<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Ignacy Witkiewicz
Tytuł Tumor Mózgowicz
Podtytuł Dramat w 3 aktach z prologiem
Wydawca Sp. Wydawnicza „Fala“
Data wyd. 1921
Druk Drukarnia Związkowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT I.
SCENA I.
Pokój dziecinny na piętrze w domu Rozhulantyny. Tumor Mózgowicz siedzi sam w fotelu. Na dywanie mnóstwo zabawek dziecinnych. Olbrzymia butla benzyny stoi w rogu na prawo. Urządzenie pokoju jest szczytem nowoczesnej hygieny. Wszystko białe jak śnieg. Słońce wpada przez duże okna na lewo i na prawo. Jasno jest i ciepło. W głębi czarna tablica do zadań. Na lewo od niej drzwi, wprost widowni. Drugie drzwi na lewo.
MÓZGOWICZ
Rypię całą parą. Bary biorą się z sobą za bary, wrastają w siebie i w pryskach ognia strząsają pyłki w zaświatowej burzy. Przeklęta kultura! (Wali pięścią w poręcz). Kto każe mi udawać? Czytałem wczoraj cały ich nowy program. Poprostu rzygać się chce. Vomito negro.
(Wchodzi Izia. Czarna, krótka sukienka. Ażurowe pończochy. Pantofelki z czerwonemi pomponami).
IZIA
Mama pyta, czy panu czego nie potrzeba.
MÓZGOWICZ
Trzeba mi byka, rydwanu, bezbrzeżnych pól i twoich niebieskich oczu, Iziu. Powiedz Mamie, że jest jak Pazifaë. — Zzielenieje z zazdrości. A tak okropnie jest skomplikowana, że chyba pęknę w tym całym wirze, który wytwarzacie.
IZIA
Niech pan się uspokoi. Ja wiem wiele — o wiele więcej niż mama i pan nawet.
(Wychodzi).
(Mózgowicz wstaje i nakręca zegarek).
MÓZGOWICZ
Przeklęta kultura. Niema we mnie ani krzty artysty, ani tyle! (Pokazuje to na palcu). A jednak wmawiają mi to wszyscy: ach, co za talent! ach, co za geniusz! Gdyby choć ona jedna mogła tego nie myśleć. Wszystkie moje dzieci są tak podobne do mnie, że to mnie wprost przeraża, że nie znalazła się kobieta, któraby miała siłę zdradzić mnie.
(Wchodzi ojciec Mózgowicza w sukmanie i w długich butach).
JÓZEF MÓZGOWICZ
(Stary, ale rzeźwy jeszcze chłop. Barczysty jak syn. Mówi z chłopskiem biadkaniem).
Jesteś niezwyciężony, syneczku.
MÓZGOWICZ
Papa zawsze pełen jest konceptów. Taki stary, a taki głupi.
(deklamuje)

Dnem moiej duszy
Jest pierwotna mściwość,
A moim herbem
Jest soczysta larwa.
Zdębiałych koni lawiny
I oficerów zasmucone miny,
Nad losem dawno, dawno zagasłych kurtyzan.

(mówi)
Oprócz tego, że jestem sobą, mógłbym być: kelnerem, oficerem, albo kurtyzaną. Gdybym był kobietą, straszliwą byłbym rozpustnicą.
JÓZEF MÓZGOWICZ
Jakiż przepiękny jesteś syneczku. (Podnosi z ziemi lalkę i całuje ją). Taka była moja maleńka, kiedy umarła. Taka była twoja siostrzyczka, Anzelma.
MÓZGOWICZ
(deklamuje)

Robaki wkręcają się w oczy
W ciemnej, rozmiękłej przeźroczy.
Jak nożem ostrym
Chciałbym przeciąć sobą,
Zazdrosną o szybkość, przestrzeń.
Ważę ciężary, o jakich nie myślał

Żaden Cezar świata,
A wszystko ulata, jak wata.

