielmożny panie — odpowiedziała dziewczyna.
— A żeby ty nigdzie nie próbowała uciekać. Tobie tylko tu w mieście być... A?...
— W mieście, wielmożny panie.
— Tak ty idź, a w trzy dnia melduj się...
— Dobrze, wielmożny panie.
Schyliła mu się du kolan — odskoczył jak oparzony. Dziewczyna wyszła.
Była właśnie w połowie kancelaryi, zmierzając z powrotem ku drzwiom, kiedy ją spostrzegł i zatrzymał pan burmistrz, oblegany tymczasem przez kłaniających się co chwila i dyskretnie uśmiechniętych żydków, z pomiędzy których jeden wyłuszczał interes, a reszta cmokała rozkosznie ustami, jakby dla tém większego zalecenia go „wielmożnemu prezydentowi.” Nie wiadomo, czy pan burmistrz potrzebował w téj chwili dywersyi dla własnych strategicznych planów, czy istotnie ta szczupła i śniada dziewczyna zwracała jego szczególną uwagę, dość, że spostrzegłszy ją, głos podniósł i zawołał:
— Ty... jak ci tam?... Zaczekajno jeszcze!
Zatrwożyła się i stanęła.
— Maczuski! — kończył pan burmistrz, ku drzwiom się zwracając.
Ale Maczuski od kilku już minut był w położeniu okropném. Mrugał więc coraz szybciéj swemi wyłupiastemi oczyma, piersią podawszy się naprzód, jakby w oczekiwaniu rozkazu. Od progu jednak nie odstępował, nie mógł odstąpić — i to stanowiło tragiczność chwili. Oto ten urwis Wicek, jego najmłodszy, aż tu za nim przyleciał i, wsunąwszy się przez drzwi uchylone, pociągnął go z tyłu za połę.
— Ociec! Granula się ocieliła...
Maczuskiemu krew uderzyła do głowy.
— Poszedł! — syknął przez zęby i machnął pięścią w tył, ryzykując gdzie trafi, to trafi. Ale widać nie trafił nigdzie, bo znów tuż za sobą usłyszał:
— Ociec... Ma byśka!
Maczuski posiniał z wściekłości, a wytrzeszczywszy jeszcze mocniéj oczy i daléj wyciągnąwszy szyję, dla odwrócenia uwagi urzędu od rodzinnego dramatu, który się za jego plecami rozgrywał, kopnął w tył nogą, na wpośrodek Wicka miarkując. Ale noga uderzyła w próżnię. Myślał, że go krew zaleje.
— Ociec — prawił daléj chłopak, — matka powiadają, co go będą chować.
— A bodajżeś zmarniał! — zaklął stłumionym szeptem tkliwy rodzic Wicka i wyciągnął poza siebie kurczowo rozczapierzoną, jak jastrzębie szpony, prawicę, w celu pochwycenia czupryny Wickowéj. Szczęśliwa jednak gwiazda małego hultaja ocaliła go i tym razem.
Chłopak był znowu tuż za nim.
— Je srokaty, i żeby ociec prędko szedł!
Tu Maczuski stracił resztę panowania nad sobą, a umocniwszy się na lewéj nodze, wierzgnął z całéj siły w tył prawą, w chwili właśnie, kiedy pan burmistrz zawezwał go przed siebie.
Nieszczęsny Wicek zanadto się widać podówczas zbliżył do ojcowskiéj osoby, gdyż jednocześnie prawie z owém wezwaniem dało się słyszéć nieokreślone jakieś miauknięcie, potém uderzyło coś we drzwi jakby polanem, wreszcie dał się słyszéć szybki tupot bosych nóg poturbowanego posła, którego tym razem nie ochroniło żadne międzynarodowe prawo. Maczuski odetchnął głęboko, szurgnął parę razy butami, dla zatarcia ostatnich ech owego tupotu, i wystąpił przed zwierzchnika siny jeszcze z uprzedniéj alteracyi, ale już „po szwam,” w pełni swojéj urzędowo-słupiastéj powagi.
— Gdzież się Maczuski, u licha, kryje? Co tam za hałasy?... Dowołać się nikogo nie można!... — fuknął gromko pan burmistrz, nietyle przeciw staremu Maczuskiemu gniewny, ile dla okazania energii swéj żydkom, trzymającym go w pełnéj słodkich pokus opresyi.
— Żadnego porządku w służbie!
Tu głos mu zwolniał nieco.
— Pokazać tam dziewczynę Fedorence, żeby wiedział... Tu paszport dla niéj... A ty się nie wałęsaj, tylko służby szukaj... — zwrócił się do Hanki.
Nie skończył jeszcze, kiedy w sieniach zrobił się nagły tumult, a przez szeroko otwarte drzwi wtoczyła się pani kasyerowa. Czerwona była bardzo i sapała silniéj niż zwykle.
— Dzień dobry prezydentowi! — zawołała krzykliwie od progu. — Prezydent wie, co się stało?
Pan burmistrz zerwał się ze swego fotelu, podstawił go pani kasyerowéj i zakrzyknął nawzajem:
— Dzień dobry! dzień dobry! Jakże zdrowie pani dobrodziejki?
Ale dama nie była w usposobieniu, potrzebném do wymiany towarzyskich grzeczności. Padła więc tylko na fotel, wołając:
— To prezydent nic nie wie?... Ta Kubisiakówna z Warszawy, ta pobytowa, co to była u mnie, wie prezydent, ta gruba, uciekła dziś w nocy. I to, powiadam prezydentowi, zabrała Filipci spódnicę z wszywkami, Józi pończochy w paski i dwa prześcieradła. No i rób co chcesz! Szukaj wiatru w polu!
Pan burmistrz klasnął w ręce.
— Nie może być!
Dama się zaperzyła.
— Co to nie może być, kiedy jest! I żeby to jeszcze stare prześcieradło, ale nie, nowe, powiadam prezydentowi, od tuzina wzięte! A żeby ją!...
