<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Urbanowska
Tytuł Róża bez kolców
Podtytuł Opowiadanie, osnute na tle przyrody tatrzańskiej
Wydawca Księgarnia K. Grendyszyńskiego
Data wyd. 1903
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXVI.
KOBIETA BEZ ZŁOŚCI.

Kobieta puch marny! kobieta niebianka!
Kobieta to cacko! to raju mieszkanka!“
Krakowowa. Kobieta.

Szaro jeszcze było, gdy goście nocujący w schronisku zaczęli wstawać. Trzask ognia, rozmowy górali, bieganina, wszystko wskazywało że dzień się zbliża Lady Chester, której różnorodne myśli długo nie pozwalały zasnąć i zaledwie się teraz zdrzemnęła, została wczesnym ruchem przebudzoną i jęła po francuzku wyrzekać na barbarzyński kraj, na brak spokoju, na twardość łoża, i wzdychała swoim zwyczajem za Szwajcaryą, hotelami w których się czuje Europę, oraz na dziwactwo baroneta, którego niewiadomo co pociągnęło do pół Azyi.
Fanny nie próbowała przeczyć, bo uważała to za rzecz bezużyczną, a nieużytecznych rzeczy unikała z zasady. Zrobiła tylko w myśl milady nawiasową uwagę, że szkoda iż dostojna pani na ten rok sprzeniewierzyła się Alpom. Ale uwaga ta rozgniewała ją jak dotknięcie bolącego miejsca rozpalonem żelazem. Rzuciła nienawistne, podejrzliwe spojrzenie na towarzyszkę i umilkła, poczem wznowiła narzekania na niewygodne posłanie. Młoda dziewczyna z anielską cierpliwością kilkakrotnie odwracała i przekładała poduszki. Wreszcie gdy zaczynało świtać, i goście ze schroniska wysypali się gromadnie na ganek, zrobiło się ciszej i milady po dwukrotnem zażyciu bromu, usnęła. Fanny, którą od wczoraj nie odstępowała myśl o Branhiopodzie, postawiła przy łóżku pani dzwonek i wysunęła się na palcach z izby.
Zgromadzeni na ganku turyści, pili przy stołach gorącą herbatę, otulając się w płaszcze i pledy, bo chłód przenikał do kości. Rozmawiali półgłosem, jakby się bali kogoś śpiącego przebudzić — tylko łyżeczki brzęczały o szklanki. Jeziora nie było jeszcze widać: leżała na niem mgła, czyli jak górale mówią „szmata“, biała, ciężka — zasłaniała wszystko dokoła i zdawała się być nieruchomą. Była ona tak gęsta, że odbijała na sobie odblask ogniska palącego się na kominie, wprost drzwi wchodowych. Przy ognisku tem skupieni przewodnicy palili papierosy, gazda gotował wodę w kotliczkach na herbatę, a wszyscy przypatrywali się ciekawie Witoldowi, jak trzymając rondel w jednej ręce, a w drugiej łyżkę, uwijał się koło komina, pożyczywszy fartucha od Jerrego.
Choć w powietrzu była cisza, jednakże niektórzy z siedzących na ganku uczuwali na twarzy leciutkie powiewy wiatru, i wyrażali nadzieję, że on wzmoże się i rozpędzi mgłę. Rozmawiając półgłosem, sprzeczali się czy jezioro zostanie odsłonięte, czy nie — a Jack i Jerry, zrobili zaraz naprędce zakład.
Świt zbliżał się coraz wyraźniej: przez szmatę przebiegło lekkie drżenie i znowu zaległa na niej nieruchomość. Wtem z boku, przeleciała przez szmatę błyskawica, za nią druga i trzecia — co jedna to dłuższa; przeglądały przez mgłę jakieś blaski, jakby kto zapalał pochodnie: widnem było, że się coś dzieje za tą zasłoną, jakby w świątyni... coś tajemniczego, niezwykłego, i patrzących brała ciekawość co to takiego. Nagle stało się coś dziwnego: szmata rozdarła się na poły, i połowy obie jęły się drzeć na strzępy, odsłaniając kawałkami szybę jeziora, a strzępy jak stado ptaków, wzlatywały ciężko w górę, chwiejąc się, ważąc, i jakby siły do lotu wyższego nie miały, czepiały się skał, opadały, wznosiły się znowu, aż posiadały nad szczytami turni.
