<<< Dane tekstu >>>
Autor Nikołaj Gogol
Tytuł Powóz
Pochodzenie Powieści mniejsze
Wydawca Biblioteka Najciekawszych Powieści i Romansów
Data wyd. 1871
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Paulin Święcicki, Jan Grzegorzewski
Tytuł orygin. Коляска
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



III.
Nos.



I.

Dnia 25. marca zdarzył się w Petersburgu nadzwyczajny, szczególny przypadek. Cyrulik Jakób Iwanowicz, mieszkający przy Wozneseńskim prospekcie (nazwisko jego zaginęło nawet na szyldzie, prócz napchanego jegomości z umydloną twarzą, oraz dodatkiem: I krew puszczają, żadnej innej wzmianki nie było), cyrulik tedy Jakób Iwanowicz, obudziwszy się dość wcześnie, zasłyszał nęcący zapach świeżego chleba. Podniosłszy się nieco na łóżku, ujrzał, że małżonka jego, dość poważna niewiasta — pasjami lubiąca kawę — wyjmowała chleb z pieca świeżo co wypieczony.
— Dzisiaj, Anno Osipówno, nie będę pić kawy, — przemówił Jakób Iwanowicz, — natomiast zjadłbym świeżego chleba z cebulą. — (Mówiąc między nami, spożyłby on jedno i drugie; ale wiedział, że było niepodobieństwem żądać dwóch rzeczy na raz, gdyż Anna Osipówna była głuchą na podobne zachcianki swojego męża).
— Zapychaj się durniu chlebem! Tem lepiej, — myślała w duchu szanowna małżonka, — więcej kawy dla mnie zostanie, — i rzuciła mu na stół bochen chleba.
Jakób Iwanowicz dla przyzwoitości wciągnął na się frak po koszuli, i zasiadłszy u stołu, nasypał soli, przysądził dwie główki cebuli, wziął nóż do ręki, i z miną poważną zabrał się do krajania chleba. Rozkroiwszy chleb na dwie części, spojrzał, i o zdziwienie! widzi tam coś bielejącego się. Podłubał ostrożnie końcem noża, dotknął palcami:
— Twarde! — rzekł sam do siebie. — Cóż by to być mogło?
Zapuścił głębiej palce, wyciąga — nos!... i ręce mu opadły; przeciera oczy, dotyka: nos, rzeczywisty nos! a nadto zdaje mu się, że nos ten należy do kogoś dobrze mu znanego. Przerażenie dobitnie odmalowało się na twarzy Jakóba Iwanowicza. Przerażenie to jednak było niczem w obec wściekłości, jaka opanowała małżonkę pana Jakóba.
— Komużeś to bestjo! obciął nosa? — krzyknęła gniewnie, — łotrze! pijaku! sama cię zadenuncjuję przed policją! Zbóju ty jakiś! Nie darmo już od kilku słyszałam, że podczas golenia tak szarpiesz za nosy, iż ledwo-ledwo utrzymać się mogą.
A Jakób Iwanowicz stoi napoły żywy, napoły martwy: poznał niestety, że nos ten był własnością, nie mniej nie więcej — jak tylko: kolegialnego asesora Kowalowa, któremu zgalał brodę i wąsy co niedziela i środa.
— Stój żono! Owinę go w gałganek i przechowam w kąciku: niech, tam chwilkę poleży, a potem wyniosę.
— Słyszeć nawet o tem nie chcę! Co? jabym miała pozwalać na przechowywanie w mojem mieszkaniu odciętego nosa!... Sucharze ty spieczony! snać umiesz tylko brzytwą po pasku wywijać, a wkrótce wcale nie będziesz zdolny pełnić swojej funkcji, włóczęgo ty jakiś, nicponiu! Miałabym jeszcze być za ciebie odpowiedzialną w obec policji?... Ach, ty paskudniku, kłodo ty niegłaźna! Precz mi z nim, precz! wynoś go, gdzie chcesz! żebym tu i zapachu jego nie słyszała!
Jakób Iwanowicz stał jak piorunem rażony. Myślał, myślał i — sam nie wiedział co pomyśleć.
— Djabli go wiedzą, jak się to stało, — rzekł w końcu, poskrobawszy się za uchem. — Pijany wróciłem wczoraj, czy nie — dobrze nie pamiętam... Wszystko jednak dobrze rozważywszy wypada, że to szczególny fenomen; chleb bowiem — rzecz pieczona, a nos — wcale co innego. Nic nie rozumiem!...
Zamilkł. Myśl o tem, że policjanci, odszukawszy nosa, mogą pociągnąć go do odpowiedzialności, resztę przytomności odjęła panu Jakóbowi. Już miał przed oczami widok czerwonego kołnierza wyszywanego złotem, szpadę u boku... dreszcz przebiegł po całym ciele. Wreszcie wydobył swe dolne ubranie i buty, i pod presją nie zbyt estetycznych napomnień małżonki, zawinąwszy co prędzej ów nos nieszczęsny w szmatę, wybiegł na ulicę.
Pierwszą jego myślą było wepchnąć gdziekolwiek niesiony zwitek; naprzykład — w rynsztok, pod jaką bramą, albo też, jakby od niechcenia upuścić, i jednocześnie skręcić w boczną uliczkę; ale jak na nieszczęście spotkał go jeden i drugi znajomy, spiesząc z zapytaniem — ten: „A dokąd idziesz?“ — inny znowu: „Kogoż to tak rano wybrałeś się golić?“ tak, że ani sposobu wypatrzeć stosownej chwili. Innym razem, już zupełnie, jak powiadają — rzucił biedę o ziemię, — a wtem budnik, z daleka jeszcze, wskazując mu halabardą, dodaje: „Podejm, coś tam zgubiłeś!“ i Jakób Iwanowicz rad nie rad, podnosi nos skwapliwie i chowa go do kieszeni. Rozpacz go ogarnęła, a to tem większa, że ulica wciąż bardziej się zaludnia, w miarę jak poczęto otwierać magazyny i sklepy.
Postanowił wreszcie iść na most Isakjewski, czy też tam nie uda mu się puścić owego nosa z nurtami Newy...
Przyznaję, żem zawinił, nie powiedziawszy dotąd nic o osobistości Jakóba Iwanowicza, godnej zresztą szacunku dla wielu bardzo względów.
Jakób Iwanowicz, jak każdy porządny rossyjski rzemieślnik, był pijakiem, co się zowie! a chociaż codziennie innym golił brody, jego własna zato nigdy ogoloną nie była. Frak pana Jakóba (surduta nie nosił wcale), był nakrapiany. Właściwie był on czarny, lecz cały w kawowo-żółte i popielate jabłka; kołnierz załojony, a zamiast guzików — tylko nici sterczały w miejscach odpowiednich.
Nasz golibroda był nadto znakomitym cynikiem, i kiedy pan asesor Kowalów w chwili golenia zwykle mawiał do niego:
— Twoje ręce śmierdzą wieczyście!
Jakób Iwanowicz odpowiadał nato zapytaniem:
— Czego by też one miały śmierdzieć?
— Nie wiem, mój kochany, a jednak śmierdzą, — mówi pan asesor.
Wtedy Jakób Iwanowicz zażywszy tabaki, mydlił mu za to bez miłosierdzia: i twarz, i pod nosem, i za uchem, i pod brodą, słowem, gdzie mu się tylko podobało.
Owóż bohater nasz znajdował się już na moście. Nie omieszkał najpierw opatrzyć pozycję, a następnie, wychyliwszy się za poręcz, nibyto z chęcią przypatrzenia się ilości ryb przepływających, cisnął zręcznie do rzeki szmatę z nosem. Uczuł, jak gdyby zeń spadło naraz z dziesięć cetnarów wagi: uśmiechnął się nawet z zadowoleniem. Zamiast jednak udać się na zwykłą wędrówkę w celu golenia podbródków urzędniczych, zwrócił swe kroki ku wystawie nęcącej napisem: Jedzenie i herbata — z chęcią zażądania szklanki ponczu; gdy wtem, ujrzał o kilka kroków od siebie policyjnego dozorcę, szlachetnej powierzchowności, z szerokiemi bokobrodami, przy szpadzie i w stosowanym kapeluszu. Omal nie zemdlał; a w tej samej chwili dozorca skinąwszy nań, zawołał:
— A chodźno tu, mój kochany!
Pan Jakób znając się z przyjętemi formami, zdaleka już zdjął czapkę i śmiało podszedł do dozorcy.
— Moje uszanowanie! — rzekł z całą swobodą.
— Nie, nie bratku, nie o to chodzi... Powiedz no, co też robiłeś tam na moście?
— Dalibóg, panie, chodziłem golić, a wracając, zajrzałem tylko, jaki jest bieg wody.
— Kłamiesz, kłamiesz! Tem się nie wykręcisz. No, opowiadaj!
— Ja, Waszą Cześć, dwa razy w tygodniu, ba nawet trzy razy, gotów jestem golić bezpłatnie, — przedkłada Jakób Iwanowicz.
— O, nie! przyjacielu, to bagatela! Mnie trzech cyrulików goli, i mają to sobie za zaszczyt. Racz no mi opowiedzieć, co tam robiłeś?
Trupia bladość pokryła oblicze indagowanego...
W tem miejscu zdarzenie owe ginie w pomroce, i co dalej zaszło — nikomu niewiadomo.

