Germinal/Część siódma/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Émile Zola
Tytuł Germinal
Wydawca W. Podwiński
Data wyd. 1906
Druk Drukarnia A. Koziańskiego w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. Germinal
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Tej samej jeszcze nocy pan Hennebeau wyjechał do Paryża, chcąc powiadomić radę nadzorczą co się stało i uprzedzić doniesienia dzienników. Gdy na drugi dzień powrócił, był spokojny i chłodny jak zawsze. Zepchnął widocznie z siebie odpowiedzialność i nie popadł w niełaskę, przeciwnie, w dwadzieścia cztery godzin potem podpisany został dekret mianujący go kawalerem legii.
Ale chociaż dyrektor wyszedł cało, Kompanią zachwiał ten cios straszliwy. Nie szło o parę straconych milionów, ale drżeć poczęto o to co nastąpi, wobec niesłychanej zbrodni obawiano się o inne kopalnie. Cios był tak silny, że znowu postanowiono milczeć. I na cóż zdałoby się wyciągać prawdę na jaw? Lepiej ze zbrodniarza, choćby go i odkryto, nie robić apostoła i męczennika, gdyż jego heroizm mógł innym zawrócić w głowach i wywołać naśladownictwo, zrodzić całą legię może podpalaczy i morderców. Zresztą nie miano najlżejszych podejrzeń co do osoby prawdziwego sprawcy, sądzono, że istnieje cała armia winowajców i nie przypuszczano, by jeden człowiek miał dość odwagi do wykonania podobnego czynu. Ale to właśnie niepokoiło i kazało ciągle drżeć o byt kopalń. Zorganizowano tajną policyę, odprawiono bez hałasu podejrzanych, którzy mogli należeć do spisku, i ze względów politycznych poprzestano na tem.
Oddalono tylko bezzwłocznie Dansaerta, który skompromitował się z Pierronką, a za powód posłużyło nikczemne tchórzostwo, skutkiem którego zostawił w kopalni ludzi. Z drugiej strony było to ustępstwem na rzecz robotników nie cierpiących Dansaerta.
Mimo wszystko wieści jakieś przenikły do gazet, a dyrekcya zdementowała formalnie wersyę, wedle której górnicy mieli zapalić w kopalni beczkę prochu. Przyjechał inżynier rządowy i złożył raport, że katastrofa nastąpiła skutkiem naturalnego przegniecenia ścian szalowania przez skały i wodę. Dyrekcya nie protestowała biorąc na siebie odpowiedzialność za niedokładny nadzór i na tem się skończyło. Odnośnie do cierpiących zasypanych górników pisma paryskie przynosiły co dnia świeże nowiny, a mieszczuchy połykali telegramy. W samem Montsou drżeli wszyscy na wspomnienie Voreux, utworzyła się legenda, której słuchać bez strachu nie mogli najodważniejsi nawet. Równocześnie prześcigano się w datkach miłosiernych dla rodzin ofiar, wędrowano gromadnie, by stąpić na ziemię, ciążącą tak strasznie nad głowami nieszczęśliwych.
Zamianowany generalnym inżynierem Deneulin rozpoczął pracę w ciężkich warunkach. Pierwszym jego wysiłkiem było zwrócić kanał w dawne łożysko, gdyż woda pogarszała z każdym dniem sytuacyę. Przeszło stu robotników poczęło budować tamę. Dwa razy napór wody przerwał wał, a gdy się wreszcie udało, ustawiono pompy i poczęła się walka o odzyskanie straconej kopalni.
Z większym jeszcze zapałem wzięto się do ratowania górników. Negrel był upoważniony do użycia wszelkich środków, a rąk mu nie brakło, gdyż kłócono się o ten zaszczyt. Górnicy zapomnieli strejku, zapłaty i rzucili się do ratunku towarzyszy z poświęceniem własnego życia i zdrowia. Czekano z narzędziami na sygnał, a nawet ci, którzy skutkiem przerażenia cierpieli na halucynacye stanęli do roboty gotowi mścić się na ziemi pożerającej ludzi. Niestety nie wiedziano gdzie zaczynać, w którym kierunku się posuwać.