I lekkie mi jest wszystko, jak pajęczy puszek,
Jak jakiś mały, niepozorny duszek,
Z innej planety zaduszek.
Napudrowałem twarz moją wielkością
I kukła jestem ohydna.
Takiego wstrętu do siebie, jak ja,

Nie miał nikt, od światów początku.
JÓZEF MÓZGOWICZ
(słaniając się)

Ach, jakiż śliczny jesteś syneczku!

Chodź, pójdziemy do karczmy.
MÓZGOWICZ
(z rozpaczą)
Ach! Idź ojciec sam. Dziś jeszcze mam napisać statut nowej Akademji Nauk. A tu jeszcze przysłali mi tylko co korektę pracy o funkcjach nadskończonych. Ale ojciec to nawet algebry nie zna. Rzucaj groch o ścianę.
(Daje ojcu papier, który wyciągnął z kieszeni).
JÓZEF MÓZGOWICZ
(wkłada okrągłe okulary i czyta)
„Über transfinite Funktionen im alef — dimensionalen[1] Raume“, Professor Tumor von Mózgowicz. (mówi) O, jakże mądrym jesteś syneczku! I tylko za to tak cię uszlachcili! (Z żalem) Miałem sen. Widziałem ciebie jako bóstwo w jakiejś świątyni wschodniej. Nie poznałeś mnie i śmiałeś się z czegoś niewiadomego. A mnie wyrzucił stróż, taki mały, stary i słaby, jak mucha. A twarz miał taką, jak nasz Burek, tylko ludzką.
MÓZGOWICZ
(chowając korektę do kieszeni)
Na nic nigdy nie miałem czasu, nawet na miłość. Lecz czemże jest miłość dla mnie? Dzieci moje rosną. Syn niedługo zda maturę, córka już wcale nie źle całkuje równania różniczkowe, a ja nie mogę nawet odpocząć. Gdybym choć był religijnym. „Aber mir, keine Marter ist erspart”, jak mówił Franz Josef.
JÓZEF MÓZGOWICZ
(kiwa głową i zabiera się do wyjścia)
(We drzwiach spotyka się z Rozhulantyną, ubraną w jasno-zielony bałachon).
ROZHULANTYNA
Mówiłam wam Józefie, żebyście się szanowali. A on znowu chodzi!
JÓZEF MÓZGOWICZ
E — niechże już ta ostatnia para wyjdzie ze mnie w ludzkiem towarzystwie. A jaśnie pani zdrowa?
ROZHULANTYNA
Jak byk parowy (śmieje się).
(Józef wychodzi).
(Rozhulantyna smutnieje gwałtownie i zbliża się do Mózgowicza).
Co ci jest? Tumor! Ty mnie nie kochasz?
MÓZGOWICZ
(podnosi lalkę i ogląda ją)
Wiesz przecież wszystko. Jestem cham, ostatnie bydlę. Pamiętam i nie mogę zapomnieć. Rozwaliłem ci cały kredens i musiałaś się wstydzić za mnie przed nimi. Ale nie upić się nie mogłem.
ROZHULANTYNA
Nie myśl o tem. Już wszystko naprawione. Chciałabym módz co miesiąc rodzić, żeby takich, jak ty, było więcej. Jakąś wyspę na Oceanie Spokojnym chciałabym mieć i żebyś ty tam był i tylko nasze dzieci. Wszystko takie chłopy morowe jak ty, wszystko matematyki jeden w drugiego. W środku byłaby Akademja i ty jeden, pan wszystkich słońc, król liczb, książę Nieskończoności, Szach świata absolutnych idei, rozparty w całym wszechświecie, jak w fotelu, siedziałbyś potężny jak…
MÓZGOWICZ
Przestań — dławię się moją potęgą, jak pigułką zbyt wielką dla paszczy wieloryba.
ROZHULANTYNA
Nie kochasz mnie? Chcesz, żeby Izydor przyszedł na świat z krzywemi nogami i z oczami na skroniach?
MÓZGOWICZ
(gwałtownie obejmując ją)
Nie, nie! Nie mów tak. Kocham cię, strasznie cię kocham (nagle flaczeje). Tylko nie mogę zapomnieć, że jesteś księżniczką. Jest w tem coś absolutnego. Dość spojrzeć na twoją nogę (Rozhulantyna ogląda nogi, poczem patrzy na niego badawczo). Gdyby ojciec twój, kniaź Bazyli, mógł cię widzieć w objęciach takiego chama, umarłby ze wstydu poraz drugi. Mówię ci: jest w tem coś absolutnego, w całej kwestji rasy. Cóż mi pomoże cała wiedza? (Ciska korektę o ścianę). Nie mogę się urodzić poraz drugi.
ROZHULANTYNA
(obejmując go)

