<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Czarny Bóg
Podtytuł Powieść
Pochodzenie Czarny Bóg
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wyd. 1928
Druk Drukarnia Rolnicza P. G. w Poznaniu
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VIII.
PLANY

Pewnego dnia do hrabiny Gizelli wsunął się nieśmiało Agafon, najzaufańszy sługa generała Glebowa. Człowiek ten nieokreślonego wieku, z twarzy podobny do Tatara, był w łaskach u wszystkich. Niestrudzony nigdy, cichy, uprzedzający każdy rozkaz, czytający myśli z oczu, był wzorem rosyjskiego lokaja.
Stary Glebow ufał mu nieograniczenie, ustępował niekiedy w ważnych razach synowi, Agafon zaś z własnego wyboru potrafił znaleźć czas, by usłużyć młodej hrabinie. Potrafił nawet wrazić się jej w pamięć i zyskać jej łaski. Mimowoli pociągało ją przyjaźnie ku niemu rozradowanie, malujące się w jego oczach, ilekroć mu poleciła jaki komis, lub wydała rozkaz, bawił ją uśmiech szczęścia, ilekroć się do niego odezwała. Tego dnia Agafon wsunął się nie wołany i stanął u portjery, nieśmiało ku niej patrząc.
— Czego chcesz? — spytała.
— Ja do jasnej pani z modlitwą! — szepnął.
— Z jaką modlitwą?
— O łaskę.
— Mówże śmiało.
— Jasna pani, jak święta, choremi się opiekuje. Możeby raczyła zobaczyć moją żonę.
— Toś żonaty, Agafon? Ileż masz lat?
— Trzy lata jak odsłużyłem swój czas w wojsku. A już na trzy lata przed wojskiem mnie ożenili.
— Więc miałeś wtedy siedmnaście lat, a teraz masz dwadzieścia siedm. Dziesięć lat tedy jesteś już żonatym. Dlaczegoś się tak młodo ożenił?
— U nas taki zwyczaj w riazańskiej gubernji. Powiadają starzy, że żonaty nie zginie na świecie i do domu wróci z wojska. Ja nie wrócił, bo mnie jego wysokość graf generał raczył sobie zatrzymać. Więc mi starzy żonę tutaj odesłali, i teraz nie wiem, co z nią robić. Umiera każdego dnia.
— Czemuż jej nie leczysz?
— Nie mam za co, jasna pani! Jego wysokość dobrze mi płaci, ale starzy mi powiedzieli, że przeklną, jeśli sobie choć grosz zatrzymam. Więc odsyłam. Żona robi koronki i z tego się sama utrzymywała, aż zachorzała!
— Dobrze, odwiedzę ją jutro. Pojedziesz ze mną, to wskażesz, gdzie mieszka. Tymczasem masz tu trochę pieniędzy dla niej.
Agafon do nóg jej upadł i całował dywan na ziemi.
— Najjaśniejsza pani hrabino, nie dawajcie pieniędzy! Nie wezmę, nie wezmę! — jąkał zawstydzony, a szczęśliwy obietnicą.
Gizella pamiętała o niej i nazajutrz, wsiadając do sanek, obejrzała się, szukając lokaja. Stał i czekał, skinęła nań, zaprząg ruszył. Daleki to był kurs na ulice, które w braku nazw, poznaczono linjami. Tam, przed domem parterowym, zatrzymał stangreta Agafon i wprowadził hrabinę na podwórze do odległej oficyny.
Na świetny zaprząg zwrócił uwagę policjant, snujący się opodal, zauważyło go parę figur podejrzanych, o wyglądzie tajnych szperaczy. Policjant zbliżył się do stangreta i spytał:
— Czyje to konie?
— Pani! — lakonicznie odparł sługa.
— Odpowiadaj porządnie, bo dostaniesz się do kozy!
— Owa! Prędzej ty sam. To konie Glebowa syna. Żona jego weszła do tego domu.
Policjant usunął się natychmiast, figury podejrzane zanotowały wygląd domostwa i rozpełzły się dalej.
Gizella tymczasem minęła, poprzedzana przez lokaja, labirynt ciemnych sieni i korytarzów, wreszcie znalazła się w dość dużej stancji, w której parę kobiet oprawiało książki. Izba była wilgotna, a pracownice wyglądały anemicznie i nędznie.
Gdy drzwi skrzypnęły, jedna tylko podniosła głowę, a że stała najbliżej, Gizella dojrzała ją wyraźnie. Byłą wysoka, kształtna o twarzy drwiąco-cynicznej i zmęczonych, czarno podbitych oczach. Ręce miała po łokcie odsłonięte i na jednej z nich wykłute sine znamię. Popatrzała na damę, potem na Agafona i zajęła się dalej powlekaniem klejem arkuszów bibuły.
Agafon otworzył dalsze drzwi i zawołał:
— Helena, anioła tobie Bóg zesłał!
Izdebka, mała i ciemna, była bardzo czysta. Na tapczanie leżała kobieta bardzo blada, widocznie w paroksyzmie febry. Nie miała siły podnieść głowy, więc tylko oczy zwróciła na hrabinę i wyszeptała bardzo cicho:
— Spasi Boh! Spasi Boh!
