Pod prawem/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Pod prawem
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Cały zbiór
Indeks stron
VII.

Domostwo Pajęczakowéj, lubo w ustronnéj części miasta leżące, zawsze było pełne ruchu. Patrząc na nie z zewnątrz, od strony Sapieżyńskich koszar, widać było przedewszystkiém mały sklepik z wiktuałami, którego wpółoszklone drzwi za każdém poruszeniem rozbudzały cienki, silnie brzęczący dzwonek. Dzwonek ten odzywał się tak często, iż zdawać się mogło, że mały sklepik zaopatrzony jest we wszystko, czego ludziom wogóle, a mieszkańcom Zakroczymskiéj w szczególe do życia potrzeba. Wnętrze jego wszakże nie odpowiadało tym nadziejom. Półki były prawie puste i kurzem zasute, na niższych tylko porozkładane pudełka z papierosami, wyschłe cytryny, ołówki tabaki, tytuń, kawałki mydła, szuwaks i zapałki. Na kramnicy, za którą kręciła się usługująca dziewczyna, stał koszyk z bułkami i parę słojów z farbowanemi przysmakami dla dzieci. W jednym kącie wysoko spiętrzone drwa w wiązkach, w drugim worek soli, nafta i kupka kartofli — oto prawie wszystko, co na pierwszy rzut oka spostrzedz tu było można. Drugi rzut oka zatrzymywał się zwykle na zmiętéj, wybladłéj perkalowéj firance, która, rozwieszona pomiędzy dwiema sklepowemi szafami, zasłaniała schodki, prowadzące do dalszych części domostwa. Brudna ta szmata ciągle prawie drżała, to od pędu powietrza z zewnątrz, to od jakiegoś stłumionego ruchu, który się poza nią odgadywać dawał. Ten, kto w tym sklepiku posiedział choćby z godzinę, z łatwością mógł zauważyć, że większa część przychodzących tu klientów przynosi z sobą jakieś zawiniątka, paczki, tobołki, i że wielu z tych nawet, którzy nic nie przynoszą, mają coś do szeptania ze sprzedającą dziewczyną. I jednych i drugich puszczała ona za firankę, niedługo zatrzymując w kramie, i wtedy to odsłaniały się owe trzy schodki, prowadzące do niewielkiéj, lecz dostatnio wyglądającéj izby. Kufry, szafy, komody, wszystko tam było zamczyste, z widocznym względem na bezpieczeństwo sporządzone, a wysoko zasłane łóżko pod ścianą, pełną palm i obrazów świętych, nadawało całemu przybytkowi temu wyraz dobroduszności i powagi. Mało kto wszakże z przychodniów dłużéj się tu zatrzymywał. Wszyscy dążyli na lewo, gdzie przez nawpół ciemną śpiżarkę czy komorę wchodziło się do nizkiéj, zakopconéj, bardzo obszernéj izby, gdzie główne miejsce zajmował wielki komin z okapem, w pobliżu którego stał długi, z tarcic zbity, na krzyżulcach oparty stół sosnowy. W przeciwległym kącie ustawiony był jakby rodzaj nizkiego a bardzo szerokiego, napchanego słomą tapczana, z któréj to słomy wyglądały niekiedy główki jasne i ciemne młodszych i starszych dzieci. Chmura tytuniowego dymu wisiała pod brudnym pułapem. Do izby téj, którą z pierwszego wejrzenia wziąć było można za jakąś nędzną garkuchnię, przesuwano się we dnie ukradkiem, porozumiewano w niéj szeptem. Czasem tylko wybuchały tu nagle głosy dziecięce, jak świegot wróbli, wprędce uciszane w jakieś zdławione szlochanie i plącze. Nocą za to było tu gwarno, jasno i wesoło. Na kominie wrzały garnki, na stole dymiły misy, porozwalani na ławach przybysze kopcili tytuń i popijali gorzałkę. Pomiędzy nimi widać było małych chłopców, dzieci prawie, którzy tak samo pili i palili, jak starzy.
