Ultimus/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Konopnicka
Tytuł Ultimus
Pochodzenie Cztery nowele
Data wydania 1888
Wydawnictwo Księgarnia Teodora Paprockiego i S-ki
Drukarz Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Indeks stron
II.

W samém jądrze Kurtowiańskiéj puszczy była obszerna polana, Halizną zwana, wśród któréj siwe dęby zrzadka rosły, podesłane trawą rzęsistą. Na wschód, na północ ciągnął się tęgi, zwarty las sosnowy, który tysiącem masztów szedł w niebo, igliwie na igliwie sypał, kłodami się walił wzdłuż i wszerz, ledwo gdzie jagodę lichą puszczając od ziemi do słońca. Na zachód otwierały się szerzéj jaśniejsze przygaje, zmieszane z brzozą, stojące na moczarach, w suchsze tylko lata dostępne, ochwytujące sobą błotne oczerety i jeziorka leśne. Gęsty trop zwierza tu szedł, kostka i skrzypy puszczały się kępami, a paprocie górą wiały lekkie, pierzaste... Od południa — puszcza rzadła nieco; siekiery już się w niéj przerąbywać poczęły, czyniąc wskróś ciemnéj zieleni nagłe, przejrzyste świty. Dęby i buki więcéj tu brały słońca na liście, a podszyte były gajem młodym puszczającéj się gęsto leszczyny, jarząbków, malin dzikich i różnych targańców... Tutaj się roiły wielkie barcie, ognieżdżone w wypróchniałych pniach starodrzewu, brzęcząc chmurami pszczół i pachnąc miodem, do którego nawet przemyślny Żmudzin rzadko mógł przystęp znaléźć.
Na téj to polanie wyprawiał dziś Jur Chmiel towarzyszom swoim tak zwaną „Fokusową noc,” którą téż inni „Uzdzienną” albo „Stryczkową” nocą zwali. Był to jak gdyby zapust przemytników i złodziei końskich, obchodzony w noc sierpniową, na pamiątkę jakiegoś mitycznego Fokusa, który jakoby kiedyś był katem w Połądze i bez bólu wieszał.
Uczta skończyła się właśnie. Wpół wypróżnione kotły dymiły resztą strawy, a świeżo podsycone ognisko rozsypywało, trzeszcząc, iskry czerwone. W pośrodku polany stała wysoka, do góry dnem zwrócona beczka, a na niéj z podwiniętą pod siebie nogą umieścił się stary cygan i dął w kobzę różnemi głosy, w las je puszczając jak żywego zwierza. Tuż pod nim, plecami o beczkę oparty, siedział, szeroko rozstawiwszy owinięte szmatami nogi, pierwszy téj kapeli skrzypek, grając na instrumencie swoim z dziką jakąś zapamiętałością. Włosy mu na twarz spadły, pot kipiał z czoła, na obnażone ramię wystąpiły grube, sine pręgi, ale on zdawał się wcale nie uważać tego, utonąwszy z duszą razem w jakimś szatańskim czardaszu. Reszta muzykantów, to stojąc, to siedząc, grała na trąbkach, obojach, klarnetach i dziwnych jakiś szałamajach, z których nieokiełznana muzyka po puszczy się niosła jak wicher i grzmot, jak śmiech i płacz i zębów zgrzytanie. Przy téj muzyce toczyło się w nagłych światłach i cieniach migające taneczne koło, wiążąc się i rozsypując w pary, z okrzykami i dzikim tupotem. Cyganki zwłaszcza odznaczały się jakąś zaciekłością w tym tańcu, kręcąc się jak tuman jaskrawych wstęg i szmatek, błyskając bursztynem u piersi, białemi zębami z poza ust czerwonych, zwinne, niepochwytne, podrzucane w górę nagłemi wybuchami południowéj krwi, szalejące, niepamiętne, straszne. Gdyby im dać na tancerzy węże, gnące się potwornie za podmuchem indyjskiéj piszczałki, byłyby to pary dantejsko dobrane.