Gizella dotknęła jej czoła.
— Tu przedewszystkiem trzeba doktora, Agafon. Idź i sprowadź pierwszego lepszego, którego znajdziesz... byle prędzej.
Agafon wybiegł, a hrabina rozejrzała się uważnie.
Na ścianie, w kącie, wisiała „ikona“ z lampką, dalej kilka jaskrawych podobizn cesarza i członków panującej rodziny. Ze sprzętów, oprócz posłania, była skrzynka, stolik i parę krzeseł.
Chora kaszlała ciężko, a z kąta odzywało się sapanie. Zaciekawiona, zajrzała tam pani i ujrzała dziecko, śpiące na kupie skrawków papieru, resztek, wymiatanych z introligatorni zapewne.
Gizella, obejrzawszy tę nędzę, stanęła u okna i wyglądała na podwórze czarne, po którem snuły się chude koty i ulicznik odarty grzebał w śmietniku.
Ogarnął ją bezmierny smutek i nuda. Przyszło jej na myśl, że gdy ona chorowała śmiertelnie w swym pałacu, mąż nie okazał nawet tyle troskliwości, co ten chłop riazański — i bardziej nędzną, i smutną była, niż ta kobieta, która dla dziecka nie miała pościeli, dla siebie odrobiny wody.
Tymczasem do warsztatu Agafon wprowadził doktora. Na jego widok podniosły się wszystkie twarze i zabłyszczały gorączkowo oczy pracownic. Był to młody mężczyzna, uderzająco piękny. Gdy mijał tę ze znamieniem na ręku, ona głowę przechyliła i otarła się o niego, jakby niechcący. On ani drgnął, jej krew nabiegła w policzki, zabarwiła purpurą usta.
— Nie żartuj, Sonia! — szeptem upomniał Agafon.
Kwaczem, pełnym kleju, uderzyła go po szyi i policzku; przy tym ruchu, znamię jej stanęło w świetle. Siną farbą wykłute było: „Gregori“.
Agafon odskoczył i przed doktorem drzwi izdebki rozwarł.
— Oto pan doktór, wasza wysokość! — oznajmił.
Doktór skłonił się w milczeniu.
— Tu jest chora — rzekła hrabina. — Mam nadzieję, że nie znajdziesz pan nic bardzo groźnego.
Doktór zdjął szubę i dość długo badał chorą. Gdy stanął u stołu dla pisania recepty, spytała go o rezultat badania.
— Febra skomplikowana cierpieniem płucnem. Da się usunąć — odparł.
Agafon przyniósł pióro i atrament.
Hrabina spytała doktora o adres.
— Niedaleko stąd, na II linji.
— Obrał pan bardzo oddaloną część miasta?
— Najbogatszą pod względem studjów tak fizjologicznych, jak i psychicznych. Tego zarobku nie odstąpiłbym za najlepszą posadę. Przytem mam ogromną praktykę i ciekawe objawy chorób, jakich nie znaleźć wśród warstw bogatszych. Pracuję tutaj z zamiłowaniem.
— Upraszam pana o zajęcie się moją protegowaną i polecam ją pańskiej opiece. O ile będę mogła, postaram się ją codzień odwiedzić, w każdym razie ufam, że ją pan rychło postawi na nogi.
— Należałoby jej dać stałą dozorczynię — mąż nie może u niej przebywać.
— Opiekę to ona ma! — wtrącił Agafon. — Te panny z warsztatu wstępują do niej parę razy na dzień. Teraz ona żywa być musi, kiedy wasza wysokość na nią spojrzała!
I znowu padł do nóg, kraj sukni Gizelli całując.
Zarumieniła się.
— Dajże pokój. Oto masz na receptę pieniądze. Załatw to wszystko zaraz, ja cię wytłumaczę przed panem, a gdy wrócisz do pałacu, daj mi znać.
Otuliła się w swój płaszcz sobolowy i wyszła, piękna, świetna, ocierając się prawie o dziewczęta nędzarki.
Sonia śpiewała, inne śmiały się i rzucały sobie dowcipy.
— Szczęśliwe! — pomyślała Gizella, oglądając się na nie.
Agafon otulił jej nogi futrami, a doktór wychodząc jednocześnie zapewnił, że chorej niezawodnie się polepszy. Skinęła mu uprzejmie głową na pożegnanie, on się skłonił i sanie ją uniosły.
Policjant widział tę scenę, widziały brzydkie figury tajne.
Doktór zwrócił się do Agafona.
— Mocnego rosołu, wina, mleka — zaczął, a dalsze słowa mówił już w bramie.
Policjant i brzydkie figury odeszły stanowczo dalej, widząc, że tutaj niema roboty.
Gdy doktór z Agafonem stanął na dziedzińcu, ulicznik, którego Gizella widziała grzebiącego w śmietniku, zbliżył się do nich i podał doktorowi kartkę, potem stanął w bramie i pomimo mrozu, pozostał przyklejony do ściany, zerkając to na ulicę, to na oficynę, do której weszli obadwa.
W sieni ciemnej Agafon roześmiał się śmiechem cichym, przypominającym pomruk sytej pantery.
