<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Za chińskim murem
Wydawca Feliks Gadomski
Data wyd. 1924
Druk Drukarnia Techniczna
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Henryk Malecki z pomocą Chińczyka-boy‘a hotelowego rozpakowywał swoje walizki i wspaniały „travel-trunk“. Nareszcie skończył i odesłał boy‘a. Po kąpieli przebrał się w smoking, aby iść do restauracji na obiad, gdy nagle uczuł dobrze mu znany dreszcz; przeszył całą jego istotę i znikł, pozostawiwszy po sobie jakieś przykre odrętwienie. Malecki pośpiesznie otworzył małą szkatułkę, wyjął z niej pudełeczko i zażył kilka pigułek. Położył się i czekał. Odrętwienie i jakiś lęk znikały powoli. Szczęśliwy uśmiech rozchylił blade usta leżącego. Malecki już chciał się podnieść, gdy nagle zbladł śmiertelnie, a zęby zaczęły mu szczękać. Dreszcze wstrząsały nim, a nieznośne gorąco paliło mu czoło i oczy. Poruszył się i usiłował wstać, lecz atak febry, tej klęski niektórych miejscowości Japonji, obalił go, wstrząsnął kilka razy i zrzucił z sofy na czerwony miękki kobierzec. Malecki jęczał, rzęził i dzwonił zębami, nareszcie, obezwładniony rozszalałą gorączką, zemdlał. Leżał na boku, z szeroko rozwartemi, przerażonemi oczami, kurczowo ściśniętemi szczękami i rękami bezwładnemi, podrzucanemi co chwila dreszczami. Twarz chorego nabiegła krwią, chociaż z ust bladość nie ustępowała; oczy błyszczały niezdrowym zielonym blaskiem. Zapukano do drzwi... Raz i drugi... Chory nie odzywał się, — nie słyszał, czy nie był w stanie wydać głosu przez zaciśnięte zęby. Po chwili drzwi się otworzyły i na progu stanęła biała postać kobiety. Była w wieczorowym stroju, odsłaniającym wspaniałe ramiona i bujną pierś. Na pięknej szyi połyskiwał sznur brylantów, tonąc z tyłu w czarnych loczkach, nisko na kark opuszczonych.
— Enrico! — zawołała....
— Enrico! — powtórzyła, — czy już skończyłeś tualetę? Można wejść?
Nikt nie odpowiedział.
Wtedy skierowała się do drugiego pokoju i, gdy podeszła do drzwi, spostrzegła leżącego na ziemi. Z krzykiem jakiejś dzikiej radości, rzuciła się do niego, objęła go wpół, i z nadzwyczajną siłą dźwignęła do góry i złożyła na sofie. Poprawiwszy mu głowę i nogi, spojrzała na chorego przejmującym wzrokiem i szybko wyszła z pokoju.
Powróciła niebawem — niosąc mały srebrny japoński flakonik. Nalała jakiegoś płynu do szklanki, dodała wody i podeszła do chorego. Ostry, przejmujący aromat piżma rozszedł się po pokoju. Zaczęła wlewać do ust zemdlonemu płyn — kropla po kropli....
Gdy szklanka została opróżniona, hrabina podeszła do lustra, zdjęła kolję, pierścionki i bransolety, rozpuściła włosy i usiadła na sofie w nogach Maleckiego, wpatrując się w jego skamieniałą twarz. Słabe światło palącej się na tualecie lampki padało na nią. Krucze, faliste włosy otoczyły czarnym obłokiem bladą, piękną twarz z pałającemi oczami i szkarłatnemi, jak kwiat maku, ustami. Cienkie, namiętne nozdrza poruszały się gwałtownie, pierś falowała, a palce rąk splotły się prawie kurczowo. Jednak w wyrazie twarzy siedzącej kobiety nie było ani litości, ani niepokoju. Było niecierpliwe oczekiwanie, a trwało długo, ponieważ Malecki nie odzyskiwał przytomności. Po ataku nastąpił stan wyczerpania. Leżał z mocno zaciśniętemi ustami i zamkniętemi oczyma. Nareszcie zaczął oddychać spokojnie, a twarz mu blednąc zaczęła. Spał. Wtedy hrabina podniosła się i opuściła na kolana. Schyliła się nad śpiącym i usta jej spoczęły na jego bladych zimnych wargach. Całowała go tak długo, aż usta chorego nabierać zaczęły szkarłatu i ciepła. Wtedy jęła okrywać pocałunkami oczy, czoło i policzki.
Malecki poruszył się i otworzył nieprzytomne oczy.
— Żyjesz... Żyjesz!... — szepnęła. — Żyjesz dla mnie, dla mego życia!