Wszyscy powstawali, przypatrując się temu dziwnemu, ciekawemu zjawisku, w którem co sekunda niemal, to była zmiana. Słońce nie oświeciło jeszcze powierzchni wody, boki pozostawały w cieniu, tylko po przez szczerby skał, ukośnie, szedł promień coraz dłuższy, a za nim jeden, drugi, dziesiąty, od zapalonych szczytów, i kładły się na stawie niby struny harfy olbrzymiej, po której żwawo uwijały się pstrągi. Patrzący wstrzymywali oddech, jakby czekali na mającą się ozwać pieśń, którą każdy słyszał w swej duszy przy wtórze monotonnego szumu wody. Wreszcie na harfie tej położył się zielonawy cień, a w miarę jak słońce idąc coraz wyżej, rozjaśniało ściany turni, bladła harfa, aż rozpłynęła się jak mgła — cień ustępował ku brzegom jeziora, które też okrążył; środek zajął ciemny granat, mieniący się chwilami szafirem, a w szafirze tym przeglądały się ściany, jak w najczystszem zwierciadle. Wystąpiły teraz na jaw tysiączne szczegóły niewidzialne dotąd: źleby, skarpy skalne, paprocie, krzaki kosodrzewiny, smreki i piękne ciemno zielone limby.
Warburton patrzał, pijąc całą duszą poezyę tego widoku, a w oczach jego widniał zachwyt. Zapomniał o wszystkiem, a widział przed sobą tylko grę barw zmieniających się ustawicznie, świateł i cieni. Ktoś się za nim poruszył: obejrzał się. Był to Witold, który już fartuch odpasał i przyglądał się wraz z innymi.
— Powiadają, że niema dwóch listków na drzewie, zupełnie podobnych do siebie —przemówił młodzieniec — i ja powiem, że w górach żaden dzień nie jest do drugiego podobny, a malarz i poeta, znajdą zawsze coś nowego do wyśpiewania lub namalowania. Kilka razy widziałem wschód słońca przy Morskiem Oku, i zawsze miałem niespodziane wrażenie. Gdy Witkiewicz tu był, zasłona z mgły nie rozdzierała się tak na poły, jak dzisiaj. Nad szczytami rozpięte było niebo jasne, nikłe, blade; świat wyglądał jak gdyby mdlał i konał. Nad wodą płynęła lekko mgła, która uchodząc za biegiem wody, skryła się po lasach, uniosła nagle po nad smereki i ciągnęła znów w górę ku Morskiemu Oku, jakby ptak górą wracał z nocnego żerowiska do swego gniazda, którem jest cała kotlina jeziora. Wielkie białe skrzydła tego ptaka pływały bez szumu ważąc się nad głębią wody: nagle jakby porwane przerażeniem uniosły się w górę po płaszczyznach ścian pionowych, zwijały znów, roztaczały i rozpraszały, uniesione prądem powietrza gdzieś po za skałami. Ogniki na szczytach rozpalały się tak jak dziś, a gdy olbrzymi snop światła wytrysnął z za ciemnych skał i upadł na brzeg jeziora w stronie Rysów, wszystko dokoła ściemniało, woda jeziora zamroczyła się, jakby zatopiła się z niej noc bezksiężycowa, lasy zczerniały i tylko tam u przeciwnego brzegu wysunięty skrawek ziemi świecił jak elektryczne ognisko. To było słońce: ono stopiło kryształy szronu i drgało w ciężkiej rosie zalewającej mchy i trawy i korony limb, które jak białe płomienie zapalały się, gdy ich dotknęła pożoga słonecznych blasków.
— Jest wielka silła w tem malowaniu — wtrącił Warburton — i plastyka taka, że się widzi własnemi oczyma cały obraz, inny od tego jaki mamy przed oczyma, ale równie piękny.
— W Morskiem Oku widzi on naprawdę podobieństwo do oka, zwłaszcza przy blasku słońca. Otoczone jasnemi gruzami granitów niby białkiem, z czarną w środku źrenicą, rozchodzącą się do brzegów przezroczystemi tonami seledynowemi, z tym połyskiem słonecznym, zdaje się patrzeć w niebo, z pod szarej skał powieki.
— To prawda — przyznał Warburton — zdaje mi się że pański kolega w sztuce widzi to samo co ja w charakterze tych gór: tragedyę, której ślady odgadujemy w ich potężnej rzeźbie. Byliśmy u sarkofagu Gewontu, u ramion krzyża na Krzyżnem i teraz oto widzimy jak Mnich skamieniały ciężką odbywa pokutę, jak Morskie Oko niestrudzoną źrenicą patrzy w niebo, i pewnie płacze licznemi strumieniami.
