Przez Syberyę i Mandżurię do Japonii/Droga żelazna

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Przez Syberyę i Mandżurię do Japonii
Pochodzenie Na daleki wschód. Kartki z podróży
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1904
Druk Drukarnia Rubieszewskiego i Wrotnowskiego
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Droga żelazna.

„Wtedy koń powiedział do palipiecy: wejdź w moje prawe ucho! A gdy palipieca wszedł, to znalazł się w pięknym pałacu, gdzie jasno było jak we dnie, gdzie na stołach stały pełne misy i dzbany, gdzie cudnie grała muzyka. Palipieca umył się, ubrał i zamienił w ślicznego królewicza. Koń tymczasem sadził przez góry, doły, bory i stepy“.
Bajkę taką słyszałem w dzieciństwie. Rzeczywistość, którą widziałem, nie ustępuje jej wcale. Lustra, bronzy, mahonie, kryształowe naczynia, zwierciadlane szyby, dywany, kotary; wygodne, wyściełane fotele i kanapy, przed nimi gustownie rzeźbione stoliki. Właściwie nie wagony, lecz małe, przenośne saloniki na kołach. Pianino, nuty i książki. Seledynowe elektryczne światło. Na zawołanie wyszukane potrawy i napoje, możność porozumiewania się za pomocą telegrafu z całym światem. Obiecują nawet telefon, i można będzie, nie wychodząc z wagonu, rozmawiać nietylko ze stacyą, ale i z poblizkiemi miastami. Żelazny koń będzie tymczasem leciał, przebijał, niby błyszcząca igła, śnieżną kurzawę zamieci, obłoki skupione na szczytach górskich łańcuchów, nieprzejrzane stepowe przestworza i rozpalone słońcem skalne wąwozy i ciemne tunele. Palipieca, zamieniony w ślicznego królewicza, zapatrzony w jaką wędrowną królewnę, zaledwie będzie wiedział o tem.
Świat cały, wspaniały, cudny świat będzie migał przed nim niewyraźnie, rozbity na tysiące kawałków wielkości wagonowej szyby. Zyska na tem powierzchowność palipiecy, ale on sam stanie się trochę mniej... rozgarniętym, niż wówczas, gdy własnemi siłami musiał zwyciężać te przestrzenie, wiszary i wodne roztocze. Ha, może za to spryt swój w inną stronę skieruje, może zajrzy do ciemnych, zaniedbanych zaułków własnej duszy?!
Szczególnie wspaniale przedstawiły mi się wagony ekspresu kolei Mandżurskiej. Wprawdzie, gdym jechał nimi, były w drodze dopiero po raz drugi, ale wykwint ich urządzenia, wygoda i czystość były bez zarzutu, olśniewały poprostu. Dobrze, bardzo dobrze!
Kolej taka, skracająca ogromnie, bo aż we dwójnasób, drogę dla handlu ze Wschodem, stała się niezbędnie potrzebną przemysłowej i pieniężnej Europie; względy polityczne kazały Rosyi przeprowadzić ją ze szczególnym pośpiechem. Ponieważ jednak będzie międzynarodową, przyniesie państwu zyski, których niepodobna na pieniądze obliczać. Przedewszystkiem rozluźni wiele starych i uciążliwych więzów. Już obecnie mówią o zniesieniu niektórych formalności paszportowych i celnych, o lepszej organizacyi policyi i obsługi kolejowej, ku większej wygodzie i bezpieczeństwu zagranicznych, a co za tem idzie i miejscowych przejezdnych. Następnie w pasie swego wpływu kolej ogromnie podniesie poziom kultury, zwiększy stopę zarobkową, nauczy krajowców pracować sumiennie, szybko i dokładnie, przyzwyczai ich do pewnych wygód i do szanowania samych siebie.
Dość porównać ekspres ze zwykłymi pociągami miejscowymi, aby zrozumieć, jaka dzieli je przepaść i jak wiele jest do zrobienia w sferze obyczajów.