Pan burmistrz stał zafrasowany, drapiąc się w łysinę. Przez opuszczone jego wargi przesuwało się coś niezmiernie podobnego do „dyabli nadali!” Żydki tymczasem zaszwargotały między sobą, a jeden z nich machnął ręką i roześmiał się zcicha.
Bystre oko pani kasyerowéj gest ten dostrzegło.
— Cóż tam za chychy? — zapytała wyniośle. — Taka strata, to nie żadne chychy.
Zapłomieniła się na twarzy z oburzenia.
— A możeby pani dobrodziejka do mojéj żony — pośpieszył z interwencyą pan burmistrz.
— A dobrze, żeś mi prezydent przypomniał! — Właśnie to żona pańska namówiła mnie na tę złodziejkę. Co tam pani będzie uważała! mówi, pobytowa, nie pobytowa, każdéj pilnować trzeba, mówi, a to się sponiewiera, jak nikt w służbę nie weźmie... Ot i masz.
Odsapnęła kilka razy silnie.
Burmistrz stał przed nią, jak żak, mocno niekontent z siebie, że żonę tak nie w czas przypomniał.
Dama uderzyła ręką w boczną poręcz fotelu.
— A ja powiadam prezydentowi, że teraz w mieście nikt pobytowéj do służby nie weźmie! Już się skończyło! Oho, prosto ztąd idę na pocztę i do doktorów idę przestrzedz, bo tam znów do prania te złodziejki biorą. Gotowa kradzież. I wszystkich przestrzegać będę. A i żona pańska niech się ma na ostrożności... Taka tania sługa, to jest droga sługa, bo sobie sama jak chce tak zapłaci...
— Zapewne, zapewne! — bąkał niewyraźnie pan burmistrz, coraz mocniéj zażenowany.
— Więc jakże będzie z tą Kubisiakówną? — zapytała dama. — Bo już mniejsza o spódnicę i pończochy, ale przecież prześcieradeł od tuzina tracić nie mogę. Radź prezydent, co robić, mój prezydentuniu! Ja chętnie coś Fedorence od siebie dam, niech szuka, niech się dowiaduje...
— Ale owszem, owszem, pani dobrodziejko!
— I Staniewicz niech szuka...
— Będzie szukał. Wszyscy będą szukali! — mówił burmistrz, uszczęśliwiony, że dama już wstaje z fotelu. — To mój obowiązek, pani dobrodziejko! — dodał, odprowadzając ją do drzwi.
— I żeby się wszędzie dowiadywali o te prześcieradła.
— Ale owszem! Naturalnie! Zapewniani panią dobrodziejkę.
— I żonę niech prezydent przestrzeże!
— Naturalnie! naturalnie!
Rozstali się w ukłonach.
Całéj téj rozmowy słuchała Hanka z głuchym jakimś niepokojem. Jak stanęła, tak stała, spuściwszy głowę i patrząc w sęczek, który się ciemniéj rysował na żółtéj kancelaryjnéj podłodze. Chwilami zdawało jéj się, że to ona ukradła spódnicę z wszywkami i pończochy w paski. Oczy jéj wtedy zaczynały biegać jak jaskółki, obracając się to na mówiącą panią, to na drzwi, któremi wejść mogli Fedorenko i Staniewicz.
Jak wejdą — niechybnie ją złapią.
Po chwili wszakże wracała jéj rozwaga. Ona przecież nie ukradła spódnicy, ani pończoch, ani dwóch nowych prześcieradeł od tuzina.
Nie! nie! Ona wie dobrze, że tego nie ukradła. Mogą Fedorenko i Staniewicz szukać koło niéj wszędzie, jeśli chcą. Uspakajała się, oczy jéj miały i znów zatrzymywała je z jakąś głuchą troską na owym sęczku w podłodze. A sęczek zdawał się powiększać, poruszać i patrzył téż na nią, jakby groźna, coraz ciemniejsza źrenica...
Jeszcze Blacharzówna ze schodków magistrackich nie zeszła, kiedy Wicek Maczuskiego, który tu znów z poselstwem jakiémś z domu przyleciał i przezorniéj tym razem w podwórku się zatrzymawszy, zobaczył, jak „ociec” dziewczynę Fedorence zdaje, krzyknął z wielką fantazyą:
— Warszawska złodziejka! Warszawska złodziejka! Widzita warszawską złodziejkę!...
Po Hance ognie przeszły. Najadła się ona co prawda wstydu niemało przez one lata więzienia. Ale tamto było w sądzie, w urzędzie, w czterech ścianach, nie zaś tak na ulicy... Myślała, że ją kto nożem przebódł.
Tymczasem do pomysłowego Wicka przyłączyło się dwóch, czy trzech przyjaciół z przeciwka, którzy nie mając jakoś na tę chwilę nic lepszego do roboty, zaczęli wyskakiwać po ulicy, wrzeszcząc co gardła:
— Warszawska złodziejka! Warszawska złodziejka!
— Ciszéj, trutnie! — huknął zrazu Maczuski, odwróciwszy głowę.
Ale wnet potém zagadał się z flegmatycznym Fedorenką, który każde słowo z małoruska, jak smołę, ciągnął, na pół drogi do nosa trzymając szczyptę tabaki, którą go woźny częstował.
Hance zdawało się, że to już tak musi zostać nazawsze.
Zmrużyła oczy i podniosła ramiona, jakby się chroniąc przed uderzeniami obucha. Śniada jéj twarz jeszcze śniadszą zdawała się w téj chwili.
Tymczasem uderzyło południe, a z poblizkiéj szkółki wysypał się drobiazg gwarliwy. Wnet zmiarkowawszy, w czém rzecz, chłopaki przyłączyły się wrzaskliwie do zaimprowizowanego przez Wicka chóru; dziewczęta téż zatrzymały się nad brzegiem trotuaru i, otworzywszy usta, przypatrywały się Hance. Robiły nad nią uwagi, śmiały się i szturchały chudemi łokciami, spychając na ulicę.