Witold bystro spojrzał na mówiącego.
— On wszędzie widzi duszę — odrzekł — przedmioty martwe pod jego wzrokiem żyją: limba trzyma się jeziora i nie śmie iść w górę; smereki nie schną ale umierają, jedna tylko woda zdaje się być trwałą jak wieczność!
Tu opowiedział Warburtonowi legendę o Morskiem Oku, której tenże wysłuchawszy, rzekł:
— Legenda ta ma w sobie dużo poezyi i jest wysoce tragiczna, jak zresztą całe otoczenie tego jeziora i cała droga od Pięciu Stawów. Niewątpliwie działy się tu niegdyś straszne rzeczy pod działaniem ognia i wody, ale w osnowie legendy krystalizują się pięknie pewne uczucia, pewne pojęcia tego ludu. Teraz gdy ją znam, zdaje mi się że Mnich ten kamienny naprawdę ludzkie ma kształty, i że ziemia wasza patrzy na mnie wymownemi oczyma swych jezior.
— Liczba tych jezior coraz się zmniejsza. Sto lat temu jeszcze Staszyc widział za Mnichem staw Czarny, z którego dzisiaj pozostała tylko martwa kotlina, niby, „oczodół po wyłupionem oku“, jakby powiedział Witkiewicz. Takich oczów bez źrenicy jest więcej w Tatrach.
— O jaką to granicę Węgry spór z wami wiodą?
— O Morskie Oko.
— Zatem o to jezioro!
— Tak, środkiem chcą przeprowadzić granicę. W sprawie tego kawałka gruntu, nieraz już krew się polała. Węgrzy budowali schroniska na spornym gruncie, a górale rozbierali je: bywały bójki z żandarmami węgierskiemi i niejeden padł trup.
— Cóż będzie dalej?
— Sprawa oparła się o parlament i ma pójść pod sąd polubowny. Prawa nasze opierają się na starych dokumentach, jakich przeciwnicy nie mają. Rozjątrzenie na Węgrów jest ogromne.
— Dla czego Morskie Oko zowie się jeszcze Rybiem?
— Dlatego że się w niem ryby poławiają. Ale tam oto pod Rysami jest drugie jezioro, zwane Czarnym Stawem; idzie się do niego kwadrans pod górę. Jest ono zupełnie martwe; żadne istoty żyjące nie zaludniają jego wód. Czy wasza Miłość życzy sobie je zobaczyć?
— Ależ naturalnie, moi panowie: toż to wielka osobliwość! Gdybym poprzestał na Rybiem, byłbym w położeniu tych, co będąc w Rzymie, nie widzą Papieża.
— A więc po śniadaniu siądziemy na tratwę i popłyniemy do drugiego brzegu?
— Dobrze. Ale gdzie to jest profesor...
Urwał. Rozległ się huk wystrzału.
— Co to jest? — zapytał, marszcząc brwi. — Komu przyszło do głowy kłócić spokój tak pięknego poranku?
Witold dostrzegł na drugiem brzegu jeziora lekki dymek, unoszący się nad wodą i coś przytem pluskającego, co potem znieruchomiało i rzekł:
— Wydrę ubito.
Z zarośli wyszedł wysoki, barczysty góral i wyciągnął zwierzynę na piasek.
— Nie wiedziałem, że wydry tu przebywają — rzekł baronet.
— Tak: zachodzą one potokami aż w głąb Tatr. Po raz to drugi już ubito wydrę w Morskiem Oku. Zwierzątko to poluje tu czasem na ryby.
— Ale gdzie to jest profesor Strand? — zapytał znowu Warburton, oglądając się. Nigdzie go jakoś nie widzę. Czyżby spał jeszcze?
— Ja go już przed godziną widziałem ubranego — rzekł Witold.
— Gdzież on być może zatem? Chodźmy go szukać, bo przecież nie pojedziemy bez niego.
