<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Chrystus czy Mahomet?
Pochodzenie Pomarańcze i daktyle
Wydawca Wydawnictwo »Przez Lądy i Morza«
Data wyd. 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Christus oder Muhammed 
Pochodzenie oryginalne Orangen und Datteln
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Złociste morze! Żadne inne morze świata nie zasługuje w tym stopniu na to określenie, co Morze Śródziemne, jeśli wzburzone huraganem nie rzuca spienionych fal na poblizkie wybrzeże. Kiedy król dnia stoi wysoko na niebie, leżą roztocze morza jak najczystszy lazur przed dziobem i po obu stronach okrętu, a woda jest tak przeźroczysta, że widać pod nią przeświecające miedziane obicie przejeżdżającego obok okrętu. A gdy słońce zapadnie, wody przybierają coraz jaśniejsze, złocistsze barwy, a po zachodzie nikną jak daleko okiem upojonem sięgnąć po zmarszczonych falach potężne snopy promieni, zmieszanych z purpurowemi światłami. Powietrze jest tak czyste, łagodne i orzeźwiające, że płuca oddychają głębiej, a pierś wzbiera rzadko odczuwaną rozkoszą.
Tak działa na człowieka to niezwykłe morze. Ja nieraz już pozostawałem pod jego wrażeniem, a teraz znowu nasycałem się jego widokiem. Siedziałem pod namiotem na pokładzie, wyrzekłszy się na całe godziny nieuniknionego gdzieindziej cygara, by oddychać pysznem powietrzem morskiem.
Kapitan jednak nie był w tak przyjemnym nastroju. Nie troszczył się o to, czy taki szczur lądowy, jak ja zadowolony jest z siebie, lecz przechadzał się ze ściągniętemi brwiami, patrząc jużto na morze, jużto na niebo i mruczał pod nosem jakieś słowa. Sternik miał także zgryzioną minę, a służba, leżąc na pokładzie po kątach, ziewała lub przerzucała kawałkiem żutego tytoniu z jednej strony ust na drugą, patrzała na siebie znudzonym, lub nawet stroskanym wzrokiem.
— Co się z wami stało, kapitanie? — zapytałem Turnersticka. — Żujecie coś, co wam nie smakuje.
— Co się ze mną stało? — odrzekł, wchodząc do mnie do namiotu. — Nic się nie stało, niestety, ale może się łatwo coś stać.
— Cóż takiego? Może burza? Wszystko dobrze wygląda.
— Tak, słusznie, wygląda, ale też tylko wygląda. Wiecznie uśmiechnięte oblicze jest fałszywem, podstępnem obliczem. Tak samo jest z tem starem morzem. Ilekroć ten staruszek ustawicznie się śmieje, można przysiąc, że zacznie nagle wściekle gderać. Opuszczając Francyę, mieliśmy wiatr północno zachodni; dobrze, to piękny wiatr do wyjazdu z Marsylii na pełne morze. Ale północno zachodni i wciąż północno zachodni tu, gdzie się wiatry tak często zmieniają, to budzi pewne wątpliwości.
— Ależ to jest właśnie wiatr, bardzo dla nas dogodny.
— Bardzo słusznie! Płyniemy doskonale, moglibyśmy się nawet ze steamerem ścigać, ale ja wolałbym, żeby się ten wiatr zmienił trochę. To psuje humor mnie i moim chłopakom. Do tego jeszcze wlazła nam ta historya z muzułmaninem! Nie mogę się pozbyć myśli, że jestem jego mordercą.
— Ja także czynię sobie wyrzuty. Powiedziałem już, że należało na niego nie najeżdżać, lecz zapędzić go na ląd.
— Byłoby się stało lepiej, o wiele lepiej. Mamy wprawdzie na statku wyłowiony jego burnus, ale jego samego prawdopodobnie jedzą teraz ryby. Dałbym sobie uciąć palec, a nawet dwa za to, żeby się ta historya była nie wydarzyła, nawet we śnie ukazuje mi się ten człowiek i zakłóca spokój sumienia. Może na lądzie będzie inaczej. Na statku taka samotność!
— Kiedy, zdaniem waszem, będziemy w Tunisie?
— Jutro wieczorem, jeśli wiatr dalej taki zostanie! Miejmy nadzieję, że nas nie zwiedzie.
