<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Lange
Tytuł Stypa
Podtytuł powieść
Wydawca Władysław Okręt
Data wyd. 1911
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

— Błogosławiony los! — zawołał Okolicz. — Widzę, że nigdy żaden z was nie doszedł do tej doskonałości, jaką ja zdobyłem, co prawda, raz jeden w życiu! A doskonałość polegała na tem, że stanąłem sam wobec siebie, jako sędzia surowy i nieubłagany.
— Czy to było z Emilią?
— Nie, to było z Amelią! Prawdziwie mógłem sobie powiedzieć: Occupe toi d‘Amélie! Wiąc naprzód wam powiem o Amelii, potem o Emilii. Każda z tych historyi jest odmienna. W pierwszej występuję, jako człowiek wysoce moralny, mąż cnotliwy, choć cnoty swej nieco żałujący, sędzia sam nad sobą. W drugiej, przeciwnie, jestem świnią dyskretną, cochon discret; tu trzymam się zasady, która poucza: — Jeżeliś widział koniec bucika kobiety — milcz o tem, jak grób! Tak mówi mędrzec. A cóż dopiero, jeżeliś widział o wiele więcej nad bucik! — Tak tedy, moi mili, obnażam przed wami duszę swoją — i w całej nędzy swej ją wam pokazuję. Moi drodzy! Działo się to Louis d‘oro regnante. Miałem wtedy jeszcze dużo, dużo gotówki — i życia używałem szeroko. Byłem owymi czasy w serdecznej przyjaźni z sąsiadem swoim, którego nazwijmy Feliks. Był to wyborny człowiek, kochałem też go bardzo: zresztą skończony cymbał! Z zawodu był przeważnie hodowcą krów i wyrabiał doskonałe mleko: należy mu to bezwarunkowo przyznać. Suum cuique. — Tem właśnie mlekiem wykarmił cudowną kobietę, żonę swoją Amelię, która pasowała do niego, jak kwiatek do kożucha. Jakim sposobem nastąpiło owo połączenie hipopotama z gołębicą — to pozostanie wieczną zagadką. Sam Feliks był to drab ciężki, surowy, poczciwy i przeraźliwie nudny; żona jego, przeciwnie, była żywa, jak iskra, bardzo niespokojna i nieco gwałtowna: w złości wyglądała bardzo ładnie i lubiła tłuc lampy oraz inne przedmioty. Nie można powiedzieć, żeby Feliks był z Amelką szczęśliwy: owszem, miał z nią dużo strapienia. Powiedziałbym, że w tem stadle mąż wyobrażał klasycyzm: miał ruchy powolne, mierzone, spokojne, z góry przewidziane, pozbawione wszelkiej niespodzianki; można było z góry odgadnąć, o każdej porze dnia i nocy, co ten człowiek zrobi; przeciwnie Amelia była wcieleniem romantyzmu; co mówię? była to modernité dernier cri! Jej myśli, uczucia, marzenia, pragnienia — znajdowały się w nieustannem saltomortale — były rozwichrzone i nieobliczalne i nigdy nie wiedziałeś, gdzie w jej zdaniu jest podmiot, a gdzie orzeczenie. Mowa jej nie była nigdy: Tak, tak! Nie, nie! — jak żąda ewangelia, ale właśnie tak — nie, nie — tak! Jak powiada przysłowie hiszpańskie: Między kobiece tak i nie — koniec igły nie wejdzie! Owóż ta gołębica kapryśna, która co pięć minut była zupełnie inną kobietą, zmuszona żyć z człowiekiem równomiernym, jak zegar, a który przenigdy nie był une machine à surprises; od którego więc drogie dziecko żadnej rewelacyi nie oczekiwało: — owóż ta słodka, ognista, pół­‑szalona Amelia — niewątpliwie oczekiwała na jakiegoś królewicza z bajki, który ją z pod straży tego smoka­‑męża wybawi i uniesie gdzieś na wyspy Hesperyjskie. — Marzyłem chwilami, że ja to właśnie będę tym królewiczem, ale dwie przyczyny mię powstrzymały.
