Biały Kapitan/Rozdział XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Biały Kapitan
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wyd. 1939
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ XI.
NA NOWE ŻYCIE — NA NOWĄ WYPRAWĘ.

Gdy „Witeź“ oddał cumę przy wybrzeżu portowem w Londynie, Pitt Hardful już leżał na pokładzie, z każdym dniem powoli odzyskując siły. Jednak był jeszcze słaby, bolała go zraniona noga, kaszlał i pluł krwią.
Olaf Nilsen działał szybko i wkrótce sprzedał towar, zawarty w rumie statku. Zyski przeszły wszelkie oczekiwania, gdyż drogie futra i kość morsową na rynku londyńskim kupowano po cenach fantastycznych.
Gdy rum „Witezia“ opustoszał, Olaf Nilsen usiadł przy sztormanie i zapytał:
— Czy mam oddać należną część zysku aresztowanym ludziom, mister Siwir?
— Sądzę, że — tak! — odparł Pitt, który przedtem myślał już o tem. — Przyczyna w tem, że, przecież, sami, kapitanie, wymierzyliście załodze karę za bunt. Do tego czasu czeladź pracowała sumiennie, powinna więc dostać swoją część zarówno, jak i wymiar sprawiedliwości...
— Dobrze! — mruknął Nilsen. — Myślałem tak samo. Macie tymczasem swoją część!
Mówiąc to, podał mu grubą paczkę banknotów.
Suma była bardzo znaczna i Pittowi oczy błysnęły radością.
Na drugim końcu statku skakał ucieszony Walicki, któremu, oprócz jego udziału w zysku, kapitan wypłacił hojną nagrodę za uratowanie sztormana.
Wieczorem tegoż dnia, kapitan oznajmił, że za dwa dni chce odpłynąć, aby w jemu znanem miejscu wysadzić na brzeg buntowników.
— Kapitanie! — rzekł Pitt. — Jestem jeszcze bardzo słaby i chciałbym czas waszego pływania spędzić w lecznicy, gdzie prędzej powrócę do zdrowia...
— Dobrze! — zawołał Nilsen. — Jutro wszystko się załatwi... Będziecie mieli dwa tygodnie czasu, mister Siwir.
— To wystarczy! — zgodził się sztorman. — Bo, jak widzę, mam końskie zdrowie, że tak prędko się wylizałem!
Następnego dnia Pitt Hardful został ulokowany w bardzo dobrze urządzonej prywatnej lecznicy w okolicach Londynu i oddany pod opiekę doświadczonych lekarzy.
Pitt natychmiast polecił kupić sobie kilkanaście książek, atlasy geograficzne i nawigacyjne i zaczął się uczyć.
Tymczasem „Witeź“ płynął tam, gdzie Nilsen miał zamiar wysadzić bosmana Rybę z jego czeladzią, po wydaniu im należnej części zysku, osiągniętego z ostatniej wyprawy.
Pod dozorem lekarzy Pitt szybko nabierał sił i wkrótce już mógł chodzić, lekko utykając. Zabrał się więc do pracy, ślęcząc nad książkami i mapami.
Gdy „Witeź“ po powrocie stanął na Tamizie, sztorman odrazu przeniósł się na szoner i powoli zaczął wchodzić w zwykły tryb marynarskiego życia. Pracy dla niego nie było zbyt dużo bo „Witeź“ się odświeżał po kilku pływankach.
Załoga oprócz warug strażniczych miała cały czas wolny spędzając go w pięknem mieście, gdzie skrzętni, mądrzy Anglicy zebrali tak dużo materjału dla myśli i nauki.
Wynajęci przez kapitana robotnicy portowi, po pozostawieniu statku w doku, oczyszczali dno i kil „Witezia“ z warstwy muszel i wodorostów, malowali cały kadłub, szpaklowali szczeliny tarcic burtowych i desek deku, smolili liny takelażu, naprawiali żagle i ustawiali nowy ster. Najważniejszą jednak część roboty stanowiło czyszczenie kotłów i rewidowanie maszyny. Technicy dokowi pod kierownictwem Rynki starannie oglądali każdy najdrobniejszy mechanizm „Witezia“, czyszcząc i zastępując stare zniszczone części nowemi, dobrego angielskiego wyrobu.
Szoner stał w doku przez dwa miesiące i dopiero na Boże Narodzenie spuszczono go znów na wodę. Wypłynął na Tamizę odnowiony połyskujący, nabity węglem, i stanął w porcie.