Mężczyźni szaleli także. Kapelusze ich, opasane sznurkami monety, latały w powietrzu jak roje czarnych, błyskających złotem motyli; ręce klaskały, lub chwytały tancerkę, a gibkie nogi, rzemieniem opięte, z nieprawdopodobną szybkością gięły się i prostowały naprzemian, w takt dzikiéj muzyki, lub własnego natchnienia — dzikszego jeszcze.
Kto z koła wyszedł, padał na ziemię jak martwy. Taniec ten był pracą, upojeniem, śmiercią niemal. Jedna tylko dziewczyna nie brała w téj ochocie udziału, a obróciwszy smagłą twarzyczkę na gwiazdy, kołysała się w jaskrawéj, uwiązanéj między dwoma drzewami chuście, z któréj zwieszały się ku ziemi jéj śniade, bose nóżki. A kołysząc się tak, śpiewała jak ptak leśny, górując niekiedy przenikliwym głosem nad całą tą orgią piekielną. Była to Ginta, balerina bandy, która nie tańcowała nigdy inaczéj jak za pieniądze, na jarmarku, w rynku. Wprost niéj, nieopodal ogniska, leżał Jur Chmiel, szeroko rozwalony, w baranim kożuchu i juchtowych butach, które mu okrywały nogi, grube jak dębowe kłody. Leżąc, na łokciu się wsparł, w smolny ogień patrzał, fajkę kurzył za fajką, rozmyślał i spluwał. Był to chłop tęgiéj postawy, idący ze starowierów, król okolicznych band cygańskich, prowodyr przemytniczych szajek i złodziei końskich, ze spraw swoich głośny od Połągi aż ku pruskiéj granicy. Siwiejącą już brodę przystrzygał; głos miał ochrypły, basowy, twarz ospowatą nieco, zgruba ciosaną, wielkie czoło, brwi nawisłe, oko siwe, bystre, głęboko schowane pod czaszką.
Nieco daléj siedziała i leżała starszyzna szajki; jedni trochę podchmieleni, drudzy poprostu senni. Czasem słówko jakie lub klątwę rzucił ten i ów, ale mało co zrozumiéć się było można przy owéj tanecznéj ochocie, od któréj aż puszcza głuchła.
Naraz wszczęło się jakieś zamieszanie. Przybywała nowa partya przemytników. Podniósł się pół ciałem Jur Chmiel i ku przybyszom bystry wzrok obrócił. Na wyładowanéj konopiami bryce siedział chłop z obojętną i zbiedzoną twarzą, za nim żyd z workiem przez plecy rzuconym, w którym miał igły, nici, tasiemki; żyd biedny, zaschły, brudny trochę, który od szabasu nie widział gorącéj strawy, a cały majątek w worku z sobą nosił. Wyborną była charakterystyka obu tych ludzi: ot, parobek na moczydło jadący, który podwozi biednego żydka za trzy łokcie tasiemki do fartucha żonie. Uśmiechnął się Jur Chmiel.
— Pochwalony! — rzekł.
— Na wieki wieków! — odpowiedział chłop, ze zwykłą obojętnością Żmudzina.
— A zkąd Pan Bóg prowadzi?
— Od Ejragoły, panie...
— Jakże tam, sucho sprzątnięte?
Chłop poskrobał się w głowę.
— Sucho nie sucho — rzekł, — anośmy deszcz workiem podparli...
I tak się zawiązała ta dziwna rozmowa, którą, dosłownie biorąc, można było uważać za gawędę, prowadzoną po pijanemu, a w któréj przecież przybysze dawali Chmielowi ważne objaśnienia co do przygód swojéj wyprawy i spodziewanych trudności. A tu już rozsypało się taneczne koło; kobiety biegły patrzéć na przywieziony towar, potrącając się wzajem i wyścigając. Ucichła kobza i bęben, i szałamaje ucichły; tylko jeden skrzypek, pod beczką siedzący, grał tak, że rozstąp się ziemio!