Negrel był pewny, że wszyscy piętnastu utonęli, lub udusili się, ale zasadą górniczą jest, by zawsze uważać za żyjących ludzi zamkniętych w ziemi, więc stosownie do tego wygotowano plany. Pierwszą kwestyą było naturalnie, gdzie się mogli schronić nieszczęśliwi. Na naradzie starszych i doświadczonych górników uznano, że ścigani przez wodę uciekali z galeryi do galeryi coraz wyżej, aż do najwyższych sztolni i pewnie są na końcu którejś na górnym piętrze. Przypuszczenie to potwierdził również stary Mouque, i z jego mętnych opowiadań wywnioskowano jeszcze, że uciekający podzielili się na małe grupy i rozbiegli w różne sztolnie. Ale zdania rozchodziły się, gdy szło o sposoby ratunku. Najbliższe powierzchni ziemi sztolnie dzieliła od niej przestrzeń pięćdziesięciu metrów, więc o wierceniu szachtu mowy być nie mogło. Jedyną drogą zbliżenia się pozostało jeszcze Requillart, ale nieszczęściem i ta kopalnia była zalana i nad poziomem wody znajdywały się jeno resztki górnych galeryj, a tędy bardzo wątpliwem było dostanie się do Voreux. Pompowanie wody mogło trwać lata, pozostawało tedy jeno zbadanie tych dróg, które przypadkiem może mogły zaprowadzić zbiegów w pobliże sztolni. Nim powzięto ten wniosek przedyskutowano i odrzucono mnóstwo arcy niepraktycznych projektów.
Negrel wytyczył punkty, gdzie miano zacząć robotę na podstawie starych planów obu kopalni, wyszukanych w archiwach. I jego, mimo zwykłej pogardy rzeczy i ludzi roznamiętniła ta akcya ratunkowa. Pierwsze przeszkody napotkano przy wejściu do szachtu w Requillart. Musiano rozszerzać otwór, wycinać drzewa i krzaki i naprawiać drabiny. Poczem poczęto pukać na wszystkie strony. Negrel z dziesięciu górnikam i spuścił się na dół, kazał im pukać kilofami, a potem nakazawszy ciszę przyciskał ucho do ściany, słuchał i czekał odpowiedzi. Ale daremnie przeszukano wszystkie dostępne jeszcze galerye, echo nie odpowiedziało. Wzrastało zaniepokojenie, nie wiedziano, gdzie zaczynać, w którym kierunku się posuwać, ale nie przestawano szukać.
Od pierwszego dnia przychodziła do Requillart Maheude, siadała na belce i nie ruszała się do wieczora. Każdego wychodzącego z szachtu pytała:
— Jeszcze nic?
— Nic! — odpowiadał górnik.
Siadała na nowo z wzrokiem utkwionym w czarny otwór. Jeanlin myszkował też dokoła jak dzikie zwierzę, którego jamę plądrują. Obawiał się, że znajdą małego żołnierza śpiącego tam pod skałami, ale ta część kopalni stała pod wodą, a poszukiwania kierowały się więcej ku zachodowi. Z początku przychodziła i Filomena, ale wnet znudziły ją te bezskuteczne poszukiwania, więc została w kolonii kaszląc od rana do wieczora. Natomiast Zacharyasz rozgorzał myślą znalezienia siostry, zrywał się z krzykiem w nocy, gdyż śniła mu się wyschła z gardłem spuchniętem od krzyku o pomoc, wstawał tedy przed świtem i biegł do Requillart. Dwa razy bez rozkazu począł kopać, mówiąc, że czuje, iż to tutaj, więc Negrel zabronił mu schodzić na dół. Ale odpędzony, krążył ciągle koło szachtu, nie mogąc wytrzymać w domu.
Minął trzeci dzień od katastrofy, Negrel stracił nadzieję i chciał już zaprzestać poszukiwań właśnie tego wieczora. Ale gdy po śniadaniu wrócił do Requillart ujrzał Zacharyasza wychodzącego z szachtu. Był bardzo czerwony i wołał:
— Jest tu! Jest tu! Odpowiedziała! Chodźcie! Chodźcie!
Wbrew zakazowi zszedł na dół i przysięgał, że pukano w pierwszej sztolni pokładu Wilhelma.
