Widmo sakurskie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Widmo sakurskie
Pochodzenie Z fali na falę
Data wydania 1931
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Bibljoteka Polska“
Druk Zakłady Graficzne „Bibljoteka Polska“ w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
WIDMO SAKURSKIE


Cztery miesiące upłynęło od bitwy nad Jalu.
Cztery miesiące armja Kurokiego przesączała się z wielkim mozołem przez niesłychanie górzystą, dziką i bezludną krainę, aby, zatoczywszy ogromne półkole, odciąć od północy i wschodu odwrót armji rosyjskiej.
Cztery miesiące nieustannych walk o każdą przełęcz, każdy wąwóz, każdą dolinę i rzeczną przeprawę…
Cztery miesiące niedospanych nocy… Cztery miesiące uciążliwych marszów w spiekotę, w ulewy, w zimne górskie wichury, często na połowie racji. Cztery miesiące noclegów w błocie, lub na twardej opoce…
Ale gorsze, niż to wszystko były bezczynne wyczekiwania rozkazów na zajętych pozycjaech, w okopach lub poprostu w ukryciu za rumowiskami skał.
Linja ogromnej armji, rozciągnięta na dziesiątki kilometrów, posłuszna żelaznej woli wodza, posuwała się niezmiernie prawidłowo, niby skrzydło olbrzymiego, żywego niewodu wśród skamieniałych fal ziemi.
Nareszcie armja, bijąc się nieustannie, stanęła nad rzeką Tajdzy-che i żołnierze, po raz pierwszy od tylu dni, dostrzegli przed sobą z wyżyn rozległą równinę.
Gęsty, kędzierzawy las prosa „gaoljanu“, wyższego od konnego żołnierza, pokrywał dno doliny; z pośród niego wyglądały, tu i tam, szare plamy wiosek; srebrna wstęga rzeki oramiała dolinę od południa, a poza nią mgliły się półkolem odnogi tylko co przebytych gór. Na zachodzie, między cyplami tych gór, widniała wielka szczerba, poprzez którą oko uciekało w nieskończoną dal równiny i opierało się o błękit nieboskłonu.
Chciwe oczy wodzów i żołnierzy natychmiast odszukały tam ciemną, wydłużoną linję nasypów kolei żelaznej… Widzieli, jak pociąg za pociągiem odchodził tam, w białych obłokach pary, na północ, na północ…
— Uchodzą!… Uchodzą!… Uciekają!…
I tysiące serc zadrżało z niepewności i rozpaczy, że to może jeszcze nie być koniec, że trzeba będzie raz jeszcze zarzucić sieć wojsk w góry i raz jeszcze odrobić katuszę zaledwie przebytych męczarni!
Lecz od rosyjskiej kolei oddzielała Japończyków bystra rzeka, zarośla gaoljanu oraz małe wzgórze, zamykające szczerbę wyjścia z doliny które zarówno żołnierze jak i oficerowie przezwali dla kształtu zgodnie „Babą ryżową“ — „Mandżujama“. Ta niepozorna górka pocięta była zdradliwemi linjami gęstych okopów i chociaż sama milczała, zato z obu stron i z poza jej grzbietu buchały strzały armatnie, rzucając raz wraz wywiadowcze pociski na pola gaoljanu oraz góry zarzeczne.
W nocy przez Tajdzy-che został przerzucony most pontonowy, a o świcie znaczna część armji japońskiej rozpostarła się na dolinie szerokim wachlarzem.
Artylerja obu stron zaczęła grać swój koncert piorunowy. Ponieważ jednak koncert ten grano po całych dniach już od czterech miesięcy, ludzie oswoili się z nim zupełnie i brygada Okasaki, której polecono zająć „Babę ryżową“, spokojnie zanurzyła się w morze gaoljanu.
Dobrze znana wieśniakom japońskim rodzima roślina zakryła ich zielonym obłokiem. Pierwsze roty bataljonów szły w tyraljerskim łańcuchu, a poza niemi w odpowiednich odstępach kolumny rezerw.
