<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Ultimus
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
I.

Za ostatnią, z miejska otynkowaną, kamieniczką w Łuknikach stało nizkie domostwo drewniane, zczerniałym gontem kryte, które miało tę osobliwość, że z trzech stron otaczał je sad śliwkowy, gęsto puszczony i zdziczały nieco, a z czwartéj stawał przed niém na jednéj nodze stary, zdawna już okulawiony żóraw, który, wtuliwszy między barki głowę, długiemi godzinami patrzał w niebo jedyném okiem, jakie mu zostawiła swawola chłopców miejskich. Cała postawa nieszczęsnego ptaka była nad wyraz śmieszna. Chudy, nastrzępiony, z podwiniętą nogą, którą od czasu do czasu na bok wyciągał dla rozprostowania, szyję miał siną, miejscami z pierza odartą, przez łeb krwawo zaschłą szramę od polana, które ciśnięto za nim w gorącéj jakiéjś przeprawie, ogon wyszarpany, ślady deszczów i pyłu miejskiego na sobie noszący, dziób zeschły, grzbiet zgarbiony... ruina ptaka, i tyle. Jedyną pamiątka czasów dawnéj świetności były wielkie, poderwane nieco skrzydła, które w chwilach zadumy zwieszał ku ziemi, jak zwiesza ramiona człowiek zniechęcony i śmiertelnie smutny. A kiedy je tak opuścił i koszlawo stanął, podjąwszy w niebo skaleczałą głowę, można się było i śmiać i wzruszonym czuć na widok tego rozbitka, strąconego z jakichś powietrznych, farysowych dróg...
Zórawia znano w miasteczku pod imieniem Franek. Imię to zostało mu w spuściźnie po pierwszym właścicielu, hulaszczym włóczędze, który w podmiejskiéj, mieszczącéj się w domostwie owém traktyerni pół życia przesiedział, był zalotnikiem pięknéj Zuźki Sas, a i przemytnikiem także. Na jaki koniec przyszło straceńcowi temu — nie wiedział nikt. Przepadł kędyś bez wieści, bez echa, jak przepada kamień w wodę rzucony, i zostawił ptaka-sierotę z smętném dziedzictwem imienia swojego. Jeden tylko Abrajtys, kanonier stary, co z pod Jeny pusty rękaw u mundura przyniósł, Ultimusem nazywał żórawia. Bywało, stanie nad ptakiem, zapatrzonym w wieczorną zorzę, głową trzęsie i mruczy pod siwym, najeżonym wąsem: „Hej! hej! A gdzie to bracia twoi, nieboraku? Odlecieli, odlecieli!... zostałeś sam, sieroto stary!... Ostatni... Ultimus!”
A tu mu wiatr wiewa pustym rękawem, po siwych włosach chodzi i świszczy: ultimus... ultimus... Chłopaki od Jana Grzmota, szewca z Szydłowieckiéj ulicy, w głowę zachodziły, co ten wyraz miał znaczyć. Aż im organista wytłumaczył wreszcie, jako to jest słowo nieczystą moc mające, którém się farmazony zwołują pod Szatryą, w pierwszy piątek po miesięcznym nowiu. Z téj organistowskiéj erudycyi wypadło to, że i do biednego ptaka przylgnęło coś niecoś z zabobonnego strachu, jaki w mieszkańcach Łuknik wzbudza Szatrya, dość podejrzanéj sławy zażywająca na Żmudzi góra, niby nasza Łysa. Ale téż od téj pory, rzec można, żóraw miał życie spokojniejsze nieco i nie tak często brał w łeb kamieniem albo garścią piasku, kiedy się, chyłkiem drepcząc, na miasteczko ważył. W domu za to, zwłaszcza zimą, po dawnemu pędził żywot, pełen abnegacyi i dotkliwych upokorzeń.