Ponieważ odbywam tu spowiedź publiczną swoich grzechów, przeto wyznam, że pierwsza z tych przyczyn była szelmowska, ale druga była zupełnie zgodna z zasadami najsurowszej cnoty. Przyczyna szelmowska była taka: skoro tylko mi przyszła myśl porwania Amelii, co nie byłoby trudne, bom nieraz o tem z nią na żarty rozmawiał, natychmiast budziła się we mnie myśl druga: „Gdy już to cudowne zjawisko stanie na wyspach Hesperyjskich, dokąd ją odesłać w parę tygodni potem?“ Owóż nie znałem dalszego adresu — i to mię wstrzymało. Z drugiej strony uważałem sprawę tak: Feliksa znam od kolebki; sąsiadowaliśmy ze sobą o miedzę; kochałem go, jak brata, co prawda — brata nieco kalekiego na umyśle, ale bądź co bądź — brata. Czy wolno mi rodzonego brata zrobić rogaczem? Cała moja dusza protestowała przeciw tej zbrodni. Podziwiajcie tedy moją cnotę bezgraniczną. Chociaż mogłem z Amelii uczynić swoją kochankę, uszanowałem honor przyjaciela — i myśl o tem, jako podszepty dyabła — odpychałem wolą potężną i surową cnotą. Przezwyciężyłem siebie, choć, o ile mogłem zauważyć, Amelia była z tego niezadowolona. Pożycie z Feliksem stało się dla niej męczarnią nudy, ale ja byłem niewzruszony. Jednakże było w przeznaczeniach Feliksa, że go Amelia porzuci. Jakoż w rok może po tem niedoszłem porwaniu przezemnie cudzej żony — zjawił się w powiecie stary kolega i sąsiad nasz, Leon T., malarz z zawodu, który przepuścił do ostatniego centa szczupły spadek po rodzicach — i wrócił na ojczystą ziemię goły, jak orzeszek i wyzuty z rodowej trzywłókowej posiadłości. Feliks dał mu u siebie przytułek; nasz artysta zaś zaczął od malowania krajobrazów, a skończył na malowaniu gospodyni. Zresztą pobyt jego w domu Feliksa nie trwał dłużej, nad trzy dni. Pewnego dnia, kiedy Feliks wyjechał do miasta w interesie swego mleka, stało się, co się oddawna stać musiało. Może nawet nieraz w stosunku do innych panów już to bywało, ale jakoś nikt o tem nie wiedział: widać, że obie strony szanowały ustrój społeczny. Jednakże Leon był opętany zasadą prawdy — i z tego wynikły różne fatalne historye. Kiedy Feliks wrócił do domu, Leon mu powiada wręcz: — Feliksie, słuchaj mego wyznania. Nie chcę cię oszukiwać. Ożeniłem się z Amelką — i teraz już ona do mnie należy. — Możecie sobie wyobrazić, jaką awanturę zrobił nasz hipopotam. Oczywiście natychmiast kazał konie zaprzęgać — i wygnał precz żonę wiarołomną wraz z gachem. Jakem się później dowiedział, Amelka wcale z tego zadowoloną nie była, sądziła bowiem, że można pogodzić spokój domowy pod dachem mężowskim i tajemniczy romans z kochankiem. Owóż Leon nie uszanował tajemnicy; wszystko wypaplał, a z tego wynikło naprzód, że mąż ich oboje precz wygnał z domu, a powtóre groziła im nędza, bo Leon był bez grosza, a moja gołąbka również środków żadnych nie miała, gdyż mężowi swemu nie wniosła nic, a w okolicznościach, o których mówię, niepodobna było wchodzić z rozjuszonym Feliksem w układy finansowe. Posiadała tylko nieco oszczędności, które nie wynosiły więcej nad paręset rubli. Zabrała tedy swą pończoszkę — i na bryczce razem z Leonem odjechała do najbliższego większego miasta, a potem do Warszawy. Tu jakiś czas miodowo przepędzili parę tygodni, choć, o ile wiem, prędko pomiędzy nimi zrodziły się kwasy, zarówno na tle nieco gwałtownego temperamentu Amelki, jako też i na tle nędzy, która już się zjawiła u nich, gdyż paręset rubli w ciągu dziesięciu dni rozpłynęło się, jak woda. — Ponieważ zamierzałem mówić o sobie całą prawdę, tylko prawdę, choćby najbardziej gorzką — przeto wam wyznam, że gdym się dowiedział o porwaniu Amelii przez Leona — moja pierwsza myśl była taka: — A to dureń ze mnie! Obcemu człowiekowi pozwolić na porwanie takiego kąska! Czyż to nie mogłem, nie powinienem był być ja?...