Hucznie spędzono święta, więc skład wina, porteru, whisky i dżynu mocno opustoszał przez ten czas.
Kapitan spisał nowe kontrakty z Pittem, Polakami i Mikołajem Skalnym. Załoga wypoczywała po trudnej, burzliwej, pełnej przygód ryzie.
— Co będziemy dalej robili, sztormanie? — zapytał pewnego razu Nilsen, wchodząc do kajuty pochylonego nad książkami Pitta. — Nie będziemy przecież bez końca gnili na Tamizie?
— Z pewnością, kapitanie! — zawołał wesoło sztorman. — Szczególnie teraz, gdy „Witeź“ wygląda jak jakiś krążownik, niedawno spuszczony z warfy! Mam projekt gotowy, kapitanie, lecz pozwólcie mi powiedzieć wam o nim za dwa tygodnie, bo teraz okrutnie się obkuwam!
— Poco czytacie tyle książek? — zapytał, wzruszając ramionami, Norweg.
— Za dwa tygodnie mam złożyć egzamin na kapitana dalekich ryz. Będę miał dyplom, tytuł i prawa kapitańskie — objaśnił Pitt.
— Poco wam to? — zdziwił się Nilsen. — Czy chcecie odejść z „Witezia“?
— Nie, kapitanie! — zawołał Pitt. — Nie chcę rozstawać się z wami, lecz, być może, zbrzydnę wam i sami zerwiecie kontrakt ze mną. Co ja wtedy z sobą pocznę? Nie każdy weźmie takiego ciurę na sztormana, jak to uczynił Olaf Nilsen. Mając dyplom, wiedzę i, jak powiadacie, żyłkę marynarską, — nie zginę! Rozumiecie?
— Rozumiem! — mruknął kapitan. — Widzę, że przygotowujecie sobie ucieczkę od nas. Niedobrze to obmyśliliście, mister Siwir! Nie, bo ja z wami nigdy umowy nie zerwę...
Olbrzym z wyrzutem patrzał na sztormana.
— Ja też nigdy! — rzekł, wyciągając do niego rękę, Pitt, — chyba wy tego zechcecie, lub gdy będę uważał to za niezbędne dla nas wszystkich.
— Jasne... — szepnął Nilsen. — Ryba szuka gdzie głębiej człowiek — gdzie mu lepiej... To — zrozumiałe! Będę czekał dwa tygodnie, mister Siwir, a później się naradzimy.
Przez ten czas ostatnich przygotowań do egzaminu kapitańskiego, Pitt znalazł jednak wolne godziny i wraz z Olafem Nilsenem i Elzą odwiedzał wspaniałe muzea londyńskie, teatry, wystawy, opowiadając swoim przyjaciołom o tem, czego nigdy nie słyszeli i nie widzieli. Robił to w tak delikatny sposób, że nie czuli jego wyższości. Był towarzyszem, starszym, bardziej doświadczonym kolegą, przyjacielem i doradcą.
Olaf Nilsen czekał na Pitta nie dwa tygodnie, lecz całe dwa miesiące, bo po egzaminach sztorman odbył praktykę na dużym statku handlowym, płynącym do Ameryki. Gdy sztorman powrócił na pokład „Witezia“, pokazał z tryumfem dyplom kapitański.
Z rumu długo potem wynoszono zakurzone, pajęczyną powleczone gąsiorki, dzbanki i butelki, i na małym szonerze taki powstał huczek, że portowa łódź policyjna czem prędzej przybiła do burty „Witezia“, zapytując, czy nie potrzebna jest pomoc.
— Potrzebna! — zawołał rozochocony Nilsen. — Chodźcie, dżentelmeni, do nas!
Łódź policyjna aż do rana tkwiła przy burcie „Witezia“, a gdy odpłynęła nareszcie, to szła takiemi zygzakami, że nawet mewy zrozumiały, co się stało ze sternikiem.
Ten zaś nic już nie rozumiał. Kręcił rudlem na lewo i na prawo i darł się na cały głos, śpiewając:
„The long, long way to Tipperary“...
W dwa dni później Nilsen i Hardful siedzieli w biesiadni i naradzali się nad nową wyprawą. Przed Pittem leżała duża mapa północnych wybrzeży Azji i gruby notatnik, do którego często zaglądał, mówiąc:
— O wszystkich szczegółach dowiedziałem się od książąt samojedzkich i bogatych hodowców reniferów podczas naszej ostatniej pływanki. Pomyłki być nie może, zresztą, weźmiemy z sobą, oprócz towarów na wymian z tuziemcami, podarki dla ich starszyzny. Nic przed nami nie ukryją i zdobędziemy dużo złota, kapitanie. Tu w Londynie, nie mało dni prześlęczałem nad książkami i pamiętnikami podróżników oraz różnych przedsiębiorczych ludzi, badając sprawę. Jestem pewny, że zawód nas nie spotka. Musimy jednak wziąć ze sobą duże zapasy materjałów!