— Złowiłem bobra!
— Udało ci się — odparł doktór — dostaniesz obecnie sto rubli.
— Dobre i ruble, lepsza sztuka!
— Skrzywdził ciebie Glebow? — zagadnął młody człowiek.
— Tak jest — lakonicznie odparł lokaj. — Ja z jego włości rodem! Od dziecka on mnie do siebie przyjął. Wyrostkiem ze swoją kochanką ożenił, jedynaka do wojska oddał i raz kazał krew wziąć na duszę. Ja wziął, odkupienie swoje stracił. On mój czart!
Znowu się zaśmiał, lecz wnet urwał i kładąc rękę na ramieniu doktora, rzekł:
— Ty mnie obiecał rychło od niego uwolnić! Ja czekam i dobrze tobie służę. Rób koniec.
— Prędko, na dnie rachuj!
— Mnie po nocach wioska swoja się roi. Chciałbym wrócić!
— Wrócisz. Generał dziś wieczorem będzie w domu?
— Nie!
— A jutro?
— Nie wiem!
— Późno się kładzie spać?
— Późno. Do północy w gabinecie czyta i pali.
— Dasz mi znać, kiedy tak będzie spędzał wieczór.
— Słucham. Teraz już wracać muszę.
— Możesz odejść. Nic więcej nie mam do rozkazania.
Agafon zabrał się do odwrotu, lecz sobie jeszcze jedno przypomniał.
— Wiesz, Sonia pokłóciła się z Laninem.
— Skąd wiesz?
— Od niego samego. Czasami wieczorem pan mój posyła mnie po niego. Jak dziewczynę ma u siebie, to mu się nie chce iść, więc poznał się ze mną i w takim razie ja przynoszę panu raport: „nie zastałem sekretarza, wasza wysokość!“ — Wczoraj mnie posłał — Lanin był wściekły, aż się przede mną wyspowiadał: Sonia się zbuntowała. Trzeba ją napędzić, bo on nam potrzebny, a dla niej gotów na wszystko!
Doktór głową skinął i wszedł do warsztatu.
Kobiety pracowały dalej, ale zmieniła się robota. Na stole stała niewielka prasa drukarska, z pod której wychodziły arkusze nędznej bibuły, zadrukowane, wilgotne. Arkusze te zwijała Sonia i wsuwała w kosz pełen skrawków papieru. Nuciła przytem wyuzdaną piosenkę uliczną.
Doktór wszedł do pokoju chorej, która siedziała na pościeli, apatycznie patrząc w okno.
— Dobrą wieść dzisiaj miałem! — rzekł do niej. — Nikita uciekł z katorgi.
Porwała się na nogi, wychudłe ręce przyciskając do piersi.
— O Boże, Gregor! A jeśli go pojmą?
— Nie. Znajdą się swoi, co mu dopomogą. Zobaczymy go, może rychło.
Kobieta do kolan mu upadła.
— Mój dobrodzieju, opiekunie! — załkała. — Żebym ja umiała i mogła co tobie za to uczynić!
— Małom ja zrobił — odburknął — i niczego nie potrzebuję. Nikita musi wrócić, bo będzie potrzebny. Na mnie kolej ginąć! Markowski i Achczeńko zaraz przyjdą. Kończcie prędzej druk i wypraw dziewczęta!
Kobieta wyszła do warsztatu, a on u okna stanął, i nieco głos podnosząc, zawołał:
— Sonia!
Dziewczyna weszła.
Gregor, nie patrząc na nią, spytał:
— Co słychać u Lanina?
— Nie wiem! — burknęła.
— Dlaczego nie wiesz?
— Bom u niego nie była.
— Teraz kiedy toczy się sprawa Zajcowa o ten zrabowany z kolei proch?
— Co to mnie obchodzi!
— A cóż ciebie obchodzi?
— Ty wiesz. Nienawidzę Lanina! Mam tego dosyć! Poślij do niego inną. Wiele ich dla ciebie, na twój rozkaz, będzie jego kochanką! Ja już nie chcę.
— Stanowczo?
— Stanowczo.
Gregor nic nie odparł. Wyglądał oknem.
Wieczór zapadał. Po okienkach zapalały się światła, na ulicy ruch się wzmagał. Z dala dobiegały dźwięki rozbitego fortepianu i śpiew niewyraźny. Białawy odblask mroźnej nocy bił w oblicze zimne, twarde, piękne, milczącego mężczyzny.
Dziewczyna dyszała, zapatrzona w niego. Nagle postąpiła naprzód, objęła go rękami za szyję i poczęła namiętnie całować. On się wzdrygnął, dominujący ból przeszedł mu po twarzy, ręce podniósł, jakby ją odepchnąć chciał, ale nie uczynił tego. Dziewczyna odskoczyła po chwili. Rozkochanie jej przeszło w dzikość. Rozdymały się jej nozdrza, mieniła twarz cała.
— Ty trupie! — szepnęła głucho. — Depczże mnie, oplwaj, wyszydź, chociażby! Kiedym rzuciła dom i wszystko, niby dla twojej idei, rzekłeś, żem dobrze uczyniła. Dotychczas spełniałam jak pies twe rozkazy, teraz mi za to płać!