Przy kominie stawała wtedy pani Pajęczakowa, lub Pajęczewska, osoba zażywna, pod sześćdziesiątkę miéć mogąca, któréj małe, bure oczy były w nieustannym ruchu, a ruchomy koniec cienkiego, nadgryzionego przez ospę nosa zdawał się wietrzyć na wszystkie strony. Ten nos i te oczy same jedne trzymały na wodzy burzliwe żywioły téj izby, z któréj, pomimo szczelnie zamkniętéj okiennicy, aż na podwórze wybiegały nieraz odgłosy kłótni i bójek. Pajęczakowa, niegdyś sama karana kilkakrotnie więzieniem, jako złodziejka, spoważniała obecnie i, nie narażając się na zmienne losu igrzyska, została „paserką," a także tak zwaną „aferzystką.”
Ani paserka, ani aferzystka nie kradnie sama. Pierwsza przechowuje, nabywa i sprzedaje rzeczy kradzione, druga trzyma u siebie większą lub mniejszą „komendę,” złożoną z różnego wieku dzieciaków, które „na robotę” wysyła, zaopatrując je w odpowiednie instrukcye. Komenda znosi łupy, a dostaje za to miskę strawy, łachman jaki na grzbiet i miejsce na wspólnym barłogu. Kto nic nie przyniesie, także coś dostaje, jak o tém świadczą sińce mniéj zręcznych lub mniéj szczęśliwych. Aferzystka bierze się do dzieła roztropnie i z namysłem. Ona się nie skompromituje ladajakim wyborem, zwłaszcza co do starszych.
Jeszcze wtedy, kiedy sama siedzi w więzieniu (aferzystki zwykle przechodzą tę kolej), upatruje sobie najmłodsze z dziewcząt, opiekuje się niemi, oddaje im swoje skwarki, pożycza mydła, nici, częstuje wódką, a nieraz nawet odstępuje im swoje „sztuczki,” to jest kawałki mięsa wydzielone dla siebie.
Kiedy odsiedzi wyrok, odwiedza je, przynosi im to pomarańcze, to bułki, to parę groszy; kiedy zaś młoda delikwentka ma być wypuszczoną, aferzystka u bramy na nią czeka, aby ją wziąć pod opiekę swoję. Rekrutacya taka odbywa się niezmordowanie i z pewnym, jak widzimy, zachodem i kosztem. Nic dziwnego, że się opłacać musi — i rzeczywiście się opłaca. Młodsza komenda zbiera się bez trudu. Dzieci głodnych, odartych, gotowych na wszystko i nienależących do nikogo, zawsze jest dosyć w wielkiém mieście.
Pajęczakowa drobiazgu tego miała u siebie z dziesięcioro może. Były to „sieroty po siostrze,” to znów „sieroty po bracie,” a czasem „sieroty wzięte z miłosierdzia.” Całe téż suteryny z oficynami włącznie podziwiały litościwe serce téj dobréj osoby. Czasem wprawdzie przepadało któreś z tych sierot w jakiéjś mniéj fortunnéj wyprawie; wtedy mówiło się, że Jasiek albo Antek poszedł do terminu, a opróżnione na tapczanie miejsce zajmował na upatrzonego wybrany nowicyusz.
Starsze dziewczęta także przepadały czasem. Pajęczakowa wzdychała wówczas głośno nad niewdzięcznością ludzką, a normalna liczba sińców na grzbietach młodszéj komendy zwiększała się znacznie.
Tyle co do ludności stałéj. Ludność niestała coraz to świeżą napływała falą. Złodzieje z profesyi i okazyonalni, rekrutowani z pomiędzy wszelakiéj hołoty, wyrobnicy bez zajęcia, służba obojéj płci i różnéj kondycyi, żydzi, żołnierze urlopowani i nieokreślonego gatunku wolontaryusze — wszystko to wsuwało się chyłkiem we dnie, a zbierało tłumnie nocami, kłócąc się, godząc i dokonywając tajemniczych tranzakcyj, których lwia część padała do kufra Pajęczakowéj. Jaki był stosunek téj nory do policyi — trudno określić. Kłamstwem byłoby utrzymywać, że policya nie wiedziała o jéj istnieniu. Owszem, z policyą miała Pajęczakowa jakieś zastarzałe zatargi i nieporozumienia, dla zażegnania których co środa zapalała lampkę przed Matką Boską, a co piątek przed Panem Jezusem. Ale niżsi przedstawiciele téj wrogiéj władzy, pojedyńczo wzięci, mieli dla Pajęczakowéj jakąś szczególną słabość, która polegała na tém, że jedni wchodzili do mieszkania jéj nasrożeni, a wychodzili uśmiechnięci, często wprost rozczuleni, z piękną rumianością na marsowych obliczach, inni zaś nie wchodzili tam wcale. O tych ostatnich myśląc, wzdychała Pajęczakowa ciężko i poglądała z troską na swój zielony kufer. Prócz tego miała jeszcze jeden kłopot. W policyi zmieniali się ludzie, a z nimi zmieniał się stopień czynności i energii. Niema nic niebezpieczniejszego, jak tacy ludzie nowi, dopóki się nie oswoją.