— Co mamy kupować? — zapytał Nilsen.
— Cały rynsztunek kopalniany, — odparł Pitt, — a więc kilofy, rydle, świdry do wiercenia twardych pokładów ziemi, piroksylinę do wysadzania skał i zmarzniętych warstw tundry, karbid do lamp acetylenowych, maszynę do przemywania złota, co do której już się porozumiałem z pewnym poszukiwaczem złota z Alaski; najważniejszym jednak ładunkiem będą ludzie, zakontraktowani na roboty górnicze w kopalniach...
— O, do tysiąca kolejnych psich warug! — wrzasnął kapitan. — Z tem to dopiero będzie kram! Majtków znaleźć trudno dla naszej północnej ryzy, a cóż dopiero amatorów, którzy do tego będą, jak krety, włazili do przemarzłej, skrzepłej na kamień ziemi! Nie znajdziemy takich ludzi, kapitanie Siwir! Niema o czem mówić nawet! Teraz, gdy rządy obmyśliły surowo przestrzegane przepisy pracy dla robotników, kto zechce płynąć z nami na północ i gnić w zamarzłych galerjach podziemnych?! Nie! To — szaleństwo!
— Wiem o tem, kapitanie i już pewne kroki poczyniłem! — rzekł Pitt z głośnym śmiechem, podając mu kilka numerów brukowych angielskich, francuskich i hiszpańskich dzienników z podkreślonemi czerwonym ołówkiem ogłoszeniami w rubryce „Posady zaofiarowane“.
Nilsen czytał na głos:
— Pitt Hardful, kapitan dalekich ryz, poszukuje dawnego kompana — rudego Juljana Miguela oraz jego starych i nowych przyjaciół na popłatne, chociaż trudne roboty na statku i w kopalniach. Ogólna ilość potrzebnych ludzi — 30. Dyskrecja, bezpieczeństwo i dobre traktowanie zapewnione. Za ubranie, wikt i zarobek wymagane są posłuszeństwo bezwzględne i sumienna praca. Zgłosić się do londyńskiego portu na pokład „Witezia“. Hasło „Nr. 13“.
Norweg ze zdumieniem podniósł oczy na wciąż śmiejącego się Pitta.
— Zabawna historja! — mruknął. — Objaśnijcie, co to ma znaczyć!
— Rudy Miguel, bardzo wesoły i dzielny chłopak, — zaczął opowiadać Pitt, — był towarzyszem mojej niedoli więziennej i gdy wyszliśmy razem za bramę „ula“, obiecałem, że go wyprowadzę „na drogę uczciwego życia“. Chcę teraz to uczynić i dla niego i dla nas, bo będziemy mieli z niego prawdziwą pociechę, kapitanie! Nie wątpię, że przybędzie tu wkrótce, ponieważ ogłoszenie dałem do takich pism, które są czytane nie koniecznie w pierwszorzędnych hotelach. Niezawodnie przyprowadzi z sobą takie bractwo, że będziemy zmuszeni jak najrychlej wyciągnąć kotwicę z dna Tamizy i biec dalej od lądu, gdy ci dżentelmeni nie mają dobrej opinji w społeczeństwie. Wskazałem w ogłoszeniu hasło „N 13“, bo gdyby taki pan zjawił się bez uprzedzenia, to pierwszy lepszy majtek z warugi bez gadania kropnąłby go przez łeb bosakiem obawiając się puścić go na dek!
— A jakże z akordem nowych majtków do załogi? — pytał Nilsen.
— Poco? — wzruszył ramionami Pitt. — Wśród tych trzydziestu drabów, z pewnością, połowa jadła chleb z różnych pieców i, niezawodnie, zna się na służbie czeladzi okrętowej. Zresztą wkrótce się, dowiemy!...
— Ładną będziemy mieli załogę! — zawołał, wybuchając śmiechem, kapitan.
— Damy sobie z nią radę! — odparł Pitt. — No, dla pewności i posłuchu, weźmiemy z sobą o jakie sto naboi rewolwerowych więcej... Lecz, spodziewam się, do zamieszek nie dojdzie... A teraz, płyńmy na brzeg po zakupy. Oprócz kopalnianego inwentarza musimy przygotować bieliznę i ubranie dla załogi. Czeka nas leże zimowe na brzegach Lodowatego Oceanu. Rzecz poważna i nie łatwa! Musimy wrócić stamtąd zdrowi i bogaci...
