<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Anima vilis
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wyd. 1931
Druk Rolnicza Drukarnia i Księgarnia Nakładowa w Poznaniu
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III

Wczesnym rankiem obudził doktór Mrozowickiego.
— Pojedziemy w step — rzekł.
Młody, nie zwykły czynić uwag ni protestów, odział się żywo, mimochodem spojrzał na termometr. Wskazywał tylko dwadzieścia stopni.
— Osobliwie łagodna zima — mówił Gostyński przy śniadaniu. — Kurs mamy spory, wiorst pięćdziesiąt nad jeziora. Marynia weźmie Grynię i nasze konie, nas powiezie Andrjanek. Że też go dotąd niema!
W tej chwili przeze drzwi wtłoczył się chłop olbrzymi, czapkę zdjął, przed świętym obrazem kilkakroć się pokłonił i przy stole usiadł, poufale witając obecnych.
— Pierwszy raz widzisz Antoniego Stefanowicza? — zagadnął doktór.
— Pierwszy. Ojciec mi mówił, że swojaka macie, ale nie miałem czasu zaznajomić się. Niczego człowiek, może i pobratamy się, jeśli zuch i myśliwy. Masz strzelbę?
— Nie.
— Postaraj się kupić. Prochu i ołowiu u mnie dostaniesz. Jest u nas latem i zimą co robić. Kuropatwy, bielaki, kaczki, gałanduchy. A ot, z rybą teraz robota! Wstąp do nas kiedy, to poznamy się lepiej. Z tamtym, co umarł, my druhy byli.
— Przyślę go do ciebie, jak się znajdzie wolna chwila. Teraz przed jarmarkiem roboty huk.
— Wiadomo. Ot, ja herbatę przełknął, jedźmy.
— A znajdziemy Kirgizów nad jeziorkiem?
— Gdzieżby to robactwo się podziało? Jurt ze dwadzieścia tam zimuje.
— No, to z Bogiem!
— A chwilę! — rzekł Andrjanek, spojrzawszy na Mrozowickiego. — Jeśli ten z nami, to ja go nie wezmę. U niego pimy (wojłoki) dziurawe i kożuch wiatrem podszyty. Ubierz się lepiej, bo nam kłopotu narobisz w stepie.
— Nic to. Dobrze mi! — bronił się Antoni, czerwony jak upiór ze wstydu.
Ale chłop się roześmiał.
— Nie kraśnij jak dziewczyna! Nie masz drugiego tułuba, masz mój. Ja na zapas trzy włożyłem. Biedny ty, to głupstwo, będziesz kiedyś bogaty.
Mrozowickiego żary objęły. Pod ziemięby się ukrył. Doktór i panna Marja spojrzeli na niego.
— Że też mi to na myśl nie przyszło! — zawołał stary. — Zaraz, zaraz! Dajno mi klucz od kufra, Maryniu!
— W tej chwili sama, co trzeba, podam — odparła dziewczyna ze swym niezachwianym spokojem.
Przyniosła nowy kożuch i wojłoki. Zdawało się Mrozowickiemu, że podając mu to odzienie, sumowała w duchu cenę.
W milczeniu się odział, a doktór burczał:
— Czy to ciebie trzeba jak dziecka pilnować? Co to za głupia hardość i pycha!
Siedli wreszcie we trzech na sanie Andrjanka i pognali na wiatr.
— Czego my jedziemy, panie? — spytał Antoni.
— Do Kirgizów po woły. Uważasz! Za trzy tygodnie jarmark w Kurhanie. Pobijemy swoje opasy na gorzelniach, a natomiast postawimy nowe. Dziś je kupię, a potem ty już sam je przypędzisz. Ja będę zbożem zajęty.
Jechali czystym, nagim stepem bez drogi; chłop pogwizdywał wesoło.
— Jakże Kirgizi zimują bydło?
— Pasą!
— Po śniegu?
— A tak. Zaraz zobaczysz. Ot, tutaj już stado przeszło. Zbliżamy się do jurt.
Rzeczywiście śnieg był stratowany, sterczały zeń zeszłoroczne badyle ziół.
— Tutaj już przeszły konie — zauważył Andrjanek.