Szli cicho, jak stado tygrysów, przedzierających się ku zdobyczy przez zarośla trzcinowe.
Mimo to Rosjanie dostrzegli nieprzyjaciela i białe dymy szrapneli zaczęły gęsto pękać przed brygadą.
Ruch oddziału został wstrzymany; żołnierzom kazano pokłaść się na ziemi i posilić.
Byli to po większej części tędzy, rośli górale z Sendaju, którzy najmniej może z całego wojska odczuli trudy tego niezmiernie wyczerpującego pochodu.
To też, gdy wypoczynek nadspodziewanie się przedłużał, w szeregach wszczęły się niespokojne szepty:
— Artylerję… pewnie sprowadzają artylerję… Widzieliście, jak cała góra bielała od rosyjskich okopów!…
— Ba, i na sąsiednich wzgórzach mają reduty… Ciepło będzie tam zbliska pod krzyżowym ogniem…
— Nie będzie już gorzej, jak pod Mon-tielinem!…
— A może każą nam czekać tu do samej nocy?…
— Ech, zamiast źle wróżyć, opowiedziałbyś co, Cinzo!
Cinzo w ojczyźnie trudnił się profesją ulicznego opowiadacza i obecnie nieraz swą sztuką skracał towarzyszom przykre chwile oczekiwania.
Żołnierze obsiedli go bliżej; inni położyli się nawznak i, podłożywszy pod głowy tornistry, patrzyli na przesiany słońcem błękit nieba, przeglądający, jak wody niezgłębionego oceanu, między ciemnemi kitami i długiemi zielonemi lokami liści gaoljanu.
— Opowiedz nam… opowiedz… — namyślali się żołnierze.
— O widmie z Sakura!… — podpowiedział jeden.
— Tak, tak!… O widmie z Sakura!…
…„Jakże słusznem jest zdanie Konfucjusza, że dobrotliwe rządy wiodą do pokoju, a nieprawne stwarzają zamieszania i bunty…“ — zaczął Cinzo głosem zawodowego gadacza.
I popłynęły wyrazy toczone, jak perły…
…„Wieś cicha, starodawna wieś japońska zarysowała się wśród zielonego tumanu okalającej słuchaczów gęstwiny. Oto Hotta Kaga no Kami — sławny, rycerski władca zamku Sakurskiego umiera… Oto jego godności i leny odziedzicza niegodny syn Kotsuke no Suke Mazanobu — książę okrutny, chciwy i rozrzutny zarazem… Mieszka on w Jedo, traci ogromne sumy na utrzymanie pysznego dworu, na śpiewaczki, na rozkosze, na kosztowne dzieła sztuki… Aby pokryć swe wydatki, zwiększa niepomiernie czynsz poddanych chłopów… Aż oto zrujnowani do szczętu wieśniacy zwołują wiec z 36 wsi i wysyłają swych wójtów całym tłumem do pałacu samego księcia do Jedo, aby prosić go osobiście o zmiłowanie… Występuje Sogoro — człowiek poważny, spokojny, rozsądny — radzi im dobrze zastanowić się nad tym krokiem, wykazując wątpliwe tego skutki…
Mimo to wieśniacy trwają w zamiarze udania się do księcia… Ubrani w płaszcze słomiane i grzybowate kapelusze, z bambusowemi posochami w ręku, zjawiają się chłopscy wysłańcy przed pałacem księcia, ale drzwi zamykają się przed nimi. Do księcia nie dopuszczają ich, a żaden z urzędników nie chce nawet przyjąć od nich prośby. Wracają z niczem. Wtedy Sogoro radzi im napisać prośbę do „Horodziu“ — najwyższej Rady Szioguna. Choć sam nie przewiduje z tego wielkiego skutku, ale radzi wyczerpać wszystkie środki i sam gotuje się do drogi do Jedo, żegna z żoną i dziećmi, pewny, że zapłaci za śmiałość życiem:
„Oddam swe ciało, aby ulżyć doli całego kraju!… Więc, skoro zginę, nie smućcie się, nie opłakujcie mię!…“ mówi im…
Prośbę z wielką czcią wręczono księciu Kuze Jamato no Kami. Cieszą się chłopi, pewni wygranej. Jeden Sogoro nie łudzi się. Istotnie po niejakim czasie, wezwany do pałacu Kuze Jamato no Kami, zostaje zgromiony przez radców w imieniu księcia, jako przywódca buntowników, i prośba zostaje mu zwrócona bez żadnej odpowiedzi…
Nie została nawet przedstawioną radzie, w której zasiada przecie i Kotsuke no Suke… Sogoro poucza naówczas ziomków, że należy iść jeszcze dalej, już do samego końca, zwrócić się do Szioguna — „Pana naszych Panów“!…
Włościanie poruczają to jemu. Sogoro się zgadza. I oto, ze zwitkiem zapisanego papieru w ręku, czatuje pod mostem Sammajeskim u czarnych wrót parku Ueno na orszak Szioguna Jemitsu… Oto wyskakuje z ukrycia w wieśniaczej odzieży słomianej, z długim bambusem, na którego końcu zatknął biały zwitek prośby…
— Precz!… Bierzcie tego chłopa!… — krzyczą zmieszani dworacy.
Konwój rzuca się na Sorogo, ale on zdąża wetknąć do lektyki władcy prośbę i dopiero, skoro ta została przyjętą, pozwala się uprowadzić!…
Mściwy Kotsuke no Suke otrzymawszy od Szioguna prośbę swych poddanych, robi wymówki swoim urzędnikom, że dopuścili do takiego dlań wstydu, i z żalem postanawia pod naciskiem wyższej władzy zmniejszyć czynsze do dawnych rozmiarów. Żąda wszakże jednocześnie wydania Sogora swym sądom książęcym.
— On powinien być ukrzyżowany dla przykładu i postrachu innych chłopów!… I nietylko on, ale również jego żona i dzieci!… A majątek ich ma zostać skonfiskowany!… Pozostałych sześciu wójtów niech wygnają z mych dóbr!… Na teraz będzie pewnie tego dosyć!… — mówił rozgniewany książę!
— Jaśnie oświecony Panie!… — odpowiedział radca Kodzima Sikibu, padając na twarz. — Zamiary Wasze są zupełnie zgodne z prawem i sprawiedliwe. Sogoro rzeczywiście zasługuje na surową karę za swe oburzające przestępstwo. Mam zaszczyt wszakże zwrócić uniżenie uwagę Waszej Jasności, że żonę i dzieci niepodobna uważać za winnych narówni z nim. Dlatego błagam Waszą Jasność o ulitowanie się łaskawie nad niemi i uwolnienie ich od kary tak surowej!
— Tam, gdzie grzech ojca jest wielki, żona i dzieci nie mogą być oszczędzane!… — odpowiedział twardo Kotsuke no Suke.
Sogoro, wydany księciu przez rządy stołeczne, zostaje sprowadzony do zamku Sakurskiego jako złoczyńca, w czarnych noszach, owiniętych sieciami. Staje przed sądem księcia wraz ze 136 wójtami wsi, podpisanych na prośbie. Zapada wyrok: „Sogoro, za to, że samowolnie przyjął przywództwo nad włościanami, że ośmielił się, omijając własnych panów, zwrócić się wprost do Szioguna, że obraził w ten sposób swego księcia, że podał prośbę do Horodziu, za to wreszcie, że należał do spisku, poniesie śmierć przez ukrzyżowanie wraz z żoną, a dzieci ich: trzynastoletni Hennosuke, dziesięcioletni Socheji oraz siedmioletni Kichaci, zostaną skazani na ścięcie. Sześciu wójtów, którzy towarzyszyli Sogoro do Jedo, mają udać się na wygnanie do miasteczka Osima w prowincji Idzu“.