Nilsen z głośnem westchnieniem podniósł się. W sercu olbrzymiego szypra, jak dziecko bezbronne idącego za losem i wypadkami, żyło inne marzenie. Jednak nic nie powiedział, zacisnął wargi i, otworzywszy żelazną skrajnię, zaczął wyjmować z niej grube paczki białych angielskich banknotów.
Po chwili czterowiosłowy bat mknął już do przystani, odwożąc obydwuch kapitanów na przystań przy London Bridge.
Olaf Nilsen i Pitt Hardful nie powrócili tego dnia na pokład swego statku. Pozostali w mieście, aby za jednym zamachem załatwić wszystkie sprawy. Wieczór spędzili w kawiarni Regent Palace Hotelu, gdzie omówili resztę szczegółów przyszłej wyprawy. Tu też Pitt poddał kapitanowi bardzo ważną decyzję.
— Chcę dać jedną radę, dotyczącą Elzy Tornwalsen, — rzekł Hardful.
Norweg podniósł głowę i badawczo patrzał na towarzysza.
— Czy nie myślicie, kapitanie, — zapytał Pitt, — że kobieta w przebraniu męskiem, udająca zwykłego marynarza, budzi w otoczeniu różne domysły i drażni? Gdyby Elza, jako zwykła kobieta, znajdowała się na pokładzie szonera, — nikogo toby nie dziwiło. Na kupieckim statku i do tego do was należącym, możecie wieźć kobietę, chociażby własną żonę. Nikt wam tego zabronić nie może! Elza Tornwalsen w ubraniu marynarza ukrywała się przed pościgiem męża, lecz teraz macie mnie, który potrafi ją obronić na podstawie prawa. Poco więc teraz taka maskarada? Będziemy mieli na pokładzie trzydziestu nieznanych nam mężczyzn, i tajemnica, otaczająca kobietę-marynarza, może nowe wywołać trudności i zamieszki w załodze, jak to było przy dawnym bosmanie i jego czeladzi. Czyż nie będzie prościej, jeżeli Elza Tornwalsen przywdzieje strój kobiecy i zajmie się kuchnią na „Witeziu“, będzie spełniała obowiązki kuka, stewarda i magazyniera rumowego?
Nilsen namyślał się.
— To — dobra rada! — mruknął. — Niech nowa załoga myśli, że jest ona moją siostrą.
Mówiąc to, kapitan westchnął.
— Nie! — zawołał Pitt. — Niech uchodzi za moją siostrę, a ja już powiem rudemu Miguelowi, o ile tylko ten ptaszek nie ugrzązł gdzieś znowu za kratą, żeby jego kamraty pamiętali o tem, jeżeli chcą mieć dobre życie na „Witeziu“!
Olaf Nilsen zajrzał w oczy Pittowi i, nic nie mówiąc, mocno ścisnął mu obie ręce.
Siedząc później w jakiejś nocnej restauracji, z błaznującym na estradzie murzynem, wystrojonym w biały frak i cylinder, kapitan, pogrążony w myślach, nagle zapytał towarzysza:
— Jak to tylko będzie, kapitanie Siwir, z temi kopalniami złota? My — marynarze znamy się na maszynie okrętowej, na żaglach, tałach, trosach i masztach, lecz o kopalniach pojęcia zielonego nie mamy?
— Posiadamy zdrowe ręce, spryt i wolę — odparł, pociągając czerwone wino, Pitt. — A co do wiedzy i wprawy, to mamy od tego inżyniera Rynkę, tego Polaka. Jest to człowiek pomysłowy, wykształcony w swoim fachu i rozumiejący znaczenie naszego planu. Rozmawiałem z nim i jestem o wszystko spokojny, kapitanie. Odrzućcie więc wszelkie smutne myśli i troski i postarajcie się śmiać z tego idjotycznego murzyna, który bawi białą publiczność, tak znienawidzoną przez siebie. Za wasze zdrowie, Olafie Nilsen!
— Na pomyślność naszą, Pitt Hardful! — odpowiedział Norweg, trącając się kieliszkiem.
Dopiero nazajutrz późno wieczorem powrócili kapitanowie na „Witezia“. Spotkał ich zafrasowany Mikołaj Skalny.
— Co się stało? — zapytał kapitan.