— Konie idą przodem, — tłumaczył doktór — potem pędzą bydło rogate, resztę wygryzają owce.
— I niczem więcej nie karmią?
— Niczem. Kirgiz woli stracić całe bydło, niż pracować. Słabsze sztuki padają zimą, ale większość doczeka wiosny.
— Ot, i wasze woły! — zawołał Andrjanek.
Tabun się pasł na tym stepie nagim. Bydło było niewielkie, ale krępe i szerokie, tak chude, że wszystkie kości policzyć było można. Gryzło badyle, krzaki, czarne reszty traw. Za niemi, na małych konikach kilku Kirgizów stało nieruchomo. Doktór obejrzał woły i zainterpelował pasterzy, pokazując im zdaleka srebrną monetę.
Przyskoczyli natychmiast i poczęli niezrozumiale bełkotać, wskazując za siebie. Tam na horyzoncie wątły dym się wznosił.
— Czyje woły? — pytał doktór.
Wskazywali różne sztuki i powtarzali:
— Ten Bejgabuł-Buka, ten Szyngirej Kiczkildejew!
— Obadwa moi znajomi. Jedźmyż!
Ruszyli na ten dym. Coraz był wyraźniejszy, ale oprócz tego nic nie wskazywało mieszkania ludzkiego. Wkoło słodkiego jeziorka na szuwary i krzaki wicher nawiał zaspy śniegu i one to dymiły, zda się. Otarł się prawie o jurty, gdy je ujrzał Mrozowicki, a obok nich ciemne piramidy kości bydlęcych, trofea zimy. Wśród tych szkieletów, mniej lub więcej z mięsa ogołoconych, coś się poruszało żywego. Bliżej podszedłszy, zobaczył przybysz dzieci kirgiskie, żerujące w tej trupiarni. Nożykami odcinały drzazgi zmarzłego mięsa od kości i pożerały chciwie. Na widok obcego pochowały się w głębi stogu.
Andrjanek zawołał młodego towarzysza.
— Nie zostawaj! Ograbią cię te zbóje.
Splunął tedy ze wstrętu i ruszył dalej. Jurty były okrągłe. Grube wojłoki stanowiły ścianę wewnętrzną, a śnieg zewnętrzną. Dym wydostawał się szczeliną, zawieszoną wojłokiem, która stanowiła zarazem jedyne drzwi mieszkania. Doktór, obyczajów świadom, wszedł do pierwszej jurty z brzegu, za nim wsunął się Mrozowicki. Andrjanek pozostał na dworze. Okropny zaduch i ciemność, to było pierwsze wrażenie, tak silne, że Antoni się zachwiał i chciał się cofnąć, ale słysząc przed sobą głos doktora, machinalnie za nim słowo pozdrowienia powtórzył i jął się orjentować. Powoli oczy jego nawykły do ciemności i rozróżniał przedmioty. Stał jakby w pudełku, zwężającem się w górze, o ścianach ciemnych i chropowatych. Pod stopami miał wojłoki, przed sobą ognisko z nawozu, nad którem wisiał kocioł z kumysem. W głębi, przy ścianach, na stosach wojłoków, rysowała się postać ludzka, a dwie inne siedziały przy ogniu, ciekawie patrząc na przybyłych.
Doktór poszedł w głąb, usiadł i zagaił rozmowę.
— Pozdrawiam ciebie, Bejgabuł-Buka!
— Zdrów bądź! — odparł siedzący, wcale się nie poruszając.
Był to gospodarz jurty, człek już niemłody, wątły, żółty, bez zarostu, w czarnej mycce na ogolonej głowie, cały opięty długim sarafanem. Pozdrowiwszy, zaskrzeczał coś po swojemu i wnet siedzące przy ogniu postaci podały doktorowi i Mrozowickiemu kubek kumysu, cuchnącego ohydnie. Były to zapewne żony Bejgabuł-Buki. Potem opadły młodego i bełkotały, gestykulując. Z bełkotania tego doleciał go wyraz chleb, sięgnął więc do kieszeni i dał im bułkę, którą mu Utowiczowa dała na drogę. Wyrwały mu ją z rąk, rozdarły i pochłonęły, zanim się obejrzał. Teraz, ośmielone, zaczęły go oglądać, dotykać odzieży, dziwić się cmokać i zachwycać.
