Otwórz menu główne

Żyd wieczny tułacz (Sue, 1929)/Tom II/Część piąta/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Żyd wieczny tułacz
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk "Oświata"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Juif Errant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.
DWAJ BRACIA DOBREGO UCZYNKU.

Faryngea, urodzony w Indjach, wiele podróżował i miał stosunki z wieloma domami handlowymi europejskimi w różnych częściach Azji, mówił bardzo dobrze po angielsku i po francusku, przenikliwy, przezorny, roztropny, doskonale się ucywilizował. Zamiast odpowiedzieć na zapytanie Rodina, wpatrywał się weń przenikliwem okiem.
Rodin, zniecierpliwiony tem milczeniem i przeczuwając, że przybycie Faryngei, ma jakiś pośredni związek z Dżalmą, powtórzył udanym tonem oziębłości.
— Z kim mam zaszczyt mówić?
— Nie poznajesz mnie pan?
— Nie przypominam sobie, abym kiedy miał szczęście widzieć pana — odpowiedział Rodin ozięble.
— A ja pana poznaję, widziałem pana w zamku Cardoville w dniu rozbicia się statku parowego i trzymasztowego okrętu.
— W zamku Cardoville?... być może... w rzeczy samej, byłem tam podczas tego wypadku.
— W owym dniu zawołałem na pana po nazwisku. Pan zapytałeś mnie, czego żądam... ja zaś odpowiedziałem: teraz niczego nie żądam... bracie... później wiele żądać będę... Nadszedł czas... przychodzę żądać od pana wiele...
— Mój kochany panie pragnąłbym wiedzieć wprzód, z kim mam przyjemność mówić?... wszedłeś tu pan pod pozorem posłannictwa od pana Josue Van-Dael... czcigodnego negocjanta w Batawji, i...
[1] — Znasz pan pismo pana Jozue?
— Znam je bardzo dobrze.
— Przypatrz się pan...
Metys wydobył z kieszeni długą depeszę, którą skradł Mahalowi, kantrabandziście jawańśkiemu, zadusiwszy go pad Batawją; podsunął ją pod oczy Rodina.
— W rzeczy samej jest to pismo pana Van-Daela — odezwał się Rodin i sięgnął ręką po list, który jednak szybko i zręcznie cofnął Faryngea.
— Mój panie, dziwny masz sposób wypełniania danych ci zleceń — rzekł Rodin. — Ponieważ list ten do mnie jest adresowany, i ponieważ powierzył ci go pan Jozue...
— Ten list bynajmniej nie był mi powierzony przez pana Jozue.
— Jakim więc sposobem dostał się do rąk twoich?
— Pewien jawański kontrabandzista zdradził mnie; pan Jozue wyrobił temu człowiekowi przejazd do Amsterdamu i dał mu ten list. Ja zadusiłem kantrabandzistę, zabrałem mu list, popłynąłem tym samym statkiem... i tu stanąłem...
Dusicieli opowiadał to chełpliwym tonem; jego dziki nieustraszony wzrok nie zmieszał się przed przenikliwym wzrokiem Rodina.
Faryngea mniemał, że zadziwi lub przestraszy Rodina temi zbójeckiemi przechwałkami; lecz mocno się zdziwił, widząc, że Rodin zawsze obojętny, zawsze zimny jak trup, rzekł mu spokojnie:
— Aha!... czy to tak duszą ludzi w Indjach?
— I gdzieindziej podobnież... — odparł Faryngea, z szyderczym uśmiechem.
— Nie obce mi się uwierzyć... ale wydajesz się dziwnie szczerym człowiekiem... Jakże się nazywasz?
— Faryngea.
— A więc, panie Faryngeo, co zamierzasz zrobić?...
— Zabrałeś przez haniebną zdradę list... wahasz się oddać mi go... Cóż to znaczy?
— To, że go czytałem... i że mi może się przydać.
— Jakto! czytałeś go? — zawołał zmieszany na chwilę Rodin. — I cóż użytecznego dla siebie wyczytałeś w liście pana Van-Dael’a?
— Wyczytałem, mój bracie... że jesteś również jak ja, synem Dobrego Dzieła.
— O jakiemże to dobrem dziele mówisz?