Zwykłe pociągi przedewszystkiem wciąż się spóźniają; stoją na stacyach tak długo, jak się podoba zawiadowcy, nadkonduktorowi, wreszcie... maszyniście. Potem dopędzają stracony czas, stąd wypadki są na porządku dziennym. Wagony brudne, stacye jeszcze gorsze; bufety, zwłaszcza syberyjskie, przystosowane przedewszystkiem do przyzwyczajeń podróżnych; wszędzie: „wypić i przekąsić“; jedzenia porządnego dostać niepodobna; obiady zimne, wstrętne, cuchnące i... drogie. Ceny w cenniku kolejowym są zbyt wygórowane, nieodpowiednie do gatunku podawanych potraw. Nadomiar służba bufetowa zawsze dolicza. Nie zdarzyło mi się w ciągu całej drogi, aby lokaj nie omylił się na moją niekorzyść. Pod koniec takie stałe potwierdzanie mojej obserwacyi sprawiało mi nawet pewną satysfakcyę.
Muszę jednak z tego uogólnienia wyłączyć posługaczów Chińczyków w Mandżuryi, którzy nigdy nie doliczyli mi ani grosza.
Wszystkiego trzeba samemu dopilnować, we wszystko wejrzeć, poczynając od rzeczy, a kończąc na... wodzie gorącej. Na każdej stacyi, naprzykład, jest budyneczek z napisem: „Woda gorąca bezpłatnie“. Bardzo pięknie! Kazałem sobie przynieść tej wody gorącej, ale... na herbatę użyć jej nie mogłem. Powtórzyłem doświadczenie kilka razy i zawsze, zamiast wody, przynoszono mi jakiś bury, cuchnący płyn. Wreszcie postanowiłem sam obejrzeć ową „wodę gorącą — bezpłatną“. W ciemnym, zakopconym, podobnym do starej wiejskiej łaźni budyneczku ujrzałem brudnego posługacza za drewnianą baryerką; stał koło wmurowanego w piec kotła, nakrytego zbitą z desek pokrywą i rozlewał żądającym porcye „wody gorącej“.
— Co robisz, człowieku? Przecież to błoto! Pewnie nigdy tego kotła nie myjecie?
Posługacz odwrócił się groźnie i pewnieby mię zwymyślał, ale wstrzymało go... moje przyzwoite ubranie.
— Com ja winien?... Ona sama robi się taka od gotowania!
Stanąłem bezradny wobec takiego fatalizmu i poszedłem kupić wody do bufetu. Za imbryczek wody brano nieraz tyle, co za osłodzoną herbatę, a niekiedy wprost odmawiano.
— Nie jesteśmy obowiązani! — kłamali w oczy.
Trzeba więc było zwracać się do naczelnika stacyi, gdyż pokazany cennik nie robił żadnego wrażenia.
Na jednej ze stacyi oddałem parę kufrów na bagaż i dostałem pokwitowanie, ale obeznany już z obyczajami kolejowymi, poszedłem po pierwszym dzwonku do wagonu bagażowego sprawdzić, czy moje rzeczy tam się znajdują.
Wszedłem bez ceremonii do wnętrza i przekonałem się, że ich tam niema. Bagażowy nic o nich nie wiedział. Biegnę tedy na stacyę i dowiaduję się, że niema ich kto do pociągu zanieść, gdyż tragarzy wezwano do innej roboty. Nająłem natychmiast Chińczyków i w ten tylko sposób uratowałem moje kufry. Zostałyby, jak wiele innych.
W tych warunkach przejazd koleją Syberyjską, zwłaszcza z rodziną i rzeczami, przedstawia przewlekłą katuszę. Droga zwykłym pociągiem z Moskwy do Irkucka trwa najmniej dni 14. Ekspresem przebywa się tę przestrzeń w dni 9, a cała droga do Portu Artura trwa dni 20-cia. Z Warszawy przesiadać się trzeba trzy razy: w Moskwie, w Irkucku, na st. Mandżurya. W tej ostatniej komora celna i rewizya paszportów.