Mój jedyny, mój Tumorku najukochańszy — że też ty tego nie rozumiesz. Właśnie w tem jest wszystko, cały urok piekielny. Dlatego opuściłam Krzeczborskiego. Nie cierpię tych demi-aristos. Przeklęte snoby. Jesteś potwornym chamem i jak czuję moją krew, piekielnego zaiste błękitu, jak łączy się z twoją, purpurową, chamską juchą, jak tworzymy razem tę rasę fioletowych pół-bogów, jak myślę o tem, to chce mi się rozprysnąć ze szczęścia w jakąś magmę nie z tego świata.

(Twarz Mózgowicza rozjaśnia się w dzikim tryumfie Wchodzi Alfred Mózgowicz).
Patrz! Oto on, mój fetysz. Fred — chodź, niech cię uściskam.
MÓZGOWICZ
(do Alfreda)
Czy rozwiązałeś zadania?
ALFRED
(całując matkę, mówi cichym głosem)
Tak jest, papusiu. Utrudniłem sobie problemat metodą Whiteheada. Ten potworny starzec umie z najprostszego zagadnienia uczynić coś dowolnie trudnego.
MÓZGOWICZ
Szanuj tego mędrca. Pamiętaj, że byłem jego uczniem.
ROZHULANTYNA
(patrząc na nich z zachwytem)
Ja chyba nie przeżyję tego szczęścia. Och czemuż, czemuż nie mogę być króliczycą!
MÓZGOWICZ
(ponuro)
Pamiętaj o białej króliczycy, która do śmierci rodziła moręgowate koty. Raz jeden tylko zdradziła swego białego męża. Alfred zanadto mi przypomina Krzeczborskiego.
ROZHULANTYNA
(śmieje się, gładząc Mózgowicza po głowie)
Biedna mózgownica! Liczby wyjadły ci całą szarą materję, Tumorze!
MÓZGOWICZ
(ryczy)
Proszę nie żartować z mego nazwiska! Jest dosyć znane na całym świecie (tupie nogami i przewraca oczami w dzikim szale).
(Alfred podchodzi do tablicy i zaczyna pisać na niej kredą. Widać olbrzymie całki i zawiłe symbole).
(Rozhulantyna klęka i zaczyna budować coś z klocków. Mózgowicz stoi na miejscu. Uspakaja się i zamyśla się głęboko).
(Wbiega Izia i młodszy Mózgowicz: Maurycy).
MAURYCY
(arystokratycznie wymawiając wyrazy i silnie grasejując)
Bo papuś, to pisze wiersze tylko dla równowagi ducha, jak mu liczby już wszystkiemi porami przenikają do duszy. Izia jest poetką naprawdę. Wydrukowali jej wierszyk w naszej dziecinnej futurystycznej gazetce. Iziu, zadeklamuj.
IZIA
(deklamuje)

Był mały zarodek w cienistej oddali,
Ktoś trącił przypadkiem, ktoś spojrzał ukradkiem
I śliczna wyszła dziecina.
Najprzód ochrzcili, potem nazwali
nazwali ją Ylajali.
Był mały koteczek, zielony kłębeczek

Zjadł na śniadanie w oddali.
Ktoś trącił ukradkiem, ktoś spojrzał przypadkiem

Potem okropnie płakali.
W dziecinnej książeczce, w dziewczęcej teczce
powstała nowa rycina.
W cienistej oddali ktoś ujrzał przypadkiem,
Jak kotka pożarła Ylajali.
Czy to się śniło, czy też tak było,
Napróżno by zgadywali.
Czy to rycina sama powstała
Czy sen się zbudził z rysunku,
Nie zgadłby nawet zielony kłębuszek.