“ Miałem taką szelmowską zgryzotę; to też wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy pewnego razu Amelia z Leonem najbezczelniej do mnie zajeżdża i powiada, że ma ważną sprawę. — Poprosiłem ją do swego gabinetu; Leon zatrzymał się w sąsiednim pokoju. Amelia zaś mi powiedziała, że spotkało ją razem wielkie szczęście i nieszczęście; że mianowicie znalazła człowieka, którego kocha (to jest szczęście!), ale że ten człowiek jest goły (to jest nieszczęście!); że nie mają z czego żyć, ale że Leon się wyrobi i będzie miał duże dochody; że męża nie chce prosić o nic, bo się gniewa na niego i on też ma do niej żal i pretensyę: że się rozwodzi, że Leon się z nią żeni — i wszystko będzie dobrze — i żebym im dopomógł (stary przyjaciel!) i żebym pożyczył jakie tysiąc rubli na urządzenie mieszkania i pracowni.
I rozpłakało się biedactwo, a wyglądała tak ponętnie w swojej niebieskiej sukience i w jakimś osobliwym jasnym kapeluszu, na którym kwitły wiśnie czerwone i siedział biały gołąbek — że miałem chętkę porwać ją w ramiona, posadzić na kolana i ucałować z całej duszy. I znów zacząłem żałować niepopełnionego grzechu, a zaprawdę, mówię wam, we wspomnieniu grzech niepopełniony boli więcej, niż grzech popełniony! — „Czemużem był cnotliwy? Żali jestem Józef?“ — tak mówiłem sobie w duszy i gniewałem się sam na siebie. Przecież ja byłbym dyskretny, nie powiedziałbym nic Feliksowi, nie narażałbym biednej kobiety na wstyd, nędzę, rozłąkę z domem, z małżonkiem i dziećmi. Gdyż — nie wiem, czy wam o tem mówiłem — Amelia miała dwoje dzieci. — Patrzyła na mnie swojem pytającem, szafirowem okiem, a cała jej filigranowa postać zdawała się mówić: — Wiem, że ty jesteś szlachetny — i że mnie uratujesz! — Ale mnie naraz ogarnęły żale, że ten skarb w inne ręce się dostał. Duch zemsty mnie opanował i przybrał, kanalia, maskę oburzonej cnoty.
— Jakto, pani opuszcza męża, dom, dzieci; z obcym człowiekiem z domu pani ucieka; żyje pani w związkach nielegalnych — i przychodzi pani do mnie o pomoc? Feliks jest moim przyjacielem od lat dziecinnych; kocham go, jak rodzonego brata — a pani swoją zdradą go shańbiła. Czy tak postępuje uczciwa kobieta — żona, matka? Czy nie słuszna to dla pani kara, że się poniewierasz w nędzy i wstydzie? Wracaj do męża, padnij przed nim na kolana, błagaj go o przebaczenie, pamiętaj o dzieciach... Nie, pani, ja nie mogę popierać tak cynicznego zachowania się, nie mogę popierać grzechu i rozpusty... Nic pani dać nie mogę!
Tak plotłem trzy po trzy i sam upajałem się własną cnotą i własną wymową. Poczem dodałem:
— Ponieważ jesteś pani w nędzy, dam jej sto rubli na elementarne potrzeby, ale to dzieje się po raz pierwszy i ostatni.
Tu moja laleczka nanowo się rozpłakała:
— O, ja nieszczęśliwa! To niech już pan da choć te sto rubli.
Zaraz też uczyniłem, jak prosiła — i surowy, zimny, spokojny — jak senator rzymski — pożegnałem ją z godnością.