Ale i w ekspresie pomimo wybornych wagonów niema się dotychczas tych wygód i tego bezpieczeństwa, co w pośpiesznych pociągach europejskich. Przedewszystkiem służba jest o wiele gorsza. Lokaje, pozornie układni i ogładzeni, są często bardzo podejrzanemi osobistościami. Skarżyli mi się pasażerowie, że giną drobne, cenne przedmioty: cygarniczki, munsztuki, parasole, laski z wartościowem okuciem, a przeważnie broń. Wszystko to niby zarzucone lub zapomniane, znajduje się niekiedy, jeśli pasażer zrobi awanturę, ale częściej zostaje w ręku złodziejów.[1]
Bufet przedstawia nieraz wiele do życzenia, gdyż zarząd nie postarał się jeszcze o dostawców na ważniejszych stacyach, lecz bierze z sobą zapasy na całą drogę. Stąd rozmaite braki i... nie zawsze właściwy zapach potraw.
Najwięcej jednak dokuczają podróżni, którzy obchodzą się czasem po barbarzyńsku i z sąsiadami i z wagonami: rzucają niedopałki papierosów na ziemię, plują na dywany, niekiedy i na głowy śpiących poniżej towarzyszów, w umywalniach zaprowadzają swoje porządki, w wagonach rozpierają się, zabierając więcej miejsca, niż im się należy, i hałasują na korytarzu wtedy właśnie, kiedy śpią wszyscy.
Naogół biorąc, podróż ekspresem jest bez porównania wygodniejsza i bezpieczniejsza od podróży zwykłym pociągiem, choćby nawet w osobnym przedziale pierwszej klasy; za to jest trzy razy droższa.
Zabajkalska droga dotychczas nieskończona, a linia mandżurska wykończa się pośpiesznie. W wielu jednak miejscach niema jeszcze stacyi; bufety bardzo są rzadkie, tak, że jadąc zwykłym pociągiem, który nie ma wagonu jadalnego, trzeba wziąć z sobą: wędliny, ser, owoce, nie mówiąc już o imbryku, herbacie, cukrze, sucharach, które wszędzie w Syberyi są niezbędne.
Dlatego to w Mandżuryi podróżni wiozą z sobą moc tłomoków i w wagonach jest ciasno.
Do syberyjskich rabusiów i złodziei przybywają osławieni chińscy „chunchuzi“. Siadają oni pono do pociągów jako zwykli podróżni, w drodze rzucają się na towarzyszów podróży, rabują ich, poczem w biegu wyskakują z pociągu[2]. Ponieważ zdarzyło się kilka takich wypadków, więc w ostatnim wagonie każdego pociągu jedzie konwój z kilku żołnierzy, uzbrojonych w karabiny. W ekspresie niema straży, on nie lęka się napaści, szybko przelatuje niebezpieczne miejsca (między Charbinem a Mukdenem) i nie wiezie wcale Chińczyków. Chunchuz nie dostanie się do niego pod żadnym pozorem, chyba jako... palacz, gdyż widziałem palaczów Chińczyków, lecz palacz zarabia wcale dobrze i nie potrzebuje być chunchuzem.
Na całej linii, aż do Portu Artura, widziałem straż kolejową, rozstawioną wzdłuż drogi. Niewiele jej co prawda (na 30 wiorst 6 ludzi, co 5 wiorst pikieta), lecz zupełnie dosyć dla utrzymania porządku. Pociągi osobowe chodzą raz na dobę tam i napowrót, wszystkiego więc dwa razy. Mosty i ważniejsze stacye strzeżone są przez większe cokolwiek oddziały. Niedaleko od stacyi stoją zwykle nieduże, często murem otoczone koszary.
Jeden z oficerów tej straży kolejowej (zwanej nie wiem dlaczego pograniczną) skarżył się bardzo na swe położenie, na bezsilność wojska, na brak pancernych pociągów, komunikacyi i t. d. Ale przekonałem się, że wszystkim w Mandżuryi wcale nieźle się dzieje, a pancerne pociągi daremnie by tu rdzewiały. Był jeden, jedyny wypadek wymordowania posterunku, i stało się to głównie dlatego, że oddział nie wystawił pikiet.