— Ależ tam gdzie mówisz byliśmy już dwa razy! — krzyknął Negrel zniecierpliwiony.
Maheude chciała też schodzić, musiano ją trzymać. Stała nieporuszona z oczyma utkwionemi w głąb studni.
Na dole zapukał sam Negrel trzy razy i nakazawszy ciszę przywarł uchem do ściany. Nie usłyszał ni najlżejszego szmeru i potrząsnął głową. Widocznie przyśniło się biednemu chłopcu. Zacharyasz zapukał znowu i oczy jego rozbłysły, a ciałem wstrząsnął dreszcz radości. I inni górnicy także wpadli w podniecenie, usłyszeli i oni odpowiedź. Inżynier zdumiony nadsłuchiwał znowu i wreszcie i on posłyszał ledwo uchwytny szmer rytmiczny, znany sobie sygnał górników znajdujących się w niebezpieczeństwie. Węgiel niesie najdrobniejszy szmer bardzo daleko, a jeden z hajerów obliczył grubość ściany dzielących ich od nieszczęśliwych na pięćdziesiąt metrów. Wszycy mimo to poczęli radować się, jakby już mogli im podać rękę, a Negrel kazał natychmiast rozpoczynać.
Zacharyasz wyszedł na wierzch i uściskał matkę.
— Nie róbcie sobie nadziei! — ozwała się Pierronka, wałęsająca się tam z ciekawości — Gdyby jej nie było, tem więcej cierpielibyście potem!
I było to prawdą. Katarzyna mogła być gdzieindziej.
— Milcz suko! — krzyknął Zacharyasz — Jest tam, wiem o tem!
Maheude usiadła znowu i poczęła wpatrywać się w szacht.
Gdy wieść dotarła do Montsou zbiegli się ciekawi. Na dole tymczasem pracowano, a Negrel z obawy, by w galeryi nie trafić na przeszkodę kazał bić trzy, nachylone ku przypuszczalnemu miejscu, gdzie byli zasypani. Naraz, w ciasnej szyi pracować mógł tylko jeden hajer, ale zmieniano ludzi co dwie godziny. Węgiel wydobywano koszykami podając je z rąk do rąk, a łańcuch ludzi przydłużał się, w miarę jak docierano głębiej. Z początku robota szła szybko, zbliżano się po sześć metrów dziennie.
Zacharyasz dokazał tego, że mu pozwolono pracować. Był to zaszczyt o który się dobijano i chłopiec zły był gdy musiał ustępować miejsce innemu. Galerya jego wyprzedziła wnet inne, walił w węgiel z taką zaciekłością, że ze sztolni dolatało jego sapanie, podobne do sapania miecha kowalskiego. Wychodził tak zmęczony, że padał i musiano go zawijać w kołdrę. Ale na nieszczęście węgiel stawał się coraz to twardszy, dwa razy pękł Zacharyaszowi kilof i chłopiec płakał z wściekłości, że robota postępuje tak pomału. Cierpiał też skutkiem gorąca w ciasnym kominie, gdzie nie dochodziło powietrze. Ręczne wentylatory nie wystarczały i trzy razy musiano wynosić hajerów w pół zaduszonych gazami.
Negrel nie opuszczał szachtu, jedzenie przynoszono mu z domu, sypiał na sianie zawinięty w płaszcz. Odwagę i nadzieję podtrzymywały coraz to głośniejsze sygnały nieszczęśliwych wołające o pośpiech. Teraz brzmiały wyraźnie z metalicznym pogłosem jak dźwięki stroika. Kierowano się nim i jak w bitwie hukiem dział. Ile razy zmieniano hajera, w chodził w szyję Negrel i pukał, a pukanie odpowiadało za każdym razem coraz to natarczywsze. Posuwano się w dobrym kierunku, ale jakże wolno? Z pewnością nie będzie możliwem zdążyć na czas. W pierwszych dwóch dniach przebito wprawdzie trzynaście metrów, ale w trzecim zdołano przebić ledwie pięć, w czwartym cztery, w następnym trzy. Węgiel był tak twardy, że nie posuwano się teraz dziennie ponad dwa metry, dziewiątego dnia po nadludzkich wysiłkach przestrzeń przebita wynosiła razem trzydzieści dwa metry i obliczono, że należy jeszcze przedostać się przez dwadzieścia. Dla zasypanych, był to już dzień dwunasty. Dwanaście razy po 24 godzin bez chleba, ognia, w ciemnościach! Ta myśl wyciskała pracującym łzy z oczu i tamowała ruchy ich ramion. Niepodobna, by ludzie ci żyli! Pukanie było też od wczoraj słabsze, drżano na myśl, że może ustać.