Bywało, całemi godzinami w sionce pod drabiną stoi skulony, kryjąc się poza wysłużone miotły i upatrując przyjaznéj pory, aby się dostać do kuchni, posilić obierzynami kartofli i z cebrzyka napić. Najprzyjaźniejszą porą bywała ta, kiedy Zuźka Sas, czarnooka władczyni kuchennego państwa, wyszczerzała do przechodniów białe swoje zęby. Jeśli to był dzień targowy, a przechodnie gęściéj szli, żóraw zdołał nawet niekiedy pochwycić kawał mięsa ze stolnicy i, przytaiwszy się, wysunąć niepostrzeżenie. Głód, nędza i niewola kalectwa, która go trzymała przy ziemi,wyrobiły w nim pewien stopień przebiegłości ludzkiéj prawie i znikczemniły nieszczęsnego ptaka. Zimą tedy był żóraw obrazem kompletnego upadku i głębokiéj demoralizacyi, a skrzydła jego, częścią z piór ogołocone przez domowego kundysa, częścią obryzgane kipiątkiem przez piękną Zuźkę Sas, zdawały się zapominać w smętném opuszczeniu swojém, że ponad parą, unoszącą się z żelaznych saganów podmiejskiéj traktyerni, istnieją swobodne, szerokie przestrzenie, kędy można brać lot górny, wyżéj — i wyżéj — do słońca.
Na wiosnę za to zmieniało się to nieco ku lepszemu. Kiedy pierwsze ciepłe tchy powiały od jezior, od lasów, a wiosenne chóry żab ozwały się z łąk mokrych i wygrzanych stawów, kiedy nad Łuknią, nad Windaną, obłąkiwały się lecące od Bałtyku mewy, żóraw stawał się dziwnie zadumany, niespokojny, dziki. Rankami i wieczorami odbywał jakieś dalekie, dające do myślenia wycieczki, z których powracał zroszony, płochy, niepozwalający zbliżyć się do siebie; w nocy tulił się między śliwiną młodą, abdykując z owéj grzędy w chlewiku, o którą przez całą zimę z kogutem domowym bój toczył; we dnie wypatrywał czegoś na horyzontach dalekich, za południowym wiatrem obracając głowę. Aż kiedy wczesnym rankiem, po rosie, ozwało się w powietrzu cichém kruczenie wracających żórawianych kluczów, Ultimus, na jednéj nodze stojąc, jakby na pal wbity, szeroko machał wystrzępionemi skrzydłami i wydawał krótki, chrapowaty głos, bardzo podobny do okrzyku tęsknoty. Zdarzało się, że łańcuch żórawi brał lot ku ziemi, pękał w błękicie i z wielkim szumem spadał na żerowisko przygodne. Nakrywała wtedy nieboraka chmura skrzydeł, a ptaki obstępowały go, dziwiąc się i naradzając głośno. Trzeba było widziéć, jaką minę i postawę przybierał wówczas nieszczęsny Ultimus. Skacząc na jednéj nodze ochoczo, a drugą ledwo ziemi tykając, usiłował dać do zrozumienia, że jeśli nie posługuje się obiema w równéj mierze, to tylko z własnéj dobréj woli swojéj, i ot tak, z wiosennego kaprysu. Głowę z przyschniętą blizną krwawą dyskretnie w bok przechylał, jakoby z wielkiego animuszu i fantazyi to czyniąc, a cała jego fizyognomia nosiła wyraz głębokiego uszczęśliwienia, uśmiechu prawie.
Mądre ptaki nie dały się jednak wywieść w pole. Nie wiadomo jak i po czém, ale zawsze odgadły tę smętną komedyę, zawsze zwąchały kuchenne pomyje, któremi trącił, dojrzały okaleczenia i ślepoty... A wtedy, z gniewem zawodu, bezlitością silnych i wzgardą swobodnych, zaczynały z łomotem wielkim w skrzydła bić, wrzaskliwie urągając głowie renegata, który téż odrazu tracił całą kawalerskość postawy, robił się pokorny, zmalały jakby, i cichym, żałosnym piskiem skarżąc się na niedolę swoję. Żórawie jednak wyciągały już do lotu długie szyje, zrywając się zrazu ciężko, potém swobodniéj coraz, aż wkrótce wysoko gdzieś, w blaskach wiosennego słońca ginęła czarna ich wstęga. Ultimus zostawał sam. Wtedy to w jedyném jego osłupiałém oku zbierała się wielka łza krwawa, chwilę drżała w okrągłéj źrenicy, poczém, pęknąwszy, gasła...