— Zaczęli przybywać ci... co to mają podawać hasło „N. 13“ — meldował mechanik.
— Aha! — zawołał Pitt z głośnym śmiechem. — Cóż? Piękne ptaszki, z pewnością, bo naszemu mechanikowi, aż twarz się wyciągnęła!
— Włóczyłem się, kapitanie Siwir, po różnych legowiskach, lecz nigdzie takich podejrzanych drabów nie spotykałem! — mówił przerażonym głosem Skalny. — Gdy taki ananas patrzy na człeka, to temu pugilares, zegarek, ostatnie penny z kieszeni same wyłażą i lecą ku takiemu opryszkowi! Nie śmiałem zostawić ich na wolności, więc wszystkich wpakowałem do rumu na sztabie i — zamknąłem.
— Ci panowie się nie obrażą! — zaśmiał się Pitt. — Naturalnie — tylko w tym wypadku, jeżeli daliście im co do zjedzenia, mechaniku?
— Kapitanie! Jak oni jedzą! — zawołał, chwytając się za głowę Skalny. — Wpakowali w siebie po trzy pełne marynarskie porcje!
— Wygłodzili się, widocznie, — objaśnił, chytrze patrząc na Nilsena, Pitt. — Musieli odbyć daleką podróż... No ale prowadźcie ich do biesiadni, tylko po jednemu! Pamiętajcie uprzedzać wszystkie warugi, żeby puszczano przybywających z hasłem!
— Rozkaz wydany, — odparł Skalny i poszedł spełnić polecenie Pitta.
Wkrótce do biesiadni wszedł mechanik, a za nim mały, pękaty, zupełnie łysy człowiek o czerwonej, pucołowatej twarzy, zadartym nosku i o żałosnym wyrazie oczu i ust. Wystąpił na środek kajuty i, rozkrzyżowawszy ręce, złożył elegancki ukłon, po którym zbyt szczelnie opinająca jego okrągłą figurkę, szara w kratki marynarka utworzyła nad nim coś nakształt chomąta, a jedna nogawica wąskich spodenek zadarła się aż do kolana, odkrywając czerwoną, kosmatą łydkę.
Po ukłonie wyprostował się z godnością i, wymachując rękoma, zaczął szybko trajkotać jakąś dziwaczną mięszaniną różnych języków.
— Może pan zechce wybrać jeden z języków dla rozmowy z nami? — zaproponował mu poważnym głosem Pitt. — Prędzej dojdziemy do porozumienia.
Mały, zabawny człowieczek zaczął mówić po francusku.
— Mam zaszczyt przedstawić się... Mateusz Binjean, znany więcej pod przezwiskiem „Kula Bilardowa“... Słynny w swoim czasie artysta cyrkowy...
— Clown? — wstawił Pitt.
— Komik — bouffe! — poprawił artysta. — Przysłał mnie tu mój przyjaciel Julio Miguel — Rudy Szczur... Jaka robota, jakie warunki, gdzie, kiedy?
Pytania posypały się, jak orzechy z dziurawej torby.
— Hola, hola, mój panie! — zawołał Pitt. — Nie tak gwałtownie! O wszystkiem pan się dowie, gdy się zbierze cały komplet. Tymczasem może pan sobie jeść, spać, trochę pić, palić fajeczkę i nie wychodzić na brzeg. Zresztą, jak mi się wydaje, Londyn pana niebardzo pociąga?
— Istotnie... — mruknął „Kula Bilardowa.“ — Miasto rozległe i piękne, niema co mówić, lecz wprost kroku stąpić nie można, żeby się nie otrzeć o policjanta! I to takie duże, mocne chłopy, a oczami kręcą, jak dzikie bestje!...
— Wspaniale! — przytaknął Pitt Hardful. — Czy Miguel też już przybył?
— Niestety — nie! — odpowiedział z eleganckim uśmiechem komik-bouffe. — Interesy zatrzymały go na kilka dni... Lecz postara się, bardzo się postara przybyć na czas, dżentelmeni!...
— Czy znowu się wsypał? — spytał Pitt.
— Drobnostka! Jeden rok... — podnosząc ramiona, mruknął „Kula Bilardowa.“ — Właśnie wychodziłem już z czasowego i przypadkowego lokalu, gdy Julio przeczytał wezwanie kapitana Pitta Hardful i posłał mnie do panów. Rudy Szczur prosił abym powiedział że „poleci“ wkrótce, bo zostaje mu jeszcze siedem miesięcy..
— Poleci? — powtórzył Pitt. — Mogą go przy tym locie złapać, lub zabić...