Maheude przesiadywała po całych dniach u szachtu ze Stelką na rękach i śledziła ciągle robotę, odżywając nadzieją i zapadając znowu w odrętwienie. Dokoła niej krążyły grupy ciekawych, krzyżowały się rozmowy, domysły i uwagi. Sercom wszystkich bliskimi byli nieszczęśnicy zasypani tam w głębi sztolni.
Dziewiątego dnia, gdy wołano Zacharyasza, by szedł na śniadanie, nie odpowiedział, klnąc ciągle walił kilofem w ścianę węglową, a nie było Negrela, któryby go zmusić mógł do posłuszeństwa, był jeno dozorca i trzech ludzi. Naraz Zacharyasz, którego widocznie złościł brak światła popełnił nieostrożność i otwarł lampę, nie zważając, że najsurowiej zabroniono tego ze względu na obfitość gazów, które się pojawiły od trzech dni. Rozległo się jakby uderzenie piorunu, a sztolnia buchnęła ogniem, jak armata nabita kartaczami. Cała galerya stanęła w ogniu, którego pęd porwał dozorcę i trzech górników, a płomienie buchnęły szachtem wyrzucając kamienie i drzazgi drzewa. Ciekawi uciekli, a Maheude zerwała się przyciskając Stelkę do piersi.
Negrel który nadbiegł wściekał się ze złości. I inni górnicy tłukli obcasami w ziemie tę okrutną, podłą ziemię, która pochłania swe dzieci kiedy jej się spodoba. Poświęcono się przecież za towarzyszy, a tu jeszcze musiano ginąć. Po trzech godzinach wysiłków można było znowu dostać się do galeryi i wydostać ofiary. Dozorca i trzej hajerzy nie umarli, ale ciała ich pokryte ranami wydawały zapach pieczonego mięsa. Pili wprost ogień, gdyż poranione mieli gardła. Krzyczeli z bólu i prosili, by ich dobito. Jeden z nich był to właśnie ów człowiek, który podczas strejku rozbił pompę w Gaston Marie, dwaj inni mieli jeszcze ręce pocięte od cegieł, któremi rzucali na wojsko. Ludzie przyglądali się pobledli ze strachu i zdejmowali czapki, gdy przenoszono rannych.
Maheude czekała ciągle. Wyniesiono właśnie ciało Zacharyasza. Suknie były spalone, kadłub był zwęglonym klocem czarnym, nie do poznania, głowę zmiażdżyła mu i urwała eksplozya. Maheude poszła bez łez za zwłokami, ze Stelką na rękach i rozwianym włosem. Był to widok tragiczny. Filomena patrzyła głupkowato na resztki, potem buchnęła płaczem i to jej ulżyło. Matka odprowadziwszy ciało syna do kostnicy, wróciła zaraz czekać na córkę.
Minęły znowu trzy dni, pracowano dalej wśród ogromnych trudności. Szczęściem szyja wykuta nie zapadła się od wybuchu, ale powietrze w niej było gorące i zepsute, tak, że musiano je oczyszczać ręcznymi wentylatorami. Od nieszczęśliwych dzieliło hajerów już tylko dwa metry, ale pracowano teraz bez nadziei, z wściekłości jeno, gdyż sygnały ustały. Był to dwunasty dzień pracy, piętnasty od katastrofy i wszyscy byli pewni, że odnajdą trupy.
Nowy wypadek pobudził ciekawość mieszczuchów Montsou. Urządzono wycieczki do Requillart i Gregoirowie zdecydowali się też pojechać tam. Ułożono wycieczkę, mieli udać się powozem do Voreux wraz z Łucyą i Janką, stamtąd do Requillart by dowiedzieć się szczegółów od Negrela a potem miano wrócić na obiad do Montsou.