Opuścił namiot, przeszedł się znowu kilka razy i zatrzymał się, by po raz setny zbadać widnokrąg. Naraz podniósł głowę w górę, przysłonił sobie dłonią oczy, spojrzał ostro na zachód i rzekł do mnie:
— Otóż jest! Moje przeczucie się sprawdzi. Tam w tyle coś się gotuje dla nas nie na żarty.
Wyszedłszy na pokład, popatrzyłem w oznaczonym kierunku. Na niezamąconem zresztą niebie ukazała się jasna chmurka wielkości orzecha włoskiego. Jakkolwiek nie byłem wilkiem morskim, mimo to doświadczyłem już nieraz, że taki mały twór zdoła całe niebo w krótkim czasie okryć ciemnością.
— Tak, tak! — skinął głową Turnerstick. — Za godzinę się zacznie, jeśli nie rychlej. Przygotujmy się, a ja się spodziewam, że mój „courser“ z łatwością wytrzyma tę próbę.
Namiot schowano pod pokład i wszystko, co tylko było ruchome, przymocowano. Jakiś czas płynął jeszcze okręt pełnymi żaglami, kiedy jednak pierwotna chmurka rozciągnęła się jak czarna ściana nad zachodnim horyzontem, rozkazał kapitan żagle pościągać. Burza nie nadeszła jednak tak rychło, jak się tego obawiał. Upłynęła godzina, zanim owa ściana chmur zajęła trzecią część nieba. Teraz zwinięto wielkie żagle, zostawiając brygowi tylko tyle, ile było potrzeba, by go ster mógł utrzymać w posłuszeństwie.
Zbiżał się wieczór, pora dość groźna. Na takiem ściśniętem morzu burza jest w nocy o wiele niebezpieczniejsza, aniżeli w dzień. Mimo tego przeświadczenia nie opanowała mie troska o mój los, gdyż statek był wspaniały, a Turnerstick żeglarzem, któremu można było się powierzyć.
Niebo stawało się coraz ciemniejszem i wkrótce zaczęły w podskokach zbliżać się kurczątka matki Karey. Tak nazywa marynarz krótkie fale, które poprzedzają właściwy szał wzburzonego orkanem morza. Za kurczętami pośpieszyły fale wysokie, wiatr wzmógł się na sile, a z fal porobiły się bałwany... Nadeszła burza.
Wiatr miotał wszystkiem niemiłosiernie po pokładzie. Trzeba było dobrze się trzymać, ażeby nie dać się porwać. Barka mknęła przed nim pod małymi żaglami to w górę, to w głąb na dolinę fali. Zapanowała tak a ciemność, że widać było zaledwie na odległość kilku kroków.
— Charley, idźcie do kajuty! — radził mi kapitan podczas przerwy, w której burza nabierała oddechu.
— Zostanę na górze — odrzekłem.
— Spłucze was!
— Przywiążę się do masztu.
— Głupie gadanie! Ja rozkazuję, a wy musicie słuchać. Marsz zaraz na dół!
W ślad za tym rozkazem ujęli mnie dwaj majtkowie jeden z prawej, drugi z lewej strony. Jedna ręka każdego z nich miała taką średnicę jak moje obydwie. Zaprowadzili mnie na schody i zepchnąwszy na dół, zamknęli otwór nade mną. Opór byłby tutaj daremny, a nawet śmieszny. Siedziałem więc na dole sam, ponieważ wszyscy byli na pokładzie, i słuchałem, jak wściekłość żywiołów łamała się o cienkie ściany. Były to zgrzyty, syki, szumy, wycia i łoskoty, o jakich może mieć pojęcie tylko ten, kto był na morzu. Okręt trzeszczał we wszystkich spojeniach. Pioruny huczały i grzmiały nieustannie, a błyskawice bawiły się poprostu w łapankę dokoła statku.
Minuty wydawały mi się tygodniami, a kwandranse latami. Myślałem, że nie zniosę samotności w tem ciasnem miejscu, a jednak musiałem wytrzymać. Po upływie trzech, a może czterech godzin burza trochę się uspokoiła i Turnerstick zeszedł na dół. Był zmoczony do nitki i wyglądał, jak gdyby przychodził wprost z głębi morza. Tylko twarz promieniała mu zadowoleniem.