Faryngea odpowiedział tonem szyderczej ironji.
— Van-Dael pisze do ciebie w swym liście:
„Posłuszeństwo i odwaga, sekret i cierpliwość, dostęp i śmiałość, zgoda i wzajemne poświęcenie się między nami, oto przymioty nasze i nasze cnoty: naszą ojczyzną jest świat cały, naszą rodziną bracia nasi, a królową Rzym“.
— Być może, ale cóż stąd wnosisz?
— Że nasze dzieło, podobnie jak wasze, mój bracie, ma świat za ojczyznę; podobnie jak wy, za rodzinę uważamy naszych braci, a za królowę Bohwanją.
— Nie znam tej świętej — rzekł Radin uniżenie.
— Jest to nasz Rzym — objaśnił Dusiciel, i mówił dalej: — Jozue pisze jeszcze do ciebie o członkach waszego dobrego dzieła, którzy rozproszeni po całej kuli ziemskiej, pracują dla chwały Rzymu, waszej królowej. Nasi bracia także pracują w różnych krajach dla chwały Bohwanji.
— A któż to są, panie Faryngeo?
— Ludzie śmiali, odważni, cierpliwi, podstępni, zdradliwi, uporczywi, którzy dla powodzenia dobrego dzieła, poświęcają swój kraj, swego ojca, matkę, siostrę i brata, i którzy uważają za nieprzyjaciół wszystkich do ich towarzystwa nie należących!
— Zdaje mi się, że wiele być musi dobrego w duchu wyłącznie religijnym waszego dzieła... tylko poznaćby potrzeba cel jego i środki.
— Podobnie jak wy, bracie... my robimy trupów.
— Trupów? — zawołał Rodin.
— Van-Dael w swym liście pisze — odrzekł Faryngea — że zwierzchnicy wasi robią z was trupów. My także robimy z ludzi trupów. Śmierć ludzka miłą jest Bohwanji.
— Ależ, panie, pan Jozue mówi zapewne o duszy... o woli, które prawidła nasze zatrzeć powinny.
— To prawda: Wy, podobnie jak my, jesteście łowcami ludzi.
— My zabijamy nie ciało, ale wolne myśli.
— A czemże są ciała pozbawione duszy, woli, myśli, jeżeli nie trupami?... Daj więc pokój, mój bracie, umierający od naszego stryczka, nie bardziej są zimni, jak umarli przez wasze prawidła. Spróbuj tylko dotknąć się ich, mój bracie... Rzym i Bohwanja to są rodzeni brat i siostra.
Im bardziej niespokojny był Rodin w duchu, tem mocniej usiłował okazać się spokojnym. Mówi! więc:
— To porównanie Rzymu do Bohwanji jest bardzo dowcipnem... — Ale cóż z tego wnosisz, mój panie?
— Mój bracie, chcę pokazać ci, co mogę, aby cię przekonać, że lepiej jest mieć mnie za przyjaciela, aniżeli za wroga.
— Należysz do zbójeckiej sekty indyjskiej. Na twoje alegorje zrobię ci skromną uwagę, że tu się nikogo nie dusi. Jeżeliby napadła cię chęć przemienić kogo w trupa dla miłości Bohwanji, zdejmą ci głowę z karku przez miłość dla innego bóstwa, zwanego sprawiedliwością.
— A coby mi zrobiono, gdybym spróbował otruć kogo?
— Panie Faryngeo, nie mam czasu wykładać ci kursu prawa karnego. Ostatnie słowo: czy chcesz, lub nie oddać listy pana Jozuego?
— Listy, tyczące się księcia Dżalmy?
Bystro wpatrywał się w Rodina.
— Nie wiem o treści listów, które pan zatrzymujesz Proszę ostatni raz, abyś mi oddał listy... albo żebyś się stąd oddalił.
— Za chwilę będziesz prosił, abym został.
— Wątpię.
— Kilka słów dokaże tego cudu... Mój bracie, jeśli wspomniałem ci o otruciu, to dlatego, że wysłałeś doktora... do zamku Cardoville dla otrucia... chwilowego księcia Dżalmy.
Rodin struchlał. Zapanował nad pomięszaniem.
— Tego nie rozumiem... — rzekł.