Innym książę łaskawie przebaczył, a czynsze w całym dajmijacie zmniejszył do dawnych rozmiarów.
Sogoro wysłuchał wyroku spokojnie, a wiadomość o ulżeniu nieznośnego ciężaru ludności sprawiła mu wielką radość. Włościanie jednak, ani mężczyźni, ani kobiety nie cieszyli się z tego. Po długich naradach zwołali wiec w świątyni Fukusoin pod przewodnictwem Zembei, wójta z Sakato; na wiecu postanowili, nie zważając na grożące im kary, podać nową prośbę do księcia o ułaskawienie chociażby żony i dzieci nieszczęśliwego Sogoro. Ale radca Ikeura Kocuje wytłumaczył im, że prośba nie może być przedstawioną księciu, gdyż już duchowieństwo z świątyni jego przodków prosiło go o to, a odmówił im z wielkiem rozdrażnieniem.
Trzech najprzedniejszych wójtów i przyjaciół skazańca z żałości, z bezsilnej boleści i wstydu ogoliło głowy i wstąpiło w dzień kaźni do klasztoru, a o ciała straceńców upomnieli się księża z świątyni Tokodzi.
W Ewaradai był zbudowany pomost dla egzekucji.
Rano o „godzinie węża“[1] jedenastego dnia drugiego miesiąca mieszkańcy wsi okolicznych i podzamcza, starzy i młodzi, kobiety i mężczyźni, dzieci i zgrzybiali staruszkowie zebrali się w wielkiej ilości, aby powiedzieć ofiarom ostatnie „żegnaj“!
Skazańcy, skrępowani powrozami, zostali posadzeni na lichych matach na wzniesieniu. Sogoro i żona zamknęli oczy, gdyż widok był zbyt okropny. Obecni płakali i krzyczeli:
— Okrutnie!… Bezlitośnie!…
Wyjmowali z rękawów łakocie i rzucali dzieciom. W południe Sogoro i żona zostali przywiązani do krzyżów, które następnie wkopano w ziemię. Poczem wprowadzono na szafot przed oczy rodziców starszego Hennosuke. Sogoro zapłakał, wołając:
— Okrutnicy, okrutnicy!… Wszystko mi jedno, co robicie ze mną, ale dziecko!… Co zawiniło wam dziecko!?
Widzowie zakryli oczy rękami i głośno modlili się, nawet sam kat wyrażał przez cichą modlitwę swe współczucie.
Wtedy Hennosuke, który cały czas nie otwierał oczów, zawołał do rodziców:
— O, mój ojcze i matko moja! Idę przed wami do raju, w szczęśliwą krainę, gdzie będę was oczekiwał. Wraz z młodszymi braćmi będziemy wyglądali was na brzegu rzeki Sandcu; wyciągniemy do was ręce i pomożemy przebyć ją!… Żegnajcie wszyscy, co przyszliście być świadkami naszego zgonu!… A teraz, proszę, zetnijcie mi już głowę!
I wyciągnął szyjkę, szepcąc modlitwę. Żałosny jęk wyrwał się z piersi rodziców i widzów, gdy kat, choć wzruszony, ale posłuszny swemu obowiązkowi, uderzył chłopczyka mieczem.
Drugi syn Sogoro powiedział do kata:
— Łaskawy panie, prawe ramię mnie boli, a więc proszę cię, odrąb mi głowę z lewej strony, aby nie urazić mię… Bo nie wiem jak trzeba umierać… Nie robiłem tego nigdy jeszcze!..
— Kat zalał się łzami, mimo to głowa upadła szybciej, niż woda zdoła wsiąknąć w suchy piasek.