— Wszystko idzie znakomicie — roześmiał się do mnie. — Mój „courser“ przynosi zaszczyt swej nazwie i pędzi przez fale jak prawdziwy biegun wyścigowy.
— Więc już niema obawy?
— Zupełnie. Fale nas kilka razy zalały i na tem koniec. Była to tylko mała burza. Musiałem oczywiście być ostrożnym, gdyż trudno było uniknąć zboczenia z właściwej drogi. Znajdujemy się pomiędzy przylądkiem Teulada a Cap de Fer, a stąd moglibyśmy łatwo dostać się na głębie Gality. Wiatr się odwrócił i wieje z południowego zachodu, muszę więc skręcić, żeby nie stracić kierunku. Burza nie potrwa już długo, była to tylko dłuższa chmura piorunowa i przyniosła nie wiele wody. Wrócę tu za dwie godziny, aby napić się grogu, którego wy dla siebie i dla mnie łaskawie przyrządzicie.
Udał się znów na górę. Mała burza! Jak skromnie wyrażał się ten człowiek! Ale miał słuszność. Po upływie oznaczonego czasu skończyło się dzikie szamotanie żywiołów, grzmoty zamilkły, a wiatr wiał sztywnie bez przerw z jednego punktu. Turnerstick przyszedł, żeby się pokrzepić grogiem, a mnie pozwolił wyjść na górę.
Teraz wyglądało na dworze zupełnie inaczej, aniżeli poprzednich nocy. Niebo było jeszcze ciemne od chmur, a równie czarno wznosiły się bałwany po bokach okrętu, rzucając na pokład fosforyzujące piany. Burza była przeszła, ale morze jeszcze szalało. Połowie załogi wolno było zejść na dół, a reszta została, wszyscy zaś otrzymali w nagrodę za trudy podwójne porcye rumu. Obowiązkowy Turnerstick pozostał także na górze. Ponieważ ja nie mogłem się tu na nic przydać, przeto udałem się po jakimś czasie na dół, by się położyć.
Gdy mnie zbudzono, zdawało mi się, że spałem zaledwie godzinę, tymczasem dzień już był na dworze, a kiedy wszedłem na pokład, ujrzałem nad sobą świeże niebo poranne bez chmurki, a dokoła prawie całkiem spokojne morze.
— Skończyło się szczęśliwie i znowu znajdujemy się na dobrej drodze — rzekł Turnerstick. — Ale wątpię, czy wszystkie statki dały sobie tak radę, jak my. Dlatego zwracam się teraz na Galitę i Fratelli, aby zobaczyć, czy się tam kto nie usadowił porządnie na skałach.
Jak szczęśliwym był ten pomysł, okazało się już w dwie godziny potem. Wtedy bowiem doniósł majtek z bocianiego gniazda, że widać jakiś statek. Zwróciliśmy w tym kierunku lunety, a równocześnie kapitan dał rozkaz, żeby skręcić w tę stronę i wyrzucić ołowiankę. Przekonano się, że woda była tu tak płytka, że niebezpiecznie było zbliżać się bardziej do statku, który sterczał z wody jako ciemne trójkątne ciało. Masztów wcale nie było widać, a i ludzi z tej odległości nie mogliśmy zobaczyć nawet przez dalekowidz. Mimoto na polecenie Turnersticka spuszczono wielką łódź ratunkową, na której kilku wioślarzy pod dowództwem sternika popłynęło ku zagrożonemu statkowi. Ja także pojechałem z nimi.
Im bliżej byliśmy statku, tem wyraźniej występowały jego zarysy. Wreszcie rozpoznaliśmy przód okrętu, którego część środkowa i tylna znajdowała się całkiem pod wodą. Maszty i żagle opadły na pokład.
— Co to za statek mógł być? — zapytałem sternika.
— Trudno to już teraz oznaczyć — odpowiedział. — Widać tylko pół dzióba i boku. Ale wnet się o tem dowiemy, gdyż są tam, jak mi się zdaje, ludzie.