W głębi doktor już swój interes wyłuszczył i rozpoczął się targ. Nie zużywano nań wiele słów. Postawił doktór przed sobą chińskie gałki do rachunku i pokazał na nich swą cenę. Kirgiz myślał, patrzał, dorzucił dwie gałki i znowu po pauzie doktór je odrzucił. Tak naprzeciw siebie siedząc jak dwa automaty, powtarzali ten sam ruch.
Wreszcie Kirgiz począł łamaną mową wychwalać swe woły, doktór ramionami ruszył.
— To nie woły, to skóry! — i znowu gałki przestawił.
Potem potraktował Kirgiza tytoniem. Palili fajki i znowu tylko szelest drewnianych gałek słychać było.
W ten sposób zabawiali się godzinę. Do jurty weszło jeszcze dwóch Kirgizów, a kobiety poczęły obdzierać ze skóry zdechłego barana. Obraz się ożywiał, z pod wojłoków ukazały się głowy dzieci, nowoprzybyli dostali kumysu; doktór dobył z torby flaszę wódki.
Mrozowicki zbliżył się do niego i spojrzał na gałki. Targ się rozbijał o rubla.
— Więc to straszydło bogate! — mruknął.
— Co roku kupuję u niego dwieście wołów. W tym stosunku posiada koni i owiec.
— A obecnie ile pan kupuje?
— Sześćdziesiąt, po sześć rubli.
— Uczciwy to naród?
— Złodzieje, okradani stokrotnie!
Bejgabuł-Buka bełkotał z sąsiadami i wreszcie ową sporną gałkę na pół rozbił. Spieszno mu było wypić kontraktowe. Doktór przedewszystkiem umowę spisał. Miał w torbie przybory do pisania, miał i świecę, która w zaduchu jurty źle płonęła, ledwie dozwalając dojrzeć litery koszlawe, które u spodu aktu Bejgabuł-Buka nagryzmolił. Za świadków podpisali się Kirgiz Szynginej i Mrozowicki. Wtedy dopiero wypito wódkę i kupcy nareszcie wydostali się z tego swędu i dymu na wolne powietrze i odetchnęli głęboko. Doktór się roześmiał z desperackiej miny młodego, a Andrjanek począł kląć tych brudasów i niechlujników.
— Co kraj, to obyczaj — mówił stary. — W Europie ciężką, brudną robotę załatwiają podwładni, biedni, nieszczęśliwi. Tutaj każdy równy. Te same ręce rachują własne tysiące, co obdzierają barana i ważą łój na jarmarku. Nikt nie zdziwi się i nie zażartuje, widząc, jak właściciel zamożny sam bydło pasie, i nikt z zawiścią na jego pieniądze nie spoziera. Jego parobek zasiądzie z nim razem do stołu i nie pojmuje, że jest w czemkolwiek gorszy i niższy. „Bogaty mój gospodarz, — powiada — jak się mnie poszczęści, będę ja jeszcze bogatszy.” W Europie ostatni z moich komisantów nie zechciałby złożyć wizyty Bejgabułowi; tutaj odwiedzam go, ilekroć potrzebuję, sam. Nie dziw się więc ani wzdrygaj, gdy ci wypadnie być rzeźnikiem, pastuchem, przekupniem, tragarzem. Własnemi rękami tu trzeba swe kopiejki zarabiać jak i tysiące rubli. Kto tak nie czyni, nic nie zdobędzie, bo tu jeszcze życie pierwotne, ludzie prości, natura dziewicza.
Siedli do sań i pojechali zpowrotem.
— Jutro rozdzielimy pracę! — mówił dalej doktór. — Ja pojadę do Szadryńska po zboże, ty mi te woły po gorzelniach obejrzysz.
Młody po chwili milczenia rzekł wahająco:
— Możebym ja po zboże pojechał.
— Czemu?
— Może panu Szumskiemu moja wizyta się nie podobać!
— Cóż cię humor Szumskiego może obchodzić? Pilnujesz swego, więc o nic i o nikogo nie dbaj.