— Nie kłamałem, ani łudziłem cię nigdy! Trup jestem! — odparł.
— Więc mi tylko powiedz, kto cię trupem uczynił, żebym zamordować mogła!
— Szalona jesteś! — szepnął.
— Powiedz! — nalegała.
Ruszył ramionami.
— Co ci z tego przyjdzie? Nienawidzę kobiet. Miłość mi jest wstrętną.
— Więc i mną się brzydzisz?
— Jak każdą.
Dziewczyna zaśmiała się dziko.
— Nie zobaczysz mnie więcej! — burknęła i wyszła, zatrzaskując drzwi z łoskotem.
Gregor nawet się nie obejrzał. W mrok dziedzińca utkwił oczy i czekał. Po chwili ukazała się jedna czarna sylwetka, przesunęła się jak widmo. W warsztacie było już pusto. Helena zamknęła już wnętrzne okiennice, na stole paliło się kilka świec i stał kipiący samowar.
Nowy gość wszedł. Młody człowiek w ciemnych okularach, z pudełkiem pod ręką. Nie zdejmując kapelusza, ani witając się, spytał:
— Gregor jest?
— Jestem — odparł Zachareńko, wychodząc.
Uścisnęli sobie dłonie.
— Czekamy ciebie od tygodnia, Markowski.
— Et! jeszcze wkońcu ja na was czekać będę! Byłem w Belgji. Potrzebowałem form pewnych i preparatów, dzisiaj wróciłem i oto jestem. Nic nowego?
— Achczeńko zaraz przyjdzie, dowiesz się, jak daleko posunął robotę. Aresztowań żadnych nie było.
Markowski, podśpiewując pod wąsem, wszedł do pokoju Heleny, odsunął kuferek, odkrył kilka desek podłogi. Ukazała się czarna czeluść, w którą wsunął się śmiało, zawsze z swem niedostępnem pudełkiem.
— Poświecić ci? — rzekł Gregor.
— Nie wolno! Za wiele tu wybuchowych materyj! Zaraz wracam.
Głos jego zginął pod ziemią.
Na dziedzińcu rozległo się przeraźliwe miauczenie kota. Gregor pospiesznie zasunął deski i na kuferku usiadł. Hasło to było ulicznika o zbliżaniu się niebezpieczeństwa. W warsztacie była tylko sama Helena. Pod stosem rupieci stała prasa drukarska, wilgotne, ostatnie odbitki rewolucyjnej gazety leżały przykryte skrawkami papieru; tuż obok chemik Markowski fabrykował swój dynamit; za ścianą siedział człowiek, na którego głowę była naznaczona kilkotysięczna nagroda.
Kobieta wiedziała to wszystko. Usiadła przy stole, nalała sobie herbaty, wzięła dziecko na kolana i poczęła je karmić. Łyżeczka, którą podawała Kosti do ust, nie zadrżała ani razu, nawet wtedy, gdy we drzwiach stanął Lanin, sekretarz Glebowa.
— Tutaj mieszka podobno Zofja Marforow? — spytał młody, przystojny elegant.
— Tak, panie, tutaj — odparła spokojnie Helena.
— Można ją widzieć? Mam pilny interes.
— Wyszła przed chwilą.
— Nie mówiła dokąd?
— Zapewne do sklepu, gdzie dostarcza pudełek. Może pan raczy zaczekać?
— Nie mam czasu. Zostawię do niej bilecik.
— Proszę pana. Oddam jej natychmiast, skoro przyjdzie. Za godzinę najdalej.
Młody człowiek dobył bilet i nagryzmolił na nim słów parę. Potem wsunął do koperty, zakleił i nie kładąc adresu, podał Helenie.
Wychodził już, gdy mu myśl zła zaświtała. Wrócił i bacznie spojrzał na kobietę.
— Może wy kłamiecie i ona wcale do sklepu nie poszła? — spytał. — Ma kochanka?
— Mogłaby ich dużo mieć, ale ich nie chce.
— Tak. Dziękuję wam. Mieszkając razem, wiecie, jak żyje. Proszę, pilnujcie jej i jakby zaczęła przyjmować różnych, dajcie mi wiedzieć. Na złe tego nie użyję, słowo daję, ale wiedzieć lubię. Za usługę dobrze płacę.
Dobył z kieszeni jaskrawą asygnatę i położył przed Heleną.
— To będzie zadatek! — dodał z uśmiechem.
Helena uśmiechnęła się też uprzejmie.
— Z miłą chęcią usłużę panu. O! Soni trudno będzie uchronić się od pokus. Zaczepek ma bez liku.
Lanin pobladł nieco.
— Ja będę wstępował po wiadomości! A dzisiaj namówcie ją, aby posłuchała treści tej kartki.
— Dobrze, panie.
Elegant, zajęty swą miłością, roztargniony, nie spojrzał nawet na pokój.
Gdy się drzwi za nim zamknęły, dzieciak, który przysłuchiwał się uważnie, parsknął śmiechem.
— Widziałaś, matko, ile on miał pieniędzy? Żeby ja duży był, tobym je zabrał!