O kilkadziesiąt kroków od schroniska, między złomami granitu poruszało się coś, ale nie można było dojrzeć, co takiego, zwierzę czy człowiek. Chwilami to coś zatrzymywało się, lub stało nieruchome, niepewne, wahające: postępowało naprzód i cofało się od czasu do czasu pochylając się bardzo, lub kładąc na ziemi. To coś przypominało z kształtów uschły smerek, takie to było chude i kościste, tylko kapelusz zdradzał, że to człowiek. Ale i kapelusz wkrótce gdzieś zniknął, a zdala w słońcu połyskiwała ogołocona z włosów głowa ze sterczącemi po obu stronach kosmykami włosów. To doktór Strand, obojętny na piękność wschodzącego słońca, szukał między głazami swego Branchiopoda. Mało sto razy — eh, i więcej, nachylał się kołując obok miejsca, w którem, jak mu się zdawało, słoik z rąk mu się wysunął podczas upadku; mało sto razy złudzony podobieństwem, cieniem padającym od słońca, wyciągał rękę i zawodził się. Rozsuwał gałęzie kosodrzewiny, krzewy i mech, żeby poznawszy swoją omyłkę, z rozpaczliwą energią nanowo rozpocząć poszukiwania. Laskę gdzieś zatracił, okulary zsunęły mu się z nosa — jednak mniejsza o kapelusz i okulary, byle tylko Branchiopod się znalazł! Ale słońce zaczynało już złocić ważkim rąbkiem brzegi turni, a Branchiopoda nie było.
Pot spływał mu, z czoła, odkryta łysina była cała czerwona, a żyły na niej nabrzmiały jak sznurki granatowe. Ręce podrapane już miał do krwi; grzbiet od ciągłego nachylania się bolał tak, że profesor nie mógł go wyprostować; kolana były bardziej zmęczone niż przy schodzeniu ze Świstówki — a może to raczej Świstówka w nich się odzywała! Gdyby choć na chwilę zwrócił uwagę na otaczający go świat, gdyby się choć raz obejrzał, zobaczyłby że oprócz niego, ktoś jeszcze między głazami się pochylał i także czegoś szukał; ale nasz uczony wzorem wszystkich uczonych, nie widział nic prócz tego co chciał widzieć, a czego napróżno upatrywał od kilku godzin. Nareszcie zdala błysnęło coś jak szkło między gałęziami kosówki. Profesor rzucił się gwałtownie ku temu świecącemu przedmiotowi, a nie mogąc go dosięgnąć, rękę pomiędzy kosodrzewinę zapuścił, i zaczepiwszy palcami nie bez trudności o słoik, wyciągnął go — ale o rozpaczy, był to słoik od konserw z angielską etykietą, rzucony tam widać przez turystów cudzoziemskich!
Biedny profesor jęknął boleśnie. W tem posłyszał za sobą ruch między gałęziami kosodrzewiny, oraz szelest sukni kobiecej i słodki dźwięczny głos zabrzmiał tuż przy nim.
— Dzień dobry, panie profesorze!
Dr. Strand struchlał: był to głos Fanny, Fanny wczoraj tak ciężko przez niego obrażonej z powodu nieszczęsnego Branchiopoda, a którą to winę okropnie wyrzucało mu sumienie. Wstyd odebrał mu mowę: był tak pomięszany, że zupełnie nie wiedział co odpowiedzieć, a słodki głos zabrzmiał znowu tuż przy nim z odcieniem figlarności i tryumfu.
— Czy to jest pański Branchiopod?
Profesor odwrócił się nagle, jak iskrą elektryczną tknięty. Fanny stała przed nim w niebieskiej płócienkowej sukni, rysującej wdzięcznie jej kształtną kibić, w dużym kapeluszu słomkowym, od którego padał cień na jej śliczną twarzyczkę, lekko zarumienioną. Patrzała na niego z uśmiechem, trzymając w wyciągniętej ręce słoik jego własny z Branchiopodem pływającym w spirytusie, którego ani kropla się nie wylała, jak to wskazywał nienaruszony korek. W drugiej ręce trzymała kapelusz profesora, jego laskę i okulary. Twarzyczka Fanny wyrażała wesołość, radość i tryumf.
Profesor niemal skamieniał na ten widok: taka wspaniałomyślność, taka wielkość duszy, wprawiła go w osłupienie.
— I to pani znalazłaś? pani szukałaś mej zguby? Byłaś tak dobrą dla mnie... czy to podobna, miss Fanny, czy to nie sen? A ja panią obraziłem tak ciężko!
— To też zapragnęłam się zemścić, i jak pan widzisz, udało mi się!
Profesor chciał powstać, ale nie mógł: wyciągnął tylko rękę po słoik, mówiąc:
— O, miss Fanny, zemsta tak szlachetna, tak wzniosła, w tak marnej, tak przewrotnej istocie, jak niewiasta... to jest... jest... chciałem powiedzieć...