— Jak pan każe.
Noc była, gdy wrócili do domu. Doktora wprost z sań zabrano do chorego. Kobiety przyjęły Mrozowickiego. Zdawało mu się, że panna Marja spojrzała badawczo po jego odzieży, więc co rychlej się przebrał, a pożyczony kożuch i wojłoki w milczeniu złożył w jadalni.
Zobaczyła to i wtedy spojrzała w jego oczy, a wzrok jej stał się z chłodnego ponurym. Bez słowa też wstała i sprzątnęła odzież i nie przemówiła doń tego wieczora. Z obojętnych stawali się wrogami. Rwała się też rozmowa z Utowiczową i chłopak wcześnie do swego mieszkania się schronił. Sam nie pojmował, jak wytrwa dłużej w takich warunkach. Nuda go też obejmowała nieokreślona a nieznośna.
Nazajutrz przedstawił siebie i swe papiery do miejscowej władzy. Urzędnik, przeczytawszy paszport, zaczął się śmiać.
— Wiecie, — zawołał do obecnych chłopów — będziemy mieli szlachcica w swoim powiecie! Ot, on!
Wszyscy zawtórowali śmiechem, aż się młody oburzył.
— Cóż to śmiesznego? Nie jeden ja! — rzekł. — Jest doktór Gostyński, jest Rudnicki, jest Żukowski.
— A, nie! Oni swe szlachectwo zgubili za Uralem. Ty jeden.
— Jest i drugi! — ktoś wtrącił.
— Kto?
— A Farafontow.
— Widział jego kto z was?
— Nikt, ale wszyscy z niego się śmieją.
Wreszcie ten demokratyczny kraj ubawił i samego Mrozowickiego. Zaczął się i on śmiać z tej osobliwości syberyjskiej, uścisnął dłoń ojca Andrjanka, swego urzędowego zwierzchnika, i wyszedł z gminy.
Lebjaża, choć się wsią zwała, miała pozór miasteczka. Domy drewniane, piętrowe, ozdobione rzeźbą, ogrodzenia porządne, często, gęsto sklepik, ludność bardziej handlowa niż rolnicza, za wsią okazała cerkiew, a na wstępie ogromny szynk. Taki był wygląd ulicy. Za wsią Toboł, sążniowemi lodami skuty, leżał w oprawie z marnej sośniny, a za rzeką czerniała druga wieś, Nagorna, dalej step bezbrzeżny, biały.
Antoni wdrapał się na wzgórze i długo patrzał. Wszędy śmiertelna pustka i nicość przyrody. Nie chciało się wierzyć, że jest potęga, co tu życie wskrzesi. Biedak ciężko westchnął. Pojął ową nieprzepartą chęć ucieczki z tej strasznej krainy, odbiegła go wszelka otucha. Apatycznie powlókł się do domu.
Doktór już do drogi był gotów i dla niego stały konie zaprzężone. Dał mu stary potrzebne instrukcje, list do Szyszkina, wyprawił na rewizję opasów, a sam po zboże ruszył.
Pojechał tedy Mrozowicki raz pierwszy za interesem swego chlebodawcy. Pojechał i przepadł. Doktór wrócił ze zbożem i rozesłał je po gorzelniach. Zdziwił się, nie znalazłszy Antoniego. Szumski się też od paru tygodni nie pokazywał.
Panna Marja nie okazywała ani zdziwienia, ani przykrości z opieszałości narzeczonego. Na uwagę ojca ruszyła ramionami.
— Nie zginie. Przyjedzie! — odparła obojętnie.
— Coś ty niebardzo o niego dbasz? — oburzyła się Utowiczowa.
— Dbam o to, o co i on: o moje pieniądze — zaśmiała się ironicznie.
— To pocoś go przyjęła? — mruknął ojciec.
— Bo każdy takiż sam. Nie wszystko jedno, ten czy inny?
— O, serce u ciebie, serce! Boże, od niego broń dobrych ludzi! — sarknęła Utowiczowa.
— Nikogo nie częstuję! — odcięła ostro dziewczyna.