Wśród śmiechów tych i tego wrzasku stała Hanka, skulona pod swoja wielką chustką. Coś w niéj cierpło, kamieniało i chwilami zdawało jéj się, że w ziemię wrasta. Chciała się poruszyć, ale jéj nogi ciążyły jak kłody. Nie mogła zresztą odejść, czekała na swój czerwony paszport, który Maczuski z Fedorenką komentowali, porównywając go z rozpiską pana sekretarza.
Złożył wreszcie strażnik ów paszport, oddał go dziewczynie i skinął na nią, że odejść już może. Jak była skulona, tak odwróciła się i poszła pierwszą spotkaną uliczką. Wrzask dzieci leciał jeszcze za nią czas jakiś, słabnął potém coraz, aż wreszcie rozpłynął się w cichém powietrzu. Ona jednak szła i szła, dopóki jéj uliczka owa nie wyprowadziła na pole. Zadziwiła się wtedy i stanęła.
Gdzie idzie? Po co? Do kogo? — Nie wiedziała sama. Uszy miała pełne brzęku, głowę skołataną, ciężką.
Po chwili oprzytomniała jakoś.
W mieście jéj trzeba zostać, do magistratu się meldować w trzy dni i potém służby szukać... Ścisnęła w ręku swój czerwony paszport. — Kto ją weźmie z takim paszportem? Kto ją do domu puści? Do prania jéj téż nie wezmą, boby mogła ukraść spódnicę z wszywkami i pończochy...
Tu myśli jéj stanęły. Myślenie było dla niéj wogóle pracą ciężką. Chwilę jeszcze majaczyły jéj po głowie owe pończochy, potém przeciągnęła się pod swoją chustką i poczuła, że jest bardzo głodna.
Sięgnęła w zanadrze. Tam w staréj chustczynie miała jeszcze kilka trojaków. W więzieniu nic prawie nie zarobiła, chorowała, nie miała zdrowia. Choroba zjadła wszystko — i to, co na „wydział” szło, i to, co do „książki.” Cztery złote dał jéj „wielmożny,” kiedy ją puścili. Niech mu tam Bóg odpłaci.
Obejrzała się, nie było nikogo. Wyjęła parę miedziaków, zawiązała paszport i zwolna wróciła do miasta.
— Moja pani — odezwała się nieśmiało, zatrzymując się przy pierwszym straganie, na którym kupiła kilka bułek od tłustéj przekupki, — moja pani, czyby mi téż pani nie doradziła jakiéj służby?
— Czemu nie, moja panno! Służba się zawsze znajdzie. Co to, panna po chorobie, czy co? Nietutejsza może?
— Nietutejsza...
— A zkądże panna?
— Ja... ja z Warszawy.
Straganiarka wychyliła głowę ze swojéj budki i baczniéj na dziewczynę spojrzała.
— Coś strasznie koło panny mizernie. A cóż panna potrafi?
— Ugotować potrafię, uprać...
— Co to tu panna „famielię” ma, czy co?
— Nie, nie mam nikogo...
Siwe oczy straganiarki podejrzliwie spojrzały na dziewczynę.
— A może... bo to nie wiadomo, moja panno, a strzeżonego Pan Bóg strzeże... może panna „w pobyt?”
Hanka schyliła głowę.
— Eee, moja panno, kiedy tak, to po co ludziom głowę zawracać? Ja sama bym wzięła porządną dziewuchę i robota by się dla niéj znalazła, bo to ziemi nie przekopie, a roboty nie przerobi, ale musiałabym źle w głowie miéć, żeby zaś brać pobytówkę... W imię Ojca i Syna! A to się panna wybrała! Cóż to panna myśli, że u mnie w stancyi cztery gołe kąty, czy co, żebym zaś złodzieja do domu puszczała? Moja panno, u mnie jest pościel na cztery łóżka, poduszki takie, że to po trzy ruble jedna, u mnie są rondle, u mnie jest wszelaki porządek, wszelaka domowizna. To ja, moja panno, lada obieżyświata nie mogę do domu puszczać, ja muszę miéć dziewczynę, co się nazywa, akuratną, znającą między ludźmi. Tak, moja panno. Kiepskoś się panna wybrała. Tu pobytówek, jak tych psów, się kręci, a kto ich weźmie do służby? Żyd nawet nie weźmie, choćby za pół darmo. Każdy się, moja panno, strzeże, jak może, bo domowego złodzieja nikt nie upilnuje...
Hanka zwróciła się w milczeniu. Jakoś ją nagle ochota do jadła odeszła. Tymczasem straganiarce nowa myśl błysnęła w głowie. Kolasińska, rzeźniczka, szuka dziewuchy... Niechby wzięła złodzieja, głupia baba! Dmie się to, nie wiadomo czego... Teraz znów sługą chce wszystkich zakasować... Otby dla niéj sługa...
— Panno! panno! — zawołała. — Niechno panna czeka!
Hanka się obejrzała i stanęła.
— Niech ino tu panna bliżéj podejdzie!
Dziewczyna podeszła.
— Tu w drugiéj kamienicy — mówiła zcicha straganiarka — mieszka rajfurka Janowa. Już się tam panna dopyta. Wiem, że ona do rzeźniczki z przeciwka sługi szuka. Niech panna idzie, może się uda.
Hanka pocałowała babę w rękę.
— Dziękuję, moja pani...
— Co tam dziękuję! Niema za co dziękować. Idź panna z Bogiem.