Istotnie przez lunetę naliczyłem trzech ludzi, którzy widząc nas nadpływających, wywijali ustawicznie rękami. Dziób statku wystawał z wody na tyle, że widać było umieszczony na nim napis. Jakżeż się zdumiałem, przeczytawszy nazwę „Le vent“ literami łacińskiemi i arabską „El hawa“. Był to więc ów tunetański bryg, który za wcześnie dla nas opuścił Marsylię. Niebawem zdumienie moje ustąpiło miejsca radości, kiedy w człowieku, stojącym na dzióbie, poznałem sprawcę zamachu na nas, muzułmanina, którego uważaliśmy za nieżyjącego. W tej chwili zostało mu wszystko przebaczone, gdyż odtąd napewno nie byliśmy już mordercami i mogliśmy spać spokojnie.
Strona:Karol May - Pomarańcze i daktyle.djvu/165 Szczęściem fale nie były zbyt rozbujałe, dzięki czemu łódź podpłynęła z łatwością do statku. Woda zalała go aż po górną część dzióba, dlatego niepodobna było dostać się do wnętrza, aby stamtąd wydobyć cośkolwiek. Musieliśmy się ograniczyć na wybawieniu tych trzech ludzi.
Co się działo w duszy muzułmanina, tego nie mogłem przejrzeć. On udawał, że nie zna mnie, ba nawet zachowywał się tak, jak gdyby mnie tam wcale nie było. Siedząc w łodzi przedemną, z przemokłemi spodniami i bluzą, podobny był zupełnie do owej osoby, która w Marsylii wchodziła na statek po zwodzonych schodach. Zamienił cicho kilka słów z obydwoma towarzyszami, którzy zaczęli na mnie ukradkiem, a badawczo spozierać, Sternik przedłożył im po drodze kilka pytań, lecz otrzymał mrukliwą odpowiedź, której nawet ja nie zrozumiałem. Co do mnie, to postanowiłem na razie milczeć; by się przekonać, co ten człowiek dalej pocznie.
Łatwo sobie wyobrazić, jak uradował się Turnerstick, gdy ujrzał, kogo przywieźliśmy z rozbitego statku.
— Charley — zawołał z zachwytem — wszystko się składa znakomicie. Ponieważ widzę już w dzień tego hultaja, to nie będzie mi się w nocy ukazywał. Jeśli jego prorokowi zawdzięczamy rozbicie statku, to go sobie chwalę. Allah il Allah, wszędzie Allah!
Ocalonych trzeba było oczywiście o niejedno zapytać. Turnerstick wziął się do tego na swój sposób, lecz ciągle mu odpowiadano „non comprender“ albo „no capire“. Wobec tego zdał on na mnie badanie. Obaj majtkowie przedstawili się jako Tunetańczycy, lecz mówili po arabsku tak przewrotnie, że mnie wydało się, że są Grekami, a zarazem łotrami, którzy ze słusznego powodu lub namówieni tylko przez muzułmanina zatajali prawdę. Wymienili nazwisko właściciela statku z Tunisu i opowiedzieli, jak utknął na dnie. Z tego sprawozdania wynikało, że kapitan chyba był niezdolny, ja jednak miałem ochotę co innego przypuścić. Oto chodziło tu o umyślne rozbicie, celem zdobycia wielkiej sumy asekuracyjnej, tymczasem nagła burza zabrała się do dzieła poważnie i pozbawiła życia całą załogę z wyjątkiem trzech ocalonych przez nas ludzi.
— A kto jest ten człowiek, o którym nie wspomnieliście dotychczas? — zapytałem ich, wskazując na muzułmanina.
— Nie znamy go — brzmiała odpowiedź.
— Jakto? Przecież jechał z wami?
— Nie znamy go, bo był podróżnym i rozmawiał tylko z kapitanem.
— Ale słyszeliście, jak go kapitan nazywał?
— Mówił do niego zawsze tylko: sahib[1].
Na to zwróciłem się wprost do Araba i zapytałem, jak się nazywa. Całe jego ubranie stanowiła koszula, spodnie i bluza; resztę utracił podczas rozbicia się okrętu. Nogi miał bose, a ostrzyżoną głowę bez okrycia, bez którego muzułmanin nie pokazuje się nikomu. Mimoto usiadł na uboczu i przybrał postawę, jak gdyby był właścicielem naszego statku. Zanim raczył odpowiedzieć, musiałem powtórzyć zapytanie.
— Czy to u Franków w zwyczaju pytać gościa o jego imię? Jak tym chrześcijanom brak uprzejmości!