— Aura... — jęknął ledwie dosłyszalnie. — Znowu atak febry...
— Jesteś piękny, wszystko się we mnie burzy na twój widok. Umierałeś... kocham ciebie, kocham prawdziwie, jak mężczyznę. Słyszysz? Zbliża się chwila szczęścia i zapomnienia...
— Nareszcie! Takem się wymęczył... — odpowiedział cichym szeptem chory.
Kobieta zerwała się i zgasiła lampę...
Stało się w ciemności to, co od wieków stanowi szczyt walki kobiety i mężczyzny w imię najwyższego prawa natury, prawa, pogwałconego przez kulturę.
Niezwykłe było spotkanie tych dwojga ludzi, hrabiny Aurelji del Romagnoli, rzymskiej arystokratki, i Henryka Maleckiego, syna mieszczanina krakowskiego. Niezwykłą drogą i do niemniej niezwykłego celu szedł ich stosunek.
Malecki po skończeniu uniwersytetu zupełnie przypadkowo dostał się do sfer dyplomatycznych i bardzo szybko wybił się śród tłumu arystokratów, dzięki swojej pracowitości i nadzwyczajnej zdolności przyswajania języków obcych. Nauczył się szybko po japońsku i chińsku i był wyznaczony na stanowisko dragomana ambasady austriackiej w Tokio. Pracował uporczywie i wkrótce stał się niezastąpionym w ambasadzie, nawiązawszy najlepsze stosunki w towarzystwie i rządowych sferach Japonji. Został mianowany chargé d‘affaires i na tej posadzie zastała go wojna światowa i upadek Austrji. Został bez zajęcia, lecz ten ulubieniec sfer towarzyskich nie zginął. Otrzymał kilka zaproszeń i to pomogło mu bardzo prędko do zajęcia dobrego stanowiska, które dawało wspaniałe środki do życia.
Przystojny, zręczny i wesoły, Malecki bywał mile wszędzie widziany. Lubiano go bardzo za jego talent improwizacyjny, który szczególnie zachwycał Japończyków, wielkich znawców tej sztuki.
Były chargé d'affaires w niedawnych czasach czarował świetne towarzystwo poselskich reunionów deklamowaniem na poczekaniu na zadane tematy, pociągając ku sobie rozmarzone oczy pięknych europejskich rezydentek, pozostając jednocześnie obojętnym na ich wdzięki. Teraz zachwycał i czarował natchnioną improwizacją i swoim głębokim barytonowym głosem, namiętnie podkreślającym wszystkie odcienie uczuć, — zawsze dyskretnie ubranych i uprzejmie uśmiechniętych Japończyków w pałacykach arystokratów tokioskich, i przyciągając do tych eleganckich „home‘ów“ najwytworniejsze towarzystwo europejskie. Podziwiano młodego dyplomatę, który tak szybko się zorjentował w sytuacji i potrafił zdobyć dla siebie wybitne stanowisko w sferach finansowych. Odbył kilka podróży do Ameryki i Europy z polecenia banków japońskich i urządził sobie mały pałacyk w arystokratycznej dzielnicy Tokio-Aoyama, przy ulicy Minamimatczi. Tu zbierano się chętnie i spędzano wieczory w wytwornie urządzonym gabinecie Maleckiego. Przychodzili przeważnie mężczyźni, aby w stworzonej przez Maleckiego artystycznej atmosferze oderwać się na kilka godzin od zgiełku życia. Czasami jednak przed pałacyk zajeżdżały samochody, przywożące panie, w towarzystwie mężów, lub ojców. Nikt nie wątpił o rycerskości młodego eks-dyplomaty, umiejącego tak szarmancko, a zarazem po koleżeńsku traktować najniebezpieczniejsze i najdrapieżniejsze flirciarki i kokietki, wściekające się z nudów, w nudnej krainie „wschodzącego słońca“. W towarzystwie, gdzie się obracał Malecki, robiono specjalne wywiady o tem, czy nie ma on romansu z jakąś znaną gejszą. Dowiedziano się, że w gronie swoich znajomych Malecki często bywa w restauracjach, gdzie występują gejsze, że one bardzo lubią wytwornego europejczyka za to, że komponował dla nich nowe piosenki i tańce, lub improwizował piękne deklamacje przy tajemniczych dźwiękach japońskiego samisenu. Ale pozatem, wszystko było w porządku, i Henryk Małecki pozostał po staremu najzupełniejszym, chociaż nieco zagadkowym gentlemanem.