Gdy Gregoirowie wysiedli o trzeciej w Voreux zastali już tam panią Hennebeau. Ubrana w stalowy kostyum marynarski zasłaniała się parasolką od bladego, lutowego słońca. Niebo było pogodne, a powietrze ciepłe, wiosenne. Był tam też pan Hennebeau i roztargniony słuchał opowieści Deneulina o wysiłkach w celu zatamowania kanału. Janka, jak zawsze ze szkicownikiem w ręku, rozentuzyazmowana strasznym motywem rysowała, a obok niej Łucya siedząc na zmiażdżonym wózku zachwycała sie „bajecznem“ zniszczeniem. Wody kanału poprzez szczeliny tamy rzucały się kaskadami w głęboki jar po zapadłej w głąb ziemi kopalni pozostały, ale woda zwolna opadała już odsłaniając okropne szczątki wyglądające jak obrzydła kloaka, zgniłe cielsko zapadłego w błoto zniszczonego miasta.
— I pomyśleć, że człowiek zadaje sobie tyle trudu, by to widzieć! — wykrzyknęła pani Gregoire rozczarowana.
Cecylka wyglądała prześlicznie i rozradowana była pogodą i ciepłem, żartowała też i śmiała się, ale pani Hennebeau kręciła ustami i mówiła:
— Rzeczywiście, nie jest to nic ładnego!
Inżynierowie śmiali się i usiłowali zabawić panie, oprowadzali je więc wszędzie, objaśniali funkcyonowanie pomp i bicie pali. Ale panie zniecierpliwiły się i poczęły poziewać dowiedziawszy się, że potrzeba pięć do sześciu lat na wyczerpanie wody i naprawienie szkód. O nie, nie chciały na to patrzyć... gotowo się jeszcze przyśnić człowiekowi!
— Wracajmy! — rzekła pani Hennebeau zwracając się do powozu.
Ale Janka i Łucya sprzeciwiły się. Jakto, już? A szkic jeszcze nie skończony! Wolały zostać. Ojciec przywiezie je wieczór na obiad. Pan Hennebeau wsiadł tedy z żoną do karety, gdyż chciał rozmówić się z Negrelem.
— My zaraz jedziemy za wami, — powiedział pan Gregoire, zboczymy jeno do koloni robotniczej i będziemy za pięć minut w Requillart.
Wraz z Cecylka i panią Gregoire wsiadł do powozu, który skierował się do wsi.
Państwo Gregoirowie chcieli wykonać akt dobroczynności. Śmierć Zacharyasza napełniła litością ich serca dla rodziny Maheuów, o której wszędzie mówiono. Nie żałowali tego rozbójnika Macheua, tego mordercę, którego rozstrzelać musiano, ale tem więcej litowali się nad matką. Ach, biedna kobieta! Mąż zabity, syn uległ wypadkowi, córka pod ziemią, może już martwa, a w dodatku chory starzec, dziecko, okaleczałe skutkiem wypadku i wreszcie córka zmarła, z głodu podczas strejku. hociaż sami przeważnie winni byli temu wszystkiemu i dobrze im się stało za to, że mieli te przeklęte przekonania rewolucyjne, państwo Gregoirowie przebaczyli im jednak, i na dowód tego sami chcieli wesprzyć. Pod siedzeniem powozu mieściły się dwa wielkie, starannie owinięte pakiety.
Stara jakaś kobieta wskazała furmanowi mieszkanie Maheudy. Ale darem nie pukano do drzwi, daremnie bito nawet pięściami. Dom wyglądał jak wymarły, czy opuszczony od dawna.
— Niema nikogo — rzekła Cecylka. — A to okropne! Cóż począć teraz z temi wszystkiemi rzeczami.
Nagle otwarły się drzwi sąsiednie i ukazała się Levaque.
— O, to pan dobrodziej, pani dobrodziejka i panienka! — zawołała. — Proszę wybaczyć, sąsiadka wyszła do Requillart!
Z wielką gadatliwością poczęła rozwodzić się nad całą historyą kładąc ciągle nacisk na to, że wzięła do siebie Lenorę i Henrysia, gdyż trzeba sobie wzajem pomagać. Dostrzegła pakiety i sprowadziła opowiadanie na swą córkę, na własną nędzę. W reszcie rzekła z wahaniem.