Gregor i Markowski weszli.
— Zuch, Helena! — rzekł chemik.
— Udało się! — dodał Gregor — ale Sonię tam posłać trzeba koniecznie.
— Wyszukam ją i sprowadzę — ofiarowała się Helena.
Nikt jej nie odpowiedział. Mężczyźni rozłożyli na stole plan stolicy i Markowski kreślił po nim różne znaki. Pochylili głowy ku sobie i rozmawiali szeptem. Gregor cyfry jakieś notował. Kobieta wyszła.
Po chwili drzwi znowu skrzypnęły. Markowski się obejrzał.
— Ty, Achczeńko, zawsze ostatni! — rzekł.
Nowoprzybyły zdjął futro i na plan spojrzał.
— Ciężko idzie robota! Jestem tutaj — rzekł, punkt jakiś wskazując.
— Za dwa tygodnie skończysz? — spytał Gregor.
— Może, jeśli nie odkryją. Nie podoba mi się jeden z pomocników, Chwastow. Pijak.
— Zmienić go! — mruknął Markowski.
— Dam ci Maksymowa — rzekł Gregor.
— Dobrze. Cóż słychać? Gotów dynamit?
— Taka nędza. Zrób podkop pod całą stolicę. Będzie pewność, że skutek nie chybi.
— Ba, jabym zrył chętnie cały świat, żeby mi dano rotę saperów. Z jedną kobietą i Chwastowem, to za wiele zajmie czasu!
Usiadł i głęboko odetchnął.
— Trzy doby nie wychodziłem z przekopu. Rąk i pleców nie czuję. Dajcie herbaty. Jeśli się nie uda, precz stąd pójdę, jeśli żyw zostanę. Pójdę się jeszcze uczyć zagranicą. Widzi mi się, żeśmy tutaj zawcześnie zaczęli. Ha, żeby wojna!
— Gdybyśmy poginęli wszyscy, nie osiągnąwszy nic więcej nad kopiejkę zniżki na chlebie, soli i godzinę pracy roboczej, dosyć nam chwały! — rzekł Markowski.
— A mnieby wystarczyło za nagrodę, gdyby jeden człowiek z nas zbydlęconych poczuł się myślącą, wolną jednostką! — zamruczał Gregor.
Achczeńko się zaśmiał.
— Żeby fachowiec zobaczył tę pracę moją, to świdrowanie ziemi bez narzędzi, ludzi, jak dżdżownica, miałbym pomniki. Tam do licha — a będę miał tylko stryczek!
Wypił duszkiem herbatę i zwracając się do Gregora, spytał:
— Miałeś wieści z zagranicy?
— Miałem. Zawsze jedno, propaganda ludu i wojska. Dwudziestu emisarjuszów rzucili znowu, mam stosy broszur i sprawozdań. Oni tam się organizują, a my działamy poomacku.
— Pieniądze przysłali?
— Nie.
— To źle. Tutaj nędza. Zresztą bez przekupstwa nie zajdziemy daleko!
— Jegor ma tutaj być rychło!
— Poco? Twoja głowa wystarczy.
— Moja głowa już oceniona. Lada dzień mogę zginąć!
Mały Kostia, zajęty struganiem patyka, podniósł głowę ku drzwiom i zawołał:
— Matko, ja głodny!
Mężczyźni obejrzeli się także.
— Aha, upolowali Sonię! — rzekł Markowski.
Dziewczyna stanęła u stołu i spojrzała po nich dziko.
— Czego chcecie ode mnie? — spytała.
— Lanin tu był po ciebie! — rzekł Gregor. — Musisz iść do niego.
Żachnęła się niecierpliwie.
— Nie muszę i nie pójdę! — burknęła.
Markowski wydmuchnął kłąb dymu z papierosa, Achczeńko zcicha gwizdnął. Gregor wstał. Nie wiadomo, co chciał uczynić, bo w tej chwili we drzwiach stanął gość nowy i głęboki głos pozdrowił ich:
— Ziemia i wola!
— Jegor!... — mruknął Achczeńko niechętnie.
Nowoprzybyły spojrzał po nich i dłoń do Gregora wyciągnął.
— Cóż milczysz? Witam cię.
— Milczę, bo odpowiedzieć muszę: chaos i niewola!
— Opuściliście ręce?
— Nie, ale wstyd nam i hańba, żeśmy naprzód nie postąpili. Najlepsi gniją w katorgach. Oto całe sprawozdanie.
— I dotąd darujecie życie Glebowowi?
— Oszczędzamy go z powodu podkopu — odparł Achczeńko.
— Ostudzić go, to głupstwo! — dodał Markowski. — Ale na co to się zda? Bestyj takich roi się w Rosji! Będzie drugi.
Gregora usta zadrżały i o jeden cień stał się bledszym, milczał.
— Potrzebujemy pieniędzy. Przywiozłeś, Jegor? — spytał Achczeńko.
Jegor się zaśmiał.
— Cóż to, nie macie w Rosji kapitalistów? Nie możecie sobie sami wziąć?
— Jakto? Zarżnąć i ukraść? — spytał Markowski, błyskając dziwnie z pod okularów.