Parę miesięcy temu, przed jego pałacyk zajechał samochód. Wysiadł z niego dobry znajomy Maleckiego — włoski pułkownik i pomógł wysiąść damie wytwornie, chociaż skromnie ubranej. Gdy weszli do salonu, zastali tam kilka osób. Towarzystwo w milczeniu piło kawę z likierem i raczyło się słodyczami i owocami. Gospodarz grał na fortepianie i melodeklamował, umiejętnie modulując głos:

„He is that lost boy, left and alone,
His mind is a darkness, his heart is a stone,
Yesterday — was it? — or the day before,
Life whispered in his ear, „Newer any more“...

Malecki skończył i wstał. Wtedy Włoch podszedł do niego i rzekł:
— Przywiozłem ci cudownego gościa!...
— Kogo? — spytał gospodarz.
— Hrabinę Aurelję del Romagnoli! Signora nudzi się w Tokio, gdzie jest zmuszona spędzić kilka dni, a więc dostałem od ambasadora zlecenie zabawić ją. Nic lepszego nie mogłem wymyśleć, jak przywieźć ją do Ciebie. W twoim artystycznym domu, będzie się czuła doskonale, gdyż sama jest poetką. Chodź! Przedstawię Cię hrabinie.
Po chwili Malecki całował w eleganckim ukłonie rękę w czarnej rękawiczce i mówił:
— Pułkownik opowiadał mi o celu wizyty pani u mnie. Muszę ją bawić, aby się nie nudziła w stolicy Mikada. Będę szczęśliwy, jeżeli hrabina nie zawiedzie się na mnie. Tymczasem proszę być panią domu i mojej osoby. Kawy, herbaty, likieru?
— Nic! — odparła hrabina, przyglądając się mu bacznie i biorąc cukierek z wazy. — Chcę, aby pan oprowadził mnie po mieszkaniu. Czy to możebne w pańskiej garsonierze?
— Ależ bardzo proszę, jeżeli to sprawi pani przyjemność! — zawołał Malecki i, wydawszy rozkaz, aby zapalono wszędzie światła, zwrócił się do zebranych.
— Hrabina, panowie, nigdy nie była w moim domu i chce go obejrzeć. Pozostawiam panów na chwilę samych.
Malecki wprowadził hrabinę i włoskiego pułkownika do sąsiedniego pokoju, gdzie na prześlicznych stolikach, szafkach i półkach z czarnej i czerwonej laki, ozdobionej inkrustacją z perłowej masy, kości słoniowej i chryzopasów, stały artystycznie rzeźbione posążki bogini Kwan-Non, starca Chote i Buddhy-Dajbutcu; wazy z bronzu i kamienia, porcelana japońska różnych epok historycznych. Na ścianach tego pokoju wisiały stare i współczesne jedwabne makaty japońskie, obrazy starych malarzy, płaskorzeźby z kamienia, kości i drzewa, broń samurajów, tarcze herbowe dawnych „dajmio“ i różne przedmioty, nadające się raczej do muzeów niż do zbiorów prywatnych.
Hrabina, która była znawczynią japońskiej sztuki, podziwiała dobry gust gospodarza i jego wiedzę w tej dziedzinie.
W następnej sali w oszklonych szafach były zgromadzone wachlarze z różnych czasów, a więc wielkie wachlarze wojenne, z któremi nawet podczas walki na miecze nie rozstawali się waleczni książęta — Dajmio i ich rycerze — Samuraje; wachlarze ofiarne marynarzy i bonzów buddyjskich z Kioto, wachlarze używane przez boskiego mikado, władcę ziemi Wschodzącego Słońca; barwne — wspaniałe — gejsz, noszących różne nazwy: kwiat wiśni, piwonji, klonu, azalji, glicynji; białe wachlarze gejsz — chryzantem, wachlarze kupieckich warstw i pospólstwa, nareszcie wachlarze upadłych kobiet z Joro z Josziwary. Obok w witrynkach lakowych cieszyły wzrok widza jaskrawe kolczyki, kolje, bransolety, a dalej zbiory drewnianych i splecionych z włókna bambusowego „geta“, pstrych pasów „obi“, bogatych i prostych, lecz wykwintnych kimono.
Kilka przepięknych okazów parawanów, haftowanych jedwabiem i złotem, inkrustowanych kością, perłową masą i różnokolowemi kawałkami drzewa, szkatułki z drzewa aromatycznych gatunków: sandałowego,kamforowego, różanego, wiśniowego i innych; szable, lance, falkonety dawnych rycerzy.