— Daj jej, ciotka, spokój — wmieszał się doktór. — Ma rację. Kto serca nie ma, zdrów będzie i ludzie go nie zdepczą. Zimna ona. Cóż robić! Taka zostanie. Ale gdzie się podział Mrozowicki?
— Czy pieniądze mu ojciec dał jakie?
— Może go już podejrzewasz! Przyjaciel Antosia złodziej! — gniewnie burknął stary.
Dziewczyna zmarszczyła brwi.
— Wcale nie. Może być uczciwy. Myślałam o rozboju. Zresztą mógł zachorować. Nie ma stosownej na ten mróz odzieży.
— Przecież mu dałaś kożuch?
— Nie przyjął, więc drugi raz nie proponowałam.
— Zapewne; niech raczej umrze, byleś ty nie potrzebowała fatygować swego serca.
— A co! Dobrodziej to samo mówi, co ja — triumfująco zawołała Utowiczowa. — Nie ma serca, nie ma!
Ksiądz Ubysz nawet popatrzał na dziewczyną, która, pochylona u stołu, szyła, milcząc.
— Żebym mówił językami wszystkiej ziemi, a miłości nie miał, będę jako miedź brzękająca i jako cymbał brzmiący — zacytował swym bezdźwięcznym głosem.
Doktór coś zamruczał niechętnie i wyszedł. Z za drzwi do Utowiczowej się odezwał:
— Weź, ciotka, ten kożuch i połóż mu w stancji. Ja się z nim rozmówię.
Stara podreptała spełnić rozkaz, ksiądz powlókł się do kuchni, węsząc zapach świeżego ciasta. Dziewczyna szyła. Po chwili na płótno spadła jedna łza, druga, trzecia. Wzrok się zaćmił, złożyła robotę.
Na ulicy rozległ się dźwięk znajomych sań. Wzdrygnęła się, zerwała i uciekła. Gdy Szumski się ukazał, nikogo nie było w pokoju. Zaczął tedy nucić półgłosem.
Na to hasło ukazał się doktór.
— Cóż to, zapomniałeś o nas? — powitał.
— Broń Boże! Ogromnie byłem zajęty.
— Widziałeś Mrozowickiego?
— Kto to taki?
— No, mój nowy pomocnik.
— Ten bawół! Nie.
— Bo go posłałem woły obejrzeć. A ty skąd jedziesz?
— Z Kurhanu. Szyszkin mnie trzymał tydzień dla różnych rachunków.
— Nie rozumiem, co się stało chłopcu!
— Chłopcu? Kirgizi go może ukradli!
— Nie żartuj! Jestem na serjo niespokojny.
Szumski ziewnął. Miał minę zmęczoną, oczy czerwone. Rozruszał się na widok narzeczonej. Animusz jednak wydawał się sztuczny. Panna Marja parę razy spojrzała nań badawczo i nie rozchmurzyła oblicza. Jedna Utowiczowa śmiała się z konceptów faworyta.
Spożyto wieczerzę i rozmawiano przy kominie, gdy drzwi skrzypnęły i wszedł Mrozowicki tak cicho, że go zrazu nie dojrzano. Biały był od mrozu i zamiast zwykłego pozdrowienia tylko ustami bez dźwięku poruszył. Nie zdejmując kożucha, usiadł w kącie przy piecu.
Panna Marja wstała i podeszła do niego.
— Wypij pan! — rzekła, podając mu wódki.
— Jesteś przecie! — wykrzyknął doktór. — Co, przemarzłeś do pół śmierci? Pijże, prędzej!
Po chwili dopiero zdołał przełknąć.
— Mógłby pan być wytrzymalszy, sądząc z pozoru! — zawołał Szumski. — Dziś nawet mróz niewielki! Ja go nie czułem. Prawda, że mam moc stalową na wszystko. Ależ pani się tyle fatyguje. Przecie ten pan nie kaleka, może sobie sam usłużyć! Jabym, konając, nie pozwolił, aby kobieta dla mnie się trudziła. Ruszże się pan!
Mrozowicki popatrzał nań w milczeniu.
— Inteligentny subjekt — zamruczał Szumski.
— Daj mu spokój! Zmarzł, zbiedniał, ledwie żyw. Niech służy, kto temu winien.