— Oni biednych rżnęli i okradali. To będzie restytucja.
— To nie z mego fachu — burknął Achczeńko.
Gregor, milczący, bardzo blady, w twarz Jegora wlepił oczy przysłonięte mgłą i grozą. Przypomniał sobie noc w Kijowie, gdy ten sam człowiek werbował go w służbę idei cudnej, wzniosłej, nadziemskiej. Podniósł swe ręce i spojrzał po nich. Jedna okaleczała była, na obu była krew przelana dla idei. Więc teraz i tego mało — te ręce mają odrywać zamki cudzych kas, dla idei tej cudnej. Wzdrygnął się cały.
Zapanowało chwilowe milczenie.
Sonia, nie troszcząc się o towarzystwo, zabierała się do snu w kącie pokoju, na zydlu. Helena w swej stancyjce usypiała chłopca na ręku, i zapatrzona w jasną plamę okna, myślała o zbiegłym katorżniku, który teraz, tropiony jak zwierz, idzie ku niej przez stepy Syberji.
— Ktoś tu idzie — rzekł nagle Achczeńko — swój, bo malec nie alarmuje.
— Zapewne Maksymów! — odparł Gregor.
Tak, to on był. Potworny, ze swym garbem, który go pochłaniał, zda się. Zresztą ten sam, blady, nikły, o żałosnem wejrzeniu i ustach upartych. Dziwny kontrast niedołęstwa i woli.
Wszedł i nie widząc nikogo oprócz Gregora, nie pozdrawiając, bez żadnego wstępu, rzekł:
— Wzięto Chwastowa!
Achczeńko podskoczył na stołku.
— Gdzie? Napewno? — zawołał.
— W szynku! Pijany był. Tak go poprowadzono. Plótł wszystko, bezładnie, ale teraz koniec będzie nam!
— Kto to jest Chwastow? — spytał Jegor, a Markowski odrzucił papierosa i splunął.
— Napróżno tedy fatygowałem się do Belgji. Com tam skorzystał, przekażę chyba oprawcy. Szkoda zachodu!
Grzegorz wreszcie przemówił:
— Chwastowa trzeba struć do jutra.
— Bezwarunkowo! — potwierdził Jegor.
— To dobrze. Ja pójdę — ofiarował się Maksymow.
— Gdzie pójdziesz, poczwaro! — zabrzmiał nagle za nim głos Soni. — Nie porywaj się z motyką na słońce. Ja idę! Macie strychninę?
Stała w futerku i bobrowej czapeczce, ożywiona, bez wahania i skrupułów. Pytała o strychninę tonem, jakby mówiła: — Czy nie widzieliście moich kaloszy?
— Zuch, dziewka! — rzekł Jegor.
— Mam strychninę. Od czegóżem chemik! — odparł Markowski.
— Wsyp do wódki i dawaj zaraz! — komenderowała.
— Glebow wyzywa nas! — mruknął Gregor. — Przed tygodniem otrzymał ostrzeżenie, że gdy zaaresztuje jeszcze jednego z nas, wyda na siebie wyrok śmierci.
Markowski przyniósł flaszeczkę ze swej piwnicy i wręczył Soni.
Wyszła, coś nucąc przez zęby.
— Muszę na wszelki wypadek zasypać wejście do przekopu! — rzekł Achczeńko biorąc za czapkę.
— Ty, Maksymow, idź też! — rozkazał Gregor. — Sprowadź jak najrychlej kilkunastu naszych. Niech stąd uprzątną drukarnię i laboratorjum Markowskiego przeniosą do stajen, gdzie je przechowa Agafon. Żywo, ranek niedaleki!
Zostali tedy we trzech.
— Na Glebowa czas przyszedł! — dziko powtórzył Zachareńko. — Jeśli Chwastow się wygadał, to śmiercią jego zyskamy na czasie. Powstanie chaos, zajmą się zabójcą, Achczeńko skończy podkop.
— A ten zabójca? Masz go? — spytał Jegor.
— Ja sam!
Markowski zagwizdał, co czynił zwykle, gdy mu coś nie dogadzało, a Jegor, po chwili namysłu, rzekł:
— Gruba gra! Szkoda ciebie.
— Tem lepiej, że gra trudna, a mnie już nie szkoda. Zrobiłem dosyć i czuję, że kończyć muszę. Zostawię wam zorganizowane tutaj koła, porządną gazetę, sprzątnąłem czterech już tuzów, odsłużyłem swój czas. Zresztą, Glebow do mnie należy. Mamy swoje z nim duże rachunki. Jeżeli teraz na niego już kolej, to i na mnie. My nierozdzielni.
Zaśmiał się i odetchnął ciężko.
— Długom ja o tym dniu marzył.
— Osobiste sprawy należy zapomnieć! — mruknął Jegor. — Ja wezmę na siebie Glebowa.
Gregor poskoczył naprzód.
— Nie śmiej go tknąć nawet! — warknął, złowieszczo błyskając oczami.
— Ejże, nie zapominaj się!