Długi czas chodził potém żóraw jak struty, kulejąc mocniéj niż kiedykolwiek, zgarbiony, postarzały, przybity, ledwo sobie żeru szukając. Okaleczoną głowę chował w pokrzywy, puszczające się pod płotem sadu, a końce skrzydeł włóczył po ziemi, jakoby ich udźwignąć nie mógł w téj melancholii, która go trapiła. Od połowy maja dopiero nabierał znowu ducha, kiedy na młodą zieloność sadu otwarło się z brzękiem okienko szczytowe, przytulone pod dachem starego domostwa. Był to znak, że się mieszkańcy poddasza budzą ze snu zimowego, że przyjazna, wyschła ręka rzuci mu rankiem okruchy bułki albo nieco kartofli zgłąbiałych. Odtąd codziennie można było widziéć żórawia, stojącego jakoby na straży pod okienkiem owém, a przy okienku starą kobietę o szczupłéj, bladéj. niegdyś pięknéj twarzy, jak z niesłychaną wprawą robiła pończochę, trzymając ją zdala od przygasłych oczu.
Niekiedy, pod wieczór, sztywniały jéj od drutów cienkie palce. Opuszczała wówczas ręce na kolana, a podniósłszy głowę ku niebu, szeptała coś zwiędłemi usty. Kto wie co? Modlitwę może, może jakieś zaklęcie dawnych, dawnych lat, które jéj dotąd dawało siłę życia. Nieraz téż, siedząc tak, przechylała w tył głowę i, przymknąwszy zmęczone oczy, zaczynała śpiewać cichym, drżącym głosem. Była to znana wszystkim pieśń stara, którą może niejeden z nas przy kołysce słyszał:

...Powiejcie wiatry od wschodu...
Z wami do mojego rodu
Poszlę skargę obciążoną...

Najczęściéj wszakże odkładała całkiem zmudną pracę swoję, a dobywszy ze stolika podłużną blaszaną puszkę, wyjmowała z niéj ostrożnie zwitki papierów pożółkłych i listów przesiąkłych wonią lawendy, któréj pęczek leżał pomiędzy niemi napół okruszony. Wyjmowała je i patrzyła na nie długo, wtedy nawet, kiedy zrobiło się zupełnie ciemno, a żóraw nie widział nic, tylko jéj bielejące w letnich zmierzchach ręce. Wreszcie wychylała się z okienka, aby je zamknąć przed padającą rosą, a wówczas można było widziéć całą jéj postać szczupłą, wyniosłą, przygarbioną nieco, twarz bladą z drobnemi, ściągniętemi usty, i pasma siwych, obfitych jeszcze włosów.
Ślepy na jedno oko żóraw niewiele nad to mógł dojrzéć. Ale inni mieszkańcy starego domostwa wiedzieli doskonale, że poddasze wynajmuje pani Magdalena Rożnowska, szlachcianka z rodu, wdowa po Imci panu Wincentym Rożnowskim, który, sługując oficyalistą po wielkich dworach, dosłużył się wreszcie mogiły na cmentarzu w Lidowianach i tego zaszczytu, że jego ostatni chlebodawca, jaśnie wielmożny graf Krut, wdowę po nim i sierotę na własnéj bryce, własnemi końmi do miasteczka najbliższego wywiózł, dodając im z pańskiéj szczodrobliwości swojéj półkorcze jaréj pszenicy i półkorcze żyta.
Za młodych lat swoich zwykł był pan Wincenty podpisywać się na kontraktach, zawieranych z jaśnie wielmożnymi dziedzicami: Rożnowski herbu Junosza. Nosił téż wielki sygnet na serdecznym palcu z swoją pieczęcią rodową. Gdy wszakże na tę szlachecką fantazyę chudego pachołka ten i ów krzywo patrzał, a majątki poczęły w ręce nowych ludzi iść, oddał pan Wincenty sygnet do schowania żonie i podpisywał się wprost nazwiskiem tylko, zawsze sobie wszelako zastrzegając w myśli Junoszę i ślubując, że wydobędzie heraldyczne dowody szlachectwa, przez wzgląd na męzkiego potomka, jakim go los w późnym już obdarzył wieku. Zostawał nawet z tego powodu czas jakiś w korespondencyi z Imci panem Filipem Łomotką, autorem kilku drogocennych listów, zachowanych w blaszanéj puszce pani Magdaleny Rożnowskiéj. Oto z nich jeden, ostatni co do daty i dobrze już pożółkły:

Wielmożny Panie Dobrodzieju.