II.

Kollegialny asesor Kowalów przebudził się pewnego dnia wcześnie, i wykonał ustami zwykłe swoje brr... co zawsze ocknąwszy się czynił, chociaż sam nie wiedział dla czego? Kowalów ziewnął, wyciągnął się i kazał podać sobie lusterko, tuż obok na stoliku stojące. Chciał obejrzeć pryszczyk, który zjawił mu się wczoraj na nosie; lecz ku wielkiemu zdziwieniu cóż widzi? miejsce nosa, zajęło na twarzy zupełnie gładka przestrzeń. Przelękniony Kowalów, każe podać sobie wody, przeciera ręcznikiem oczy — rzeczywiście nie ma nosa! Dotyka siebie ręką, by się przekonać, czy nie śpi? zdaje się że nie! Pan assesor Kowalów wyskoczył z łóżka na równe nogi, strzepnął się — nie ma nosa!... Ubrał się natychmiast z pomocą służącego i pobiegł wprost do oberpolicmajstra.
Tu wypada koniecznie powiedzieć słów kilka o panu Kowalewie, by czytelnik mógł mieć wyobrażenie, jakiego rodzaju był ów kollegialny assesor? Kollegialnych assesorów, otrzymujących ten stopień wraz z naukowym patentem, żadną miarą nie wypada porównywać z kollegialnymi assesorami, zrobionymi przez służbę na Kaukazie. To dwa zupełnie różne gatunki! Uczeni kollegialni assesorowie... Lecz Rosja, to taki kraj dziwny, że wspomnij tylko o jednym kollegialnym assesorze, to zaraz wszyscy kollegialni assesorowie poczynając od Rygi, aż do Kamczatki, niezawodnie wezmą to na swój rachunek!... Tożsamo ma miejsce w stosunku do innych stopni i urzędów.
Kowalów był kaukazkim kollegialnym assesorem. A że od dwóch lat dopiero szczycił się tym stopniem, przeto ani na chwilę o nim nie zapominał; dla tego zaś, by więcej nadać sobie honoru i znaczenia, nigdy nie nazywał siebie kollegialnym assesorem, lecz zawsze majorem.
— Słuchaj, gołąbku, — mawiał zwykle, spotkawszy staruchę, sprzedającą mniszki, — przyjdź do mnie do domu; mieszkanie moje przy Sadowej, zapytaj tylko, czy tu mieszka pan major Kowalów? każdy ci wskaże. — Lub gdy spotykał jaką gładką twarzyczkę, dawał jej nadto sekretne zlecenie, dodając: — Spytaj duszko o mieszkanie majora Kowalowa. — Z tych tedy powodów i my nadal kollegialnego assesora Kowalowa będziemy tytułować majorem.
Major Kowalów miał zwyczaj przechadzać się codziennie po Newskim prospekcie. Kołnierzyk jego maniszki był zawsze nadzwyczaj czysty i krochmalny. — Bokobrody były tego rodzaju, jakie i dziś jeszcze można widzieć u gubernialnych i powiatowych geometrów, architektów i lekarzy pułkowych, oraz u innych ludzi, pełniących przeróżne obowiązki, słowem u tych wszystkich mężów stanu, którzy posiadają okrągłe, rumiane policzki i grywają bardzo dobrze w bostona. Bokobrody tego rodzaju przechodząc środek twarzy, dochodzą wprost do nosa. Major Kowalów nosił przy dewizie mnóstwo brylokowych pieczątek z herbami i takich, na których wyrzeźbiono było: Środa, czwartek, poniedziałek i t. d. Major Kowalów przybył do Petersburga z potrzeby, a mianowicie w celu wyszukania miejsca, odpowiedniego jego stopniowi; tak naprzykład, gdyby się udało wice-gubernatora, a nie, to co najmniej egzekutora w jednym z lepszych departamentów. Major Kowalów nie miał nic przeciw żeniaczce, z tem jednak zastrzeżeniem, by narzeczona jego mogła mu wnieść — tak ze dwakroćstotysięcy posagu. Teraz łaskawy czytelnik pojmie z łatwością przykrość położenia pana majora w chwili, gdy się przekonał, że w miejscu, w którem znajdował się wcale przyzwoity miernej wielkości nos — została tylko najgłupsza w świecie przestrzeń, równa i gładka.
Jak na biedę, ani jednego fiakra nie było na ulicy, i pan major musiał iść pieszo, owinąwszy się płaszczem, i zakrywszy nos chusteczką, z miną człowieka, któremu puściła się krew z nosa. — A nuż może mi tylko tak się zdało; wszak być nie może, by ni z tego, ni z owego nos zginął, — pomyślał i wbiegł do cukierni, by raz jeszcze przejrzeć się w zwierciadle. Na szczęście, w cukierni nie było nikogo, tylko malce wymiatali śmiecie, i ustawiali krzesła, inni znowu wpółsenni, wynosili na tacach świeże paszteciki; na stołach i krzesłach leżały w nieładzie, splamione kawą wczorajsze gazety. — Bogu chwała, nie ma nikogo, — przemówił major, — teraz można obejrzeć. — Podchodzi nieśmiało do lustra i patrzy: — Licho wie co, obrzydliwość i tyle! — mruknął spluwając, — gdybyż choć cokolwiek było zamiast nosa, a to nic zgoła!...
Przygryzłszy wargi z niezadowolenia, wyszedł z cukierni, postanowiwszy wbrew swojemu zwyczajowi na nikogo nie patrzeć i do nikogo słodkiej minki nie robić. Gdy w tem stanął jak wryty: u drzwi pewnego domu ujrzał na własne oczy zjawisko niewytłumaczone: Zatrzymała się kareta, otworzyły się drzwiczki, wyskoczył z nich jegomość w mundurze i wbiegł na schody. Jakież przerażenie i wraz z tem zdziwienie było pana Kowalowa, gdy poznał, że był to własny jego nos!
Wobec tak nadzwyczajnego widoku, zdało mu się, że wszystko co go otacza, na wspak się przewróciło; czuł, że zaledwo ustać może... Zdecydował się jednak, bądź co bądź oczekiwać powrotu nosa do karety, drżąc cały jak w febrze. Po niejakiej chwili, nos rzeczywiście wyszedł. Był on w złocistym mundurze, z wysokim złoconym kołnierzem; miał na sobie zamszowe spodnie, przy boku szpadę. Sądząc z kapelusza ozdobionego piórami, należało przypuszczać, że miał stopień radzcy stanu. Ze wszystkiego widocznem było, że jechał do kogoś z wizytą. Wyszedłszy, spojrzał na obie strony, krzyknął na woźnicę: „konie!“ usiadł i pojechał.
Biedny Kowalów omal nie zwarjował. Nie wiedział nawet jak sądzić o tak dziwnej katastrofie. Bo i w rzeczy samej, czy podobieństwo, by nos, co wczoraj jeszcze był na jego twarzy, i nie mógł ani jeździć, ani chodzić, by nos ten, powtarzam, paradował dziś w mundurze?...
Pobiegł jednak za karetą, która na szczęście ujechawszy kilka kroków, zatrzymała się przy jednym z hotelów. Pospieszył tamtędy i Kowalów, przedarł się przez szereg ubogich z zawiązanemi twarzami i otworami zamiast oczu, co mu dawniej służyło za cel pośmiewiska. Przechodzących było jeszcze nie wielu. Kowalów był tak rozdrażnionym, że na nic stanowczego zdecydować się nie mógł, i wyszukiwał wzrokiem owego jegomości po wszystkich kątach; ujrzał go wreszcie stojącego koło sklepu. Nos schował twarz w sterczący swój kołnierz i z wielkiem zajęciem się przeglądał podawane sobie towary.
— Jak się tu zbliżyć do niego? — myślał Kowalów. — Ze wszystkiego, z munduru, z kapelusza widać, że to radzca stanu. Djabli go wiedzą, jak tu sobie postąpić?
Począł koło niego pochrząkiwać, ale nos ani chwilę nie zmieniał pozycji.
— Łaskawy panie! — rzekł Kowalów, — zamierzając się niejako do odważnego wystąpienia. — Łaskawy panie!...
— Co pan sobie życzysz? — odpowiada nos, zwracając się w stronę mówiącego.
— Dziwno mi, łaskawy panie... zdaje mi się... Winieneś pan wiedzieć właściwe twe miejsce. Gdy w tem znajduję pana, i gdzież?... Zgodzisz się pan...
— Daruje pan, nie pojmuję, co chcesz mówić... Tłumacz się, proszę, jaśniej!