Zaczęto zrzucać konopie. Pod niemi leżały powiązane worki, pełne drogich jedwabnych towarów, a każdy worek taki mógł zapłacić sobą koszta całéj Fokusowéj nocy. W miarę jak worki zdejmowano, kładł na nie Jur Chmiel swoje znaki. Naliczono najpierw dziesięć — i odstawiono jeden na stronę. Naliczono drugie dziesięć — i odstawiono znów jeden. Wtedy otworzył Chmiel pierwszy z tych obu i począł wyjmować wzorzyste chustki jedwabne, które po jednéj dawał tłoczącym się ku niemu cygankom. Kobiety całowały go w grubą, wielką rękę, głośno ustami z zachwytu cmokając, i odchodziły już z kłótnią na języku i zawiścią w palących się oczach. Młodsze natychmiast wiązały chustki na głowę, starsze chowały je za pazuchę. Jedna tylko Ginta nie przestawała się kołysać i śpiewać. Stary Jur wybrał tedy najpiękniejszą szmatkę i rzucił ją śpiewającéj dziewczynie. Zerwała się i siadła w hamaku swoim, błyskając gniewnie czarnemi oczyma, a zwinąwszy zapalczywie dar Chmiela, cisnęła mu go w twarz.
— Bogdajeś przepadł! — zawołała — ty i chustka twoja!
Stary Jur w śmiech to obrócił, ale znaczno było, że złość w nim kipiała, bo zacisnął zęby, a oczy mu latały czas jakiś z przykrém migotaniem. Tymczasem przybysze włożyli swoje worki napowrót na brykę, starannie je pokrywając wiązkami konopi, poczém woźnica raz jeszcze napił się wódki, otarł rękawem usta, mieszki z obrokiem koniom na łby wsadził, a sam podszedł do kotła. Zaczęto szumiéć, śmiać się, baraszkować. Tylko Jur Chmiel nie mógł odzyskać humoru. Kładł się na ziemi, wstawał, do ogniska dorzucał smolnych polan, w głownie butem tłukł. Wreszcie wyjął z za pazuchy świstawkę i świsnął. Na ten świst, starsi biesiadnicy ustąpili z placu, a kilku młodych cyganów, dziewięciu, dziesięciu może, ruszyło pędem w las.
— Dawaj tabor!... — huknął za nimi Chmiel.
Zagrały echa od huknięcia tego. Potém dało się słyszéć niespokojne rżenie koni, a w chwilkę jeszcze tymczasowa sala taneczna zmieniła się w jakąś piekielną ujeżdżalnię, gdzie krótkie, urywane okrzyki popisujących się oklep cyganów mięszały się z parskaniem koni i pistoletowemi strzały.
Taki tu bowiem był regulamin, że koń skradziony musiał znać złodziejską mustrę i stawać się wspólnikiem złodzieja; na krzyk ani dbać, na strzał ani drgnąć, tylko pędzić, pędzić, pędzić... Tego się téż uczył tak zwany tabor szajki, z różnych stron świata spędzony, i znał to już nawet widać doskonale.
Ostrzeliwane ze wszystkich stron konie uszami tylko lekko strzygły i rozdymały chrapy. Ale żaden z nich ani na włos nie zmienił chodu, nie stanął dęba, nie szarpnął uzdy. Który z jeźdźców wolę miał, skakał przez ognisko smolne, inni wyścigali się wzajem, klaskając długiemi biczami. Był to widok prawdziwie piękny. Nawet kołysząca się dziewczyna wychyliła kędzierzawą główkę, patrząc na ten ponocny turniej z prawdziwém upodobaniem.
Jedna tylko klaczka białonóżka nie dała się jakoś zażyć. Za każdym strzałem zdzierała uździenicę, rżąc przeraźliwie, i na całą miarę swoję stawała dęba, grożąc upadkiem jeźdźcowi. Dostrzegł to Jur Chmiel i świsnął znowu. Konie stanęły jak wryte.