Najmniejszy Kichaci zginął z ustami pełnemi łakoci, rzuconych mu przed chwilą przez widzów. Gdy wśród powszechnych jęków uniesiono ciała dzieci, zbliżył się do małżonków Sogoro „eta“ Sigajemon, któremu polecono przebić ich dzidą, zgodnie z wyrokiem. Spostrzegłszy go, O-Man, żona Sogoro, zawołała:
— Mężu mój, pamiętaj, żeś od początku ostrzegał mnie o możliwości takiego końca! Ale co z tego, że ciała nasze zostały sromotnie ukrzyżowane!? Nie smućmy się, gdyż bogowie są z nami! Spotkajmy śmierć mężnie i spokojnie!… Oddajmy życie nasze radośnie za szczęście wielu!… Wiek człowieka jest krótki, ale imię jego żyje wieki i jest nieśmiertelne!… Należy więc je cenić więcej niż życie!
Wtedy Sogoro uśmiechnął się i odpowiedział:
— Dobrze mówisz, żono! Cóż z tego, że ukarano nas za wszystkich! Nasze starania powiodły się!… Niczego więcej nie życzyłem sobie!… Jestem szczęśliwy, gdyż pragnienie mego serca spełniło się! Zmiany i niepowodzenia losu są nieobliczalne… Ale gdybym nawet miał pięćset żyć, ofiarowałbym je, byle usunąć głód, nędzę i grzech od tylu ludzi…
Gdy tak mówił, oficer, przewodniczący egzekucji, dał znak „eta“ Sigajemonowi i ten zbliżył się do ukrzyżowanego ze swoją dzidą…“
Zbici w kupę żołnierze nie spuszczali oczu z opowiadacza. Każdy z nich znał doskonale tę okropną opowieść, mimo to serca ich biły boleśnie i wzniośle, jak boleśnie i wzniośle biły serca tysięcy słuchaczy w ciągu dwustu pięćdziesięciu lat krążenia tej historji wśród tłumów Japonji.
Cinzo podwyższał urok opowiadania wyrazistą mimiką i modulacjami swego ślicznego głosu.
Nagle zbliska, tuż prawie za nimi, potężny huk wstrząsnął ziemią i powietrzem.
— Artylerja!… Nasze armaty!…
Wielu z żołnierzy zerwało się na nogi, inni na klęczkach chwytali złożoną obok broń lub poprawiali na sobie gorączkowo rynsztunek.
Wkrótce na froncie przed nimi załoskotał huragan strzałów karabinowych i zjadliwy zapach bezdymnego prochu powiał przez zarośla.
Kolumna ruszyła naprzód. Coraz częściej z białych, pękających w błękitach nieba dymów spadał na kolumnę żelazny, morderczy grad i kule, gwiżdżąc żałośnie, tłukły się wśród wysokich badyli gaoljanu. Przedzierali się przez nie w milczeniu, zaciąwszy zęby, nie odpowiadając strzałami wrogowi, choć co chwila rozdzierające jęki bólu lub śmierci wylatały to tu, to tam, z ust niewidzialnych ofiar. Aż zaczęła gęstwina blado przeświecać. Spostrzegli czarne postacie towarzyszy, przytulonych do ziemi, z wyciągniętemi przed sobą karabinami, z których co mgnienie oka błyskały strzały… Nieznośny, świdrujący łoskot kanonady, jak trzaskanie olbrzymiego, żelaznego bicza, przelewał się tuż nisko ponad ziemią, porywał się wgórę przejmującem echem, bił w niebiosa i w dalekie góry…
Sygnał kazał im się niezwłocznie położyć.
Byli na skraju śmiertelnego pola.