Zajęta zmywaniem statków Janowa przyjęła Hankę w sposób, budzący najlepsze nadzieje. Wczoraj właśnie mówiła jéj pani aptekarzowa, że wzięłaby i pobytową nawet, byle cichą i pracowitą dziewuchę, bo już z temi „lafiryndami” rady sobie dać nie może. Co która pobędzie tydzień, dwa, oho! już po służbie. Nienastarczone rzeczy. Z uczniami by tylko albo i z prowizorem po kątach każda wyszczerzała zęby, a roboty się boi jak ognia... Wprawdzie to i rzeźniczka szuka, ale również co pani, to pani. Zawszeć to inna rzecz u profesyanta służyć, a u państwa...
W Hankę wstąpiła otucha.
— Moja pani Janowa, moja święta! To kiedyby my poszli?
— A cóż! Odkładać niema co! Niech ino panna mój fartuch zapasze i tę chustkę z głowy zdejmie, żeby tak jakoś koło panny było porządniéj trochę. Ja ino poszoruję statki, to zaraz pójdziemy.
W pół godziny potém były już w aptece.
— Proszę wielmożnéj pani — rzekła Janowa, krygując się i całując rękę pani aptekarzowéj, bardzo wysokiéj, bardzo żółtéj i bardzo chudéj osoby — „rekomanduję” pani nową kuchareczkę...
Pani aptekarzowa miała wzrok krótki, przymrużyła więc oczy i wyciągnęła cienką swoję szyję. Rozpoczęła się indagacya.
— Zkądże to?... U kogo służyła?...
Janowa się zbliżyła, wspięła do ucha pani i z poufałością, cechującą stosunki małomiasteczkowe, zaczęta szeptać.
Ale w téjże chwili pani aptekarzowa odskoczyła, rozstawiwszy przed sobą chude swoje ręce.
— Nie chcę! Nie chcę! Nie chcę!... — mówiła prędko, trzęsąc niemi i cofając się ku drzwiom pokoju.
Janowa wszakże nie ustępowała z placu.
— A wielmożna pani wczoraj mówiła...
— Mówiłam! prawda, że mówiłam! Ale jeszcze nie wiedziałam o niczém. A tu się piękna historya u państwa kasyerów dzisiejszéj nocy stała... Cóż to, Janowa nie wie, że ta Kubisiakówna Walerka okradła ze wszystkiéj bielizny i uciekła?... To Janowa nie słyszała o tém? A przecie się całe miasto trzęsie!
Kobiecina klasnęła w ręce i zaczęła głową kiwać w wielkiém zdumieniu.
— Przypatrzcie się, moi ludzie, co to za złodziejka!
Usłyszawszy ten wyraz, Hanka mimowolnym ruchem sięgnęła ku chustce, któréj wszakże nie miała na głowie. Znowu jéj zaczynało się majaczyć, że to ona okradła kasyerów, że się to wszystko zaraz wyda i że ją znów do więzienia wezmą. W pomieszaniu swojém pociągnęła Janową za fartuch, chciała odejść.
Janowa wszakże postanowiła raz jeszcze próbować szczęścia.
— Co tam, proszę wielmożnéj pani! — rzekła z rezygnacyą. — Co się stało, to się nie odstanie. Niby to i tutejsze nie kradną! A toby wielmożna pani miała dziewuchę pomyślenie... Jedna drugiéj nie równa choć i na ten przykład, Kubisiakówna zawsze była gałgan dziewczysko, a ta i ugotuje, i wypierze, latać nigdzie nie będzie, bo to znajomości nijakich nie ma...
— A niech ją tam licho, moja Janowa! Żeby mi tu ona miód robiła, to już ja jéj nie chcę. Niech się tam nią kto inny dorabia, byle nie ja.
— No! Cóż robić, kiedy wielmożna pani nie chce...
— Ale nie, nie, moja Janowo! I wam radzę, nie prowadzajcie jéj nigdzie, bo się możecie w jaką biedę wkopać.
— Ha, jak tak, to padam do nóżek wielmożnéj pani.
— Bądźcie zdrowi.
Wyszły.
— No, moja panno — rzekła Janowa do zstępującéj w milczeniu ze schodów dziewczyny, — widziała panna, że się człowiek starał, jak mógł, i wszystko na nic. A ja pannie powiem, że jak panny w aptece nie wzięli, to panny nigdzie nie wezmą, bo to jest służba osławiona między wszystkiemi, i żadna się tam porządna sługa nie posięgnie, tylko same szurgoty. A kiedy już ta sucha Jewka panny nie chciała, to źle! To już ja się nie podejmuję panny prowadzać. No, no! aż mi dziwno... A wiem, że sługi nie mają...
Kiwała głową w krochmalnym czepcu i kołysała się na szerokich biodrach w wielkiém zadziwieniu. Po chwili zatrzymała Hankę.
— Tak dawaj panna mój fartuch, a po chustkę sobie panna przyjdź. Tyle tylko, że się człowiek po próżnicy językiem naobracał. Aż mi w gardle zaschło. Żeby tak z kim politycznym, toby się i napić warto z naparstyszek...
Hanka zrozumiała przymówkę i sięgnęła po swoje trojaki.
— A toć jabym rada... — Miała nadzieję, że ją jeszcze Janowa do rzeźniczki doprowadzi.
— A no, to daléj go!... do Szapsiowéj...
— Tylko, że jabym chciała pierwéj chustkę... Jakoś tak nieładnie między ludzi...
Nie mogła wymówić, że jéj wstyd było z odkrytém czołem między ludzi iść, ale w istocie wyobrażała sobie, że kto na nią spojrzy, to zaraz pomyśli: złodziejka. Wstąpiły tedy po chustkę.
U Szapsiowéj było gwarno. Hanka zawahała się na progu, ale ją pociągnęła Janowa. Pierwsza izba pełna była pijących. Jedni siedzieli przy żółtym, bejcowanym stole, to popodpierani oburącz, chmurni, milczący, kurząc szwicent i plując na strony, to rzucający się sobie w objęcia i płaczący rzewnie. Drudzy, porozwalani na ławach, śmieli się, dowcipkowali, śpiewali i, chociaż sami napół pijani, krotochwile sobie z innych czynili; kilku stało w pośrodku izby — to krzepko, to już się chwiejąc na nogach i rozlewając wódkę, a od czasu do czasu uderzali pięściami w stół i klęli donośnie.