— Rudy Szczur, zacny obywatel Julio Miguel, prosił by czekać na niego jeszcze tydzień. Jeżeli nie stawi się w tym terminie, to znaczy, że...
Powiedziawszy to, mały człowieczek głośno mlasnął językiem i skosił oczy tak, że źrenice zniknęły mu zupełnie.
— Może pan teraz iść i wypoczywać! — rzekł Pitt.
— Panowie! — uroczystym głosem rzekł „Kula Bilardowa“ i złożył ponownie ceremonjalny, dworski ukłon, po którym marynarka i nogawica wąskich spodenek powróciły na właściwe miejsce. Jednocześnie obrócił się na pięcie, a na łysą głowę z hałasem wbił niewiadomo gdzie przedtem ukrywany wygnieciony, szary melonik z brakującym kawałkiem ronda.
— Mechaniku, dawajcie resztę, bo jeżeli każdy z nich tyle gada, to do jutra nie skończymy, — powiedział Nilsen, zapalając fajkę i wybuchając nagłym śmiechem. — Wyobrażam sobie, jak ta „Kula Bilardowa“ będzie się toczyła po pokładzie „Witezia“, gdy porządna dma urządzi nam kładź na bakier i sztybor!...
Ponury zwykle Norweg zanosił się od śmiechu, aż łzy wystąpiły mu w oczach.
Mikołaj Skalny wprowadził czterech nowych gości. Na przedzie stał olbrzymi, suchy, ze splotów i guzów mięśni, żył, blizn, piegów i tatuowanych znaków zlepiony drab, w łachmanach, przez które wyglądała pasiasta marynarska koszulka. Na głowie miał słomkowy kapelusz z czerwoną wstążką.
— Hej, hej! — warknął Nilsen, patrząc na niego uważnie. — Obciągnij fajkę, chłopie! Wara kapelusz! Cóż to, nie wiesz, że do biesiadni wchodzi się z odkrytą głową? Przecież byłeś majtkiem, nie! — palaczem. Te znaki to ci w Sajgonie nakłuli? Z kim pływałeś, przyjacielu?
— Pływało się... różnie — niechętnie zdejmując kapelusz, mruknął olbrzym. — I na szkutach, i na handlowych pudłach... i pięć lat... na galerach...
— Jak się nazywacie? — spytał Pitt.
— Miałem piętnaście nazwisk... — burknął niezadowolonym głosem. — Wolę gdy mnie nazywają — Falkonetem. Przysłał mnie Miguel... mój znajomy i dawny sąsiad.
Za Falkonetem jeden po drugim przewinęli się przed kapitanami bardzo różni ludzie.
„Puhacz“ o okrągłych, nieruchomych oczach i haczykowatym nosie nad małemi, niemal dziecinnemi usteczkami; piękny młodzieniec, przezwiskiem „Bezimienny“, o drapieżnej, orlej twarzy i o kurczących się, jak szpony orle, palcach; nareszcie trzeci — wyrostek, liczący może czternaście lub piętnaście lat, zwinny, jak wąż, o biegających oczach i ostrem spojrzeniu.
— Za młody jesteś, chłopcze, dla nas! — zauważył Nilsen.
— Jutro już będę starszy! — odpowiedział chłopak wyzywająco. — Ten brak to się sam naprawia...
— Nie wytrzymasz ciężkiej pracy... — zaczął kapitan.
— To znaczy, że mogę kopytka przeciągnąć? — spytał chłopiec.
— Mniej więcej! — uśmiechnął się Pitt.
— Czy szanowni panowie obawiacie się, że im łez nie starczy na opłakiwanie Jacka Lark?
— Podoba mi się ten pyskaty żółtodziób! — zawołał ze śmiechem Nilsen. — Poszlę go do kambuzy na pomoc kukowi.
— Ciepłe i dobre miejsce! — zauważył rezolutnie Lark. — Dziękuję, kapitanie!
Codziennie przybywało po dwóch lub trzech przelotnych ptaków, nigdzie nie wijących gniazd. Zwykle zjawiali się o zmroku, gdy z brzegu najbardziej przenikliwe oko policjanta nie odróżniłoby w płynącej łodzi obszarpanego włóczęgi od wysoce dystyngowanego lorda. Przywoziły ich do burty „Witezia“ czółna rybackie, lub wywrotne, zakopcone łódki z nieznanymi wioślarzami, odpływającymi pośpiesznie w stronę dalekich przedmieść miasta-olbrzyma.