Odjechali, a ja w dalszym ciągu rozmyślałem nad swoim niepopełnionym grzechem i nad tą niedopitą czarą najsłodszego, upajającego trunku — i mówiłem sobie: — Jaki też to osieł ze mnie! — Ale potem przychodziła mi refleksya, że jednak zachowałem się wobec Feliksa, jak prawdziwy przyjaciel i człowiek honoru; i dumny byłem znowu z tego, żem taką nauczkę moralną wygłosił tej damie i żem jej zrobił przykrość odmową. I raz jeszcze myśli moje się zmieniły: bo rzeczywiście cała moja surowość względem tej porcelanki opierała się na zazdrości, że to nie ja piłem z tych źródeł Kastalskich, tylko inny. I powiedziałem sobie: — Kakoj że ja odnako podlec!
Tak się zakończyła moja historya z Amelią, ale ostatecznie kazałem Leonowi wypłacić na mój rachunek tysiąc rubli — i na Feliksie wymogłem, że swojej exżonie pewne alimenta posyłał. — Rozważywszy całą tę sprawę, przyznajcie, żem postępował w duchu najsurowszej cnoty, zwłaszcza, żem był na wielkie pokusy narażony. Jeżelim kiedy żałował, żem był zbyt cnotliwy — to jednak miło mi stwierdzić, żem nie zdradził przyjaciela. Przyznacie mi też, żem nie żałował siebie i wszędzie, gdzie tylko jakie szelmowstwo w sobie zauważyłem, natychmiast je zaznaczałem. Słowem — pozwólcie, że samemu sobie złożę hołd i powiem: Chłopcze, raz jeden w życiu — choć przypadkowo — byłeś cnotliwy!
— Niech żyje cnota! — wołał Fredzio. — Nie sądź, szanowny kolego, że tylko ty byłeś cnotliwy. I ja miałem zdarzenie podobne — i ja cierpiałem nad myślą, że mógłbym uwieść żonę przyjaciela — ale za swoją cnotę zostałem wynagrodzony. „Bo pomnijcie i zważcie u siebie“, że największą nagrodę zyska ten, kto jest prawdziwie moralny. Pozwólcie tedy, że i ja wam o swojej cnocie opowiem.
— Bardzo proszę! wyraźnie zaznaczyłem, że się to zdarzyło w życiu mojem raz jeden, a po za tem nie pretenduję do nagrody Montyona. Dodam przytem, że dokładnie widziałem w swojej cnocie wszystkie jej maszkary — i że co do jej wartości miałem znaczne powątpiewanie. W mojej cnocie było dużo stron czarnych i tylko świadomość tego faktu sprawia, że w gruncie byłem cnotliwszy od mojej własnej cnoty. — Niechaj tedy Fredzio nie przeciwstawia mnie sobie samemu, przypuszczam bowiem, że był on w stanie ugrząść w błocie cnoty po same uszy.
— Niech Bóg broni! Co za posądzenie? Jako żywo, zawsze po łopatki byłem pogrążony w grzechu. Kłamstwo było moim bogiem! Ale pozwólcie, że raz jeden w życiu wolno mi było pozwolić sobie na luksus cnoty.
— A więc absolvo te. Nic to nie znaczy, że człowiek raz jeden w życiu był cnotliwy: to jest do przebaczenia. A co do kłamstwa, to żadna kobieta mnie nie przewyższy w tej sztuce.
— Zapewne! Ani mnie....
— Panowie — rzekł Dantyszek — trzeba pewien ład wprowadzić w nasze opowiadania. Toć Okolicz miał nam jeszcze opowiedzieć swoją historyę o Emilii. A zatem, prosimy: naprzód mówi Okolicz o tem, jako był cochon discret. Potem Fredzio nam opowie o swojej cnocie...
— A potem — dodał Fredzio — opowiem wam o swojem kłamstwie...
— I ja również — przerwał Okolicz — opowiem wam o swojem kłamstwie.