Brudna usługująca dziewczyna kręciła się, jak mucha w ukropie, odwoływana i popychana na wszystkie strony; sama zaś Szapsiowa, robiąc pończochę na wysokim stołku za szynkwasem, patrzyła na gości swoich tém leniwém, zmrużoném nieco spojrzeniem wygrzewającéj się kotki, które tak często widziéć można u starych, tłustych, niegdyś pięknych żydówek małomiasteczkowych.
Janowa przepchnęła się do saméj szynkarki i, zażądawszy anyżówki, przepiła półkwaterkiem do Hanki.
— Daj Boże zdrowie!
— Daj Panie Boże!
Dziewczyna odebrała kieliszek i wypiła także. Wtedy Janowa zaczęła przegryzać ser z kminkiem i słony obwarzanek żydowski, po którym okazała się potrzeba przepłukania gardła piwem.
W czasie tego poczęstunku ten i ów podchodził i zaglądał pod chustkę uparcie zasłaniającéj się dziewczynie. Kilku nawet szturchnęło ją w bok, nieumyślnie niby, że to tłok był w szynku. Jeden zwłaszcza, chłop młody i rosły, obchodził ją to z lewéj, to z prawéj strony, jakby szukając zaczepki. Płaciła właśnie za traktament Hanka, kiedy stanął wprost przed nią i, zajrzawszy jéj w oczy, zawołał:
— A, jak Boga kocham!... Tośmy się zeszli!
Hanka spojrzała i poznała go także. Był to Józek Calik, co z nią przeszłego roku razem w więzieniu siedział.
Zapaliła się na twarzy i pociągnęła za fartuch Janową. Chciała wyjść ztąd coprędzéj.
Ale babie po oném piwie z anyżówką na gadanie się zebrało, więc się łokciem na szynkwasie podparła, na ręce brodę położyła i opowiadała Szapsiowéj, jak to przeszłego roku chłopaka jéj do wojska brali. Ani sposób było wyciągnąć ją w téj chwili. Calik téż ode drzwi zastępował i, wsparłszy się pod boki, śmiał się i głową kręcił.
— No, no! kiedy my się téż tak tutaj zeszli! No, no! I dawno tu Hanusia?
Dziewczyna ścisnęła zęby i milczała.
— A cóż to Hanusia zaniemówiła, czy co? Zawsze taka harda?
Zbliżył się do dziewczyny, która znów pociągnęła Janową. Baba odwróciła głowę, a biorąc zaczepkę Calika za zwykłą galanteryę, rzekła:
— Daj sobie pan spokój! Bo ta panna nietutejsza i z tutejszemy kawaliramy nieznająca...
— Cha! cha! cha! — zaśmiał się Calik hucznie. — Moja pani! Wiem ja lepiéj niż pani, z czém ta panna znająca, albo nieznająca.
— A ja panu powiadam, co sobie pan daj spokój, bo ja tę pannę do służby prowadzę.
Calik obrócił się do dziewczyny.
— Co Hanusia, zgłupiała? Do służby Hanusia idzie?
— Gdzież pójdę? — przemówiła Hanka z jakąś niecierpliwą żałością w głosie.
Calik pociągnął ją na stronę.
— Hanusia lepiéj z nami trzymaj — przemówił zcicha. — Kupa nas tu jest, ze strażnikiem się znamy i co nam kto zrobi? Zawierska tu jest, i Walera jest, i Korbielakowa... Człowiek sobie czasowy, nad karkiem mu nikt nie stoi, we świat téż czasem wyjrzy, to na folwark gdzie, to na jarmarczynę jaką. Ze żydkami wszystko można, powiadam Hanusi... Ja już tu trzy kwartały siedzę i jakoś się żyje. Insze tam pouciekały do Warszawy. Warszawa im pachnie. A niech im tam pachnie! A ja Hanusi powiadam, że i tu nienajgorzéj...
— Muszę już iść — rzekła.
— A gdzie Hanusia siedzi? u téj baby?
— Nie mam jeszcze nijakiego posiedzenia...
— No, to Hanusia napróżno służby nie szukaj, bo dziś o Walerze obębnili na rynku, to się każdy będzie wagował wziąć, a do mnie się Hanusia na Utratę pytaj, to się możemy zejść... No, jakże?
— Muszę już iść — powtórzyła dziewczyna jakby odurzona.
Calik puścił jéj rękę i pokiwał głową.
— Już ja widzę, że się Hanusia zmarnuje bez tę swoję hardość...
Nie odpowiedziała, ale szarpnąwszy zagadaną babę za rękaw, rzekła:
— Abo idźcie, abo nie idźcie, bo ja idę.
Janowa spojrzała na nią zamglonemi oczyma.
— Gdzie panna idzie?
— Do rzeźniczki idę...
— No, to niech panna idzie, bo ja tam nie pójdę.
Odwróciła się do szynkwasu.
— Jak go, powiadam pani Szapsiowéj, ostrzygli, jak ja go zobaczę, jak mnie żałość nie zeprze, jak nie ryknę...
Dziewczyna wyszła. W głowie jéj się kręciło, nie wiadomo z czego. Z kieliszka anyżówki może, z gorąca, z Calikowego gadania... Wyszedłszy, spostrzegła, że się już dobrze zmierzchło i że na bladéj wieczorowéj zorzy cztery latarnie w rynku świecą, żółte i dymiące jakby... Ano, niema już co i myśléć o chodzeniu do rzeźniczki po nocy. Jutro pójdzie.