— Jak że mu to wyjaśnić? — pomyślał Kowalów i zebrawszy się z siłami. — Naturalnie, — rzekł, — ja... zresztą jestem majorem. Chodzić mi tak bez nosa, zgodzisz się pan, nie wypada. Straganiarka tam jakaś, która sprzedaje pomarańcze na Woskreseńskim moście, przypuszczam, może siedzieć bez nosa; ale mając otrzymać... nadto będąc znajomym w wielu domach z damami: Czechtyrowa, radczyni stanu i inne... Sam pan osądź... ja nie wiem, łaskawy panie... (tu pan major wzruszył ramionami) daruj pan... ale jeśli na tę okoliczność zapatrywać się ze stanowiska obowiązku i honoru prawego człowieka... łatwo możesz pan zrozumieć...
— Kompletnie nic nie rozumiem, — odpowiada nos, — tłumacz się pan jaśniej.
— Łaskawy panie! — rzecze Kowalów z uczuciem własnej godności, — nie wiem prawdziwie, jak rozumieć słowa pańskie... Tu rzecz cała, zda się, jasna jak na dłoni... chyba że pan chcesz... Przecież pan jesteś — własnym moim nosem!
Nos spojrzał na majora, brwi zmarszczywszy.
— Mylisz się łaskawy panie, ja jestem sam sobą! Zresztą między nami nie może być nawet żadnych bliższych stosunków... Wnosząc z guzików pańskiego munduru, zostajesz pan w służbie odmiennego ministerjum. — Poczem nos odwrócił się w przeciwną stronę.
Zmięszany tem Kowalów, nie wiedział co począć, a nawet co pomyśleć. W tej chwili dał się słyszeć przyjemny szelest sukien damskich. Nieco naprzód szła osoba już w wieku podeszłym, cała w korónkach, a z nią wysmukła postać w białej sukni, miluchnie uwydatniającej piękną jej kibić, w paliowym kapelusiku, lekkim jak puszek. Tuż za niemi przystanął, i otworzył tabakierę wysoki hajduk, z ogromnemi bokobrodami, i całym tuzinem pelerynek.
Kowalów zrobił krok, wyciągnął batystowy kołnierzyk, poprawił wiszące na złotym łańcuszku znane już pieczątki i z uśmiechem zadowolenia zwrócił uwagę na leciuchną postać, która jak kwiatek wiosenny pochylała się zlekka, podnosząc do czoła bialuchną swą, o przeźroczystych paluszkach rączkę.
Zadowolenie Kowalowa wzrastało tem bardziej, gdy ujrzał z pod kapelusika olśniewającej białości owal twarzyczki, ubarwionej rumieńcem, przypominającym kolor kwiatu pierwszej róży wiośnianej, a w tem odskoczył jak oparzony. Przypomniał sobie niestety! że u niego zamiast nosa, nie ma nic na twarzy, i łzy mimowolnie stanęły mu w oczach. Zwrócił się szybko z tem, by wprost oświadczyć owemu jegomości w mundurze, że udaje tylko radzcę stanu, a rzeczywiście jest podłym, oszustem, i że ostatecznie jest niczem więcej, jak tylko własnym jego nosem... Ale nosa już nie było; pojechał zapewne z dalszemi wizytami.
W rospaczy pogrążony Kowalów wrócił na dawne miejsce i zatrzymał się chwilę pod kolumnadą, oglądając starannie wszystkie kąty, czy nie dopatrzy gdzie nosa. Doskonale zapamiętał i kapelusz jego z piórami i mundur ze zlotem szyciem; płaszcza wszelakoż nie zauważył, ani też koloru karety i maści koni, a nawet tego, czy był za karetą lokaj, i w jakiej liberji? Przytem mnóstwo karet przesuwa się w tę i ową stronę, a z taką szybkością, że niepodobna odróżnić jednej od drugiej. Gdyby wreszcie można było poznać karetę, to jakże ją zatrzymać?
Dzień był piękny, słoneczny. Na Newskim masa ludności. Płeć piękna, jak różnobarwny kwiecisty potok, zalała cały chodnik, poczynając od policyjnego, aż do drugiego mostu. A o kroków kilka idzie znajomy mu radzca dworu, którego zwykle pułkownikiem tytułował, szczególniej gdy się to zdarzyło przy obcych; tam i Jarygin, wielki jego przyjaciel, który grając w bostona, zawsze padał w łapkę. A tam drugi major, co otrzymał asesorstwo także na Kaukazie, daje znak ręką, by się ku niemu zbliżył...
— A! niech go licho porwie, — zawołał Kowalów. — Hej! — krzyknął na obok stojącego fiakra, — wieź mnie wprost do policmajstra!
A wsiadłszy do jednokonki, wciąż tylko pokrzykiwał na woźnicę: — Ruszaj, co koń wyskoczy!
— W domu policmajster? — zapytał wchodząc do sieni.
— Nie, nie ma, — odpowiedział odźwierny, — tylko co wyjechał...
— Masz że go!
— Rzeczywiście, — dodał odźwierny, — wcale nie dawno pojechał; gdyby chwileczkę wcześniej, prawdopodobnie zastałby go pan w domu.
Kowalów nie odejmując chustki od nosa, wsiadł napowrót do dorożki i „ruszaj!“ wyjęknął rozpaczliwym głosem.
— Dokąd? — zapytał woźnica.
— Wprost!
— Jakże wprost? tu się rozchodzą ulice: na prawo, czy na lewo?...
Pytanie to wróciło nieco przytomności majorowi, zmusiwszy do głębszego namysłu. W położeniu, w jakiem się znajdował, należało odwołać się najpierw do Zarządu bezpieczeństwa publicznego. Nie dla tego, ażeby sprawa ta podlegała jurysdykcji policyjnej, ale że ze strony jej mogły być zarządzone poszukiwania daleko szybciej, aniżeli władz innych. Poszukiwanie zaś satysfakcji przez jurysdykcję, w której nos zostawał na służbie, byłoby nierozsądnem, gdyż z własnych odpowiedzi jego łatwo wnieść się dało, że dla tego człowieka niemasz nic świętego, i że on w podobnym razie będzie kłamał tak samo bezczelnie, jak kłamał wypierając się wszelkich z nim stosunków i znajomości. Już zamierzał Kowalów udać się do Zarządu, gdy w tem przyszło mu na myśl, że ten łotr i oszust, postąpiwszy w sposób tak niesumienny przy pierwszem z nim spotkaniu, łatwo mógł, korzystając z czasu, drapnąć gdzie z miasta, i wtedy wszelkie poszukiwania byłyby daremnemi, a przynajmniej mogłyby się przeciągnąć, chroń Boże! miesiąc i więcej!... Zdało się, samo niebo tę myśl mu podaje. Postanowił zatem odwołać się wprost do ekspedycji gazet, dla podania ogłoszeń ze szczegółowym opisem wszystkich przymiotów i właściwości nosa, tak, by każdy, kto go spotka, mógł natychmiast zatrzymać i oddać w ręce prawemu właścicielowi, lub przynajmniej zawiadomić o miejscu jego pobytu. Tak tedy rzecz udecydowawszy, kazał fiakrowi wieźć siebie do ekspedycji gazet, nagląc go przez całą drogę do pośpiechu szturchańcami i wykrzyknikami: — Prędzej gałganie! prędzej szelmo!
— Ależ bo panie! — protestował woźnica, potrząsając głową i oddając razy swemu pegazowi, okrytemu szerścią długą, jak u bulońskiego pieska.
Nareszcie doróżka zatrzymała się, i zasapany Kowalów wbiegł do niewielkiego pokoju, gdzie szpakowaty urzędnik w starym fraku i okularach siedział przy stole, i trzymając pióro w zębach, liczył przyniesione mu drobne pieniądze.
— Kto tu przyjmuje ogłoszenia? — krzyknął Kowalów. — A, witam pana!
— Moje uszanowanie! — odrzekł szpakowaty urzędnik, odrywając oczy na chwilę, i znowu je spuszczając na rozłożone kupki pieniędzy.
— Życzę sobie wydrukować...
— Za pozwoleniem, racz pan się zatrzymać chwileczkę, — odparł urzędnik, wypisując jedną ręką cyfrę na papierze, i przesuwając palcami lewej ręki dwa oczka na szczotach[1].
Wygalonowany lokaj, powierzchowności, znamionującej służbę domów arystokratycznych, stał tuż obok stołu z kartką w ręku, i uznał za stosowne popisać się ze swoją znajomością towarzyskiego życia:
— Nie dasz pan wiary, piesek nie wart i ośmiu dziesiątaków, to jest: jabym nie dał za niego i ośmiu groszy; a hrabina lubi go, dalibóg lubi, i naprzykład temu, kto go wyszuka, daje sto rubli! Traktując rzecz sensownie, ot tak, jak obecnie ja z panem, zapewne gusta są rozmaite; ale jeżeli jesteś prawdziwym amatorem, to trzymaj że psa legawego, albo pudla; nie pożałuj pięciuset, tysiąc zapłać, ale za to niech to będzie pies, co się nazywa piękny.
Szanowny urzędnik słuchał tego monologu z miną poważną, a jednocześnie wyliczał, ile liter w przyniesionem ogłoszeniu.
Po obu stronach oczekiwało mnóstwo bab, komisantów, odźwiernych z przeróżnemi ogłoszeniami. W jednej miałeś wiadomość, że poszukuje służbę woźnica trzeźwego prowadzenia się; w drugiej, mało używany powóz, wywieziony w 1814 roku z Paryża; tam znowu, jest do wzięcia służąca, dziewka, lat 19, doskonała praczka, przydatna i do innych robót; mocna dorożka bez jednego resora; siwo-jabłkowaty, młody, ostry koń, lat siedmnastu; świeże, tylko co otrzymane z Londynu nasiona rzepy i rzodkiewki; willa ze wszelkiemi dogodnościami: dwiema stajniami na konie, i miejscem, stosowym dla zaprowadzenia wybornego brzozowego lub sosnowego lasu; tam znowu wezwanie do życzących nabyć stare podeszwy, dla czego winni przybyć na publiczną sprzedaż takowych, codziennie od 8 do 2 godziny zrana. — Pokój, w którym mieściło się całe to zebranie, był nie wielki, i powietrze w nim było nader zgęszczone, lecz major Kowalów nie mógł tego uczuć, raz dla tego, że się zakrył chusteczką, a powtóre, że jego organ powonienia, Bóg tylko jeden raczy wiedzieć, gdzie obraca się obecnie.
— Łaskawy Panie! pozwól pan... bardzo mi pilno!
— Natychmiast, natychmiast!... Dwa ruble, czterdzieści trzy kopijki!... W ten moment!... Rubel sześćdziesiąt cztery kopijki! — wygłaszał szpakowaty jegomość, rzucając babom i odźwiernym w oczy ich ogłoszenia.
— Co pan sobie życzysz? — rzekł w końcu, zwracając się do Kowalowa.
— Prosiłbym... — rzekł Kowalów, — zdarzyło się złodziejstwo, a raczej oszustwo, dotąd właściwie dowiedzieć się nie mogę. Prosiłbym tylko o ogłoszenie drukiem, że ktoby wyszukał i oddał mi w ręce tego łajdaka, otrzyma przyzwoite wynagrodzenie.
— Pozwól pan; jak godne jego nazwisko?
— Ach, pocóż nazwisko? nie mogę go wymienić. Mam wielu znajomych: Czechtyrowa, radczyni stanu, Pelagia Podtoczyna, sztaboficerowa... Zaraz się o tem dowiedzą, uchowaj Boże! Możesz pan wprost napisać: kolegialny asesor, albo lepiej jeszcze: liczący się w randze majora.
— A ten zbieg, zapewne był to pański poddany?
— Gdzie zaś poddany! to by było jeszcze nie wielkie oszustwo! Zbiegł odemnie... nos...
— Hm! jakie dziwne nazwisko! I na znaczną sumę ten pan Nosów okradł pana?
— Nos, to jest... Pan nie tak zrozumiałeś! Nos mój własny nos, nie wiadomo gdzie się podział. Widocznie djabeł chciał ze mnie zażartować!
— Jakim to sposobem mógł zginąć? coś ja tego dobrze nie rozumiem!
— Ba! ja sam nie potrafię opowiedzieć, jak się to stało; ale co najważniejsza, że on jeździ obecnie po mieście, jako radca stanu. I dla tego też proszę pana ogłosić, by ten, kto go zatrzyma, jak najrychlej stawił go przedemną. Sam pan osądź, mamże zostać bez tak widocznej części ciała? Gdyby to palce u nogi, to co innego, pakuję go w but, i nikt braku nie dostrzeże! Ja co czwartku bywam u radczyni stanu Czechtyrowej; Podtoczyna Pelagja sztaboficerowa i jej ładniutka córeczka, także bardzo dobre moje znajome; sam pan osądź, jakże mi teraz?... Wszakże na oczy pokazać im się nie mogę!
Urzędnik wpadł w głęboką zadumę, czego dowodziły mocno zaciśnięte jego usta.
— Nie! podobnego ogłoszenia nie mogę umieścić w gazetach, — rzekł wreszcie po długiem milczeniu.
— Jak to? dla czego?
— Mogłoby to narazić reputację gazety. Jeśli każdy zechce pisać, że mu nos uciekł, to... Już i tak pomawiają nas, że drukujemy wiele nieprawdopodobnych i fałszywych wieści.
— Ale cóż w tem nieprawdopodobnego? Tu zdaje się nie masz nic takiego.
— Panu zdaje się, że nie ma. A nie dawniej jak zeszłego tygodnia, miał miejsce podobny wypadek. Przychodzi pewien urzędnik, zupełnie tak samo, jak pan dziś przyszedłeś, przynosi notatkę, opłata wedle rachunku wynosiła dwa ruble 73 kopijek, podobne ogłoszenie zawierało w sobie tyle tylko, że zginął czarny pudel. Zdaje się, cóżby tu osobliwego być mogło? A pokazało się, że to paszkwil: pudel ten oznaczał kasjera, nie pamiętam już jakiego zakładu.
— Wszakże ja nie o pudlu podaję ogłoszenie, ale o własnym moim nosie, co prawie wychodzi na jedno, jakby o samym sobie.
— Nie, takiego ogłoszenia żadną miarą zamieścić nie mogę.
— Ależ u mnie rzeczywiście zginął nos!
— Jeżeli go panu zabrakło, to okoliczność ta należy raczej do medycyny. Powiadają, że są tacy lekarze, którzy mogą dorobić nosa, jak się komu podoba. Uważam zresztą, że jesteś pan człowiekiem wesołego usposobienia i lubisz sobie pożartować.
— Przysięgam na Boga! Ha, skoro już przyszło do tego, pokażę panu...
— Ale pocóż! — ciągnął urzędnik, zażywając tabaki, — zresztą, jeżeli to nie zrobi panu różnicy, — dodał z pewnym odcieniem ciekawości, — nie miałbym nic przeciw temu.
Major odjął chusteczkę od twarzy.
— W rzeczy samej, bardzo dziwne, — rzekł urzędnik, — przestrzeń zupełnie gładka, jak gdyby tylko co usmażony naleśnik. Tak, do nieuwierzenia równa...
— Czy teraz jeszcze będziesz pan przeczyć? Widzisz pan sam, że niepodobieństwo, bym się miał spotkać z odmową. Szczególniej panu będę obowiązany, i rad nawet jestem, że okoliczność ta podała mi sposobność poznania szanownego pana.
Major na ten raz zdecydował się widocznie nawet zniżyć się nieco...
— Wydrukować byłaby rzecz nie wielka; tylko nie przewiduję ztąd żadnej dla pana korzyści. Jeżeli już tak pan chcesz koniecznie, to należałoby udać się do kogoś, który ma wprawne pióro, by opisał to jako rzadki fenomen natury, i artykulik ten podał do „Północnej Pszczoły,“ (tu zażył raz jeszcze tabaki), dla nauki młodzieży, (tu nos otarł chustką), albo tak dla zaspokojenia ogólnej ciekawości.
Major stracił wszelką nadzieję. Spuścił oczy w dół na leżącą gazetę i trafił na ogłoszenie teatralne; gotów już był uśmiechnąć się, spotkawszy imię ładniutkiej aktorki, sięgnął ręką do kieszeni czy ma przy sobie szafirową asygnację, bo zdaniem pana Kowalowa, majorowie powinni zajmować miejsce w fotelach; lecz myśl o nosie wszystko zniweczyła.
Sam urzędnik, zdawało się, przejęty był współczuciem dla przykrego położenia Kowalowa. Chcąc cokolwiek ulżyć goryczy jego, czuł się w obowiązku wyrazić kilku słowy swoje współczucie:
— Przykro mi bardzo, że spotkała pana taka katastrofa. Czy zechcesz pan zażyć tabaczki? to rozpędza ból głowy i przykre usposobienie; nawet przeciwko hemoroidom nie złym jest środkiem. Mówiąc to urzędnik, podał Kowalowu tabakierkę, podłożywszy dość zręcznie pod denko nakrywkę, upiększoną portretem jakiejś damy w kapelusiku.