— Mam klucz. Jeśli wielmożni Państwo chcą wejść... dziadek jest w domu.
Spojrzeli zdumieni. Jakto, jest w domu i nie odezwał się gdy pukali? Gdy Levaque otwarła drzwi, stanęli osłupiali w progu.
Przy ostygłym dawno kominie siedział na krześle Bonnemort, z oczami bezmyślnie wlepionemi w przestrzeń. Izba bez zegara i szaf wydała się teraz jeszcze większa. Nie było tu nic prócz krzesła Bonnemorta i portret cesarza i cesarzowej uśmiechających się ze ściany głupkowato. Starzec nie ruszył się na widok ludzi, nie widział ich pewnie wcale. Siedział, a u nóg jego stała miseczka z popiołem, w którą spluwał od czasu do czasu.
— Nie zważajcie na niego Wielmożni Państwo! — mówiła uprzejmie Levaque. — Musiało mu się coś popsuć w głowie, bo od dwu tygodni nie mówi:
Bonnemortem wstrząsnął głęboki, gdzieś z brzucha idący kaszel. Splunął w miseczkę i zapadł w poprzednią nieruchomość.
Wzruszeni do żywego i pełni odrazy, Gregoirowie szukali jednak jakiegoś przychylnego słowa.
— No, mój poczciwe — rzekł pan Gregoire! — musiałeś się przeziębić!
Starzec ni drgnął. Nastała przykra cisza.
— Powinnaby wam Maheude zgotować ziółek! dodała pani Gregoire.
Znowu cisza.
— Wiesz ojczulku, — odezwała się Cecylka — mówiono nam, że jest chory. Zapomnieliśmy o tem...
Urwała zmieszana. Postawiwszy na stole talerz z kawałkiem pieczonego mięsa i dwie flaszki wina, wyjęła z drugiego pakietu parę wielkich trzewików. Był to prezent dla starca, ale nie śmiała go wręczyć widząc opuchłe nogi biedaka. Pewnie nie będzie już mógł chodzić.
— Ha... — podjął znów pan Gregoire jowialnie — trochę spóźniony prezent, prawda mój stary? Ale to nic... to się zawsze przyda w domu... co?
Bonnemort nie drgnął, na kamiennej jego twarzy nie było żadnego wyrazu.
Cecylka postawiła trzewiki pod ścianę, ale mimo, że uczyniła to ostrożnie, gwoździe stuknęły głośno o podłogę i trzewiki dalej wprawiały Gregoirów w zakłopotanie.
— O, on za to nie podziękuje — rzekła Levaque łakomie patrząc na trzewiki — to stracony trud.
Poczęła mówić i usiłowała ściągnąć Gregoirów do swego mieszkania w nadziei pobudzenia ich do litości. Nagle wpadł jej pomysł. Poczęła wysławiać grzeczność i inteligencyę Lenory i Henrysia. Ach, co to za dzieci! Odpowiadają na wszelkie pytania i dadzą wszelkie wyjaśnienia.
— Chcesz wstąpić na chwilkę moje dziecko? — spytał pan Gregoire córki rad wyjść stąd jak najprędzej.
— Zaraz przyjdę za wami! — odparła.
Została sama z Bonnemortem, powstrzymało ją jakieś wspomnienie. Gdzież to widziała tę twarz nagą, kwadratową, pokrytą plamami węgla? Nagle przypomniała sobie chwilę, gdy otoczył ją wrzeszczący, rozszalały tłum, gdy uczuła na szyi zimne, wielkie ręce chorego zwierzęcia. Tak to był on. Poznała teraz leżące na kolanach wielkie ręce górnika, w których spoczywa cała jego siła. Bonnemort począł się jakby budzić ze snu, spostrzegł ją i począł przyglądać się. Na białą jego twarz buchnęła krew, oczy zapałały, twarz przeszył spazm. Wstał i stali tak przed sobą jak skamieniali, ona rumiana, tłusta świeża, rozkwitła skutkiem próżniaczego życia, on zniekształcony wodną puchliną, obrzydliwy, wstrętny jak parszywy kot, dziedzicznie od pokoleń uwsteczniony w rozwoju przez sto lat pracy i głodu...