— To prawda — odrzekła — ale widzisz pan, my przewrotne istoty umiemy jednak szanować uczonych, a ja się cieszę serdecznie, że mogę choć tę drobną przysługę wyświadczyć wielkiemu człowiekowi! Oto pański kapelusz — dodała, kładąc mu go na głowę, bo słońce dogrzewało — a oto laska i okulary.
Ale profesor nie brał laski ani okularów, które mu dziewczę podawało. Patrzył na nią szeroko otwartemi oczyma, a piękna jej postać wydała mu się anielską.
— O miss Fanny! — zawołał z uniesieniem — pani jesteś najrzadszym okazem zoologicznym, o jakiego istnieniu wątpiłem... to jest, chciałem powiedzieć, rzadkim gatunkiem, a raczej odmianą, to jest właściwie...
— Niech się pan nie trudzi wywodami, jakie miejsce należy mi dać w klasyfikacyi naukowej — odrzekła ze słodyczą — bo wiem, że w oczach pańskich nie mam ani setnej części tej wartości, jaką ma Branchiopod! Nie jestem niestety zabytkiem lodowej epoki, ale pomimo to pamiętam rzeczy dawne, gdy pan był bardzo dobry dla mnie, a ja byłam jeszcze małą. Pozwalał mi pan sobie towarzyszyć w wycieczkach nad jezioro w Rochdale, i rozmawiał ze mną dużo i z dobrocią wtedy, gdy nikt prawie na sierotę żadnej nie zwracał uwagi... I widzi pan, że „niema tego złego, coby na dobre nie wyszło.“ Gdybyś się pan był wczoraj na mnie nie rozgniewał, kto wie czy Branchiopod znalazłby się teraz!
— Więc pani nie gniewasz się, przebaczasz mi? O miss Fanny, jestem upokorzony wielkością duszy pani. Jesteś aniołem!
Profesor mówiąc to, był ciągle jeszcze w klęczącej postawie. Wtem posłyszał za sobą zbliżające się kroki kilku osób, oraz ciche szepty, i tuż nad uchem zabrzmiał mu wesoły głos Witolda.
— A, to tak panie profesorze? grasz przed nami rolę śmiertelnego wroga niewieściego rodu, a w tajemnicy przed nami czcisz na kolanach boginię Psyche: czy się to godzi!
— Zapewnie państwo już po słowie — odezwał się Jakób, tłumiąc wesołość — winszujemy panu z całego serca! Sir Warburton niezawodnie nie odmówi swego zezwolenia. Jak to dobrze, żeś się pan przekonał do kobiet! Życie samotne, licha warte! Niema jak dobra żona. Stare nasze przysłowie polskie powiada: „Dobra żona mężowi korona“
— A naturalnie — odrzekł Warburton, śmiejąc się — co do mego pozwolenia, niema najmniejszej wątpliwości; jestem szczerze z tego dumny, że tak uczony człowiek wejdzie do mej rodziny!
Profesor zerwał się jak piorunem rażony. Zapomniał zupełnie, że pozostawał jeszcze dotąd na kolanach i że ta postawa właśnie potwierdzała domysły świadków tej sceny. Śmiertelna bladość twarz mu pokryła, a w oczach odmalowała się zgroza i przestrach.
— Miss Fanny — odezwał się z ukłonem Witold, którego najwięcej rozweselił ten widok — afekt szanownego profesora jest poważny i nie od dziś datuje: Trzeba pani wiedzieć, że profesor od dwóch tygodni nosi na sercu błękitną wstążkę, którą pani zgubiła w grotach Raptawickich, jak drogą relikwię, i krył się z tem pięknem uczuciem, jak ze zbrodnią!
— Ależ panowie, klnę się doprawdy, że... — wyjąknął nieszczęśliwy profesor.
— Nie zapieraj się pan i nie wstydź — rzekł Witold, wyciągając profesorowi z tylnej kieszeni kawałek błękitu — afekt tak idealny, dziś, w wieku na wskroś prozaicznym, zaszczyt panu przynosi!
Fanny patrzała ze zdziwieniem, na ów corpus delicti. Istotnie, była to jej wstążka, zgubiona w grotach Raptawickich!
— Tak, tak, kochany profesorze — dokończył Warburton — jestem szczęśliwy żeś przezwyciężył swój wstręt do niewiast i że będę mógł nazwać cię swoim kuzynem.