— On mój! Chcesz wiedzieć dlaczego! Za ojca zesłanego do Nerczyńska, za matkę zmarzłą w drodze do Irkucka, za wydartą ziemię i nazwisko, za kobietę kochaną. On mnie odarł z tego, co ludzie miłują, jaż od niego co wezmę? — tylko życie. Tego mi jeszcze bronisz!
Jegor usta otworzył, ale w tej chwili Markowski mu przerwał:
— Milcz! On słusznie mówi. Prawo ma. Glebowa życie do niego należy! Niech je bierze. Nikt inny! Basta!
— Niech bierze! — zamruczał Jegor.
Chwilę zamyśleni milczeli, wreszcie Jegor spytał:
— Kiedy?
— Do trzech dni — odparł Gregor.
— W każdym razie staraj się zemknąć!
— Wątpię. Zresztą bądźcie spokojni. Ode mnie niczego się nie dowiedzą.
Jegor bębnił palcami po stole, Markowski papierosa kręcił, do izby weszło kilku ludzi, zaczęli częściowo wynosić drukarnię. Nikt się nie odzywał. Wreszcie Gregor się poruszył, za czapkę wziął.
— Mam wiele roboty. Jeśli będę potrzebny, Maksymow wie, gdzie mnie szukać. Niech się nikt z naszych nie pokazuje u mnie w mieszkaniu. Po wypadku, to będzie srodze kompromitujące! Żegnajcie.
Zmieszał się z ludźmi, krążącymi u drzwi i zniknął.
Nad stolicą jeszcze noc leżała, jasna od zorzy i mrozu. Pusto było w tej zapadłej dzielnicy. Ludzie, snujący się zrzadka, mieli lisi krok złoczyńców lub szpiegów, okna były ciemne. Gregor minął parę ulic, przystanął na rogu obok jednokonnych sanek, które zdawały się tutaj czekać na kogoś. Koń był biały od mrozu, woźnica, dla odpędzenia snu, gwizdał pod nosem. Na widok młodego człowieka, zebrał lejce w rękę, głową w milczeniu skinął.
Ruszyli bez szelestu prawie, ślizgając się po zlodowaciałej ulicy. Za mostem woźnica stanął. Gregor wysiadł, rzucił mu zapłatę i poszedł dalej pieszo.
Gdy mijał pałac Glebowa, pod portyk zajeżdżały sanki. Wyskoczył z nich Sewer rozbawiony, śmiejący, w towarzystwie innego oficera. Rozmawiali głośno:
— Pyszna Elza!
— Donatow zgrał się do nitki.
— Będziesz na rewji?
— Naturalnie.
— No i jutro u hrabiny Zity?
Ton odpowiedzi Sewera był zbyt obojętny, aby mógł być naturalnym:
— Wątpię! Będę gdzieindziej zajęty.
Oficer się roześmiał.
— Co? Nie podoba ci się asysta tego śpiewaka? Ejże, każdemu czas mija, lub nadchodzi.
Sewer ramionami ruszył.
La donna e mobile! — zanucił.
Pożegnali się uściskiem ręki. Glebow młody otarł się prawie o Gregora i znikł we drzwiach.
Socjalista ruszył dalej.
Nad stolicą z mrozu tuman się tworzył. Jak fantastyczne widziadła majaczyły pałace, pomniki, gmachy publiczne. Gregor, mijając, liczył je i rozmyślał: o robotnikach w tych pałacach zamieszkałych, o rządzie wybranym, rezydującym w gmachach, o nauce bezpłatnej, o pomnikach, z których piedestały tylko zostaną dla nowego świata założycieli i bohaterów. Tak go te rojenia opanowały, że powoli z siebie się wyzuł. Beznamiętnie, spokojnie marzył, niepomny, że do tego dnia szło się przez krew, ruinę, podłości; niepomny, że i jego krew na tej drodze swą ciemną plamę zostawi, jak krew jego ofiar i krew następnych tysięcy. A jednak poza tą myślą, która jego opętaniem była, gdzieś na dnie druga tkwiła myśl, która jego kroki, machinalne zda się, wiodła do pewnego celu.
Doszedł tam i stanął.
Przed domem stała kareta, na piętrze jedno okno słaby, różowy blask, sypialni, czy buduaru, rzucało na pustą ulicę. Socjalista za latarnią się ukrył, w zanadrze sięgnął. Drzemał stangret na koźle karety, można było łacno do niej się zakraść, do wsiadającego strzelić.
Młody człowiek może to właśnie myślał, ale spostrzegł brak rewolweru.
— Pożyjesz jeszcze jeden dzień!... — zamruczał.
W tej chwili drzwi kamienicy się rozwarły. Wyszedł z nich Glebow stary, sam, osłonięty po oczy szubą.
Chód miał niepewny, głos chrypliwy, gdy budził z przekleństwem stangreta. Za nim wysunął się nieodstępny Agafon, do karety wsiąść dopomógł, na swe miejsce skoczył, ruszyli.
Gregor za nimi popatrzał, potem raz jeszcze na to okno różowe i poszedł. Teraz już nie marzył — układał plan.
Do domu wracał. Musiał się z Maksymowem rozmówić, jego los zabezpieczyć, papiery jedne poniszczyć, inne ukryć, z Agafonem się zobaczyć.