Przeszła ulicę wpoprzek i stanęła. Jutro... A gdzie teraz pójdzie? A gdzie zanocuje? Wtém drzwi szynkowni brzękły i wyszedł Calik, rozglądając się wzdłuż ulicy na prawo i na lewo. Dziewczyna cofnęła się w bramę i czekała, aż przejdzie. Dopiero kiedy się chłopak znacznie oddalił, wyszła i powlokła się w przeciwną stronę. Szła, gdzie oczy poniosą.
Wieczór był cichy, ciepły, wilgotna mgła perłowa wisiała nizko nad ziemią, tu i owdzie słychać było skrzypienie studni i śmiechy biorących wodę. Z godzinę szła, wracała się, stawała, właśnie jak ta owca błędna, co się od gromady odbije. Przez nizkie okna drewnianych domków widać było ludzi, krzątających się w oświetlonych izbach. Gdzieniegdzie zabierano się wieczerzać, a zapach świeżych kartofli i skwarek rozchodził się szeroko.
Jak we dnie od ludzi, tak teraz od tych drzwi i okien odwracała Hanka głowę, zwieszoną pod ciężarem wielkiéj swojéj chustki; wiedziała ona, że żadne z tych okien nie otworzy się dla niéj, że żadne z tych drzwi nie puszczą jéj do wnętrza... Kilka suchych bułek niewiele ją posiliło, noga téż zaczynała dojmować coraz bardziéj. Szła jednak, bo nie miała się gdzie zatrzymać, aż poczuła w powietrzu woń skoszonéj trawy i wyszła na łączkę podmiejską, pomiędzy kupki przeschniętego potrawu. Pod jedną z kupek takich usiadła i oparła głowę.
...Niech jeno ranek, zaraz pójdzie do rzeźniczki, sama pójdzie, prosić będzie, a musi służbę znaleźć. Już jéj nikt nie namówi na takie życie... Ręce sobie do łokci pourabia, a na złe się nie puści... Niech Calik co chce gada, albo i inni, nie puści się i nie puści... Takie ma postanowienie w sobie. Pana Jezusa oto na pomoc wezwie i świętego Antoniego... Ach, Panie Jezu Chryste i święty Antoni!... W imię Ojca i Syna i Ducha świętego... Ojcze nasz, któryś jest w niebie... Zasunęła się głębiéj w siano, opuściła głowę, usnęła.
Sen miała ciężki, męczący.
Śniło jéj się, że ojciec jéj, stary Kacper Blacharz, szewc z Pabianic, trzewiczki jéj szyje... takie maluśkie trzewiczki. Szyje, szyje, młotkiem podeszwy klepie, dratwy dociąga nakrzyż, szpilki struże, a to wszystko na drogę dla niéj, bo ona w pobyt idzie... A taka z niéj mała dzieweczka, taka mała, że jéj ledwo z dziesięć latek... Matka ją w czystą koszulę obłóczy, warkoczyki jéj plecie, starsza siostra fartuszek pierze, starszy brat wozem zajeżdża, a to wszystko dla niéj w pobyt... Przyszedł ksiądz proboszcz, pieśni z organistą śpiewa, święconą wodą wóz kropi, a tu jak nie hukną dzwony... Wstrząsnęła się i otwarła oczy.
Wiatr nocny mgły gdzieś na strony rozegnał, nad nią wisi szafir ciemny i głęboki, a wielka, jasna gwiazdka, jak złoty jaskier, w pośrodku się pali. Księżyc się już ku zachodowi obrócił, a łąka, jak okiem zajrzéć, pod tumanem srebrnym, jakby pod jeziorem, stoi. Derkacz odzywa się to bliżéj, to daléj, wilgotny chłód po kościach chodzi...
Skuliła się, głowę przechyliła na drugie ramię, zasnęła.
Śni jéj się, że dokoła niéj wielka woda huczy i coraz wyżéj, wyżéj się podnosi, a ona w pośrodku stoi, głowę pod wodą trzyma i już, już ma się zalać... A co się wychyli, co głowę podniesie nad wodę, to kamień z góry spada i w głowę ją trafia. A ona krwią się oblewa i znów na głębię idzie.
Woda huczy a huczy, zimno przenika jéj ciało... Już, już dochodzi do brzegu, już trzcinę chwyta, już głowę wystawia, oddycha, aż tu patrzy — na brzegu ludzi tłum, a każdy ma wielki kamień w ręku i czeka tylko, żeby w nią uderzyć... Składa ręce, prosi... Dobrzy ludzie, dobrzy, wielmożni panowie! Nie rzucajcie jeszcze kamieni... Niech się aby na brzeg dostanę, niech z onéj wody, z onéj głębiny na powietrze wyjdę... Trzcina piszczy u brzegu, woda huczy za nią, ona się kępek chwyta, wodę rozgarnia, do brzegu dochodzi... Aż tu buch! Zakotłowało się wszystko, kamień największy w głowę ją trafił, padła w tył, głębina ją porwała... A ludzie śmieją się i klaszczą, a woda huczy nad nią, a trzcina piszczy u brzegu...
Zbudziła się. Serce jéj biło mocno, w gardle zaschło, jakby od wewnętrznego krzyku. Przetarła oczy i siadła.
Był ranek. Niebo zachodziło różaną zorzą od wschodu. Gęsi dzikie, które przed odlotem żerowały na poblizkim ścierniu, podniosły się teraz z głośném gęganiem i, wyciągnąwszy długim, długim sznurem, chwiały się w powietrzu cichém, jak szarfa pozłocona z jednéj strony wschodzącém słońcem, a z drugiéj sina od sinych tumanów łężnych.
Zerwała się dziewczyna i patrzyła na nie.
Szarfa niosła się coraz daléj, coraz wyżéj, a ku ziemi szedł od niéj głos, jakby brzęk gędźby dalekiéj. Czasem tylko ostrzejszy krzyk gąsiora przecinał ten brzęk nagle i rozbrzmiewał szeroko w porannéj ciszy.