A iż wiadomą jest rzeczą, jako mogę wydobyć dowody szlachetnego urodzenia Wielmożnego Pana Dobrodzieja z Jaśnie Oświeconéj Heroldyi Królewskiego Państwa, gdzie mam znajomość na pewnym fundamencie, a nawet kumoterstwo ze starszym woźnym Trzewińskim, przeto upraszam Wielmożnego Pana Dobrodzieja o nadesłanie dziesięciu rubli na papiery i inne trudności.
Podpisano: Filip Łomotka.
Nie nadmieniał szanowny autor powyższego listu, jakieby to trudności być miały, ale do usunięcia ich nie przyszło nigdy, ponieważ pan Wincenty nigdy jakoś nie mógł zebrać dziesięciu rubli razem i z protekcyi zacnego Trzewińskiego korzystać. A tak list ten, jako téż i inne pamiątkowe papiery, świadczące, iż ród był szlacheckim, zostały złożone w puszce pani Magdaleny razom z owym herbowym sygnetem, pęczkiem lawendy i kawałkiem fijałkowego korzenia, który kiedyś był pomocnym przy wyrzynaniu się pierwszych ząbków Julka Rożnowskiego, dziedzica téj właśnie, jedynéj spuścizny.

Od wielu już lat, kiedy jeszcze ów jedynak był małym Julkiem i na kolanach matki usypiał, wyschłe jéj palce odmykały codziennie blaszaną puszkę, ot tak, na pociechę doli wdowiéj; a zapach lawendy rozchodził się po biedném poddaszu i przywiewał woń młodości i obrazy dawnych, dawnych czasów. Kobieta podnosiła wtedy oczy ku wieczornéj gwiaździe i zaczynała rozpowiadać chłopcu o nizkim dworku w szlacheckim zaścianku. A kiedy chłopiec usypiał zmęczony, tuliła głowę jego do kolan, śpiewając drżącym głosem zwykłą swoję pieśń: „Powiejcie wiatry od wschodu...” Ultimus znał ten śpiew i, stojąc na jednéj nodze, z wyciągniętą szyją, patrzał w okienko jedyném okiem swojém, w którém widać było jakąś bezsenną troskę. A sad śliwkowy drżał tymczasem od słowiczych poświstów i pieśni rozgłośnych, klaszczących. A za sadem, het, precz na moczarach, zawodziły wiosenne chóry żab i słychać było zapóźnioną fujarkę pastuszą, a od miasteczka biły zmięszane głosy ucichającego życia coraz słabsze... coraz dalsze... Aż wreszcie schodziła noc, — co téż ma dla ziemi łzy swoje i kołysze kwiaty polne na zapomnianych mogiłach, a cień i cisza obejmowały ptaka-tułacza, kobietę i dziecko.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ale to było dawno już. Teraz mały ów Julek wyrósł na silnego, gibkiego chłopca, który las czarnych włosów miał nad czołem, oczyma gorącemi z powietrza, zda się, pił życie, a całą młodzieńczą postawą pęd w górę biorąc, bardzo się hardo po miasteczku nosił.
Hardość ta wszelako tajała, jak śnieg, na widok pięknéj Zuźki Sas, od kiedy jéj chusteczkę z białéj szyi — niechcący zaczepiwszy — zerwał, a ona go w wielkim gniewie nazwała panem Julianem, zamiast po dawnemu — Julkiem. Odtąd w życiu chłopca wiele się zmieniło. Na miasteczko biegał, razwraz potrzebował pieniędzy; smutny był, roztargniony, to znów do zbytku pusty...