— Zapytałem bardzo uprzejmie, a do tego prawo mię zniewoliło. Wszystko, co się dzieje na statku, musi być zapisane w księgach okrętowych.
— Natychmiast?
— Tak.
— I moje imię?
— Oczywiście.
— To zapisz: Ibrahim.
— A dalej?
— Nic więcej.
— Stan i ojczyzna?
— Żyję z tego, co posiadam, a mieszkam w Tunisie.
— To wystarczy.
— Zostaw mnie więc w spokoju!
Powiedział to głosem surowym i w sposób odpychający, ja zaś mówiłem spokojnie dalej:
— Dobroć twoja pozwoli, że zasięgnę jeszcze jednej wiadomości. Czy byłeś w Marsylii?
— Tak.
— A w zwierzyńcu?
— Nie.
— Czy nie miałeś wypadku z łodzią, pomiędzy zamkiem If a portem de la Joliette?
— O tem nic nie wiem.
— Czy również nie przypominasz sobie, że mnie tam widziałeś?
— Nie widziałem ciebie jeszcze nigdy, nie znam ciebie i nie chcę zawierać znajomości z chrześcijaninem.
— Powinieneś był oświadczyć to wcześniej, bylibyśmy cię zostawili na rozbitym statku.
— Allah przebaczy mi to, że zetknąłem się z niewiernym. On jest wielki, a Mahomet jego prorok. Gdy przywieziecie mnie do Tunisu, odbędę pielgrzymkę do świętego Keruan, by się oczyścić.
Keruan albo Kairwan jest to miasto w Tunezyi, do którego nie wolno wejść niemahometaninowi. Tameczny meczet Okba jest najświętszym w całej Berberyi, a w nim pochowany jest El Wajb, serdeczny przyjaciel i towarzysz Mahometa.
Chciałem się już odwrócić od muzułmanina, kiedy mnie sam zagadnął:
— Odstąpisz mi kajutę i dasz mi mięsa, mąki, daktyli i wody, których nie tknął niewierny. Chcę mieszkać w odosobnieniu, aby ujść wzroku ludzi, gdyż spojrzenia chrześcijan zanieczyszczają ciało sprawiedliwego.
Czy miałem go wyśmiać, czy też dać mu jeszcze raz poczuć moją rękę? Ani jedno ani drugie. Zbyt rozgniewany byłem na to, żeby się śmiać, z drugiej strony zbyt ceniłem swoją rękę, żeby go nią bić. Odpowiedziałem więc bardzo uprzejmie:
— Jeśli nie chcesz być wrzuconym w morze, to zadowolnij się miejscem, na którem siedzisz! Sam je sobie wybrałeś. Jeść i pić dostaniesz razem z majtkami, którym życie zawdzięczasz. Ocalony nie może się uważać za coś lepszego od tego, który go ocalił.
Na to on ofuknął mnie ze złowrogim blaskiem w oczach:
— Kto mnie ocalił? Powiedz! Wisząc ponad wodami, wołałem „Sa’id’ni ja nebi, ja Muhammed[2]. On was przysłał, byście dostąpili łaski przez podanie mi ręki z pomocą.
— Czemu ci nie przysłał muzułmanów?
— Ponieważ nie było ich w pobliżu.
— Wobec tego Jezus, przeciw któremu bluźniłeś, jest potężniejszy od niego, bo sprowadził nas w pobliże. Skończyłem z tobą i spodziewam się, że na zawsze!
— Jeszcze nie wszystko skończone. Ty jedziesz do Tunisu, a ja tam mieszkam. Spotkamy się jeszcze! Teraz jednak dasz mi coś dla okrycia nagości mojej głowy i moich stóp!
To była wyraźna bezczelność. Jednym tchem obrażał, groził i żądał jeszcze przysług odemnie. Odpowiedziałem przeto:
— Nie mogę tego uczynić, ponieważ ciebie plami, wszystko, co pochodzi z rąk chrześcijanina.
— Czy chcesz, żebym w Tunisie wysiadł z obnażoną czaszką?
— Nie. Z litości nad tobą uszanuję twoją wiarę, która zabrania ci pokazywać się z nagą głową. Masz tu okrycie; to twoja własność.