Ten nierozmyślny postępek pozbawił cierpliwości Kowalowa.
— Nie rozumiem, doprawdy, chętliwości pana do żartów, — ofuknął się z gniewem. — Czy pan nie widzisz, że mi właśnie brakuje tego, czem bym mógł zażyć tabaki? Niech djabli porwą pańską tabakę! Patrzyć teraz na nią nie mogę, i nie tylko na tę lichą berezyńską, ale gdybyś pan podał mi samego rappe. — Wypowiedziawszy to, wielce oburzony wyszedł z ekspedycji gazet i udał się do Czastnego prystawa[2].
Kowalów wszedł do niego w chwili, gdy ten wyciągnął się, ziewnął i rzekł do siebie: — Eh, chrapnę sobie jeszcze godzinkę! a z tego łatwo przewidzieć, że przybycie pana majora było całkowicie nie w porę. Czastny był wielkim wielbicielem wszelkich kunsztów, ale asygnaty przenosił nadewszystko.
— To mi rzecz, — mawiał zwykle, — niemasz nic nad nie doskonalszego! jeść nie proszą, miejsca nie wiele zajmują, w kieszeni zawsze się pomieści, a wypadnie z rąk, nie rozbije się.
Czastny przyjął dość sucho Kowalowa, dodając, że czas poobjedni wcale jest niestosowny do prowadzenia śledztw; że sama natura wskazuje, by człek najadłszy się, wypoczął nieco i poleżał, (z tego pan major mógł łatwo wywnioskować, że Czastnemu nie obcemi były zdania starożytnych); że nareszcie porządnemu człowiekowi nikt nosa nie odrywa!
To już nie trafiało w brew, ale prosto w oko! Trzeba wiedzieć, że Kowalów był nadzwyczaj obraźliwym człowiekiem. Mógł znosić jako-tako wszystko, co mówiono o nim samym; lecz nigdy nie przebaczał, gdy się to tyczyło jego stanu i stopnia. Sądził nawet, że w sztukach teatralnych można było ścierpieć wszystko, co się tyczyło niższych stopni; ale nie należało zezwalać na wyśmiewanie ludzi wyższej rangi. Sposób przyjęcia Czastnego tak skonfundował majora, że ten potrząsając głową, rzekł z uczuciem godności, rozkładając ręce:
— Przyznaję się, że po tak ubliżających ze strony pana uwagach, nic mi nie pozostaje, jak tylko... — i wyszedł.
Wrócił do domu, nie czując prawie nóg pod sobą. Ponurem i nader nieznośnem wydało mu się własne jego pomieszkanie, po tylu doznanych niepowodzeniach.
Wszedłszy do przedpokoju, zastał lokaja swego Iwana rozciągniętego na sofie obitej skórą, który dla przepędzenia czasu pluł w sufit, trafiając dość zręcznie raz po razu w jedno i to samo miejsce. Taka obojętność w człowieku oburzyła majora, uderzył go w łeb czapką dodając:
— Ach, ty ośle, wiecznie cię głupstwa bawią!
Iwan skoczył ze swego miejsca, i rzucił się z gwałtownym pośpiechem zdejmować płaszcz ze swego pana.
Znalazłszy się w pokoju, pan major zmęczony, ponury — rzucił się w fotel, i westchnąwszy parę razy, jął wyrzekać żałośnie:
— Boże mój! Boże! Za co na mnie spadło takie nieszczęście? Gdybym stracił rękę, albo nogę — zawsze byłoby to lepiej; ale człowiek bez nosa — djabli wiedzą: czem jest? Ptaszek nie ptaszek, obywatel nie obywatel... poprostu weź go i wyrzuć za okno! Gdybyż przynajmniej odrąbali na wojnie, albo w pojedynku, albo gdybym... no! ale straciłem nosa ni ztąd, ni zowąd, tak daremnie, za nic!... Ale to być nie może, — dodał pomyślawszy nieco: — niepodobna, ażeby nos zginął! to niepodobieństwo... Pewnie albo śni mi się, albo poprostu majaczę; a może przez pomyłkę, wypiłem zamiast wody — wódkę, którą zwykle wycieram brodę po ogoleniu. Ten dureń Iwan pewnie ją nie zabrał, i palnąłem miarkę.
By się przekonać, czy nie jest pijanym, pan major tak delikatnie uszczypnął siebie, że aż krzyknął z bólu. To go ostatecznie przekonało, że działa i żyje na jawie. Zbliżył się ostrożnie do lustra... najpierw zamrużył oczy, myśląc:
— A nuż nos pokaże się na swojem miejscu? — ale w tejże samej chwili odskoczył w tył, krzyknąwszy:
— Ah, co za obrzydliwość!
I rzeczywiście, była to rzecz nie do pojęcia. Gdyby zginął guzik, łyżka srebrna, zegarek, lub coś podobnego... ale że zginął, i co tu ginąć miało?... a przy tem we własnem mieszkaniu!... Major Kowalów, kombinując wszelkie okoliczności, sądził się być najbliższym prawdy gdy przypuści, że sprawczynią wszystkiego złego nie jest kto inny, jak tylko sztab-oficerowa Podtoczyna, która pragnęła ożenić go ze swoją córką. On nawet lubiał przysiadywać się do panny, ale starannie unikał decyzji ostatecznej. Kiedy zaś razu pewnego sztab-oficerowa powiedziała mu wprost, iż życzy sobie wydać zań swą córkę — major usunął się cichaczem na bok z komplementami, tłumacząc się, że jest jeszcze za młody... że musi dosługiwać lat pięciu, by już miał równą liczbę czterdziestu dwu lat. I dla tego to sztab-oficerowa — przez zemstę zapewne — postanowiła oszpecić mu fizyognomię, dokonywując szkaradnego dzieła przez najęte baby-czarownice; ponieważ żadną miarą niepodobna było przypuszczać, ażeby nos był odcięty: najpierw nikt nie wchodził do pokoju majora; cyrulik zaś Jakób Iwanowicz, golił go jeszcze w środę, a w ciągu całej środy, a nawet we czwartek nos był jeszcze cały, co major pamiętał, i o czem wiedział doskonale; nadto przy podobnej operacji — ból dałby się uczuć, i bezwątpienia rana nie mogłaby się zagoić tak prędko, pozostawiając miejsce gładkie, jak naleśnik... Układał już plany: czy pociągnąć sztab-oficerową przed sąd formalnie; czy też być u niej osobiście, i oko w oko przekonać ją o zbrodni?
Rozmyślania te przerwane zostały zjawieniem się światła, które zabłysło przez szpary w drzwiach, zwiastując, że Iwan zapalił świecę w przedpokoju. Wkrótce pokazał się i sam Iwan niosąc przed sobą zapaloną świecę, która naraz cały oświeciła pokój. Pierwszą czynnością Kowalowa było pochwycić chustkę i zakryć to miejsce, na którem wczoraj jeszcze był nos, by nie dać głupcowi powodu zagapienia się na widok dziwnej zmiany w fizyognomii swego pana.
Jeszcze nie zdążył Iwan dostać się do swego legowiska, gdy w przedpokoju dał się słyszeć głos nieznany:
— Czy tu mieszka kolegialny asesor Kowalów?
— Proszę wejść; major Kowalów tu mieszka, — odrzekł Kowalów, zrywając się śpiesznie i otwierając drzwi.
Wszedł urzędnik policyjny, przyzwoitej powierzchowności, z bokobrodami ani nadto jasnemi, ani też nadto ciemnemi, o dość okrągłych policzkach; ten sam, którego na początku niniejszej powiastki, widzieliśmy stojącego u końca Isakowskiego mostu.
— Czy to pan raczyłeś stracić swego nosa?
— Tak jest.
— Teraz właśnie został odszukanym.
— Co pan powiadasz! — krzyknął pan major. Ukontentowanie odjęło mu zmysły. Patrzył wielkiemi oczami na stojącego przed sobą policjanta, na tłustych policzkach którego odbijał się migotliwie blask świecy. — Jakim sposobem?
— Dziwnem zdarzeniem: zatrzymano go prawie na drodze. Siadał właśnie do dyliżansu, chcąc odjechać do Rygi. Paszport nawet miał przygotowany na imię jednego z urzędników. Rzecz dziwna, że i sam zrazu wziąłem go za jakiegoś jegomości, ale na szczęście miałem przy sobie okulary, i w momencie przekonałem się, że to był nos. Wszakże mam krótki wzrok, i gdy stanie pan przedemną, to widzę tylko twarz pańską, ale ani nosa, ani brody — nic tego nie dostrzegam. Świekra moja, to jest matka mojej żony, także nic nie widzi.