Ruch towarowy do tej pory słaby, służy przeważnie potrzebom samej kolei, ale zanosi się na to, że z czasem będzie ogromny. Dotychczas kolej wstrzymuje się z przyjmowaniem prywatnych dostaw. Zupełnie gotową będzie nie wcześniej pewnie, niż w 1905 roku. Tunel chingański przebito właśnie w czasie mego przejazdu.
Twierdzą, że na zbudowanie i obrobienie przyczołków kolejowych potrzeba co najmniej półtora roku. Zresztą wjazd i zjazd po stokach Chinganu nie nastręcza wielkich trudności, nie jest przykry i nie trwa długo; pociąg kilkakrotnie wekslują, w dole pod nasypem widać linię następną, przyczem otwiera się widok śliczny na rojącą się od ludzi, gęsto zabudowaną dolinę. Wszędzie dyszą maszyny, wiercące w głębi górę, ludzie taczkami, wozami, wagonami wożą ziemię, kują skały, budują mosty i szkielety jakichś wielkich, drewnianych rusztowań.
Droga przez Bajkał w zimie na sankach jest przykra, lecz linia Nadbajkalska jest na ukończeniu, i prawdopodobnie w roku bieżącym pójdą po niej bezpośrednie pociągi. Jest to najpiękniejsza część drogi Syberyjskiej, piękniejsza i od Uralu i od Chinganu i nawet od Laoduńskiego półwyspu, gdzie z obu stron linii miga wciąż błękitne morze. Pociąg biegnie z początku samym brzegiem jeziora, i fale jego biją miejscami w nasyp. Bajkał należy do najpiękniejszych może jezior na świecie. Znam go dobrze, gdyż mieszkałem nad nim dość długo. Łączy on przestwór morza z lekkością i dźwięcznością fali wód słodkich. Ma nieporównane świetlne efekty. To brzegi jego nikną, zamieniając się w cieniuchną, ciemną nitkę, to znów wyrastają niepomiernie, jak mgliste obrazy czarnoksięskiej latarni. Wody jego mają kolor perłowy, który czasami przechodzi w czarny lub błękitny. Dokoła piętrzą się i często stromo spadają do wody kopcowate, lesiste góry.
Modrzew, sosna, cedr, świerk, olcha, brzezina, topola układają śliczne, pełne najrozmaitszych odcieni wzory w szmaragdowym pokrowcu lasów. Lasy te mają bogate podszycia z leszczyny, z dzikich, czarnych porzeczek, z maliny i innych krzewów o liściach najrozmaitszej barwy i kształtu. W lesie nadbajkalskim o wiele weselej, niż w tajdze syberyjskiej. Są tu i dzikie, czarne ostępy, zarosłe ogromnemi drzewami, i śliczne polanki z jaskrawymi kwiatami, i gaje gęstych krzewów liściastych. Widywałem nawet usiane maroszką „jagielowe“ tundry, kiedy obok kwitną róże, biały powój, fijołki, aromatyczny irys syberyjski i „soranka“, pomarańczowy, podarty na strzępy tulipan syberyjski. W zielonej trawie miga jak płomień kwiat, przezywany „gorącym“, istny granat Północy, wcielenie gwałtownej, żywiołowej miłości.
Piękny kwiat, który tryska wprost z łodygi, nie lubi towarzyszów, jakby czując, że samotnie w wilgotnej, soczystej murawie potężniej nęci i czaruje oczy swą nieporównaną barwą, przesiąkłą słońcem i ogniem.
Wiosną, gdy na stokach nadbajkalskich zakwitnie liliowo różaniec syberyjski i łuna liliowa pada na wody, świeżo oswobodzone od lodów, gdy ze skał toczą się w dół skwapliwie liczne, spienione wodospady, gdy zielona mgła młodego listowia zawisa wśród konarów, a przez nią przegląda wszędzie błękitna toń jeziora, tak tu czarująco, że godzinami siedzieć można w leśnem zaciszu, przyglądając się zabawom dzikich kaczek lub naradom gromadnie żyjących czarnych bakłanów.