Turnerstick posłał był przedtem po biały burnus, który teraz dałem muzułmaninowi. On go wziął, ale nawet nie drgnął na twarzy i rzekł:
— To jest szata wiernego, dlatego mogę ją wziąć. Obuwia pożyczy mi jeden z majtków. Ale twoja dusza niechaj będzie jako dym ognia, który uchodzi, aby nie wrócić!
Z kapitanem postąpił sobie tak samo jak ze mną. Gdy kapitanowi przetłómaczyłem rozmowę, nie wiedział, czy kazać tego człowieka zrzucić z pokładu, czy też go wyśmiać. Na moje postanowienie co do niego zgodził się w zupełności. Bezczelny osobnik musiał się wyrzec kajuty, ale nie zażądał jadła, ani napoju. Rozdarł burnus i połową owinął sobie głowę, na nogi zaś włożył pożyczone wydeptane trzewiki, które można było raczej nazwać pantoflami. Tak siedział nieruchomo i wpatrywał się w dal, nie troszcząc się pozornie o to, co się działo dokoła niego.
Od chwili, w której ocaleni dostali się na statek, płynęliśmy znowu pełnymi żaglami. Zaraz popołudniu przejechaliśmy przylądek Sidi Ali, a tuż przed wieczorem minęliśmy Cap Kartago i zbliżyliśmy się do przystani Goletty, przedmieścia Tunisu. Niebawem zarzuciliśmy kotwicę w porcie handlowym, położonym na południe od wojennego. Muzułmanin poruszył się wtedy poraz pierwszy. Przystąpił do mnie i Turnersticka i rzekł, wskazując na obu majtków:
— Pójdziecie natychmiast z tymi ludźmi do naszego konsula i potwierdzicie, że bryg zatonął. Konsul da wam swój podpis.
Ja zaś położyłem mu rękę na ramieniu i powiedziałem:
— A ty co zrobisz tymczasem?
— Wysiądę na ląd.
— Czy sądzisz, że ci na to pozwolimy?
— Pozwolicie? Wy nie możecie mi nic pozwalać, ani rozkazywać. Jesteście tutaj obcy, a ja jestem panem!
— Odwrotnie! Ty znajdujesz się na naszym statku i jesteś na nim obcym, a my panami. Mamy najzupełniejsze prawo zatrzymać cię jako mordercę, dopóki nasi konsulowie czegoś nie zarządzą. A może wciąż jeszcze jesteś takim tchórzem, że wypierasz się, jakobyś do mnie strzelał?
Nieopisanie dumny i wyniosły uśmiech przemknął mu po twarzy.
— Ja tchórzem? — wybuchnął — Wy robaki! Tak, strzelałem do ciebie i uczynię to znowu, skoro tylko poważysz się ze mną spotkać. Zatrzymaj mnie! Powiadam ci, że wystarczy mi podnieść głos, a znajdzie się natychmiast stu mężów, by mnie zabrać stąd z honorami. Ty nie wiesz jeszcze, kto ja jestem i biada ci, jeśli mnie poznasz!
— Ba! Znam cię dobrze. Domyśliłem się zaraz, że nie podałeś mi prawdziwego nazwiska i stanu. Bądź, kim chcesz. My nie boimy się ciebie. Gdybyśmy cię chcieli zatrzymać, to i stu ludzi nie zdołałoby nam w tem przeszkodzić. Mieliśmy już do czynienia z innymi ludźmi, niż ty i wymusiliśmy na nich szacunek dla siebie. Ale my jesteśmy chrześcijanami, a wiara nasza nakazuje nam postępować dobrze nawet z nieprzyjaciółmi. Dlatego przebaczymy ci zamach morderczy i pozwalamy ci odejść w pokoju. Możesz odejść!
— Tak, jesteście chrześcijanami — śmiał się szyderczo. — Chrześcijanami, którzy modlą się za drugich dopiero wtedy, kiedy ich rozszarpią pantery. Wasza nauka jest śmieszna, a wasza wiara próżna. Wasi kapłanie głoszą nieprawdę, a wy wierzycie w to, co wam oni mówią. Pogardzam wami i rozdepcę was, jeśli się ośmielicie pokazać mnie na oczy.
Podniósłszy prawą rękę jak do przysięgi, odszedł ze statku z tą groźbą.






  1. Przyjaciel, pan.
  2. Ocal mnie, proroku, Mahomecie!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.