Dr. Strand spuścił głowę: wiedział on, że żadne wypieranie się, żadne tłomaczanie na nic się tu nie przyda, bo wszystko świadczyło przeciwko niemu. Któż uwierzy w jego niewinność w obec tej nieszczęsnej wstążki, którą szatan chyba rzucił na jego drodze i której dotąd, mimo tylokrotnych usiłowań, pozbyć się nie zdołał! Ale kto to wyszpiegował i jakim sposobem! Nikt inny, tylko ten łobuz Witold. Nawet wobec Fanny wszystko było stracone! Jakże śmiesznym wydawać jej się musi, jak zuchwałym, on, starzec prawie, noszący barwy młodego dziewczęcia, niby rycerz średniowieczny!... Nie śmiał oczu podnieść, ani na nią, ani na baroneta, ani na innych świadków tej sceny. Trzymał w rękach słoik z upragnionym Branchiopodem, nie widząc go nawet. Czuł, że jest zgubiony w opinii wszystkich, zgubiony niepowrotnie.
Fanny ze współczuciem patrzała na nieszczęśliwego człowieka, a domyślając się, że stał się, jak zwykle, ofiarą własnego roztargnienia i mimowoli wpadł w pułapkę, uczuła żal do obecnych, że bawili się kosztem jej starego przyjaciela — i zwracając się doń, przemówiła serdecznie.
— Panie profesorze, niech się pan uspokoi: ja wcale nie myślę iść za mąż. Mój opiekun nie bierze tego wszystkiego na seryo i ci panowie tylko żartowali. Z mojej to winy stała się ta przykra dla pana omyłka: powinnam była pomódz panu zmienić niewygodną pozycyę, gdy właśnie nadchodzili.
— Tak, kochany profesorze, nie będę pana zmuszał do zaślubienia mej kuzynki, skoro jej nie chcesz, nie obawiaj się; ale za to, skoro masz już swego Branchiopoda, chodź z nami. Jedziemy wszyscy na drugą stronę jeziora, bo chcemy się dostać do Czarnego Stawu, znajdującego się tam wyżej. Tratwa gotowa do przewozu. A ty, Fanny, czy chcesz także pojechać?
— Nie mogę sir, milady jeszcze nie wstała.
— Biedne dziecko! — powiedział ze współczuciem baronet. — Spiesz się pan, panie profesorze, bo jedziemy zaraz.
Profesor nie odpowiedział: przybity i zgnębiony, powlókł się ku schronisku i zniknął w sieni.
— Gdzież pan idziesz? — wołał za nim Warburton — siadamy na tratwę!
Strand pokazał słoik z Branchiopodem, dając tem do zruzumienia, że musi tę cenną zdobycz w bezpiecznem miejscu zachować.
Warburton, Jakób, Witold, Henryk i Walter z Dawidem, któremu jeszcze kleiły się oczy, weszli na statek, gdzie już znajdowało się kilkunastu podróżnych: dwóch Węgrów i kilku Czechów. Siadłszy na ławie rozmawiali, czekając na profesora.
— Zdaje mi się, że nasz uczony ma do nas urazę za żart — powiedział baronet.
— Nie nasza wina żeśmy go zastali w pozycyi tak... wymownej — odrzekł, śmiejąc się Jakób. — Niech tylko przyjdzie do nas, a przeprosimy go; to dobry człowiek i jestem pewny, że nie będzie długo chował w sercu urazy. Zresztą uspokoiła go już miss Fanny, i wie że mu hymen nie grozi. Hm... niech mi jednak kto wytłomaczy, co znaczyła ta wstążka z którą nie rozstawał się od dwóch tygodni?
— Roztargnienie, nic innego tylko roztargnienie — powiedział Warburton.
— Może ją uważał za przedmiot stroju damy przedhistorycznej — wtrącił śmiejąc się Witold.
Ze środka jeziora zniknęła ciemność, a dno jego, jakby oświetlone lampą elektryczną, rzucało do koła promienie, patrząc na podróżnych wielką, pełną blasku źrenicą. Czekano na profesora, ale upływały minuty, kwadranse, a on nie nadchodził. Współpasażerowie niecierpliwili się i przewoźnicy chcieli już odbijać, bo dużo jeszcze osób czekało na przewóz, tratwa zaś była tylko jedna na usługi turystów, ale Warburton zatrzymał jeszcze statek i posłał Henryka do Stranda. Chłopiec wrócił po chwili sam, mówiąc, że profesor prosi aby odpłynęli bez niego, a on wkrótce pośpieszy do nich brzegiem jeziora: woli bowiem dostać się tam lądem niż wodą.
— Skąd się wziął profesorowi ten wstręt do wody! — powiedział kręcąc głową baronet.