Doktór, mówiąc to, spojrzał surowo na córkę. Krajała właśnie chleb. Poczerwieniała, nóż się oślizgnął i przeszedł po ręku. Krew trysnęła na tę kromkę obcego przybysza. Utowiczowa krzyknęła wielkim głosem:
— O, Boże! Krew na chlebie! Fatalne!
Szumski poskoczył po wodę, doktór po jakiś eter, Utowiczowa po płótno.
Mrozowicki żałośnie, poczciwie na dziewczynę spojrzał.
— Niech pani mi daruje! — szepnął. — Nikomu waszego chleba nie przyszedłem odbierać. Może, da Bóg, prędko przestanę pani dokuczać! Widzę, jak mnie pani niecierpi!
Zawiązała rękę chustką i rzuciła mu ostre spojrzenie.
— Dowiedziona rzecz, że ja wszystkich niecierpię! — mruknęła niewyraźnie.
Zbiegli się wszyscy, opatrzono skaleczenie i zapomniano o Mrozowickim.
Ale on już odtajał, czuł powracające życie i czucie i nagle wśród ogólnej rozmowy ozwał się zwracając się do doktora:
— Gdzie pan każe te skóry złożyć, com przywiózł?...
— Jakie skóry?
— A z wołów. Dziesięć mam, a cztery zginęły, bo psy poszarpały byki.
— Jakie byki? Co ty pleciesz?
— Woły po gorzelniach, które pan kazał obejrzeć, stoją niesłane, w nawozie wyżej kolan, no, i czternaście padło, więc zabrałem skóry.
— Miły z pana posłaniec! — zaśmiał się Szumski.
— Ja ich nie miałem pod nadzorem. Com znalazł, to raportuję — odparł Antoni spokojnie.
— Ładny znać porządek u ciebie! — z przekąsem mruknął doktór, zwracając się do Szumskiego.
— Mówię panu, tydzień byłem nieobecny, te przeklęte rachunki! Beze mnie tam niema głowy! Ja ich nauczę!
— Mnie już nauczyłeś. Czternaście wołów, zarobek przepadł. Ależ i ty, Antosiu, tydzień siedzisz niewiadomo gdzie i poco?
— Przepraszam pana, pan Szyszkin mnie zatrzymał w Utiackiej.
— To znowu co? Tylko co Szumski dowodził, że siedział tydzień z Szyszkinem w Kurhanie.
— Nie wiem, z kim był pan Szumski. Kiedym przyjechał do Utiackiej, pan Szyszkin miał kłopot, bo mu się popsuła pompa. Więc mu ją narządziłem i zmitrężyłem dwa dni. Mówił, że za widzeniem sam pana przeprosi.
— Pi, pi! To pan już bez mojej protekcji wślizgnął się do starego niedźwiedzia. No, no, winszuję sprytu!
— Niewiele go zużyłem. Rad byłem usłużyć człowiekowi.
— No, sądzę, że i nagrodą pan nie pogardził. Stary, jak pijany, bywa szczodry!
— Przy mnie był trzeźwy.
— Więc nieszczodry, co? W Europie lepiej cenią kunszt pański.
Mrozowicki głową pokręcił i usta zaciął. Mógłby dużo jeszcze nowin i szczegółów swej podróży opowiedzieć, ale nie chciał.
Doktór, nachmurzony, brodę targał; Szumski widocznie szukał kłótni. Wstał więc cierpliwy chłopak i wyszedł do swej stancji. Tam dopiero rozpiął kożuch i dobył na światło kilka banknotów. Przeliczył je kilkakroć. Było dwadzieścia pięć rubli. Fundusz w porównaniu do tego, z czem tu przyszedł. Rzuciły mu się do głowy różne projekty. Śmiertelnie znużony, zasnąć nie mógł. Pierwsza myśl była, z tą marną sumą wracać do kraju, do siostry, do narzeczonej. Ale go i wstyd, i strach powstrzymał. Potem pomyślał o kupieniu odzieży, ale mu żal się zrobiło tych pieniędzy, tak niespodzianie zdobytych. Odzież się znosi i co dalej. Potem półsennie rozbujała się fantazja i począł roić świetne handle, kupna, sprzedaże, tysiączne zarobki, a gdy zupełnie usnął, ujrzał swój Promieniew, lipami otulony, odzyskany, własny znowu, wstający z ruiny i ciemiężenia.