U takich to drzwi, późnym zimowym wieczorem, stanęła Hanka. Wiatr mroźny dął od strony Wisły, ze świstem przelatując puste, niezabudowane przestrzenie, kilku drzew przed Sapieżyńskim gmachem szumiało obnażonemi z liści gałęziami, na ulicy nie było widać nikogo, a migocząca gdzieniegdzie latarnia zdawała się powiększać jéj głęboką ciemność.
Dziewczyna chwilkę już stała, dygocząc z zimna i jakiegoś mimowolnego przestrachu, kiedy u Franciszkanów odezwał się dzwon wieczorny. Było coś przejmującego w tych dźwiękach. Odezwał się raz, ciężko i żałośnie zakołysał na wietrze, zmięszał jego świsty i ucichł. Wtedy wiatr rozwinął skrzydła, zagwizdał przeraźliwie i słupem śnieżycy zakręcił. I znów cisza. Hanka trzesącemi się usty zaczęła odmawiać „anioł pański;” z pod chustki jéj dobywało się przyduszone miauczenie burego kota Walentowéj. Szepcząc machinalnie pacierz, dziewczyna oglądała się z trwogą poza siebie, serce jéj było w dziwnym jakimś ucisku.
Dzwon znów zahuczał. Natężony, ponury, groźny, bił w powietrze powolnym, przerywanym jękiem. A tuż zaraz leciał z za rzeki wicher z wielkim świstem, niosąc jakby wołania o pomoc przerażonych głosów. I znów cisza. Tylko drzewa przed koszarami skrzypiały, to gnąc się, to prostując swoje obumarłe czoła. Dziewczyna skończyła pacierz i już rękę na klamce kładła, kiedy się na nią natknął jakiś, z workiem na plecach idący człowiek, który téż do sklepiku wchodził.
— Co, u dyabła! — zaklął, — żeby tak na drodze stać! Wchodzić, to wchodzić, a nie, to miejsca nie zastępować.
Cofnęła się wystraszona. Drzwi się otworzyły i zamknęły z brzękiem. Dziewczyna została za niemi wahająca się, niepewna...
Wtedy dzwon ozwał się po raz trzeci, a milknące łkania jego śpiżowéj piersi rozpływały się w powietrzu mroźném wielkiemi kręgami, budząc jakieś echa dalekie.
Ale zrywająca się z nową siłą wichura stłumiła je i uniosła. Świst przeraźliwy przeleciał po kominach i dachach, potém się rozciągnął w jęki, potém w wycie głuche.
Hanka znów pacierz szeptać zaczęła. Nie wiedziała, czy ma iść, czy zostać. Coś ją przed tym progiem trzymało. Zdawało jéj się, że w poświstach wiatru słyszy trwożny głos staréj praczki, która woła na nią: „Hanuś! Hanuś!...” Odwróciła głowę ku Wiśle, szepcząc „wieczny odpoczynek...”
Naraz od strony miasta dało się słyszéć szybkie tupotanie, któremu towarzyszyły świeże, dziecięce głosy.
Kilku chłopców zatrzymało się u poblizkiéj latarni. Oglądali coś pilnie, pochyliwszy głowy.
— Abo ja głupi — mówił jeden, — wszystko babie dawać? Co papierki, to papierki, to już niech tam! Ale czterdziestówka i miedziaki nasze.
— To się wie — potwierdził najmniejszy, siedmioletni może. — Albo to się człowiek nie napracował? nie namarzł?...
I, jakby na potwierdzenie tego, tupał w miejscu drobnemi stopami i silnie pociągał zsiniałym, zadartym noskiem.