Nie zgadła nawet Ylajali.
MÓZGOWICZ
(ponuro, krótko)
Za dużo sensu.
ALFRED
(odchodząc od tablicy)
To wszystko na nic. Ojciec jest zdrajca. Ojciec kocha się w Izi. Mama o tem płacze po nocach. Ja nie chcę.
MÓZGOWICZ
(krzyczy)
Czyś ty oszalał!
MAURYCY
(wskazując na ojca)
Tak, ja wiem. To on chodzi po nocach i wyje. On jest warjat.
(Rozhulantyna zrywa się)
ROZHULANTYNA
Tumorze!
IZIA
(klaszcze w dłonie z zachwytu i podskakuje)
Oberwała się lawina.
MÓZGOWICZ
(odchodząc od zmysłów)
Wścieknę się! Jak oni śmią!
ALFRED
Zupełnie zwykła historja. Jutro będzie w gazetach mały artykulik p. t. „Zdemaskowanie oszusta“.
ROZHULANTYNA
(wybucha nagłym śmiechem)
Rozkręca się stara mózgownica, rozkręca!
MÓZGOWICZ
(z żalem)

Tak było dobrze i tak się wszystko popsuło.

(do Izi)
To ty, arystokratyczny demonku! Zawsze mówiłem, żeby wytępić Krzeczborskich, że inaczej nie damy rady.
ROZHULANTYNA
(do dzieci)
Cicho! Uspokójcie się. Jeszcze czas jest wszystko odwrócić. (Groźnie do Alfreda, hypnotyzując go). Tego wcale nie było! Rozumiesz? (środkowemi drzwiami wchodzi Józef z jakimś nieznanym panem w binoklach) Zapóźno!
IZIA
Dzień dobry, Józefie. Kogóż to przywlekliście ze sobą?
JÓZEF
Ano, szukał Jaśnie Pani. Mówi, powiada, że jest gość pierwszej klasy.
NIEZNAJOMY
Jestem zaiste gościem i zdaje się, że w porę przybywam.
(Alfred podchodzi do Nieznajomego)
ALFRED
(do Nieznajomego)
Nie waż się pan wtrącać do spraw naszych prywatnych.
ROZHULANTYNA
(niespokojnie)
Dzieci, cicho! To jest tylko moja sprawa prywatna. Tak się boję o Izydora. Wyjdźcie wszyscy. Muszę zostać z nim sama.
MÓZGOWICZ
(ponuro)
Z kim? z Izydorem? (do Izi) Mówiłem, że za dużo jest sensu w tem wszystkiem. (Wychodzi na lewo).
(Maurycy i Alfred chcą go zatrzymać. On im się wyrywa i ucieka).
NIEZNAJOMY
Jeszcze chwila, a będzie zapóźno. Wynalazłem ratunek ostateczny.
MAURYCY
Nie wierzę panu. My już wszystko to przeszliśmy. My się kręcimy w miejscu, aż do zupełnego zawrotu głowy. My już nie możemy więcej.
ALFRED
Tak! To są wszystko maski dla nich, dla członków Akademji, ale z nami jest bardzo źle.
IZIA
(pada na kolana przed matką)
Oddal tego pana. Mamusiu, oddal go!
ROZHULANTYNA
(stanowczo i łagodnie)
Nie, Iziu. Teraz się musimy zdecydować. Przemawia przez ciebie zepsuta krew Krzeczborskich.
NIEZNAJOMY
(twardo) (do Rozhulantyny)
Musisz pani wybierać między nim, a córką. Cały wszechświat w Was tylko jest wpatrzony. On nie może zmieniać obowiązującej matematyki tylko dla fantazji tej dzierlatki. On może wszystko. Ja znam już ten dowód, którym on przekona nawet samego Whiteheada. Wszystko zaczęło się od Alefów: gdzie wchodzi w grę aktualna nieskończoność, tam jego wszechmoc jest zupełna. Ale dla całej kultury, w imieniu wszystkich dotychczasowych ideałów ludzkości, musimy to powstrzymać.
ALFRED
(zaczyna się orjentować)
Moryc, stań w drzwiach. (Maurycy staje w drzwiach środkowych).
(Rozhulantyna nie wie co robić. Widać w jej ruchach i twarzy potworną walkę ze sobą).
ROZHULANTYNA
(krzyczy z nagłą decyzją)
Tumorze! Ratunku!
NIEZNAJOMY
(wyjmując kartę z pugilaresu)
To nic nie pomoże. Jestem profesor Green z Em. Si. Dżi. Eu., z Mathematical Central aud General Office. Green, Alfred Green.
(Izia jednym ruchem jest przy drzwiach. Rozhulantyna pada zemdlona, krzycząc: „Green”).
(Moryc łapie Izię, Alfred szepce coś na ucho Greenowi).
GREEN
(głośno)