Gdy po dziesięciu minutach, Gregoirowie zdziwieni, że Cecylka nie przychodzi, stanęli w progu, wydali okrzyk przerażenia. Na ziemi leżała ich córka uduszona, z posiniałą twarzą i czerwonemi odciskami olbrzymich palców na szyi. Bonnemort nie mogąc się utrzymać na obumierających nogach, padł obok niej i nie mógł wstać. Przewrócił miseczkę i czarne plwociny obryzgały wszystko dokoła. Pod ścianą nietknięte stały trzewiki, a ponad niemi cesarz i cesarzowa uśmiechali się głupkowato.
Nie powiodło się nigdy dowiedzieć, jaki miała przebieg sprawa, czemu się Cecylka zbliżyła do starca i jak mógł wstać, by ją chwycić za szyję! Pewnie chwyciwszy raz, dusił bez przestanku tak, że nie wyrwał się ni jeden okrzyk, dusił do ostatniego tchu, a potem padł wraz ze swą ofiarą na ziemię. W ten sposób tylko mogło się stać, że nie posłyszano nic w sąsiedztwie poprzez cienki mur domu. Zajście przypisano nagłemu wybuchowi szału, lub żądzy morderczej na widok białej szyi dziewczyny. Nikt nie przypuszczał takiej dzikości w chorym starcu, który przez całe życie odznaczał się wielką uległością i nigdy nie hołdował nowym idejom. Jakaś, jemu samemu nie znana nienawiść rosła w nim, wzbierała i wybuchła nagle. Tak, było to morderstwo popełnione przez idyotę.
Gregoirowie klęczeli i szlochali nad zwłokami córki, targani strasznym bólem. Zabito ich dziecko, owo długo oczekiwane dziecko, które otaczali miłością i wygodami, koło łóżka którego chodzili na palcach, dziecko, które nigdy nie wydawało im się dość odżywione, tłuste, zdrowe. Była to ruina całej ich egzystencyi, całego życia!
Levaque przerażona wykrzyknęła:
— Ach stare bydlę! Ładną rzecz zrobiłeś! Boże miłosierny, ktoby się był spodziewał!... Maheude przyjdzie aż wieczór!... Czy może pójść po nią?
Zrospaczeni Gregoirowie nie odpowiadali.
— Prawda, lepiej będzie, gdy po nią skoczę? — rzekła Levaque — Idę!
Ale wpadły jej w oczy trzewiki. Cała kolonia była poruszona, ciśnięto się już u drzwi. Pewnie ktoś skradnie trzewiki. A przytem, niema ich komu nosić u Maheuów. Ostrożnie zabrała i wyszła. Może będą dobre dla Bouteloupa, myślała wychodząc.
W Requillart państwo Hennebeau i Negrel czekali długo na Gregoirów. Negrel opowiadał o pracach ratunkowych. Spodziewano się tego jeszcze wieczora dostać się do zasypanych, ale pewnie znajdzie się jeno trupy, bo od paru dni nie słychać pukania. Poza inżynierem siedząca Maheude słuchała, blada śmiertelnie. Wtem nadbiegła Levaque i powiedziała jej co zrobił stary. Maheude machnęła niecierpliwie ręką, ale wstała i poszła.
Pani Hennebeau była bliską omdlenia gdy się dowiedziała. Ach, cóż za ohyda! Ta biedna Cecylka, dziś jeszcze tak świeża i pełna życia! Pan Hennebeau musiał ją zaprowadzić na chwilę do mieszkania Mouqua i drżącemi rękami rozpinał gorset. Buchnął zeń zapach piżma. Zalana łzami objęła za szyję Negrela, zmartwionego wypadkiem, udaremniającym jego małżeństwo. Mąż słyszał jak lamentowli oboje. Dla niego było to wyzwoleniem i uspokojeniem. To nieszczęście sprowadzało wszystko do dawnego, a pan Hennebeau rad był, że nie stracił siostrzeńca i nie musi się bać stangreta.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Émile Zola i tłumacza: Franciszek Mirandola.