Matka widywała go coraz rzadziéj i na coraz krótszą chwilę; poddasze opustoszało, ogłuchło, poszarzało jakby. Tylko szelest szybko migających drutów i ciche, nagłe westchnienie pracownicy — były jedynym życia jego odgłosem. Żóraw za to dobrze się teraz miéć począł i z bezprzykładném zuchwalstwem porywał najlepsze kawałki mięsa z pod ręki Zuźki Sas, rozgadanéj, śmiejącéj się czarnemi oczyma do pięknego chłopca, który téż przy niéj miał jakieś błyskawiczne uśmiechy i nagłe drgnienia w smagłéj, bladéj twarzy.
Pani Magdalena Rożnowska nieodrazu spostrzegła tę zmianę. Teraz dopiero niepokoić się poczęła, kiedy Julek to na obiad, to na wieczerzę spóźniając się coraz, pewnego dnia wreszcie nie przyszedł wcale do domu.
Biedna kobieta wieczora tego długo wyglądała okienkiem, rozwijała i zwijała nigdy niekończącą się robotę swoję, chodziła niecierpliwie po biednéj izbie, w któréj, oprócz jéj łóżka i synowskiego tapczana, mało co było sprzętów ubogich. Padła nareszcie na stołek i dobyła swoje sacra arcana, zamknięte w puszce blaszanéj, pozwalając im po raz pierwszy rozsypywać się z kolan na ziemię. Ręce jéj się trzęsły, cienkie wargi drżały czegoś, a smutne, zmęczone oczy zatrzymywały się z osłupieniem na podpisie Filipa Łomotki. Nagle, rozległ się z dołu brzęk stłuczonéj szyby, gwałtownym ruchem biesiadników z okna traktyerni wypchniętéj, a na cichy sad śliwkowy buchnął śmiech i gwar. Kobieta drgnęła i podniosła się wyprostowana. Jeden z głosów tych, metaliczny, miękki, świeży, był głosem jéj syna. Towarzyszył mu ochrypły nieco bas, a w hałaśliwą, rubaszną ich rozmowę wpadał swawolny, drażniący śmiech pięknéj Zuźki, który w domostwie wszyscy dobrze znali. Wdowa klasnęła w ręce, jakby nagłém widzeniem olśniona. Chustka jéj z ramion spadła, wyschłe dłonie zacisnęły się w przerażeniu jakiémś przy pobladłych ustach, a oczy, zapatrzone w głębokie cienie śliwkowego sadu, miały wyraz osłupienia i najwyższéj troski. Gwar wzrastał. Teraz można już było rozróżnić pojedyńcze słowa.
— Zuźka! Zuźka... — mówił Julek stłumionym, urywanym głosem.
— A nie drożże się, głupia dziewczyno! — huczał bas szyderczo. — Szlachcianką cię zrobi... Konie do ślubu ja daję! Do licha! i ślub dać mogę, jeśli tego trzeba... Julek, mój chłopcze, nie upieraj się przy niéj, kiedy ci nie rada. Zrób tylko pieniądze, duże pieniądze, a wesele się znajdzie. Już ja ci drogę pokażę... Będziesz mi wdzięczny, póki cię nie powieszą, mój synu!

Śmiech Zuźki zagłuszył resztę. Wdowa chwyciła się za głowę. Ona znała ten ochrypły głos. Słup soli, w który się żona Lota zamieniła, nie był bardziéj nieruchomym od téj kobiety, stojącéj wśród lichego poddasza w swojéj wdowiéj, wypłowiałéj sukni. Po chwili dopiero zaczęła się mocno trząść, jakby nagłym chłodem ruszona. Istotnie, zapomniane dzisiaj okienko wciąż jeszcze stało otworem, a świeżość rosy szła przez nie razem z cichém światłem miesięczném, które się srebrnemi smugami po izbie kładło, czyniąc z osłupiałéj kobiety jakiś tragiczny posąg niedoli. U stóp posągu tego leżał szeroko rozwinięty papier, na którym w księżycowych blaskach wyraźnie czytać było można: „A iż wiadomą jest rzeczą...” i tak daléj...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.