— Tylko dziel, Józik, po sprawiedliwości! — upominał trzeci.
Józik się oburzył.
— Głupi! Po sprawiedliwości będę mu tam dzielił! Aboś ty co zarobił dzisiaj?
— Jak matkę kocham, Józik! Żebym tak szczęśliwie jutra nie doczekał, żebym się z tego miejsca nie ruszył — tłumaczył się zaatakowany, bijąc kułakiem w pierś drobną, — jak nie ja pierwszy zaczepił tego grubasa.
— Widzicie go? pierwszy!... A nie Wicek to mu zastąpił od cukierni?...
— Ale! — dodał mały. — Nie Wicek to?...
— Dać spokój! Dać spokój! — przemówił inny. — To gorzéj, że ci Wicka chwycili... psianoga!... Znów się stara wścieknie...
— Stójkowy idzie, stójkowy!... — zawołał nagle malec stłumionym głosem.
Rozpierzchnęli się w jednéj chwili.
Istotnie ktoś nadchodził ciężkim, miarowym krokiem. Hanka z determinacyą nacisnęła klamkę. W téj chwili właśnie stała sama Pajęczakowa na schodkach, prowadzących z tak zwanego „pokoju” do kramu.
— Co to panna? — zapytała, widząc, że się dziewczyna przy drzwiach zatrzymuje.
Hanka podeszła i pocałowała ją w rękę.
— Chciałabym... chciałabym...
Nie wiedziała, jak ma to powiedziéć.
— Pójdźno panna za mną — rzekła Pajęczakowa, cofając się ze schodków.
Brudna firanka poruszyła się i opadła za wchodzącą do „pokoju” Hanką.
— Czegóżeś to panna chciała? — przemówiła paserka.
— Chciałabym zostać tu... służyć...
— Zostać? Może po to, żeby kąty przewąchać, a potém uciec?
— Nie ucieknę — rzekła Hanka głucho. — Nie mam do kogo uciekać...
— Panna co? Z pobytu? Czy może wprost?...
Dziewczyna milczała.
— I długo panna siedziała?
— Trzy lata...
— Fiuu!... To o grube rzeczy szło widać...
Dziewczyna spuściła głowę.
Wtém z sąsiedniéj izby buchnął krzyk, gwałt, słychać było szamotanie się, bójkę.
Pajęczakowa żywo zwróciła się ku drzwiom.
— A bodajże ich zaraza i z wrzaskiem takim!... — rzekła. — Znów się, kanalie, pobiły... Skaranie boskie!
Czekała chwilkę, nasłuchując, ale hałas wzmagał się jeszcze. Co gorsza, wydało jéj się, że słyszy jakieś obce głosy. Ruszyła się do wyjścia.
— Czekaj tu panna — rzekła, — zaraz...
Nie domówiła jeszcze, kiedy drzwi, do których szła, otwarły się gwałtownie, a w progu stanął policyant. Tuż za nim szedł drugi, trzeci, w głębi widać było całą obławę. Ten, który szedł pierwszy, skoczył ku dziewczynie i chwycił to, co mu się zdawało ukrytym pod chustką łupem. Wrzasnęła Hanka przeraźliwie, i zostawiwszy w ręku policyanta chustkę wraz z miauczącym kotem, jak szalona rzuciła się na schodki, potém przez kram do drzwi, a potrąciwszy obławnika, który się tu z drągalem jakimś szamotał, pędem puściła się ku Wiśle. W uszach miała świst i szum, w oczach ogień. Zdawało się, że ją wiatr niesie. Za sobą słyszała pogoń, przed sobą widziała rzekę. Głos jakiś żałosny, strwożony wołał na nią: „Hanuś! Hanuś!...”
Dopadła brzegu, na lód, który tu mieliznę chwycił — skoczyła, i zmrużywszy oczy, głową naprzód rzuciła się w wodę.
Zabulgotała woda i zamknęła nad nią sine, mroczne, coraz daléj rozbierające się kręgi.
W téj chwili nadbiegł strażnik i ujrzał dwie sztywne, bielejące w ciemnościach ręce, które się wynurzyły z rzeki i znów znikły...
Dzwon u Franciszkanów zahuczał przeciągłym jękiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.