— Wiem z listów Jozuego, że wiele wam na tem zależy, aby książę Dżalma nie znajdował się tu... jutro; wiem coście zrobili. Rozumiesz mnie pan?
— Nie mam dla pana żadnej odpowiedzi.
Dwa lekkie zapukania we drzwi przerwały rozmowę.
— Proszę wejść! — zawołał Rodin.
— List doręczono podług adresu — rzekł stary sługa, nisko się kłaniając — oto odpowiedź.
Rodin wziął podany sobie papier i przed rozpieczętowaniem, rzekł uprzejmie do Faryngei:
— Raczysz pan pozwolić?
— Proszę na mnie nie zwracać uwagi — odrzekł metys.
Rodin prędko przeczytał list, napisał na nim kilka słów odręcznie i, oddając służącemu, rzekł:
— Odeślesz to tej samej osobie.
Służący nisko się skłonił i wyszedł.
— Czy mogę mówić dalej? — zapytał metys.
— Bardzo proszę.
— Onegdaj, gdy książę, pomimo, że jest ranny, wybierał się w podróż do Paryża, nadszedł piękny powóz z pysznemi poduszkami od niewiadomej osoby. W powozie było dwóch mężczyzn; jeden przysłany przez niewiadomego przyjaciela; drugim był doktór, przysłany przez ciebie, aby miał staranie o Dżalmę i towarzyszył mu aż do Paryża.
— Mów pan dalej.
— Dżalma wyjechał wczoraj... Doktór oświadczył, że rana księcia pogorszyłaby się niebezpiecznie, jeżeliby odbywał podróż nie położywszy się w powozie; tym sposobem pozbył się towarzystwa przysłanego przez niewiadomą osobę jegomościa, który pojechał osobno; doktór mnie także chciał oddalić; ale Dżalma tak się uparł, iż jechaliśmy razem; doktór, książę i ja. Wczoraj wieczorem przybyliśmy na połowę drogi; doktór radził, aby przenocować w oberży, mówiąc, że dosyć będziemy mieli czasu, aby stanąć dziś wieczór w Paryżu, a to wskutek oświadczenia księcia, że 12 lutego wieczorem tu znajdować się musi. Doktór nalegał, aby sam jeden tylko jechał z księciem. Z listu Jozue’go wiedziałem, że wam niezmiernie zależy na tem, aby Dżalma nie znajdował się w Paryżu 13 lutego, powziąłem więc podejrzenie. Przybywszy do oberży, kiedy doktór był przy Dżalmie, poszedłem do jego pokoju i przejrzałem pudełko z licznemi flaszeczkami; w jednej z nich było opjum... Domyśliłem się...
— Czegoś się pan domyślił?
— Zaraz wyjaśnię... Doktór, oddalając się od chorego, rzekł mu: „Rana pańska w dobrym stanie, ale trudy podróży mogłyby wywołać zaognienie; dobrze więc będzie jutro, podczas dnia, zażyć lekarstwo łagodzące, którego przyrządzeniem zajmę się dzisiaj, aby było na pogotowiu“. Rachuba doktora była prosta: nazajutrz, a więc dziś, książę wypiłby opjum o czwartej lub piątej popołudniu... wkrótce potem głęboko by zasnął. Doktór niespokojny, kazałby się zatrzymać... oświadczyłby, że byłoby niebezpiecznie jechać dalej... przepędziłby noc w oberży, przy księciu, którego sen miał trwać akurat do tej godziny, jaka dla was była potrzebna. Taki był wasz zamiar; postanowiłem z niego skorzystać.
— Wszystko, co pan opowiadasz, jest historją o żelaznym wilku.
— Zawsze niedość jasno się tłómaczę... ale powiedz mi, czy znasz arraymów.
— Nie.
— Tem gorzej: jest to wyborny produkt wyspy Jawy, tak płodnej w różne trucizny.