Źrenice Hanki rozszerzyły się, otwarła usta, głębokie odetchnienia podniosły jéj pierś szczupłą, drobną, włosy nocną rosą zwilżone opadły jéj na twarz i szyję, a z gardła wyszedł dźwięk krótki, urwany, jakby mimowolny okrzyk niepowstrzymanego instynktu wolności, swobody...
Ale to była jedna tylko chwila.
Z ostatnim brzękiem ginącéj w dali gędźby lecącego ptactwa dziewczyna spojrzała po sobie, po stronach i zawstydziła się czegoś. Głowa jéj zwisła, ręce zasunęła głęboko w rękawy grubego kaftana, skurczyła ramiona, zacisnęła usta i wolnym krokiem wróciła do kupki potrawu, pod którą chustka jéj leżała. Musi iść, musi się śpieszyć, do rzeźniczki musi iść, służby musi szukać...
Wyszła na drogę do miasta. Ruch się już po domostwach budził, w podwórkach kozy beczały, gdzieniegdzie wznosiły się z kominów cienkie pasma dymu. Szła, nie podnosząc oczu od ziemi, a w myśli jéj majaczyły sny nocne i gęsi lecące, a tak jéj coś w głowie huczało, jakby wielka, wielka woda...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


Nie wiem, jak tam sobie radzą wogóle babskie języki, kiedy je sekret jaki przypiecze, ale to wiem, że język owéj straganiarki, co to pierwsza raiła Hance służbę u rzeźniczki, należał do takich języków, na które zgoła żadnéj rady niema. Kwadrans jeszcze nie minął po rozstaniu z Hanką, kiedy owa właścicielka pościeli na cztery łóżka i wszelakiego porządku zwierzyła się kumie Mateuszowéj, jako Kolasińską „objedzie” i „pobytówkę” jéj do domu wkręci.
Mateuszowa słuchała zadumana. Zdarzyło się bowiem, że jak raz potrzebowała wziąć tego dnia trzy nogi wołowe na kredyt i miarkowała sobie, że za taką nowinę łatwiéj je dostanie. Niewiele tedy myśląc, chwyciła chustkę, koszyk i wprost do rzeźniczki poszła.
Konfidencya zacnych niewiast podwójny miała skutek. Pierwszy był ten, że Mateuszowa wróciła do domu, niosąc w koszyku trzy bure, kosmate nogi wołowe, na kredyt wzięte, czerwona od gadania i kieliszka pomarańczowéj, którym ją za życzliwą przestrogę poczęstowano; drugi zaś ten, że imci pani Kolasińska całą noc parskała i fukała, zatykając się niemal z hamowanéj pasyi i nie mogąc doczekać ranka. Sama ze siebie możeby i wzięła „pobytówkę” na służbę, ale żeby zaś kto na urągowisko, z umysłu taką stręczyć jéj miał!... Niedoczekanie czyje!...
Zaledwie tedy Hanka weszła i usta otwarła, kiedy rzeźniczka zerwała się ze stołka, na którym siedząc piła kawę z kwartowego garnka, a przyskoczywszy z pięścią do dziewczyny:
— A ty złodziejko! — wrzasnęła. — A ty wywłoko! A do straganu ruszaj! Do dobrodziejki swojéj, nie do mnie!... A ty...
Nie podejmuję się tu powtarzać całego repertuaru zacnéj pani Kolasińskiéj; zaręczyć wszakże mogę, że był on bardzo obfity i urozmaicony, tak w oryginalnéj swojéj części, jako téż i w przyswojonéj z innych, pięknie w tym względzie uposażonych języków. Na uwagę zasługuje także nadzwyczajna szybkość tak dykcyi, jak i saméj akcyi w téj sprawie, a to tak dalece, że nie minęły jeszcze trzy zdrowaśki, kiedy już Hanka została nietylko zwymyślana kategorycznie, ale poturbowana i wypchnięta za drzwi, sama zaś pani Kolasińska, wróciwszy do swojéj kawy, bełkotała resztę klątw zapchanemi bułką ustami, sapiąc silnie i wygrażając od czasu do czasu pięścią w stronę ulicy.
Tak oddalająca się burza ciska za sobą ostatnie błyskawice, warcząc z chmur poszarpanych — niewyraźnym grzmotem.
Wypchnięta za drzwi dziewczyna chwilę stała na ulicy ogłuszona, przelękła, machinalnym ruchem poprawiając na sobie potarmoszoną odzież; kolana pod nią dygotały, świst i szum napełniał jéj uszy. Ludzie przechodzili i potrącali ją; nie czuła prawie tego, patrząc przed siebie osłupiałym wzrokiem. Zaczynała pojmować, że służby w miasteczku nie znajdzie. I zdawało jéj się, że w świście tym, którego miała pełne uszy, słyszy wyraźnie głos Bamblowéj, a potém głos Józka, a potém sto innych głosów, które jéj jak wiatr huczały w głowie. Jakiś ruch instynktowny pchnął ją wreszcie z miejsca, na którém stała. I znowu szła, nie wiedząc gdzie i po co, a czując tylko, jak ją ciężka, twarda jakaś ręka pcha daléj a daléj, przygniatając coraz głębiéj ku ziemi. Pod uczuciem tego nacisku zanurzyła głowę w ramiona, wlokąc za sobą nogi coraz wolniéj, aż opadłszy z sił zupełnie, osunęła się pod płotem, grodzącym jakiś szmat pólka, zasadzonego kartoflami. Tuż na górce wiatrak klekotał jednostajnie, a poruszający się na żółtym piasku cień jego szmig, podnoszących się i opadających kolejno, skracał się już ku południowi, które przychodziło znojne, gorące. Dziewczyna nie poruszała się z miejsca, ale objąwszy rękoma podniesione kolana, siedziała skurczona, zmrużywszy zmęczone oczy. Wkrótce wszakże, pod działaniem promieni słonecznych i klekotu wiatraka, ręce jéj się rozplotły i opadły wzdłuż ciała, nogi wyprostowały, osuwając się po ziemi, a głowa ku piersiom zwisła.