— Jak dawno w taborze? — spytał krótko chłopaka, który tylko cudem swojéj cygańskiéj zręczności dotąd się grzbietu źrebicy trzymał.
— Od jarmarku w Pokrożeńcach.
— Ze Średnickiego stada?
— Ze Średnickiego...
— Zawsze taka?
— Bies ją wie! Coraz gorsza chyba. We fartuchu chowana, czy co?... — dorzucił chłopak, skrobiąc się po głowie.
Jur Chmiel namarszczył brwi siwe.
— Do mety ją! — krzyknął gniewnie.
Chłopak zeskoczył, chwycił źrebicę za uzdę tuż przy samym pysku i podprowadził ją pod krzywy dąb, który stał nieopodal, z boku nieco...
Stary Jur dobył tymczasem pistolety, opatrzył, podsypał, półkurcze odwiódł i szedł z wyciągniętą ręką do rżącego żałośnie zwierzęcia, które w śmiertelnym jakimś przestrachu rwało się z uzdy, zbierając razem wszystkie cztery nogi, jakby się pod niém ziemia paliła. Chmiel stanął, przymrużył pałające oczy i podniósł pistolet do wysokości ucha źrebicy. Zanim jednak strzał padł, stała się rzecz dziwna. Oto leżąca dotąd w hamaku dziewczyna zerwała się nagle, jako ptak z gałęzi, biegnąc prosto na ogień z rozpostartemi rękami, bosa, w koszuli tylko i kraśnéj u bioder chustce. Jak ptak téż przelatujący mignęła nad ogniskiem smolném i rzuciła śniade rączki na szyję Chmielą, krzycząc przeraźliwie.
— Ojcze Jurze! ojcze Jurze! nie zabijesz tego zwierzęcia! Będę cię codzień całowała, pieściła. Zmiłuj się, ojcze Jurze, nie zabijaj białonóżki mojéj.
A krzycząc tak i drżąc cała, uwiesiła się u szyi starego, obejmując z wielką siłą kark jego bawoli i ledwo palcami śniadych, bosych nóżek ziemi tykając. Chmiel szamotał się zrazu; ale kiedy dziewczyna nie przestawała krzyczéć, przyczepiwszy się do niego jak pijawka, rozśmiał się i rzekł:
— A co, turkawko! Bogdajem przepadł, ja i chustka moja?... Puśćże mnie teraz, bo udusisz...
Mówiąc to, podniósł rękę i, wystrzeliwszy pistolet w górę, chciał pocałować dziewczynę. Ale Ginta już się w bok do białonóżki rzuciła, odwiązała ją, a chwyciwszy się długiéj, jedwabistéj grzywy, skoczyła na grzbiet uratowanéj źrebicy, przyklęknęła na jedno kolano i puściła się w szalony obieg po zaimprowizowanéj arenie, wołając ze śmiechem i łzami nieoschłemi jeszcze:
— Strzelaj teraz, stary grzybie!
Oniemiał Jur.
— Zejdziesz mi zaraz, dyablico! — krzyknął Chmiel gniewnie.
Podniosła się z kolan dziewczyna i, na równe nogi stanąwszy, pędziła jak szalona, daléj i daléj... Wiatr wiewał jéj chustką jaskrawą i zarzuconym w tył włosem, a białonóżka zdawała cię téż wiatrem być, wiatrem, niosącym kwiat dziki, na bagnach zerwany...
Nagle, od strony gościńca rozległo się echo dalekiego strzału. Daleki był, bardzo daleki, a przecież dosłyszeli go wszyscy. Nawet Ginta zatrzymała się w szalonym biegu i szybko skoczyła na trawę. Jeden z cyganów przypadł ku ziemi, ucho do niéj przyłożył i słuchał.
— Od Girnik, z téj strony góry — rzekł. Słuchał znów chwilkę. — Na koniach — dodał.