Nagie, usypane grubym piargem, było ono szare jak oblicze trupa. W wielu miejscach czerniały na nim plamy rzuconych bezładnie ciał w ciemnych japońskich mundurach. Poza tem było zupełnie puste, nieme, opuszczone. Od czasu do czasu pojawiał się nad niem, w różowych od zorzy wieczornej błękitach, gołębi obłoczek szrapnela, rozpościerał swe białe skrzydła i pluł żelazem na te kamienie i trupy. Czasem potworny fugas spadał z wysokości, pękał z łoskotem i wyrzucał wysoko wytrysk czarnego dymu, śmiercionośnych czerepów, piachu i głazów… Ale najstraszliwszy był niewidzialny, a wciąż lecący nad tem polem rój kul karabinowych. Płynął niby niewidzialna, ruchoma rzeka śmierci, świegocąca cienko i zgryźliwie. Jednocześnie cały stożek „Baby ryżowej“, czarno rysujący się na złotem tle zachodzącego za nią słońca, lśnił się od zygzakowatych błyskawic rotowego ognia.
Strzelcy japońscy odpowiadali o wiele powściągliwiej i napozór chaotyczniej. Jedynie ich artylerja ryczała coraz głośniej zoddala, i biła w okopy coraz natarczywiej, jakby siląc się wyzyskać resztki uciekającego dnia. Pękające jej pociski błyskały na tle ognistego nieba, jak skry na stygnącej lawie.
Szybka, ciemna noc przykryła nareszcie swym czarnym kielichem walczących. Umilkły działa, ucichły strzały karabinowe, łagodnie zamigały w niebiosach gwiazdy.
Ukrytym w gaoljanie pułkom kazano się posilić i zdrzemnąć. Choć jednak żołnierze już dwie prawie noce nie spali, nikt oka nie zmrużył. Posłuszni rozkazowi, leżeli w milczeniu, bez ruchu, ale powszechne wzburzenie udzielało się wszystkim i podtrzymywało nieuchwytnemi drogami — westchnieniami, kasłaniem, nieznacznemi ruchami ramion, rąk, nóg, błyskaniem oczów we zmroku.
Gdy ciemność stała się atramentową, padły ciche, czekane niecierpliwie rozkazy i kolumny japońskie powstały zgodnie, jak gromady upiorów.
Bezdźwięcznie, nie trącając o nic, nie brzęcząc niczem skradały się przodem łańcuchy tyraljerów, a za niemi w znanym szyku ławice rezerw.
Martwa cisza panowała tymczasem w znękanych rosyjskich okopach.
Japończycy byli już u stóp góry i widzieli miejscami na szańcach blade twarze straży i bagnety, słabo połyskujące w zielonawej poświacie księżyca. Właśnie wschodził i z ukrycia, z poza sąsiednich gór, mglił gwiaździsty nieboskłon… Gdy fosforyczne jego promienie oświeciły nareszcie straszne pole kamienne z kupami trupów, gdy w martwej miesięcznej zorzy zamajaczył widmowo szczyt „Baby ryżowej“, osiwiały w bojach pułkownik, Baba, rzucił się na reduty rosyjskie z okrzykiem „banzaj“!
— Banzaj!… Banzaj!… — odpowiedziały im dalekie okrzyki wojsk, atakujących górę od strony przeciwnej.
Z obozu Rosjan odezwały się grzmiące strzały i niemniej groźne okrzyki: hurra!
Gdy walczący zwarli się w ciemnościach, po całej górze zaszamotał się niby wielki skłębiony wąż, niby tajemniczy smok wschodni, błyskając coraz, jak kłami, ogniami rzadkich strzałów, dawanych wprost zbliska w twarze i tułowia.
Wreszcie Rosjanie zostali zepchnięci nadół.
Ale nie minęło kwadransa, gdy znowu pojawili się we wzmożonej sile. Ukryci w zdobytych okopach, Japończycy widzieli w blasku księżyca zwarte ich szeregi, ciężkie, wielkie, pędzące ku nim z nastawionemi bagnetami, jak stado rozjuszonych byków…
Wojska zwarły się bez strzałów i znowu zakotłował się na stromych skłonach czarny, długi, smoczy kłąb ludzkich ciał. Tupot nóg, chrzęst uderzającej broni, ciężkie oddechy tysiąca spartych piersi, okrzyki zgrozy, rozpaczy, wściekłości i bólu zaszumiały nad polem walki, niby posępna pieśń wojny…
Lecz rychło przybyły rezerwy japońskie i zastępy rosyjskie, ślizgając się po okrwawionych zboczach, potoczyły się wraz z swemi trupami nadół.