Nazajutrz obudził się i skarb swój ukrywszy starannie, wyszedł z domu.
Machinalnie wstąpił do sklepiku i kupił trochę bielizny. Chciało mu się tytoniu, ale grosza pożałował i oparł się pokusie. Potem, idąc ulicą, rozmyślał ciągle i ciągle, od czego zacząć.
— Zdrowia ci, Antoni! — ktoś się ozwał za nim.
Obejrzał się. Był to Andrjanek, dobrodusznie uśmiechnięty.
— Chodź do nas w gościnę! Dzisiaj święto. Poznajomimy się przy herbacie!
Cała rodzina przyjęła obcego z rubaszną, pierwotną serdecznością. Przy herbacie z wódką podano cedrowe orzeszki i jakieś ciastka. Wypytywano go o te strony, skąd przybył, o rodzinę, o żonę, o ceny i handle tameczne. Nie czuli jednak zazdrości, by owe cuda cywilizacji zobaczyć. Andrjanek nawet się z nich natrząsał.
— Długie lato tylko dokuczy, bo z ciepła różne choroby przychodzą. Zimą zdrowo, a dzieci, co słabsze, mróz wydusi. Jak się które uchowa, to sto lat żyje i ot, taki jak ja!
Tu wyzywająco wyprostował swe potężne członki i pokazał pięści olbrzyma.
— Gdzie spójrz, tam jedź; gdzie staniesz, wszystko twoje; co chcesz, dostaniesz!
— Ot, nasz kraj! — z dumą jego brat dodał.
— Bogatym być można? — szepnął Antoni.
— Można. A ty już zaczął? — spytał Andrjanek.
— Ja na służbie u doktora.
— To co! Służba służbą, handel handlem. Dużo masz pieniędzy?
— Nic prawie. Dwadzieścia rubli.
— Dość na początek. Chcesz ze mną do spółki?
— Albo co?
— Najmiemy sieci i pociągniemy na szczęście przed jarmarkiem.
— Masz tonie?
— A Toboł, ojciec? Kto sieć ma, tego toń. Byle szczęście. Robota też zdrowa, na mrozie dzień i noc. Chcesz do spółki?
— Jutro powiem; trzeba gospodarza spytać.
— Słusznie; kto ojca nie ma, temu gospodarz głowa. A przychodźże jutro z toporem do płonek!
Podobał się projekt Mrozowickiemu, podobał się ten olbrzym silny i wesół, którego oczy błyszczały na hasło łowów i ciężkiej, połączonej z niebezpieczeństwem i ryzykiem pracy. Zdrów to był, czysty, prosty typ społeczeństwa.
Prawie zdecydowany przyszedł Antoni do domu na śniadanie, które by uniknąć spotkania z Szumskim zjadł w kuchni u Siergieja. Kot kucharza dotrzymał mu towarzystwa. Potem udał się do doktora. Narzeczeni rozmawiali z sobą w jadalni. Zdał tedy chłopak sprawę ze swej rewizji, a potem zawstydzony, nie śmiejąc oczu podnieść, podziękował za gościnę.
— Cóżto? — zdumiał się stary.
— Proszę pana, jam tu zbyteczny. Zawadzam każdemu; co uczynię, zawsze źle będzie. Powiem prawdę, będę się czuł intrygantem; przemilczę, będę się czuł niesumiennym. Pójdę sobie, zanim spokój państwa zakłócę.
— To prędko! — z goryczą rzekł doktór. — Myślałem, że będę miał w tobie syna. Pomyliłem się.
— Nic, panie, ale zastępcę syna pan już ma.
— Ach, tak, prawda! — zamruczał doktór. — Nie moje gusty już tu panują! Trzeba broń złożyć! Szkoda! Nie mam żadnego prawa cię zatrzymywać. Szyszkin cię pewnie zwerbował, ma sens i ty masz sens. To prędka karjera. Tutaj nikt nawet nie pomyślał od mrozu cię zabezpieczyć. Słusznie więc, że lekkiem sercem żegnasz!