Szedł prędko, jak człowiek bardzo trzeźwy i dobiegający celu. W sobie czuł wielki chłód, ogólne śmiertelne zamarcie. Był gotów do swego ostatniego czynu.
Mieszkał i praktykował jako doktór Sergjusz Aleksandrow, Maksymow uchodził za jego brata. Zajmowali trzy pokoje, nie mieli żadnej służby.
Gdy Gregor drzwi otwierał, dojrzał światło w sypialni, które natychmiast zgasło. Zdziwiło go to, wszedł do swego lekarskiego gabinetu i zapalając lampę, zawołał Maksymowa.
Kaleka milczał.
Tedy Gregor z lampą wszedł do sypialni i obejrzał się. Maksymow leżał, przykryty po oczy.
— Co się tu dzieje? Udajesz śpiącego, zgasiłeś światło? Coś ty, pijany? — zagadnął, trącając go Gregor.
— Nie... Trochę zasłabłem!... Spać mi się chce...
— To wstań. Wyśpisz się potem. Mam dla ciebie wiele poleceń!
— Słucham. Mów!
Gregor lampę na stole postawił.
— Co tu, na tym stole? Krew? I na ziemi też? Co ci się stało?
— Nic. Trochę się skaleczyłem, a leniłem się sprzątnąć.
— Skaleczyłeś się! Jak? Tym nożem? To mój nóż! Gdzieś go wziął?
— Z twojej szafki z narzędziami.
— Do licha! Wiesz ty, żem w pośpiechu narzędzia rzucił źle oczyszczone po ostatniej sekcji. Pokaż skaleczenie.
— Głupstwo. Nic mi nie będzie.
— Pokaż, mówię ci!
Prawie gwałtem odkrył kołdrę.
Maksymow leżał ubrany, trzymając w zanadrzu lewą rękę. Krew była na posłaniu.
— Daj mi święty spokój. Czym ja dziecko!
Siłą opatrzył go Gregor. Maksymow bowiem odpychał go, burczał, nogami kopał. Gdy go za lewą rękę Gregor ujął, on zbielał, syknął i omdlał na chwilę. Ukazało się tedy kalectwo. U ręki brakło dwóch palców, okręcona była szmatami krwawemi niezgrabnie.
— Co to jest? — krzyknął ze zgrozą Gregor.
Maksymow, widząc się odkrytym, skulił się, w kąt zaszył, poczerwieniał. Tylko oczy jego patrzały śmiało w rozsrożone źrenice Gregora, a miały te biedne, czerwone, zezowate oczy wyraz śliczny i uśmiech dziecięcej prostoty.
— Nie gniewaj się, Gregor — począł jąkać. — Była tu Sonia, wracając od Lanina, czekała nawet na ciebie długo, a wreszcie mnie zostawiła relację. Chwastowa już niema. Wypił Soni wódkę. Sprawiła się gracko. Ale Chwastow gadał i omal ciebie nie zdradził. Teraz jednak już niebezpieczeństwo minęło.
Maksymow dźwignął się i wstrząsany dreszczem bólu, mówił dalej trochę gorączkowo:
— To głupstwo, zaradziło się. Powiedział: — Szukajcie człowieka bez dwóch palców u lewej ręki, pojmiecie bobra. Ha! ha! to głupie. Bez palców tych może być kto inny, mogę być ja. Bobra nie pojmą!
Tryumfująco wzniósł okaleczoną rękę do góry.
Gregor z zapartym tchem, niezdolny nic rzec, rękę tę ujął, rozwinął szmaty, wziął się do opatrunku.
Maksymow, zmęczony, osłabły, ułożył się znowu i dał z sobą robić co chciano. Bardzo blady, wpatrywał się w Gregora i lekko uśmiechał...
Zachareńko, ukończywszy opatrunek, obejrzał nóż skrwawiony, poszukał czegoś w książce medycznej, wyszedł, wrócił z lekarstwami i doczekał rana, siedząc nad chorym. O świcie zjawił się Agafon.
— Dzisiaj generał będzie wieczór spędzał u siebie — oznajmił. — Rozkażecie cokolwiek?
— Przyjdę tam o północy. Czekaj. A teraz skocz do Soni i przyślij mi tu ją.
Po godzinie dziewczyna stawiła się na wezwanie. Gregor wskazał Maksymowa.
— Ten mi jeden drogi, iść muszę. Zostań przy nim. Jeśli się stan pogorszy, postaw w oknie zapaloną świecę. Lękam się o niego.
— Głupia poczwara! — mruknęła Sonia.
Wiedział, że nienawidzi Maksymowa, ale był przekonany, że w pewniejsze ręce nie może go powierzyć.
Chory się przecknął, słysząc rozmowę.
— Odchodzisz, Gregor? — rzekł. — Bywajże zdrów.
— Cóż ci? Cierpisz?
— Nie. Sen morzy. Wróć jeszcze do mnie!
— Wrócę. Sonia przy tobie zostanie.
— Dobrze — odparł łagodnie, patrząc za przyjacielem.
Na schodach jakaś moc szarpnęła Gregora. Gwałtem go wstecz ciągnęło. Przemógł się jednak i poszedł dalej.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.