Kowalów był uniesiony.
— Gdzież jest nos? gdzie on? lecę natychmiast.
— Uspokój się pan. Wiem, że mu jest potrzebny, wziąłem go ze sobą. Ale co dziwna, że głównym sprawcą tego wszystkiego — jest ten szelma cyrulik, co to mieszka przy ulicy Wozneseńskiej; siedzi on teraz w kozie. Podejrzywałem go dawno o pijaństwo i złodziejstwo, a trzy dni temu ściągnął w sklepie całą paczkę guzików... Nos pański zupełnie jest w takim stanie, w jakim był przedtem!
Przy tych słowach, policjant zapuścił rękę do kieszeni i wydobył z niej nosa owiniętego w papierek.
— Tak, to on! — zakrzyknął Kowalów, — on, rzeczywiście! Racz pan wypić dziś zemną szklankę herbaty.
— Byłoby to dla mnie rzeczywistą przyjemnością, ale nie mogę przyjąć zaproszenia, muszę jeszcze wstąpić do domu poprawy... Teraz tak znacznie podniosła się cena na wszystkie produkta... A mam przy sobie świekrę, to jest matkę mojej żony, dzieci; starszy szczególniej wielkich nadziei, bardzo sprytny malec; ale cóż, kiedy na wychowanie jego niemam zgoła żadnych środków...
Pan major po wyjściu policjanta, zostawał czas niejaki w stanie nie dającym się określić, i zaledwie po kilku minutach był w możności czuć i spostrzegać... stan taki zapomnienia był następstwem zbytniej i nieoczekiwanej radości. Potem wziął ostrożnie odszukanego nosa w obie ręce, i raz jeszcze obejrzał go z całą uwagą.
— Tak, to on! rzeczywiście on! — mówił pan major. — A otóż i pryszczyk z lewej strony, co się pokazał dnia wczorajszego. — I pan major omal na głos nie roześmiał się z radości.
Ale na tym świecie niemasz nic trwałego, dla tego też i radość, w następującej zaraz chwili staje się mniej żywą, dalej — jeszcze słabszą, a w końcu — nieznacznie, nieznacznie zlewa się ze zwykłym stanem duszy, jak owe kręgi wodne, wywołane upadkiem kamyka, zlewają się w końcu, nie zostawiając po sobie żadnego śladu na gładkiej wód powierzchni. Kowalów począł rozmyślać, i wpadł na słuszny domysł, że sprawa jeszcze nie skończona: nos odszukany, to prawda, ale trzeba go jeszcze ustawić na dawnem miejscu.
— A co będzie, jeżeli on nie zechce przylgnąć?
Na takie zapytanie, zadane samemu sobie, zbladł major.
Z uczuciem nieopisanego strachu, rzucił się ku stołowi, przysunął lustro, by przypadkiem krzywo nie ustawić nosa. Ręce mu drżały. Ze wszelką ostrożnością i uwagą, na jaką mógł się zdobyć, ustawił nosa na pierwotnem jego miejscu. O zgrozo! nos przyklejać się nie chciał!!... Podniósł go major do ust, ogrzał z lekka ochuchał, znowu ustawia na opróżnionej przestrzeni; ale nos trzymać się nie chce!
— No, nuże! czepiaj się, kpie! — przemawiał doń; ale nos — drewno — padał na stół, wydając głuche echo, jak gdyby jaki korek. Twarz majora wykrzywiła się konwulsyjnie. — Więc on chyba już nie przyrośnie! — krzyknął z przestrachem. — Lecz ilekroć ustawiał nosa na dawnem jego miejscu, ten znowu odpadał, i wszelkie usiłowania, by go przytwierdzić, okazały się daremnemi.
Przywoławszy Iwana, posłał go major po lekarza, mieszkającego na pierwszem piętrze tejże samej kamienicy. Lekarz był to mężczyzna okazałej postawy, miał piękne, czarne jak smoła, bokobrody, jadał co rana surowe jabłka, i usta swoje utrzymywał w szczególnej czystości, płucząc je codziennie trzy kwandranse prawie, i szlifując zęby pięciu przeróżnych kształtów szczoteczkami.
Lekarz przybył natychmiast. Rozpytawszy naprzód, jak dawno zdarzyło się owo nieszczęście, uniósł nieco ku górze twarz majora, podtrzymując pod brodą, i dał mu szczutka w to samo miejsce, gdzie był wprzód nos, tak, że major musiał odrzucić głowę z taką siłą, że tylną jej częścią stuknął się o ścianę. Lekarz powiedział, że to nic nie szkodzi, i poradziwszy mu, odsunął się od ściany, kazał nagiąć głowę naprzód w prawą stronę, i dotknąwszy miejsca, na którem nos był dawniej, mruknął: „hm!“ potem kazał przegiąć głowę w lewą stronę, i znowu mruknął: „hm!“ a na zakończenie dał mu raz jeszcze szczutka tak, że major wyrzucił głowę jak koń, któremu zaglądają w zęby. Zrobiwszy te wstępne próby, lekarz pokręcił głową i rzekł:
— Nie, nie sposób! Zostaw to pan lepiej tak, jak jest, bo może być gorzej jeszcze! Zapewne, można go przytrzymać; mógłbym to panu zrobić, nawet w tej chwili; ale upewniam, że gorzej mu z tem będzie!
— A to doskonałe! Jakto, mam więc zostać bez nosa? — rzekł Kowalów, wszak gorzej, jak jest teraz, już być nie może. To, poprostu mówiąc: djabli wiedzą, co takiego!... Gdzież ja mogę się pokazać z tem szkaradzieństwem? Przy moich stosunkach: naprzykład dziś nawet, trzeba mi było być na wieczorze w dwóch domach. Ja mam liczne znajomości: Radczyni stanu Czechtyrowa, Podtoczyna sztab-oficerowa... chociaż potem, co między nami zaszło, nie potrzebuję mieć z nią innych stosunków, jak tylko przez policję. Zmiłuj się pan, — ciągnął Kowalów błagalnym głosem, — czy niema jakich środków? Ustaw go pan jakkolwiek, chociażby nie bardzo dobrze, byleby się tylko trzymał; ja mogę podtrzymywać go w razie niebezpieczeństwa. Zresztą, nigdy nie tańczę — nie narażę się więc na żaden ruch nadzwyczajny... Co się zaś tyczy podziękowania za wizyty, bądź pan pewny, że na ile tylko pozwolą mi moje środki...
— Wierzaj mi pan, — odparł lekarz, ani nadto głośno, ani też cicho, lecz nader przekonywającym tonem, — nigdy nie leczę dla zysków. Sprzeciwia się to moim zasadom, i mojej sztuce. Biorę wprawdzie za wizyty; ale to jedynie dla tego, by odmową nikomu nie ubliżyć. Naturalnie, mógłbym ustawić pańskiego nosa; ale honorem ręczę! jeśli pan słowu nie ufa, że będzie z tem nie równie gorzej dla pana. Zostawmy to lepiej wpływowi samej natury. Obmywaj pan jak najczęściej miejsce zimną wodą, a zapewniam, że nie mając nosa, będziesz pan tak samo zdrów zupełnie, jak gdybyś go miał w całości. Nos zaś, radzę panu włożyć do słoja z spirytusem, albo jeszcze lepiej, wlać tam dwie łyżki mocnej wódki i ogrzanego octu, — wtedy możesz pan wziąć za niego nie małe pieniądze. Ja sam kupiłbym go chętnie, gdybyś pan nie bardzo się drożył.
— Nie, nie! za nic nie sprzedam! — krzyknął zrozpaczony major, — raczej darmo niech przepada!
— Daruj pan! — rzekł lekarz kłaniając się, — chciałem być panu użytecznym... Cóż począć! widziałeś pan przynajmniej dobre moje chęci. — To mówiąc, wyszedł z pokoju.
Kowalów nie widział nawet dobrze twarzy doktora, a w zupełnem otrętwieniu swojem, widział tylko wyglądające z rękawów czarnego fraka, mankietki białej jak śnieg koszuli.
Zaraz na drugi dzień, zdecydował się major, przed podaniem zaskarżenia, napisać do sztab-oficerowej, czy też nie zgodzi się ona dobrowolnie, zwrócić mu jego należytość.
List był treści następującej:

„Łaskawa Pani!

„Nie mogę pojąć dziwnego ze strony Pani postępowania. Zapewniam, że postępując w ten sposób, nic Pani nie wskórasz, i wcale nie zmusisz mnie do ożenienia się ze swą córką. Proszę wierzyć, że historja mego nosa znana mi jest całkowicie, równie jak i to, że nie kto inny, tylko Pani jesteś główną sprężyną w tej intrydze. Raptowne zniknięcie jego, ucieczka i maskowanie się, to pod postacią pewnego urzędnika, to nakoniec we własnej swojej osobie, jest niczem innem, jak tylko następstwem czarów, użytych przez Panią, lub też przez tych, którzy, podobnie jak pani, praktykują owe szlachetne rzemiosło. Ja, z mojej strony, uważam za mój obowiązek, uprzedzić o tem Panią, że jeżeli wspomniany nos, dzisiaj jeszcze nie będzie na swojem miejscu, to zmuszony będę, uciec się pod opiekę prawa.
„Zresztą z pełnym szacunkiem dla Wpani, mam honor zostawać

„najniższym Jej sługą
Platon Kowalów.“

„Łaskawy Panie!

„Pismo Pańskie nadzwyczaj mnie zdziwiło. Najszczerzej wyznaję, że nie spodziewałam się tak niesłusznych zarzutów ze strony Pana. Śpieszę uwiadomić go, że urzędnika, o którym pan wspominasz, nigdy u siebie nie pojmowałam, ani zamaskowanego, ani też we własnej jego osobie. Bywał u mnie wprawdzie Filip Potańczyków, i chociaż rzeczywiście starał się o rękę mojej córki, będąc sam zresztą dobrego i trzeźwego prowadzenia się i wysokiej uczoności; ale ja nigdy nie robiłam mu żadnej nadziei. Wspominasz Pan także o nosie. Jeżeli pod tem rozumieć należy, jakobym ja chciała Panu dać nosa, czyli formalną rekuzę, to dziwi mnie, że z ust Pana to słyszę, który wiesz doskonale, że innego wcale byłam zdania w tej mierze, i jeżeli obecnie trwasz Pan w zamiarze zaślubienia mojej córki, to gotowa jestem natychmiast zadość uczynić jego życzeniom, było to bowiem zawsze celem najwyższych moich chęci. W tej tedy nadziei zostaję na zawsze ze wszelką gotowością do usług Pańskich

Aleksandra Podtoczyna.“

— Nie! — zawołał Kowalów, odczytawszy list tylko co przytoczony, — ona w rzeczy samej nie winna. Nie podobna! Listu jak ten, winny człowiek napisać nie może! — Kolegialny asesor znał się na tem, był bowiem wysyłany kilka razy dla prowadzenia śledztwa na Kaukazie. — Jakimże sposobem i jakiemi drogami zdarzyło się to wszystko? — rzekł w końcu, opuściwszy ręce.
Tymczasem wieść o tym nadzwyczajnym przypadku, rozpowszechniła się po całej stolicy, i jak to zwykle bywa, nie bez szczegółowych dodatków. Jak na toż wszystkie umysły usposobione były do przyjęcia wszelkich nadzwyczajności: do niedawna bawiły publiczność praktyki magnetyczne. Nadto historja o stolikach wirujących, na dalszych ulicach miasta, uchodziła jeszcze za nowość; nie przeto dziwnego, że wkrótce poczęto opowiadać sobie, jakoby nos kolegialnego asesora Kowalowa o trzeciej godzinie regularnie przechadzał się po Newskim prospekcie. Mnóstwo też ciekawych zbiegło się na Newski prospekt. Potem ktoś powiedział, że nos znajduje się w magazynie Junkra, więc koło Junkra zebrała się taka masa ludzi, że aż policja wdać się w to musiała. Pewien szanowny spekulant z bokobrodami, który zwykle sprzedawał u wejścia do teatru zczerstwiałe ciastka, urządził umyślnie piękne a mocne drewniane ławki, na które zapraszał ciekawych, za opłatą ośmdziesięciu kopijek od osoby. Pewien zasłużony pułkownik, umyślnie dla tego wcześniej wyszedł z domu, i z wielką trudnością przecisnął się przez stojące tłumy; lecz ku wielkiemu niezadowoleniu swojemu, zobaczył w oknie magazynu, zamiast nosa, zwyczajny wełniany kaftanik i litografję: dziewczyny poprawiającej pończochę oraz przyglądającego się jej z za drzewa franta z capią bródką i w szeroko wyłożonej kamizelce, która już od lat dziesięciu wisiała na jednem i tem samem miejscu. Odszedł pomrukując:
— Jak można niepokoić ludzi rozsiewaniem tak głupich i fałszywych wieści?
Następnie obiegła pogłoska, że nie na Newskim prospekcie, ale w ogrodzie Tawryckim przechadza się nos majora Kowalowa; że jakoby był on tam od dawna, bo kiedy jeszcze mieszkał tam Chozrew-Mirza, to podziwiał ten rzadki fenomen natury. Niektórzy studenci Akademii chirurgicznej udawali się także na to miejsce. Pewna znakomita i szanowna dama, osobnym listem prosiła dozorcę ogrodu, by pokazał jej dzieciom ten szczególny fenomen, z dodaniem, jeżeli można, wyjaśnień, służących ku zbudowaniu jej młodego pokolenia.
Całe to przejście szczególniej było na rękę lwom salonowym, stale uczestniczącym we wszystkich balach i zebraniach, którzy uważali za święty swój obowiązek: śmieszyć płeć piękną, a którym właśnie w tym czasie wyczerpał się cały zapas zazwyczaj płaskich konceptów. Mniej znaczna liczba czcigodnych i dobrze myślących ludzi była nadzwyczaj niezadowolona. Pewien jegomość mówił z widocznem nieukontentowaniem, że on nie może pojąć: jakim sposobem w dzisiejszym oświeconym wieku, mogą rozpowszechniać się podobne brednie bez sensu? a bardzo gorszącem dlań jest to, że rząd nie zwróci na to uwagi!... Widocznie jegomość ów należy do liczby tych panów, którzy by chcieli wplątać rząd we wszystko nawet w codzienne swe domowe niesnaski z żoną. W ślad za tem... ale tu znowu dalszy ciąg niknie w pomroce, i co potem zaszło, zupełnie nie wiadomo.