Zmarszczył się Jur Chmiel i zamyślił nieco, poczém wydał szybkie rozkazy. Wnet tabor w las spędzono, brykę zatoczono w zarośla, rozrzucone ognisko przyduszono ziemią, nabito pistolety i gotowano się do obrony na wszelki przypadek. Jakoż dał się wkrótce słyszéć tętent galopującego co pary jeźdźca, a w chwilkę potém blady, zakurzony, bez czapki, z roztarganą na piersiach koszulą i jakimś dzikim ogniem w czarnych oczach, ukazał się... Julek Rożnowski. Pod nim biały od piany, przedziwnego składu koń, który, nagle uzdą targnięty, w ziemię się wparł szeroko, chwytając powietrze krwawemi chrapami. Chłopak zeskoczył, oczyma szukając Chmiela. Ręce mu czegoś drżały, uśmiechał się i zagryzał wargi. Na delikatne jego, wpół dziecinne skronie wystąpiły dwie drobne, czerwonawe plamy. Biesiadnicy przypatrywali się ciekawie to wierzchowcowi, to pięknemu chłopcu, a najciekawiéj wodziła za nim oczyma Ginta, stojąca w koszuli swojéj u przygasłego ogniska.
Chmiel téż rad był wielce; konia kazał trawą wytrzéć i zwolna wodzić przed sobą, chłopca po ramieniu klepał i czekał, aż tchu chwyci, a zacznie opowieść swoję. Tymczasem znowu padł strzał; tym razem bliżéj nieco...
— Gonią... — szepnął Julek.
— A gonią! — odrzekł Jur.
— Gdyby tak... trafili... — mówił urywanym głosem zmęczony jeszcze chłopiec.
— A zkąd? — spytał nagle Chmiel.
— Z Lidowian.
— Z Lidowian? Źle! — krzyknął Chmiel, trzasnąwszy w grube palce. — Mają po drodze Kirkiliszki i Szwaby. Widzieli ciebie?
Chłopak rzucił ramionami.
— Wiatr w polu widzieli! — rzekł.
— Którędyżeś jechał?...
— Do błot, Wiewirzańskim szlakiem... potém na Dratwiński las...
— Źle! źle! — mruczał Chmiel, marszcząc się coraz groźniéj. — Wiewirzańskim szlakiem po piętach cię dojadą. Na Dratwinach siedzi gajowy z komisarskiéj sfory... gotowa bieda! Jakżeś jechał potém?
— Albo ja wiem! przez las, przez bagna... Strzelali już!
— Złodzieje!... — rzekł Chmiel z akcentem głębokiéj wzgardy w głosie. Myślał chwilę, potém dodał: — Nie miarkujesz, wielu ich było?
— Nie było wielu!... Dwa czy trzy razy we trzech strzelali, potém we dwóch... potém jużem nie słyszał nic, tylko mi wiatr koło głowy chodził...
Wstrząsnął się chłopak, było mu czegoś zimno...
— Chcesz wódki? — spytał Chmiel.
— Chcę wódki... — powtórzył Julek machinalnie.
Stary odwrócił się.
— Ginta! — zawołał — przynieś-no tu...
Nie domówił jeszcze, kiedy w dwóch miejscach dano strzał po strzale, razem prawie. Widocznie nawoływano się w puszczy. Cyganie spojrzeli po sobie...
— Cóż to!... — krzyknął zapalczywie Chmiel. — Chcą nas tu wziąć obławą, jak wilków? Hola! dorzucić ognia! Poświecim ichmościom.
I już się sam po drwa schylał, kiedy nagle, oślepiając mu oczy kłębem dymu, zerwał się świszczący, przeraźliwy wicher, od którego puszcza zatrzeszczała w sobie, jakby w korzeniach ruszona. Grzmot się ozwał daleki, przeciągły zrazu, potém coraz bliższy, coraz gwałtowniejszy, krótszy...