— Zatem notuję: Okolicz — Warecki — Warecki — Okolicz, a potem ja, Dantyszek, zastrzegam sobie historyę o tem, jako byłem cochon indiscret. Panowie, gdyby kto chciał między te opowieści wtrącić jaką rzecz à propos, jakiś przyczynek z filozofii moralnej naszego przedmiotu, raczy podnieść dwa palce do góry.
— Wybornie! — zawołał pan Wincenty — tak przynajmniej jest naczalstwo i prykaz.
— A zatem — rzekł Dantyszek — Okolicz rozpoczyna.
Słuszaju­‑s! Historya o Emilii jest bardzo krótka. Cała jej najpiękniejsza część ukrywa się za kulisami. Działo się to n lat temu; byłem w owych czasach na uniwersytecie i w bardzo romantyczny sposób zapoznałem się z jedną panienką, którą na ulicy zaczepił jakiś półpijany drab, oświadczając jej swe uczucie i robiąc propozycye dość zuchwałe. Panienka, młoda, osiemnastoletnia dziewczyna, duża brunetka, o ognistem, czarnem oku, w sukni czarnej i kapeluszu czarnym — miała jednak w sobie coś tak wyzywającego, że mimowoli przechodnie ku niej spoglądali — niejeden coś w przelocie szepnął, a znalazł się ktoś dość zuchwały, co jej prawił po pijanemu: — Gdzie to idziesz, moja duszko i tak rączo stąpasz nóżką! Pójdź do pałacu ze mną, trzy tylko kroki stąd! — Panie, proszę odejść — mówiło drogie dziewczę — bo zawołam policyi. — Ponieważ jednak nie chciałem do tej sprawy dopuścić sfer urzędowych, sam stanąłem w obronie prześladowanej — a na widok mego kija zuchwały donżuan rychło podał tył i zniknął w bocznej ulicy. Staliśmy na Kruczej, gdzie właśnie mieszkałem, gdyż tylko co wyszedłem z domu; nieznajoma z przedziwnym, czarownym uśmiechem dziękowała mi za obronę przed tą groźną napaścią, ale tak była blada i wystraszona, że ledwie mogła utrzymać się na nogach. Byłem wtedy jeszcze bogatym panem i miałem garçonnière elegancką z trzech pokoi, szykownie umeblowanych, złożoną. Poprosiłem panienkę do siebie; ona, pierwiastkowo się nie zgadzała; ponieważ jednak była bardzo wzruszona całem tem zdarzeniem — zaczepką i obroną — uległa moim prośbom, gdyż upewniłem ją, że musi przyjąć jakiś napój pokrzepiający. Przystała na moje rozsądne słowa; ja zaś dałem jej wody selcerskiej z fine champagne‘m, co jej nagle tak zasmakowało, że zaczęła sobie coraz więcej dolewać łyżeczek tego likworu — i poprostu mówiąc — upiła się dziewczyna. Teraz dopiero zaczęła mi ogniście dziękować za ratunek jej życia i honoru; ja zaś, że serce mam miękkie, a w cnocie jestem niezbyt twardy — zacząłem tracić przytomność nie mniej, jak ona. Na chwilę tylko przebudziła się w nas obojgu jakaś świadomość: oto sąsiadka moja zasiadła do fortepianu i zaczęła grać serenadę z Fausta. — O, Kasieńko ukochana! Było to niby ostrzeżenie z góry, ale ani Emilia, ani tem bardziej ja — nie zwracaliśmy na nie zbyt długiej uwagi — i gdy wkrótce potem taż sama sąsiadka zaczęła nam grać: „Kwiatki, wyjawcie jej“... i Casta pura — klnę się — zapomnieliśmy o wszystkiem — i zginęliśmy oboje. Cnota moja została na fatalny szwank narażona. — Nie będę mówił o tem, co nastąpiło później: nie będę mówił o płaczu Emilki, ani o jej radości, o jej smutku, wyrzutach, jakie mi czyniła i przebaczeniu ostatecznem. — Powiedziała mi o sobie wszystko: była córką jakiegoś urzędnika, miała niewielki posag, w przeszłym roku skończyła pensyę; pracowała teraz sama, przepisując na maszynie i t. d. Wogóle mało mnię to obchodziło, alem słuchał uważnie tego, co mi ze