Nad brzegami jeziora rojno, niedźwiedzie licznie je odwiedzają, szukając trupów fok zabitych w czasie zimy, a obecnie wyrzucanych przez fale; przychodzi koza i jeleń szlachetny; dzik z zamarzłych, jeszcze pokrytych śniegiem górskich ostępów śpieszy na wilgotne wybrzeża, czubate „udody“ gęsto latają wśród drzew, zjawiają się cietrzewie, głuszce. Polowanie nad Bajkałem poprostu bajeczne!
Ale bądź co bądź, najpiękniejszem jest samo jezioro, szczególniej w te dnie ciche, gdy las w przesianem słońcem ciepłem powietrzu stoi bez ruchu, gdy zamiera na chwilę w rozkosznem omdleniu oczekiwania, a jedynie jezioro sine, śliczne, tknięte daleką burzą, ryczy, pieni się i ciska na nadbrzeżne kamienie. Falując bez wiatru, wydaje się jakąś żywą, potężną istotą, która czuje i myśli, jak my i jak my, kocha i cierpi.
Podróżnik, jadący koleją, nie dojrzy tych wszystkich piękności Bajkału: lasy wzdłuż linii wyrąbane, wypalone, przerzedzone, zwierza i ptactwa niema, widać tylko jezioro w jego wiecznej, niepokalanej piękności. I to wszakże wystarcza, aby otrzymać wrażenia niezwykłe, nadprzyrodzone, zwłaszcza gdy z dalekich horyzontów, wywołany szczególną grą światła, wypłynie skalisty Olchon, niby ptak Gandharwu, który skrzydłami sięga wschodu i zachodu. On unosi się nad wodami, oddzielony od nich szlakiem srebrnych mgieł; na wiszarach jego złudnego obrazu, drżącego zlekka, widać wyraźnie każdą rysę, szczelinę, żyłeczkę, krawędź, nawet drzewa i krzewy, chociaż 100 wiorst wodnej równiny oddziela go od widza...
Lecz oto na słońce napłynęła chmurka, lub lekki powiew wiatru zmącił kryształową zasłonę i wyspa znika, jak widziadło.
Nie mogę się oderwać od tych wspomnień ślicznych!
Dalej kolej wije się brzegiem malowniczej Ingody. Za Czytą wybiega na stepy. I tak wciąż zmienia panoramę, jakby nie chcąc ani chwili nudzić podróżnika.
Północno-zachodnie stoki Chinganu są o wiele brzydsze od południowo-wschodnich. Z przełęczy Chingańskiej otwiera się piękny widok na dolinę Buchaty, gdzie już południowa zaczyna się roślinność: dąb, klon, ilma, buk... Coraz gęściej trafiają się wioski; pola uprawne zlewają się w jednolite łany. Znikają lasy, i niema ich już nigdzie, aż do samego morza, i podróżnik, jadący południowo–zachodnią odnogą, nie zobaczy ich, aż w Japonii. Na wschodniej odnodze, wiodącej do Władywostoku, przeciwnie: kolej nie opuszcza lasów; ta odnoga jest o wiele dziksza i bardziej malownicza, ale zdaje się, że główny tłum podróżników będzie dążył linią zachodnią.
Rozdwojenie linii następuje w Charbinie, leżącym nad Sungari. Nowo powstałe to miasto będzie w przyszłości ogromnem mieściskiem; roi się od ludzi, rośnie w oczach, buduje, urządza. Ma złą opinię wśród podróżników dla swej drożyzny i rzezimieszków, którzy „swawolą“ niegorzej od chunchuzów.
— Panie, dawniej to był raj dla wszelkiego rodzaju włóczęgów i wyrzutków społeczeństwa; kiedy chciano tu zrobić jaki taki porządek i kazano wyjeżdżać osobistościom, nie posiadającym paszportu i wogóle nie chcącym się wylegitymować, ruszyło się dwie trzecie ludności. Trzeba więc było ich zostawić, gdyż miasto wyludniłoby się zupełnie. Zawsze jest z nich pewien pożytek: nie wciąż kradną i rozbijają i nie wszyscy — mówił mi jeden z dawnych mieszkańców Charbinu.