Tam są moi agenci.
(Izia wyrywa się Maurycemu i rzuca się do drzwi)

(Wpada dwóch agentów, którzy łapią Izię).
(Józef cały czas pęka ze śmiechu, zanosząc się jednocześnie starczym, flegmiastym kaszlem) (teraz aż zapiał z zachwytu).
(Na to wpada z lewej strony Tumor Mózgowicz i stale jak wryty).
GREEN
(krzyczy do agentów)
Na automobil z nią i jazda na piątą szybkość.
(Agenci z szaloną szybkością okręcają głowę Izi czerwoną chustką i wybiegają, trzymając Izię na rękach, przez drzwi środkowe)
(Tumor przeskakuje przez leżącą Rozhulantynę i rzuca się do drzwi. Zastępuje mu drogę Green)
GREEN
(groźnie, ale z uszanowaniem)
Panie profesorze! Ani kroku dalej.
(Alfred i Maurycy z dwóch stron podchodząc do ojca, czając się jak koty)
JÓZEF
(krzyczy, szczując ich)
Pyf!!!
(Obaj chłopcy rzucają się na ojca, starając się skrępować mu ręce w tył)
(Green rzuca się z przodu, chwyta go za gardło i stara się zatrzymać)
(Nieruchoma i niema scena, jak Ursus z bykiem w Quo Vadis Sienkiewicza)
(Trwa to bardzo długo). (Milczenie, przerywane sapaniem zmagających się).
(Józef decyduje się i jak drapieżny sęp bez skrzydeł, podpełza do Mózgowicza, łapie go za nogi w kolanach i powala na ziemię. Wszyscy w milczeniu krępują Mózgowicza chustkami, łańcuszkami od zegarków. Green liną, którą miał przygotowaną).
(Mózgowicz ryczy krótko, poczem bezwolnie poddaje się)
(Mózgowicz leży skrępowany. Wszyscy siedzą na ziemi, dysząc ciężko).
GREEN
(spokojnie)
Spełniłem mój obowiązek.
JÓZEF
(z politowaniem)
Widzisz syneczku, na co ci przyszło. A mówiłem zawsze: nie przeciągaj nitki, bo pęknie.
ALFRED
(wstając)
Nie była to nitka, lecz gumka.
MAURYCY
(b. arystokratycznie)
Mam wrażenie, że papusiowi nieskończoność paruje ze wszystkich włosów. (zbliża się do matki)
(Rozhulantyna budzi się z omdlenia)
ROZHULANTYNA
To jest sen jakiś okropny.
(Green wstaje i patrzy na zegarek)
MÓZGOWICZ
(leżąc bez ruchu)
Któż zwycięży moją myśl ostatnią? Jestem niezwyciężony. Możecie mnie uwięzić. Będę milczał, tylko zostawcie mi papier i ołówek. Ostatni poemat musi być skończony.
ROZHULANTYNA
(do Greena)
Gdzie Izia? (wstaje, otrzepując się)
GREEN
Sacred Blue, jak mówią Francuzi. Gdybym sam to wiedział. Stało się to tak szybko, że nie zdążyłem wydać im rozkazów.
ROZHULANTYNA
(nagle wesoło jakby wszystko jej się w głowie rozjaśniło)
A może to jest jedynem rozwiązaniem! Może tak właśnie trzeba.
MÓZGOWICZ
(obojętnie)
A może? Któż to może wiedzieć?
(Wchodzi Balantyna Fermor, ubrana w kostjum do gry w golfa).
(Rozhulantyna rzuca się na jej spotkanie)
ROZHULANTYNA
Szczęście, żeś przyszła. Czy widzisz co za katastrofa? Aż mi się śmiać chce z tego, tak jest to dzikie jakieś i nieprawdopodobne.
MÓZGOWICZ
(deklamuje)

(Wszyscy słuchają skamieniali).
Nad zrębem planety,
Pośród gwiezdnej nocy,
Szereg alefów w nieskończoność pełznie.