— Zaraz się dowiesz: My, synowie Bohwanji, brzydzimy się rozlewem krwi — opowiadał dalej Faryngea — lecz chcąc dogodniej zarzucić stryczek na szyję naszych ofiar, czekamy aż zasną... Kiedy ich sen niedość jest mocny, powiększamy go według woli: jesteśmy biegli w naszej sztuce; wąż nie jest od nas roztropniejszy, ani śmielszy... Dżalma tego na sobie doświadczył... Arraymów jest to nader miałki proszek; dając go odrobinę powąchać śpiącemu, albo dodawszy go do tytoniu dla tego, co ma palić fajkę, jesteśmy w możności wprawić nasze ofiary w taki sen, iż nic z niego wyrwać nie zdoła. Jeżeliby zachodziła obawa zadać go na raz za wiele, dajemy wąchać po trosze, kilka razy, i tym sposobem przedłużamy sen według upodobania, tak długo, jak człowiek bez pokarmu wytrzymać może... trzydzieści do czterdziestu godzin... opjum niedołężnym jest środkiem w porównaniu z tym narkotykiem. Przywiozłem go z sobą z Jawy pewną ilość... jedynie dla ciekawości... ale nie zapomniałem i o antydocie...
— A więc jest i antydot? — zapytał Rodin niechcący.
— Podobnie jak ludzie przeciwni takim, jakimi my, synowie Bohwanji, jesteśmy... Jawańczykowie nazywają sok tego korzenia Tuboe; on tak rozprasza sen, odrętwienie, jak słońce rozprasza chmury... Wczoraj więc, będąc pewny zamiaru twego posłańca względem Dżalmy, zaczekałem aż doktór uśnie... zakradłem się, czołgając do jego stancji... i dałem mu powąchać proszku arraymów taką dozę... iż dotąd jeszcze spać musi.
— Nieszczęśliwy! — wykrzyknął Rodin coraz mocniej przerażony tem opowiadaniem, gdyż Faryngea niszczył wszystkie jego plany. — Ależ mogłeś otruć tego doktora.
— Mój bracie... tak samo, jak on mógł otruć księcia Dżalmę; dziś rano wyjechaliśmy, zostawiwszy twego doktora pogrążonego we śnie. Byłem w powozie sam jeden z Dżalmą. On palił fajkę jak prawdziwy Indjanin; odrobina proszku, dodana do tytoniu, którym mu nałożyłem fajkę, sprowadziła zaraz lekki sen. Druga doza, dana do powąchania, głęboko go uśpiła, teraz leży w oberży, do której zajechaliśmy. Ode mnie zależy pozostawić Dżalmę we śnie, który przeciągnie się aż do jutra, do wieczora... albo też obudzić go natychmiast. Zależeć będzie od tego, czy mnie zaspokoisz lub nie, aby Dżalma nie znajdował się jutro lub był obecny przy ulicy św. Franciszka Nr. 3.
Faryngea wydobył z kieszeni medal jon Dżalmy:
— Widzisz, że mówię prawdę... Podczas snu Dżalmy zdjąłem z niego ten medal, jedyny znak, po którym trafiłby do miejsca, gdzie znajdować się ma jutro... Kończę więc na tem, od czego zacząłem, mówiąc ci: „Bracie, przychodzę żądać od ciebie bardzo dużo!“
Od kilku minut Rodin, swoim zwyczajem, kiedy go palił wściekły, niemy gniew, gryzł sobie paznogcie do krwi.
Dzwonek u budki odźwiernego ozwał się po trzykroć.
Rodin zdawał się nie zwracać na to uwagi, a przecież jego małe jaszczurcze oczy zaiskrzyły się nagle. Faryngea, ręce na krzyż założywszy, z miną triumfującą, pogardliwą, śmiało na niego spoglądał.
Rodin spuścił oczy, zamilkł, wziął od niechcenia pióro leżące na biurku i gryzł przez chwilę. Nagle rzucił pióro, zwrócił się do metysa i rzekł tonem pogardliwym:
— Cóż to, panie Faryngea, chcesz szydzić z ludzi?
Metys zdumiony cofnął się o krok.
— Jakto, mój panie? — mówił Rodin — przychodzisz tu, do uczciwego domu, z przechwałkami, żeś skradł cudzą korespondencję, zadusił tego, otruł tamtego!... To już trzeba być szalonym. Chyba najbezczelniejszy złoczyńca mógłby się chełpić tak okropnemi zbrodniami... Radbym jeszcze wierzyć, że takie zbrodnie istnieją tylko w twej wyobraźni...
— Strzeż się bracie...