Sąsiedni pokój przedstawiał zupełnie ścisłą kopję świątyni w Hiogo-Kobe, gdzie w lutym 1868 roku oficer księcia Hizenu kapitan Taki Zenzaburo zakończył życie za pomocą harakiri. Białe maty bambusowe, tak zwane „totami“ pokrywały podłogę; przed ołtarzem stało wzniesienie, zaciągnięte szkarłatnem płótnem, oświetlone czterema świecznikami. Na podniesieniu był umieszczony mały stolik z leżącym na nim sztyletem dla rozpruwania brzucha, zwój cienkiego papieru, duży czerwony wachlarz, a obok stolika — długi ciężki miecz, którym „kaiszaku“ — przyjaciel miał odrąbać głowę skazanemu w chwili, gdy ten wbijał w siebie sztylet. Rytuał wymagał tego, aby samobójca grymasem strachu, lub bólu nie znieważył kasty samurajów.
Na prośbę hrabiny Malecki był zmuszony opowiedzieć historję i etykietę harakiri, a gdy doszedł do momentu wejścia do świątyni ofiary starego obyczaju, hrabina niecierpliwie klasnęła w dłonie i zawołała:
— Powinien pan ubrać się w kimono, szaty rytualne i przedstawić ostatnią scenę dramatu!
Usiadła na miękkich poduszkach, gdzie w świątyni Hiogo-Kobe siedzieli świadkowie śmierci walecznego kapitana, i oczekiwała. Ta myśl podobała się Maleckiemu. Był w nastroju, obecność zaś pięknej kobiety podniecała go. Wyszedł i wkrótce powrócił, ubrany w skromne, ale drogie kimono. Usiadł na wzniesieniu i wygłosił pożegnalną mowę, dumną i podniosłą, złożył tradycyjne ukłony i wziął do rąk sztylet.
— Każe pani dokończyć obrządku, ale wtedy musiałbym być obnażony?
— Koniecznie! — odpowiedziała hrabina, zapalając cienkiego papierosa.
Malecki wyrzekł jeszcze kilka rytualnych frazesów, podniósł sztylet do wysokości twarzy i złożył go na stoliku. Potem spuścił z ramion kimono i pozostał obnażony do pasa. Mógł to uczynić śmiało, ponieważ miał białe, gładkie ciało atlety o szerokiej piersi, jakgdyby z dwóch tarcz złożonej, o twardych, lecz nie potwornie węzłowatych mięśniach. Podwinąwszy rękawy kimona pod kolana, uczynił ruch, przecinający pasmo życia, upadł twarzą naprzód i pozostawał chwil kilka nieruchomy.
Nareszcie podniósł się, szybko narzucił na siebie szeroką szatę i, kołysząc się, jak to czynią japońscy pieśniarze, zaczął opowiadać o życiu Taki Zenzaburo i o tem, jak go spotkali w krainie cieniów jego sławni przodkowie. Była to wspaniała improwizacja, pełna poezji i wzniosłego nastroju. Malecki zapomniał, gdzie jest, i improwizował długo... Obudziło go głuche milczenie... Obejrzał się i zobaczył przed sobą pałające oczy nowej znajomej, jej rozchylone namiętnie usta i zasłuchaną twarz pułkownika.
— Przepraszam państwa! — zawołał, uśmiechając się, Malecki, — wpadłem w nastrój i znużyłem państwa, a szczególnie panią.
Hrabina milczała. Włoch coś mówił, czego Małecki nie słyszał.
— Znudziłem panią i znużyłem? — zapytał, chcąc usłyszeć jej głos.
Po chwili milczenia szepnęła:
— Pan przecież patrzał na mnie, a więc widział moją odpowiedź!
— Dziękuję pani! — rzekł Malecki. — Istotnie widziałem...
Przeprosił, poszedł do swego pokoju i przebrał się znowu w smoking.
Gdy powrócił, zaczął oprowadzać dalej, pokazując swoje mieszkanie. Wreszcie oznajmił:
— Teraz to już wszystko! Wracajmy.
— Jakto? — zdziwiła się hrabina. — A pański sypialny pokój?...
— To już całkiem nie ciekawe! — zawołał. — Absolutny kontrast z resztą lokalu.
— Tembardziej ciekawe! — zaprzeczyła hrabina. — Chcę koniecznie widzieć!
— Bardzo proszę! — odpowiedział Malecki, odchylając lekką kotarę z barwnie pomalowanych kawałków bambusu i ciemnych korali.
— Pułkowniku! — zawołała hrabina, oglądając się za Włochem. — Do kawalerskiej sypialni kobieta może nie wchodzić nigdy, ale gdy już wchodzi, trzeci nie jest potrzebny...
— Rozumiem! — zaśmiał się, odchodząc, pułkownik. — Signor Malecki! Będę na państwa czekał w świątyni...
Hrabina weszła do pokoju, za nią podążył Małecki, wpatrując się w czarne loczki, nisko opuszczone na śniady, kształtny kark. Kotara z suchym szmerem opadła i szczelnie zasłoniła wejście.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.