Minął tydzień... Juljan Miguel nie stawił się dotąd. Bez niego Pitt obawiał się zabierać na daleką i niebezpieczną wyprawę to zbiorowisko ludzi, którzy przeszli piekło życiowe, a skąd nie zawsze zdołali unieść resztki ludzkich uczuć i zrozumienie obowiązku.
Pitt Hardful chodził po mostku, bardzo zafrasowany.
Plan, obmyślony przez niego, miał się rozbić o tę przeszkodę?
Nagle za burtą rozległ się cichy plusk wody i jakiś głos krzyknął z ciemności:
— Czy ten statek nosi nazwę „Witeź“?
— Tak jest... — odkrzyknął Pitt, przechylając się przez burtę. — Kto pyta?
Z czarnej wody wystawała ledwie dostrzegalna w mroku głowa pływającego człowieka. Pitt dojrzał bielejącą na czarnej burcie rękę, trzymającą się nierówności tarcic.
— Hasło „N. 13“... — odezwał się człowiek z wody. — Rzućcie-no mi jakąś linę, bo djablo zimno, skostniałem, a właśnie tu, przy burcie „Witezia“, głupio bym się czuł, gdybym utonął...
Rzucono drabinkę i na pokład wygramolił się ociekający wodą, drżący i szczękający zębami człowiek. Pitt podbiegł do niego i zajrzał mu w twarz.
— Chwała Bogu! — krzyknął radośnie. — Juljan Miguel!... Hej, tam ludzie z warugi, przynieście biegiem dżynu! Bosmanie, zabrać tego chłopca do kasztelu i dać mu suche ubranie.
W półgodziny później przy stole w biesiadni siedział ogrzany, wysuszony i mocno podchmielony Rudy Szczur.
— Jestem... jestem nareszcie, panie... Hardful, — mówił Miguel. — Słowo się rzekło, i oto spotkaliśmy się. Nie mogłem wcześniej... bo strasznie głupi zwyczaj robienia takich grubych krat... Trzy piły złamałem, nim udało mi się przeciąć sztaby... Namozoliłem się, ale zato później wszystko poszło jak z płatka! Na moje szczęście w „ulu“ wybuchnął pożar... popłoch, zgiełk, tłok, gwałt... Wjeżdża straż ogniowa, biegnie tłum, a Rudy Szczur myk! myk! ulica... przechodnie... powozy... stacja kolejowa... puste wagony węglowe... wziąłem bilet z powietrznej kasy, zapłaciłem marzeniami i — po trzech dniach w Londynie... Tylko raz przesiadałem się... z pociągu do magazynów węgla na statku... Oto jestem nareszcie... Słowo się rzekło!...
— Macie słuszność, Miguelu, słowo się rzekło! — uśmiechnął się Pitt. — Powiedziałem wam wtedy przy bramie więziennej, że wyprowadzę was „na drogę uczciwego życia“, no — i wyprowadzę, jeżeli zechcecie!
— Ja bardzo chciałem tego, lecz djablo niewyraźna ta droga! Ciągle jakieś skrzyżowania, co chwila trafiałem na boczne ścieżki, nie brukowane i nie asfaltowane, aż znowu wpadłem na taką, co prościuteńko biegła do „ula“... Czy który z moich chłopców przybył?
Gdy Miguel dowiedział się o znajdujących się już na pokładzie „Witezia“ towarzyszach, gwizdnął i zatarł ręce.
— No, kapitanie Hardful, teraz to macie bandę! Djabłu rogatemu do oczu skakać potrafią, w ogniu piekielnym zatańczą foxtrotta! Możecie z nami płynąć na podbój Grecji, Portugalji i Chin, odkrywać nową Amerykę, lub wozić kontrabandę! Co? Pewno tym procederem zajmujecie się?
— Jutro o wszystkiem dowiecie się, Miguelu! — rzekł Pitt, wstając. — A tymczasem idźcie spać, jutro pogadamy!
— Spać, to spać! — zgodził się Miguel. — Bo też należy mi się porządne spanie! Dziwna rzecz, że w pociągach, któremi jechałem, nie było sypialnych wagonów... tylko brudne węglarki... Świństwo! Tak się obchodzi państwo ze swymi obywatelami!... Oburzające!! Dobrej nocy, kapitanie Nilsen! Dobrej nocy, kapitanie... Hardful! Hasło N. 13, ho! ho!
Rudy Szczur wyszedł, mocno chwiejąc się i podśpiewując.
— Teraz wszystko będzie w porządku! — zauważył radosnym głosem Pitt, ściskając rękę Nilsena.