Powietrze ściemniało jak smoła, a taki huk i szum począł borem iść, jakby się świat walił. Gięły się stare dęby, skrzypiąc przeraźliwie, garście liści i piasku w powietrzu się kręciły tumanem, a trzaskawica rosła z niesłychaną siłą. Do łomotu burzy mięszało się przenikliwe rżenie koni i wycie wilków ochrypłe, przeciągłe...
Oddalające się strzały padły raz jeszcze, poczém wszystko ucichło. A w ciszy téj można było dosłyszéć zapamiętałe granie siedzącego pod beczką skrzypka, o którym wszyscy dawno zapomnieli. Nagle puścił się deszcz ulewny, pioruny poczęły gęsto bić, puszcza stanęła w ogniu. Skupiono się w gromadki; wystraszone kobiety chowały głowy pod fartuchy, pod brykę, przysiadłszy skulone na ziemi... Deszcz lał, jakby się chmura zerwała, grom padał za gromem, czerwone błyskawice latały w powietrzu jak węże, a w przerazliwém ich świetle widać było żegnającego się pobożnie Julka i małą cygankę, przytuloną do ramienia jego. Dwoje dzieci, dwoje sierot zgubionych wśród burzy i nocy.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Burza ta wszakże, jakby zawołana, przychodziła na ratunek zagrożonéj szajce. Teraz można było być pewnym, że się nikt nie waży wejść w głąb' puszczy, przez wezbrane deszczem trzęsawiska, w pośród łomotu walących się drzew i gałęzi.

Jur Chmiel przecież ciągle zdawał się być niespokojnym. Zaledwie téż cokolwiek w powietrzu ucichło, tak, że się dosłyszéć było można, podszedł do Julka i potrącił go. Chłopak drgnął — myśli jego były teraz daleko ztąd; przecież na dotknięcie Chmiela zbudził się i słuchał.
— Uważaj sobie, chłopcze, co ci powiem — mówił Chmiel. — Po strzałach miarkuję, że ta psiarnia poszła na Kirkiliszki, a może i na Szwaby. Puchalec ma tam dziś ze stadem ściągać... Spotkają go, jak Bóg w niebie. — Oparł ciężko rękę na ramieniu chłopca i mówił daléj: — Trzeba go uprzedzić, zatrzymać... Przez błota możnaby jeszcze. Ty świeży, nie znają ciebie. Masz serce jechać?
— Cobym nie miał miéć? — odrzucił z fantazyą chłopak.
— Białonóżkę weź — szepnęła Ginta.
— Pojedziesz tedy przez Truchlińskie bagno.
— Pojadę na białonóżce — przerwał Julek.
— Przez Truchlińskie bagno jadąc, miej się ciągle w prawo, w prawo, aż do Poręby... Porębę ominiesz, i w las... potém, najgorzéj potém, bo trzeba przez pastwiska miejskie...
Julek machnął ręką.
— Ojej! wielka rzecz! Jeszcze ciemno będzie!
Chmiel podniósł głowę, spojrzał w lewo, spojrzał w prawo, wiatru nosem pociągnął, a że deszcz ustawał nieco, zwrócił się do chłopca i rzekł:
— Na Szwaby musisz zdążyć przede dniem jeszcze. Puchalec niech mi się pchnie co pary na Kurtowski młyn. Ja tam będę. Ty albo z nim, albo mu rzucaj konia, a sam się przytaj gdzie, choć do nocy...
Umilkł — i myślał, coby mu zalecić jeszcze. Tymczasem Ginta trzymała już białonóżkę, podając chłopcu drugą ręką kawał dery, z Chmielowego legowiska ściągniętéj. Burza cichła. Dalekie grzmoty rozlegały się głucho po lesie. Szerokie błyskawice zrzadka zapalały niebo. Julek skoczył na konia.
— Niech się prowadzą Giejsztowym szlakiem — dodał jeszcze Chmiel. — Byle z oczu...

Chłopak z miejsca zaraz ruszył tęgim, wyciągniętym kłusem; a kiedy już był daleko, stary, złożywszy ręce przy ustach, huknął za nim: „Puszczaj!...”





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Konopnicka.