— Pewnie się na nas pogniewał — odrzekł Jakób.
Wiosła plusnęły i tratwa odbiła od brzegu; miała ona kształt podłużny i dwie baryery po bokach, aby siedzący na ławach, przechyliwszy się przypadkiem, nie wpadli w wodę. Współpasażerowie zaczęli rozmawiać półgłosem, czyniąc różne uwagi. Węgrzy, gorętszym obdarzeni przez naturę temperamentem, wyrażali głośno swój zachwyt. Czesi z większem odzywali się umiarkowaniem, ale widać było po nich, że Morskie Oko wielkie na nich zrobiło wrażenie. Baronet milcząc palił cygaro.
Jeden z Czechów zaczął mówić z zapałem o Karkonoszach, o Lesie czeskim i o Szumawie, i narzekać że wszędzie gęsto leżą siedziby niemieckie. Tatry nazwał, „Alpami słowiańskiemi“ i dodał, że tu Czech czuje się więcej swojsko niż we własnych górach, bo przynajmniej z Niemcami nie spotyka się na każdym kroku. Ztąd przeszła rozmowa na Jellinka rozkochanego w Tatrach i umiejącego budzić miłość między swymi do Alp słowiańskich, a Jakób, wielki miłośnik poezyi i muzyki, ujął sobie bardzo Czechów, unosząc się nad pięknością ich pieśni narodowych, a mianowicie nad pieśnią: „Kde domow muj“.
Henryk, którego uwagi nie uszedł żaden szczegół, patrząc na płaty śniegu w szczelinach skał, miejscami zaróżowione, skorzystał z przerwy w rozmowie i zwrócił się do Jakóba, pytając skąd pochodzi czerwona barwa śniegu.
— Słońce — mówił — umalować go jeszcze nie mogło, bo cień właśnie pada na niego w tej chwili. Czyżby tam były jakie żyjące istoty? Ja myślałem, że tak wysoko jest już kres życia roślinnego i zwierzęcego.
— Nie — odrzekł doktór — życie, acz słabe, jest tam jeszcze. Śnieg wieczny, zabarwiają na czerwono owe drobne roślinki, o których ci mówiłem na Krzyżnem. Zwą się one: Pierwotniak krwawy, Haematococcus lacustris Rfski; a znowu inne, Chlamydomonas fluorovirens, barwią na kolor zielonawo żółty. Jednokomórkowe, te roślinki, wyglądają jak kuleczki. A co do zwierząt, to po śniegach wiecznych napotkać można Pchlicę śniegową Deegeria nivalis. Pchły te jednakże nie kąsają.
— Choćby i chciały kąsać, to niemają kogo — mruknął Witold. — Uprawiają one cnotę z potrzeby — a Henryk odezwał się:
— Słyszałem, że tam pod Mnichem istnieje rozpadlina, a w niej skarby zaklęte.
— A ja sądzę — odrzekł Walter — że w skałach tych są naprawdę skarby, nie koniecznie zaklęte, ale rzeczywiste, pod postacią kruszców i minerałów, które z czasem dopiero zostaną odkryte.
Witold uśmiechnął się z goryczą i zacytował wiersz Mrozowickiej:

„Bogataś ziemio nasza,
Oj bogata!
Złotą się strzechą świeci
Każda chata;
Szmaragdy cichych lasów —
Wód kryształy —
Kwiatów dyademy żywe
Cię przybrały.
A pereł masz najwięcej,
Jasna pani;
Z ócz naszych tobie płyną
W ciągłej dani!“

Warburton słuchał: snać niski, melodyjny głos Witolda sprawiał mu przyjemność, bo słów w obcym dla niego mówionych języku, rozumieć nie mogł. Walter zapytał go o cóś, ale zamyślił się tak bardzo, że go nie słyszał. Utkwił wzrok nieruchomo w wody jeziora i nie uważał, że cygaro zgasło mu zupełnie. Muzyka zaczęła stroić instrumenta, a Warburton przeniósłszy wzrok z powierzchni wody na brzeg jeziora, zatrzymał go na jakimś przedmiocie i wskazując ręką w tym kierunku, zapytał.
— Czy to nie profesor Strand? Patrzcie panowie! Zdaje mi się, że wyszedł ze schroniska i idzie brzegiem.
— Nie — odrzekł Jakób — profesor nie nosi góralskiego kapelusza z czerwonem piórem, ani cuhy.
— To Sabała! — zawołali górale.