Mówił prędko i urywanie, jakby co rychlej chciał ten interes skończyć.
— Masz już posadę?
— Nie.
— Gdzież stąd pójdziesz?
— Niewiele mi potrzeba. Znajdę kąt.
— Słuchajno! Zaczekaj choć do rana! Namyśl się. Nie działaj w gorączce.
— Mogę pozostać, ale się już nie rozmyślę — szepnął Mrozowicki.
— Ha, jak chcesz. Zawiodłem się na tobie.
Zwiesiwszy głowę, młody wyszedł. Czuł, że dobrze postąpił, a wstyd mu było zarazem, że też on nie mógł wytłumaczyć się doktorowi. Stary miał żal do niego. Za co? Za delikatność.
Utowiczowa wnet go posłała do sklepiku. Rad był zejść z oczu wszystkim. Wieczorem przyniesiono mu list. Zadrżał, myśląc, że to może wieść zdaleka, ale to było wezwanie Szyszkina, aby objął zarząd gorzelni. Zdumiał; a Szumski?
Jeszcze stał z listem w ręku, oczom nie wierząc, gdy, skacząc co trzy stopnie, wpadł do kramiku Szumski. Trzymał też papier i cisnął go na stół.
— To ty zrobiłeś tę denuncjację! — krzyknął blady z gniewu.
Antoni wziął list i odczytał. Zawierał dymisję bardzo stanowczą.
— Jaką denuncjację? — zagadnął spokojnie.
— No, przecie rozumiesz. Doniosłeś, żem grał w Kurhanie!
— Szyszkin mi powiedział, że hultaj z łotrem już tydzień walają się po kurhańskich szynkowniach i że obu wypędzi. Był wtedy pijany, więc szczodry w epitety. Nie wiedziałem, że to o panu była mowa. Zresztą, akurat tyle mnie to obchodzi co zeszłoroczny śnieg! Posady pana obejmować nie myślę, więc co mi pan o jakichś denuncjacjach prawisz?
— Jakto nie myślisz! Trzymasz w ręku list Szyszkina z propozycją.
— Posada nie dla mnie. Nie umiem pić araku, grać w sztosa i umizgać się do Smolinowej. Niech się pan nie ogląda, nie słyszy nikt, a jutro rano z tego domu odejdę, aby nie być winnym względem nich. Ułagodzi się Szyszkin, zostanie pan tu i tam bezpieczny. Tylko drugi raz niech mi pan obelg nie ciska, bo i ja cierpliwość tracę niekiedy.
Szumski odwrócił się na pięcie i odszedł.
Ostatnią wieczerzę spożył Antoni w kuchni. Z doktorem i Szumskim skończył, Utowiczową pożegnał, wreszcie i Siergieja udarował i Katałaja pogładził. Iść na górę dla jednej panny Marji nie chciał i zdecydowany odejść bez pożegnania, zasnął na parę godzin.
Było jeszcze szaro, gdy się zerwał i węzełek bielizny zabrawszy, ruszył w drogę. Na podwórzu stanął i prędko do czapki sięgnął. Panna Marja już wracała z obór.
— Żegnam panią i przepraszam! — rzekł. — Niewiele kosztowałem i niedługo dokuczyłem.
Wysilił się na uśmiech.
Stanęła i spojrzała nań ponuro.
— Owszem, wiele mnie pan kosztował. Odchodzisz, wynosząc z sobą tę resztę uczucia, jakie ojciec miał dla mnie. I dość długo pan bawił, aby sobie uczynić z obojętnego wroga. Coprawda, nieosobliwe żniwo!
Minęła go bez pożegnania i znikła w domu.
Antoni zupełnie osłupiał. Więc że się Szumskiemu z drogi usunął, za to on mu wrogiem. Że dziewczynie kosztu i kłopotu ujął, za to jej ojcowskie serce niby zrabował. Jezu! On winien, czy ludzie? Stracił zupełnie jasne pojęcie i czuł się tylko w głębi duszy bardzo biednym i skrzywdzonym i smutnym!
Głupi, trzykroć głupi, anima vilis!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.