I nieskończoność, unieskończoniona
Zamiera w sobie, przez siebie zdradzona.

Kłęby Tytanów i rogate widma
Sypią gwiazd roje
W wydarte otchłanie.
Myśl w własne wątpia zapuściła szpony
I gryzie siebie w swej własnej otchłani
Lecz myśl ta czyja? Samo się nie myśli
Tak jak grzmi samo i samo się błyska.
Punkt się rozprzężył w n-wymiarów przestrzeń
I przestrzeń klapła
Jak przekłuty balon.
Dech wyszedł cały. Tak nicość dyszy
Sama własną pustką
I każde coś gnębi w czasie, który stanął.

Hop! Szklankę piwa!
GREEN
Zaraz profesorze. Dobrze, że nie słyszą tych wierszy w Em. Si. Dżi. Eu.
Wyobrażam sobie, jakieby miny porobili.
MÓZGOWICZ
Pure nonsense, my dear Alfred. Czy nareszcie dostanę piwa?
Co za szkoda, że Izia nie usłyszała tego wiersza.
(do Maurycego)
Czy i teraz, idjoto, nie uważasz mnie za poetę?
ALFRED
(do Maurycego)
Nie mów nic do papusia.
BALANTYNA
(do Greena)
Sprowadź więcej ludzi, profesorze. Trzeba go zawieść zaraz do więzienia.
(Green wychodzi)
A wy, dzieci, idźcie się przejść. Dzień jest cudowny. Taka wiosna w powietrzu. Puszki zielenią się na drzewkach. Widziałam nawet dwa motyle, cytrynki, które zbudzone ciepłem opuściły swe larwy i robiły łamane kółka w przesyconem zapachami powietrzu. Nie wiedzą nieszczęśliwe, że kwiatów jeszcze niema i że czeka je śmierć głodowa.
(Twarze chłopców się rozjaśniają. Rozhulantyna całuje ich w głowy).
ROZHULANTYNA
Tak idźcie przejść się. Masz rację Balantynko. Ty i ja jesteśmy, jak te cytrynki o których mówiłaś.
MÓZGOWICZ
(ironicznie)
A ja jestem ten kwiat, co się nie rozwinął jeszcze. Ale rozwinę się jeszcze. Nie bójcie się.
(Chłopcy wychodzą)
JÓZEF
A to ja, proszę łaski jaśnie pani, ich odprowadzę.
ROZHULANTYNA
Tak, dobrze. Idźcie Józefie, a potem przyjdźcie do nas na obiad. Będzie wasza ulubiona kasza.
(Józef wychodzi, nizko się kłaniając).
(Wchodzi Green z czterema tragarzami w błękitnych bluzach, którzy biorą Mózgowicza i wychodzą. Green wychodzi za nimi).
(Rozhulantyna rzuca się do Balantyny Fermor z nagłym niepokojem)
ROZHULANTYNA
(błagalnie)
Powiedz mi co to znaczy? Zaklinam cię, nie męcz mnie już dłużej. Na wszystko cię proszę, powiedz mi.
BALANTYNA
(uspakajająco)
Poprostu znarowiliście się do pewnych pojęć. Izia ma z was najwięcej prawdziwej intuicji przyszłości.
ROZHULANTYNA
(z rozpaczą)
Biedna, biedna Izia! (wpatruje się z bólem przed siebie).
Kurtyna.
KONIEC AKTU I.





  1. Alef: pierwsza liczba ponad-skończona Cantora.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Ignacy Witkiewicz.