III.

Dziwnie się plecie, na tym bożym świecie! Często stanie się rzecz wcale do prawdy niepodobna... W jednej chwili naprzykład, ten sam nos, który zjawił się pod postacią radcy stanu i tyle hałasu narobił w stolicy, znajduje się naraz, jakby nic nie było, znowu na swojem miejscu, a mianowicie pomiędzy dwoma policzkami pana majora, a stało się to dopiero dnia 7. kwietnia.
Kowalów po przebudzeniu się, rzuciwszy niechcący okiem do lustra, widzi — nos! uchwycił ręką — rzeczywiście nos!
— Ach! — zawołał, i z nadmiaru radości możeby puścił się boso tropaka po pokoju; ale przeszkodziło mu wejście Iwana. Pan major kazał podać sobie natychmiast wody do umycia, a umywając się, spojrzał raz jeszcze do lustra — nos! Obcierając się ręcznikiem, znowu spojrzał do lustra — nos!
— Popatrzno, Iwanie, — rzekł wreszcie do służącego. — Zdaje mi się, mam jakiś pryszczyk na nosie, — a w duchu pomyślał: — Oto, jeżeli Iwan powie: — Niema, panie, nie tylko pryszczyka, ale nawet nosa!...
Ale Iwan majorowi:
— Niema nic, żadnego pryszczyka, panie; nos zupełnie czysty!
— Dobrze, do stu djabłów! — rzekł sam do siebie major, i dał pstryczka palcami.
W tej chwili pokazał się we drzwiach cyrulik Jakób Iwanowicz; ale tak wystraszony, jak kot, który tylko co odebrał cięgi za zciągnięte sadło.
— Przedewszystkiem mów: czy ręce masz czyste?! — krzyknął Kowalów jeszcze zdaleka.
— Czyste.
— Kłamiesz!
— Dalibóg, panie, czyste.
— Nu, pamiętaj że.
Kowalów usiadł. Jakób Iwanowicz zakrył go serwetką, i w jednej chwili, za pomocą pędzlika okrył brodę jego i część twarzy kremem, jaki zwykle podają u kupców na imieninach.
— Patrz go, — rzecze sam do siebie Jakób Iwanowicz, spoglądając na nos, a potem obróciwszy głowę na drugą stronę, popatrzył nań z boku: — Otóż... a daj go! w istocie, jak pan myślisz sobie, — ciągnął dalej, przyglądając się długo nosowi. Nareszcie leciuchno, z ostrożnością, o jakiej tylko sobie zamarzyć można,, uniósł dwa palce z zamiarem — pochwycenia nosa za koniuszek Taki to już był system Jakóba Iwanowicza.
— No, no, no! ostrożnie! — krzyknął Kowalów. Cyrulikowi i ręce opadły, przeląkł się i zmięszał, jak dotychczas nigdy!... Nakoniec ze wszelką ostrożnością zaczął zgalać podbródek, a chociaż było mu bardzo nie zręcznie golić bez przytrzymania za organ powonienia, jednakże opierając się jako tako wielkim palcem to o twarz, to o dalszą szczękę, pokonał wreszcie wszystkie trudności i ogolił majora.
Gdy już wszystko było gotowe, Kowalów ubrał się czemprędzej, wziął fiakra i pojechał wprost do cukierni. Zaraz na wstępie zawołał:
— Hej, mały, filiżankę czokolady! — a sam natychmiast do lustra — jest nos! Wykręcił się wesoło, i z miną satyryczną spoglądał, przymróżywszy nieco oczy, na dwóch wojskowych, z których jeden miał nosa ani trochę nie większego od guziczka kamizelki...
Ztamtąd udał się do biura tego wydziału, gdzie starał się o wicegubernatorstwo, a w razie niepowodzenia, o egzekutorstwo. Przechodząc przez pierwszy pokój, spojrzał na lustro — jest nos! Dalej pojechał znowu do drugiego kollegialnego assesora, a raczej majora, wielkiego humorzysty, któremu on na wszystkie jego kostyczne uwagi odpowiadał zwykle: — No, już ja cię znam — ostry jak szpilka! — A drogą myślał sobie: — Jeżeli major nie pęknie ze śmiechu, obaczywszy mnie, to rzeczywisty dowód, że mam wszystko jak należy, na swojem miejscu. — Ale kollegialny assesor — nic! — Dobrze, doskonale, sto djabłów! — pomyślał w duchu Kowalów.
Po drodze spotkał sztab-oficerowę Podtoczynę, wraz z córką, ukłonił się im, i nawzajem mile przywitany został... oczywiście więc, nie poniósł żadnego szwanku. Rozmawiał z niemi czas niejaki i umyślnie, wyjąwszy tabakierkę, bardzo długo opakowywał tabaką obydwa otwory swego nosa, pomrukując do siebie: — Macie wam baby, rodzie czubaty! a z córką taki się nie ożenię. Jeżeli tak tylko par amour — i owszem!...
I od tego czasu major Kowalów przechadzał się, jakby nigdy nic, i na Newskim prospekcie, i do teatru chodził, i wszędzie! Nos także, jakby nigdy nic, siedział sobie spokojnie na swojem miejscu, nie okazując wcale, że dokądkolwiek wydalał się na wędrówkę.
Widywano potem majora Kowalowa ciągle w najlepszym humorze, uśmiechającego się, prześladującego wszystkie bez wyjątku piękności, a nawet widziano go pewnego razu, że się zatrzymał przy sklepiku obok hotelu dla kupienia orderowej wstążeczki, nie wiadomo jednak na co, bo nie był kawalerem żadnego orderu.
Owoż takie to zdarzenie miało miejsce w północnej stolicy naszego państwa.
Teraz dopiero, skombinowawszy to wszystko, widzimy, że w całej tej opowieści jest wiele rzeczy nie podobnych do prawdy. Nie mówiąc już o tem, że dziwnem, nienaturalnem jest owo zniknięcie nosa, i zjawianie się jego w różnych miejscach, pod postacią radcy stanu — jak mógł nie domyśleć się Kowalów, że niepodobieństwo przez ekspedycję gazet podawać ogłoszenia o nosie? Nie chcę przez to powiedzieć, jako by zbyt drogą była opłata za ogłoszenia, to bagatela! wcale nie należę do rzędu chciwych ludzi; ale ogłaszać coś podobnego nie pięknie to i niestosownie nawet!... Albo to znowu: jaką drogą nos znalazł się w pieczonym chlebie, i jakim sposobem Jakób Iwanowicz?... nie, tego całkowicie nie rozumiem, zupełnie nie pojmuję! Ale co najdziwniejsze, i co ze wszystkiego najniezrozumialsze, to to, że autorowie posługują się podobną treścią do powieści... Przyznam, że to zrozumieć się nie da... Nie, nie! wcale tego nie rozumiem! Bo najpierw korzyści ztąd dla kraju żadnej zgoła nie ma, powtóre... i powtóre także nie ma żadnej korzyści... Po prostu ja nie wiem, co to jest takiego...
A jednakże pomimo to wszystko, chociaż, rozumie się, można przypuszczać jedno i drugie i trzecie; można nawet... a wreszcie cóż jest bez sprzeczności? Zawsze jednakże, gdy się zastanowisz dobrze, we wszystkiem tem jest coś istotnie! Niech sobie kto co chce mówi, a podobne zdarzenia bywają na świecie — rzadko wprawdzie, ale bywają...







  1. Przyrząd ułatwiający rachowanie pieniędzy, powszechnie w Rosji używany.
  2. Komisarz policji pewnej części miasta.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Nikołaj Gogol i tłumaczy: Jan Grzegorzewski, Paulin Święcicki.