Nie spała wszakże Hanka i pacierza, kiedy ją zbudził głos ujadającego psiaka, za którym postępował młynarz Fabich, w rozpiętéj kamizelce nankinowéj i z krótką fajeczką w zębach. Już z ganku wiatrakowego widział on, że mu się ktoś po polu włóczy, i już ztamtąd posłał kilka energicznych „donnerwetterów” siedzącéj pod płotem postaci. Skorzystał téż z południowego spoczynku, ażeby zobaczyć, kto to tam taki, a ujrzawszy dziewczynę, zdaleka już trząsł wyciągniętą fajką i krzyczał:
— Was Teufel tam dziewucha na mój grunt łazi?... Nie wiedziała, że to moje pole?... He?...
Hanka powstała śpiesznie.
— Już idę... nie wiedziałam... Niech się pan nie gniewa.
— Nech sze pan ne knifa! Nech sze pan ne knifa! U nich wszystko: nech sze pan ne knifa! Aber ja sze chce knifać, donnerwetter! Ja mam prawo sze knifać na swój grunt, na swoje pole!... Do roboty to ich niema, aber lazić w szkodę, to mają czas. Żeby dziewucha co porządna i mądra była, toby sze ne leciała cyganić po polu, tylko do pielenia by szla, do kopania... Ja ludzi do kopania szukam, ja dobrze placi i znaléźć nie mogę, a ona pod plot drzyma...
Oczy Hanki błysnęły nadzieją.
— Ja téż roboty szukam...
— So! Das ist was anders! Teraz taki czas, że każdy roboty szuka. Was Teufel komu po tych wszystkich robotnikach? Teraz pieniądz droga, aber robotnik tania. Cóżby dziewucha chciała od kopanie?
— Jak tam pan innym płaci, tak i ja wezmę.
Niemiec się nadął.
— Ja placi... — Tu chciał powiedziéć zwykłą cenę, ale spojrzawszy na nędzną odzież dziewczyny, w czas się powstrzymał i rzekł: — Ja placi dwadzieścia cztery grosza i kartofli co zje.
— Dobrze, będę kopała — rzekła Hanka skwapliwie.
— A motyka i plachta jest?
— Nie... motyki nie mam... ani płachty...
— Das ist was anders! Jak bez motyk i bez płachta, to ja placi bischen weniger... ja dać 20 groszy i kartofel na poludnie.
Hanka była zrezygnowana.
— Niech i tak będzie — rzekła, — będę kopała.
Młynarz wypuścił fajkę z zębów. Powolność dziewczyny zastanowiła go.
— Dziewucha aber może chora? Może nie poradzi kopania?...
Hanka się przelękła. Ciemne rumieńce zaogniły jéj twarz wychudłą, rozśmiała się suchym, przymuszonym śmiechem.
— Cobym zaś nie miała poradzić! Zdrowa jestem, mocna jestem! — rzekła, prostując szczupłe ramiona i wyciągając przed siebie z dziką jakąś energią swoje chude ręce. — Jak będzie trzeba, to i kamienia ugryzę, wiatrak przeskoczę...
— Ne! ne! ne!... — wolał Fabich, trzęsąc głową i ręką. — Gott bewahre! Na co wiatrak? Nie trzeba wiatrak!... I kamieni nie trzeba. Aber, jak ja motyk dam swoje i plachta swoje, to ja muszę swego pewny być, i ja muszę wiedziéć, gdzie robotnik swój dom ma.
W Hance serce zamarło.
— Ja ta nie mam nijakiego domu — odrzekła.
Spuściła chmurne oczy i milczała przez chwilę. Nagle jéj się łzy po twarzy rzuciły, przypadła do kolan młynarza.
— Mój panie! mój złoty, mój miłosierny panie! Weźcie mnie do kopania! Mój panie! Będę wam jak pies do późnéj nocy harowała, jednéj peruszki w ziemi nie ostawię, za dwoje robić będę, jeno mnie poratujcie, jeno mnie weźcie! Mój złoty panie!
Młynarz cofał się zdumiony. Dziewczyna wybuchnęła płaczem.
— Ani ja roboty, ani ja zarobku, ani nijakiego opatrzenia, ani przyjacielstwa nie mam!... Niech tam, niech co chce będzie! Wszystko lepiéj odrazu powiem, niech się co chce stanie! Mnie tu w pobyt kazali...
— W pobyt? — zawołał, zatrzymując się młynarz. — Ach, so! Das ist was anders! Ach, so!...
Zacmokał grubemi ustami i kiwał głową. Po chwili odsapnął, pociągnął parę razy z przygasłéj fajeczki, wypuścił cienkie pasemko dymu, pod nos wysunąwszy wargi, i rzekł:
— Na, na!... Das ist was anders! To jest glupie sprawa z ten pobyt... To jest bardzo glupie sprawa... Aber jak tak, to ja nie mogę dać tyle. Jak tak, to ja dam dziesięć groszy za każdy dzień i kartofli na obiad. So! so! I żeby sobie nocleg sama szukala, a plachta i motyk mnie na każdy wieczór oddawać do ręki.
Hanka otarła oczy.
— Niechże będzie dziesięć. Bóg wam zapłać i za to. Każcie ino dać motykę.
— Aber na co zara motyke? Das wäre je kein Rechnung. Do wieczora redlinę przekopie, a musialby kartofle dać...
Hanka machnęła rezolutnie ręką.
— A niech je ta i kartofle! Będę kopała i tak, bez obiadu.
— Das ist was anders! Das ist richtig! — kiwnął głową Niemiec i kazał iść za sobą dziewczynie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.