— Sabała? — zdziwił się baronet — więc on tu jest? Nic o tem nie wiedziałem!
— Przyszedł dziś w nocy, a teraz idzie pod skałę mówić pacierz.
— A prawda — powiedział Walter — klęka, zdejmuje kapelusz i ciupagę kładzie przy sobie na ziemi. Przeżegnał się.
— Sabała jest po swojemu nabożny — rzekł Jakób — i po swojemu pojmuje Pana Boga. Wyobraża Go sobie jako bogatego gazdę, a podobieństwo to doprowadza do najdrobniejszych szczegółów. Pan Bóg według Sabały ma ubranie góralskie, a więc nosi też torbę góralską, a w niej składak[1], ma w niebie chałupę całą cyfrowaną, z ławami po pod okna bogato rzeźbionemi; osobliwie piękny jest sosrąb. Gazdostwo ma duże, to też pomagają mu w zarządzie aniołowie, „boby se ta sam rady nie dał“. Jako mądry gazda, chodzi, dogląda roboty i zachęca do pracy. Matkę Boską przedstawia sobie też, jako nadzwyczaj dobrą i sprawiedliwą gaździnę, która wszystkiemu roztropnie na czas zaradzić umie i nawet trudny podział sprawiedliwie uskutecznić potrafi. Raz spiesząc się bardzo do doktora Chałubińskiego, który mu u siebie stawić się przykazał, wstąpił na chwilę do kościoła i zmówił tylko pacierzy dwa, a zmówiwszy je, tak ofiarował:
„Okwiarujem tyż ten paciorek Najświęcej Panience Maryjce, Paniezusowi i Świętemu Janowi patruniowi. Ale ik tyz bars piknie przypytujem, bo tez paciórecków ino dwoje, a ik do podziału troje — haj. Tu by trza zmówić dla Świętego Jana jeden, a tam pan Wielkomożny będzie się ciskał ze mnie nima. Ale wiem co robiem. Ja też to okwiarujem Najświęcej Panience Maryjce, a Ona ta sickik dobrze do równości podzieli i nikomu krzywdy nijakiej nie zrobi, haj.“
Warburton uśmiechnął się i nie spuszczał oczu z postaci białowłosego starca, klęczącego ciągle ze złożonemi rękami, a Henryk odezwał się:
— Sabała daje nam przykład. Zaśpiewajmy także jaką pieśń pobożną, na podziękowanie Panu Bogu za ten cudny wschód słońca, który nam dano było oglądać.
— Dobra myśl — odrzekł Jakób, spojrzawszy przelotnie na Anglika — sprobujmy! I zaśpiewał.

„Serdeczna Matko, Opiekunko ludzi,
Niech Cię płacz sierot do litości wzbudzi!
Do Ciebie Ewy wygnańcy wołamy,
Zmiłuj się, zmiłuj, zmiłuj się nad nami.“

Umilkły instrumenta, do głosu Jakóba, który miał piękny alt, przyłączyły się głosy Henryka i Witolda, tenor i bas. Pieśń na trzy głosy płynęła po wodzie czysta i spokojna, wstrząsająca melodyą prostą a głęboką, niby korna prośba dzieci wznosząca się przed tron Ojca, stopniowo coraz wyżej i wyżej, a wysokie ściany skał nie pozwalające rozpraszać się dźwiękom daleko, dawały tej oryginalnej sali koncertowej doskonałą akustyczność.

„Do kogóż wzdychać mamy nędzne dziatki,
Tylko do Ciebie ukochanej Matki
U której serce otwarte każdemu,
A osobliwie nędzą strapionemu.

Zasłużyliśmy, to prawda, przez złości,
By Bóg nas karał plagą surowości,
Lecz kiedy ojciec zagniewany siecze,
Szczęśliwy, kto się do Matki uciecze“

Anglik drgnął przy pierwszych dźwiękach pieśni, a potem na twarzy jego rozlała się kamienna nieruchomość. Walter siedzący przy nim dotknął z lekka jego ręki: była zimna jak lód.
— Sir Edwardzie— przemówił łagodnie — cygaro znów panu zgasło.
— A... prawda — rzekł, jakby ze snu przebudzony — i z roztargnieniem zapytał. — Czy daleko jeszcze do brzegu?
— Już nie daleko.
— A profesor Strand?
— Nie widać go nigdzie.
— Nie widzę także Sabały.
— Skończył pacierz i wrócił pewnie do schroniska.





  1. Nóż składany.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Urbanowska.