łzami w oczach mówiła. — Widywałem ją nieraz jeszcze u siebie; blizko trzy miesiące trwała nasza znajomość. Była to osóbka z temperamentu bardzo dobra, tkliwa, przywiązana do mnie — i upewniała mnię, że to wszystko z czystej miłości. I ja również kląłem się jej, że ją kocham szalenie — bez granic i t. d. — Nagle jednak przestała u mnie bywać zupełnie — i po jakichś dniach dziesięciu dostałem od niej list, pisany na maszynie, a podznaczony tylko literą E, w którym donosi mi, że wychodzi zamąż za Pawła N., żebym się na nią nie gniewał, ale ona wie, że ja bym się z nią nie ożenił, a to bardzo porządny chłopiec i t. d. Rozumiecie, żem był bardzo szczęśliwy z tego obrotu rzeczy i w myśli błogosławiłem mądrą Emilkę oraz jej wybrańca. Toć znałem doskonale Pawła. Był to młody człowiek, który służył w administracyi kolei żelaznej i miał 900 rub. rocznej pensyi, nie licząc gratyfikacyi i dodatków. Był to chłopiec nieco bon­‑vivant taniego kalibru; to też znał on po większej części kobiety pewnej specyalnej kategoryi. Zdaje się, że Emilka była to pierwsza osoba z lepszego świata, która zwróciła jego uwagę. Chciał życie swoje uregulować, a mojej Emilce bardzo spieszno było wyjść zamąż. Ślub był naznaczony bardzo rychło. I ja też otrzymałem zaproszenie. — Oczywiście byłem na ślubie. Panna młoda ślicznie wyglądała w białej sukni i w białym welonie, szła do ołtarza z czarującym uśmiechem, którym darzyła ludzi na prawo i na lewo: i ja również uśmiechem nader słodkim zostałem obdarzony.
W niejaki czas potem spotkałem się z Pawłem: winszowałem mu ślubów, nowego życia, miodowych miesięcy, młodej, pięknej żony. — Paweł promieniał szczęściem. — Panie, co to za rozkosz taka czysta, niewinna istota! Żałuję, żem się nie ożenił już ze trzy lata temu: mam już tę pensyę, co dzisiaj, od paru lat. To panie jest godzina cudu!
Tak mi mówił rozradowany — i ja z nim się radowałem. Oczywiście milczałem o tem, co mi było wiadome. Zdaje mi się, że dyskrecya była to bezwględnie wskazana. W każdym razie doktorze, widzisz, że nie każda kobieta jest tak niedołężna w życiu, jak twoja pacyentka — i że można wyjść dobrze z każdej sytuacyi, byle tylko mieć przytomność umysłu.
— Dziękujemy bardzo Okoliczowi za jego krótką opowieść, a teraz dajemy głos Fredziowi. Widzę jednak, że mecenas podniósł rękę.
— Tak jest — rzekł Ugronowicz. Proszę o pozwolenie na mały komentarz do tej opowieści. — Gdyby tu były kobiety, niktby zapewne nie ośmielił się opowiadać takich cynicznych historyi. Jest to dowód, że kobieta działa umoralniająco. Zgodzisz się bowiem, cnotliwy Okoliczu, że twoja opowieść, to historya bezwstydna. I nie sądź, że każdy jest tak naiwny, jak twój Paweł. Bywają ludzie bystrzejsi. Przypominam sobie pewną sprawę rozwodową, w której rzecz ta wcale inaczej się przedstawia.
Wiem, że Okolicz nie lubi dramatów i świat przedstawia mu się jako farsa, ale niestety na świecie bywają i tragedye. I raz jeszcze powtórzę moje twierdzenie, że widziałem tysiące razy wyższość kobiety nad mężczyzną — i nigdy nie pozwolę sobie przypuścić, że wszystkie kobiety są takie, jak wasze znajome. Chcę więc opowiedzieć pewną sprawę, ale muszę otrzymać pozwolenie Fredzia i całego zgromadzenia, aby zmienić ustanowiony przez Dantyszka porządek.
— Przystajemy! Opowiadaj mecenasie! Twoja cnota jest niedwuznaczna.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Lange.