Takich miast kolejowych, powstających wzdłuż linii, jest dużo. Wszystkie do siebie podobne, jednakowo zabudowane, brudne, brzydkie, koszarowe. Wyjątek stanowią Port-Artur i Dalnij.
Są to miasta-rywale, mające namiętnych stronników i przeciwników wśród sfer wyższych i niższych. Nawet zewnętrznie przedstawiają one zupełne przeciwieństwo.
Dalnij jest to czyste, dobrze urządzone miasteczko z szerokiemi ulicami, ze stylowymi pałacykami, umiejętnie rozmieszczonymi, z oświetleniem elektrycznem, telefonami i wszelkiemi dogodnościami współczesnej miejscowości. Niema natomiast naturalnego portu, wielka zatoka otwiera się wprost w morze, i dla ochrony statków od fal, sztucznie sypana jest obecnie tama z ogromnych głazów. Za to posiada pyszną przystań, po której pociągi będą dochodziły do samych statków, tak, że przesiadanie się z wagonów do kajut odbywać się będzie z wielką łatwością i wygodą. Ekspres obecnie idzie wprost do Dalnija, a stamtąd ekspresowe parowce odchodzą tego samego dnia do Szanghaju i Nagasaki.
Pomimo jednak tych wszystkich dogodności Dalnij robi wrażenie pustki; w pałacykach nikt nie mieszka, po ulicach mało kto chodzi, sklepów prawie niema, niema ludności. Przeciwnicy zwą go miastem „nietyle Dalekiem, co Zbytecznem“.
„Kosztuje 28 milionów, będzie kosztować jeszcze drugie tyle, a mimo to zwiędnie, nie zakwitłszy, gdyż sztucznie stworzyć miasta nie można!“
Port Artur, przeciwnie, jest miastem brudnem, nieurządzonem, rozrzuconem, ale wre życiem. Tłum wielojęzyczny i różnobarwny przewija się, jak tysiącgłowy wąż, po ulicach. We wspaniałym, naturalnym porcie stoi moc statków, sklepów pełno, dymią kominy fabryk, tętnią machiny, grzmią miny wysadzające skały dla zrobienia miejsca nowym ulicom i placom. Miasto wygląda jak budujące się mrowisko. Ogromnie bogate, zakreślone na wielką skalę. Tu obmyślają się i dojrzewają plany polityczne, tu szybko rosną fortuny, tu napływają awanturnicy i awanturnice całego świata aby utoczyć krwi ze złotego cielca.
Nie zostałem ani Arturzystą, ani Dalnistą, ale nie mogę wstrzymać się od pewnej uwagi: Port Artur gnębi obecnie swem życiem i bogactwem Dalnij, lecz życie to związane jest wyłącznie z armią. Jest to życie wojennego portu, wojskowe i polityczne.
Czy handel europejski, dla którego przecież zbudowano całą kolej Syberyjską, zechce pogodzić się z rządem wojskowym, czy też będzie wolał mniej może dogodny, lecz cywilny i spokojny port Dalnija? Nie wiadomo! A on to, bezwarunkowo on, ten potok europejskiej wiedzy, przyzwyczajeń i pieniędzy, będzie decydował o przyszłości obu miast, i to zakwitnie, do którego on się zwróci. Świat przestał być już obozem, stał się przeważnie warsztatem.






  1. Doświadczyłem tego i na sobie, gdyż lokaj w irkuckim ekspresie ukradł mi rewolwer, wskutek czego byłem w przykrem położeniu: bezbronny w dzikiej i rozhukanej Mandżuryi; broni nigdzie tam kupić nie mogłem.
  2. Nie jest to ich oryginalny wynalazek: wyprzedzili ich pod tym względem kaukascy Abrecy, być może nawet, że byli ich mistrzami, gdyż w wielu bandach chunchuskich wodzami są rosyjscy zbiegli zbrodniarze oraz Czerkiesi.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.