— Oho! chyba tylko człowiek z antypodów mógłby mniemać o francuzach, że tak łatwo dadzą się uwieść. Masz, jak sam mówiłeś, roztropność węża i odwagę lwa. Czy jesteś lwem, nie wiem; ale co do wężej roztropności... tej ci muszę zaprzeczyć. Jakto? masz przy sobie list do pana Jozue, list, który może mi szkodzić, książę Dżalma pogrążony jest w odrętwieniu, z którego ty sam tylko wyprowadzić go możesz! Mówisz, że możesz zadać straszny cios mym interesom. A nie pomyślałeś, że mnie idzie tylko o zyskanie dwudziestu czterech godzin czasu. Przybywasz do Paryża z głębi Indji. Jesteś cudzoziemcem, nikomu nieznanym, a nie zastanawiasz się, że tu jesteś w mej mocy; że ta ulica jest odludną, dom odosobniony, że ja tu mogę mieć natychmiast trzech lub czterech ludzi, którzy mogliby w mgnieniu oka związać cię, pomimo że jesteś dusicielem?... a na to dosyćby mi było pociągnąć za dzwonek — dodał Rodin, rzeczywiście biorąc w rękę sznurek od dzwonka.
— Ale nie bój się — ciągnął dalej z szatańskim uśmiechem, — albożbym cię uprzedzał, gdybym naprawdę to zamierzał uczynić?... Teraz więc, odpowiedz mi... Gdybyś został związany i na dwadzieścia cztery godziny schowany, jakżebyś mógł szkodzić mi? Czy trudno byłoby mi wtedy odebrać ci papiery Jozuego i medaljon Dżalmy...
— Widzisz więc, że próżne są twe pogróżki... bo polegają na samych kłamstwach... A więc... oddal się stąd i pamiętaj, że nieprędko mnie oszukasz.
Te słowa wprawiły Faryngeę w osłupienie; wszystko, co usłyszał, podobnem było do prawdy, a przecież Rodin kazał mu wyjść, jemu, Faryngei, który uważał się za tak strasznego.
Kiedy metys zastanowił się, zdało mu się, że Rodin, pomimo pokazanych — dowodów, nie wierzył, aby Dżalma był w mocy Faryngei.
Rzekł:
— Jeszcze słowo... sądzisz może, że kłamię?...
— Pewny tego jestem. Chciej mnie zostawić samego.
— Jeszcze minutę... jak widzę, człowiek z ciebie, przed którym... nic ukrywać nie trzeba — rzekł Faryngea. — Czego teraz od Dżalmy spodziewać się mogę... chyba jałmużny i wzgardy. Potrzeba mi złota, dużo złota... ty jeden możesz mi je dać, płacąc za zdradę. Nie chcesz mnie wysłuchać, bo myślisz, że kłamię... Wziąłem adres oberży, w której stanęliśmy; oto jest. Poślij kogo dla przekonania się, czy prawdę mówię, a wtedy pewno mi uwierzysz; ale cena mej zdrady będzie bardzo wielką...
— Weź ten adres... i przekonaj się, że nie kłamię — mówił metys, podając adres Rodinowi.
— Hę... cóż to jest? — odrzekł Rodin, ukradkiem spojrzawszy na adres i chciwie go przeczytawszy, bez dotknięcia się.
— Przeczytaj pan ten adres...
— Doprawdy, mój panie — odparł Rodin, odpychając ręką adres — twoja bezczelność zawstydza mnie. Powtarzam ci, że nie chcę mieć z tobą żadnej sprawy... Ja nie znam żadnego księcia Dżalmy i znać go nie chcę... Mówisz, że możesz mi szkodzić; zróbże to, ale, na miłość Boską, oddal się stąd.
To mówiąc, gwałtownie zadzwonił.
Faryngea poruszył się, jakgdyby chciał przygotować się do obrony.
Stary, dobroduszny, pokorny sługa wszedł natychmiast.
— L’apiere... poświęcić temu panu — rzekł Rodin.
— A więc, panie — rzekł Faryngea — odrzucasz moją ofiarę? Strzeż się... jutro będzie już zapóźno.
— Uniżony sługa pański.
I Rodin uprzejmie się skłonił.