— All right! — odparł sennym głosem kapitan. — Ale co banda, to banda! Istotnie musimy czem prędzej wyjść na morze, bo inaczej wszystkie rządy świata mogą się u nas upomnieć o swoich zbiegłych aresztantów...
— Powrócą za rok innymi ludźmi — szepnął Pitt, — lub nie powrócą nigdy...
Nazajutrz po rozmowie z Juljanem Miguelem banda, przybyła z różnych końców Europy, zebrała się dokoła kapitańskiego mostku, gdzie stali Nilsen i Pitt.
Pitt Hardful przemawiał do tych ludzi, bezdomnych, ściganych, pozbawionych najprostszych ludzkich praw, objaśniając to, czego od nich żąda kapitan „Witezia“ i co za to daje, nawołując ich do zmiany życia i do zdobycia szacunku i miejsca wśród społeczeństwa.
Mowa Pitta wywarła głębokie wrażenie, gdyż była prosta, zrozumiała i szczera; każde słowo było przemyślane przez niego w dniach poniżenia i po przez noce męki duchowej za kratami więzienia, a później na wolności, gdy zrodziło się i potężniało niezłomne postanowienie wejścia na prawą drogę.
Banda długo się nie rozchodziła i stała, milcząca, zamyślona.
Pitt znał dusze mieszkańców ponurych worków z kamienia i umiał przemawiać do ich serc i mózgów.
— Idziemy! Idziemy! — rozległy się głosy i w powietrzu zamigotało trzydzieści podniesionych na znak zgody rąk; było ich nawet trzydzieści jedna, bo „Kula Bilardowa“ w uniesieniu podniósł dwie.
— Dżentelmeni! — zawołał dawny komik cyrkowy. — A ja wam powiadam, że gdy powrócę z owej północy z kieszeniami, wypchanemi złotem i uczciwością, sprawię sobie czarny garnitur i błyszczący, jak lustro, cylinder. Przykleję go sobie do łysiny najtrwalszym klejem, żeby przed nikim nie uchylać kapelusza. Taki będę dumny!
Ludzie rozchodzili się, dążąc do biesiadni, gdzie kapitan Nilsen wręczał każdemu książeczki akordowe, a później — do rumu, aby otrzymać od Elzy Tornwalsen ubranie i buty.
Gdy wczorajsi włóczęgowie, przebrani i ogoleni, wyszli na pokład, już jako majtkowie, z luki, prowadzącej do kambuzy, zaleciał zapach gotującej się strawy.
— Baranina z cebulą i pieprzem... — mruknął Falkonet, wciągając nosem aromat smażonego mięsa.
— Potrawka wołowa z jarzynkami, ziemniakami i koperkiem! — pisnął Puhacz, mlaszcząc drobnemi wargami.
— Słonina z bobem, — poprawił zjadliwym głosem piękny, drapieżny Bezimienny.
— Zjem i baraninę, i potrawkę, i słoninę, z pieprzem i bobem oraz bez pieprzu i bez bobu! — zawołał Rudy Szczur.
— Zgadzam się z waszem zdaniem, szanowny hidalgo, — rzekł poważnym głosem Kula Bilardowa, — z małą jednak poprawką, a mianowicie, aby wszystkiego było w obfitości, w wielkiej obfitości!
— Załoga na rufę! — rozległa się komenda z mostku.
Nowi majtkowie pobiegli i stanęli w szeregach.
— Do tylnego kasztelu — na strawę! — doszła nowa komenda i bosmański gwizdek.
— Biegiem, biegiem, — komenderował Kula Bilardowa, — bo wystygnie, bo wystygnie!
Po obiedzie „Witeź“ wyciągnął kotwicę, wywiesił ustawową flagę sygnałową i, ryknąwszy przeciągle, popłynął Tamizą, szybko sunąc z prądem ku morzu.
Na mostku stał Pitt Hardful, zamyślony głęboko.
Na dole tuż przy spardeku rozległ się nagle głos Juljana Miguela:
— Widzisz, mały Lark, wychodzimy na drogę uczciwego życia. Uważaj! Droga ta jest najprostsza, zbłądzić na niej nie można, gdyż ma tylko jedno skrzyżowanie. W poziomym kierunku — do celu, w pionowym — na dno oceanu. Obydwa kierunki są dobre, bo wyraźne i jasne, jak Boży dzień!
— Ja wolę poziomy kierunek! — zaśmiał się chłopak.
— No, i ja też! — zgodził się Miguel.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.