Nie odbiegli jednak i stu kroków, jak znowu sformowali się w bojowym szyku i, korzystając z ciemnego cienia, rzucanego na ich placówkę przez szczyt góry, ukryli się za głazami, skąd wszczęli niezwłocznie morderczy ogień. Japończycy, przywarłszy płasko do ziemi, starali się im odpowiadać, lecz nie mogli tego czynić, nie wychylając się z za okopów, gdyż Rosjanie byli zbyt blisko… Mężnie więc, wynurzywszy się do połowy z płytkich rowów, prażyli kulami naoślep.
Płynący nisko księżyc skrył się ponownie za spotkany grzbiet góry i pole bitwy oświetlały jedynie krótkie, częste błyskania strzałów… Zdołu dolatywała muzyka i śpiew pułków rosyjskich, śpieszących na pomoc towarzyszom… Japończycy wyczerpali już swoje rezerwy…
Nadeszła chwila stanowcza. Już zabrzmiał rozkaz pułkownika Baby, aby jego oddział uderzył, nie zwlekając, na bagnety i zniszczył przednią kolumnę rosyjską, zanim zostanie wzmocniona, gdy nagły, oślepiający blask zapłonął tuż przed japońskiemi okopami. Były to gorejące kule magnezjowe, rzucone przez kilku śmiałków rosyjskich, którzy podkradli się nieznacznie i teraz uchodzili zupełnie bezkarnie w oczach osłupiałego nieprzyjaciela.
Za chwilę znikli, jak widma, w głębokich, nieprzeniknionych ciemnościach, z których nagle zionęła wichura ołowiu na stojące w jasnem świetle szeregi japońskie…
Śmierć chlasnęła swym biczem po sercach ludzkich i czego nie zabiła, to padło samo przerażone, kryjąc się we wklęsłościach ziemi. Poniżeni i zawstydzeni, nie mogli nawet odpowiadać strzałami na strzały, gdyż z tej odległości każda wychylająca się głowa zostawała natychmiast trafiana przez strzelców rosyjskich. Umilkły wojownicze okrzyki, nawet ranni wstrzymali swe jęki i przez trzask strzałów, przez świst lecących kul, przez cmokania pocisków o ziemię, kości i ciała ludzkie wyraźnie przebijały się jeno dźwięki wciąż zbliżającej się muzyki rosyjskiej odsieczy.
Wtem na okopy, na deszcz śmierci, na białą płachtę nieznośnej jasności, wybiegła ciemna postać żołnierza.
— Cinzo, Sendaj z Joszioka! Teikoku Banzaj!… — krzyknął dźwięczny głos.
I natychmiast jedna z płonących, kulistych pochodni zgasła, przyduszona upadłem nań ciałem człowieka.
— Teikoku Banzaj! — zagrzmiały niezliczone głosy, podniosły się straszne szeregi i, gasząc krwią własną ogień zdradziecki, spadły jak lawina na ukrytych w ciemnościach przeciwników.
I znowu poprzez huk palnej broni zadrgał w powietrzu przeciągły, zmieszany dwugłos walki i śmierci…
Nad ranem, na wierzchołku „Baby ryżowej“, opłyniętej krwią, usłanej pokotem trupów, powiewała biała chorągiew ze Wschodzącem Słońcem.
Przy huku dział, ostrzeliwających pozycję ze wszech stron, chowali towarzysze ze szczególną czcią ciało ulicznego opowiadacza Cinzo.
Niewielu zostało z jego rannych słuchaczy, ale „człowiek przemija, jako mgła, a jego czyn trwa, jako opoka!…“




Przypisy

  1. 10 godzina rano.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.