Dusiciel wyszedł.
Drzwi zamknęły się za nim.
Natychmiast pokazał się we drzwiach od bocznego pokoju ksiądz d’Aigrigny. Twarz jego była blada.
— Cóżeś zrobił? — zawołał, zwracając się do Rodina. — Słyszałem wszystko... Nędznik ten, na nieszczęście, mówił prawdę... Indjanin jest w jego mocy; teraz pójdzie do niego.
— Może nie dojdzie — odpowiedział Rodin.
— A to jakim sposobem?
— Daruj mi Wasza Wielebność... Poznałem natychmiast tego okropnego zbrodniarza; dlatego, nim przystąpiłem do rozmowy z mim, napisałem kilka słów do Moroka, który z Goljatem oczekiwał w dolnej sali na chwilę przedstawienia się Waszej Wielebności; później, gdy mi przyniesiono odpowiedź Moroka, dałem mu nową instrukcję.
— I na cóż, kiedy ten człowiek wyszedł z domu?
— Wasza Wielebność! Niewpierw wyszedł, aż podawszy mi adres hotelu, w którym stoi Indjanin. Wprawdzie i bez tego Faryngea wpadłby w ręce Moroka i Goljata, oczekujących na ulicy, ale bylibyśmy w kłopocie, gdyż nie wiedzielibyśmy, gdzie zamieszkał Dżalma.
— Znowu gwałt! — rzeki ksiądz d’Aigrigny ze wstrętem.
— Prawda że to przykro... bardzo przykro... lecz wypadało trzymać się dotąd przyjętego systemu.
— Czy przez tę uwagę chcesz mi przygarniać?
— O tem pomyślećbym nie śmiał — odrzekł Rodin, kłaniając się niemal do ziemi — idzie tu o to tylko, aby zatrzymać tego człowieka na dwadzieścia cztery godzin.
— A potem?... Jego skargi?...
— Taki bandyta skarżyć się nie ośmieli, zresztą wyszedł stąd dobrowolnie i swobodnie... Morok z Goljatem, pochwyciwszy go, zawiążą mu oczy. Dom ten ma wyjście na ulicę Starą-Urszulańską. O tej godzinie, podczas takiej zawieruchy, nikt nie przechodzi tą odludną okolicą Przeprowadzenie zupełnie go obłąka; zaprowadzą go do piwnicy nowobudującego się domu, a jutro, w nocy, o tejże godzinie, wypuszczą go z takąż samą ostrożnością... Co do Indjanina, wiemy teraz, gdzie mieszka... dosyć będzie tylko posłać do niego osobę, zasługującą na zaufanie, a jeżeli przebudzi się ze snu... jest łatwy sposób, a nadewszystko nie gwałtowny, — zatrzymać go jutro przez cały dzień zdala od ulicy Ś-go Franciszka.
Ten sam co pierwej sługa z dobroduszną miną wszedł do gabinetu; trzymał w ręku trzos zamszowy, a, oddając go Rodinowi, rzekł:
— To przyniósł tu pan Morok, wszedł od ulicy Starej.
Służący oddalił się.
Rodin otworzył worek i rzekł do księdza d’Aigrigny:
— Oto medaljon i list Jozuego... Morok spisał się gracko...
— A więc jeszcze jednego uniknęliśmy niebezpieczeństwa — rzekł margrabia — przykra to rzecz chwytać się takich środków.
— Czyj aż w tem wina, jeśli nie tego łotra, który zmusza nas do chwytania się ich?... Idę natychmiast wysłać kogo do hotelu Dżalmy.
— A ja jutro zrana udzielę Gabrjelowi posłuchania, o które upomina się już od trzech dni.
— Jużem go o tem zawiadomił.
— Nakoniec — mówił z zadowoleniem d’Aigrigny — po tylu walkach, po tylu obawach, tylu przeprawach, już tylko kilka godzin oddziela nas od chwili, tak dawno oczekiwanej i upragnionej...

Przypisy

  1.   Brakująca str. 619 i 620 przepisana z wydania: Eugène Sue „Żyd wieczny tułacz“, Tom II, Wydawnictwo Biblioteki Rodzinnej, Druk „Oświata“, Warszawa 1929 r., str. 289-290.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.