Karjera panny Mańki/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Karjera panny Mańki
Podtytuł Powieść
Wydawca Księgarnia Popularna
Data wyd. 1935
Druk P. Brzeziński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział IV.
W OLONJI”.

Mańka nie była przyzwyczajona, aby Doriałowicz wspólnie z nią odwiedzał lokale publiczne. To też zdziwiła się niepomiernie, gdy dyrektorski Cadillac, przemknąwszy szybko przez parę ulic, zatrzymał się przed wejściem jednej z luksusowych restauracyj. Wyskoczyła raźno, myśląc, iż nakoniec odnalazła rozwiązanie zagadki, i że Doriałowicz wprzódy pragnie ją wypróbować na wszelkie sposoby, zanim złączy się ściślejszym stosunkiem, w obawie może, że zmysły uczynią go niewolnikiem osoby niezbyt odpowiedniej. Postanowiła dobrze zdać egzamin.
Gdy zrzuciwszy kosztowną narzutkę na ręce zgiętego w ukłonie portjera, weszła do restauracyjnej sali — spotkała ją na wstępie wielka niespodzianka...
Bo to od stolika, poderwał się na ich widok wysoki młodzieniec i pośpieszył na spotkanie. Ujrzawszy go, musiała zagryźć wargi, aby nie krzyknąć głośno. Wszak owym młodzieńcem był Stach Korski, którego znała tak dobrze...
— Mój sekretarz, — przedstawił krótko Doriałowicz. — Pan Korski był na tyle uprzejmy, iż zatrzymał dla nas stolik.
Korski również ze zdziwieniem spoglądał na Mańkę, ale zbyt był opanowany, aby jakim ruchem nieopatrznym zdradzić swą dawniejszą znajomość z dziewczyną. Zgiął się w niskim ukłonie, pragnąc ukryć lekki uśmieszek i ucałował z pozornym szacunkiem wyciągniętą, drżącą rączkę. Więc to była owa tajemnicza Mary, od której odbierał telefon, to była ta „flama”, o jakiej opowiadał detektyw. Dobry gust miał szef, choć nigdyby nie sądził...
W milczeniu zajęto miejsca przy stoliku. Podczas gdy Doriałowicz stalował wykwintną kolację, a Mańka starała się pokryć zmieszanie obojętną i wyniosłą miną, Korski obserwował ją ukradkiem. Tak, musiała go poznać bezwzględnie, o czem świadczył lekki przy powitaniu rumieniec... Przypomniał sobie, że mówił Den, iż zwierzchnik znalazł tę perłę w jakiejś podmiejskiej szynkowni — nie dziwota, dochodziły go słuchy, że Mańka porzuciła „wesołe życie” i pracowała, jako bufetowa. O, bo swego czasu Mańką interesował się bardzo...
Również i Mańka nieznacznie zerkała na Korskiego. Nie zmienił się, tylko jakoś spoważniał. Kiedyś, latał za nią porządnie. Lubiła go, a może polubiłaby i bardzo, gdyby nie związek z Balasem, uniemożliwiający wszelkie nie wchodzące w zakres „interesu” miłostki, no i późniejsza znajomość z Welskim...
Lubiła go, gdyż był szczerszy od innych i wyczuwała w nim pewne pokrewieństwo duchowe... Czyż nie opowiadał jej, że ludzi nabiera, uczestniczy w niewyraźnych aferach i ofiar szuka, nie mogąc znaleźć najskromniejszej posady, a rzuciłby to całe wstrętne życie, gdyby mu ktoś zaproponował choć najcięższą pracę. Więc i jemu podał rękę Doriałowicz, u niego znalazł zajęcie?... Dziwny zbieg okoliczności, sama nie wie, czy się cieszyć, czy... Bo i trochę wstyd, spotykać się w podobnych warunkach.
— Cóż Mary taka zamyślona? — przerwał ciszę Doriałowicz, spojrzawszy na swą pupilkę, która z roztargnieniem dłubała w majonezie z homara. — Sądziłem, że atmosfera restauracyjna rozerwie cię trochę.
— Ależ bawię się znakomicie...
— To czemu taka smutna mina? A i pan, szanowny mój sekretarzu, siedzi milczący!
Stanowczo Doriałowicz przybierał dziś ton dobrotliwego papy i sam będąc serdecznie nastrojony, pragnął widzieć dokoła wesołe twarze. Uniósł do góry kieliszek wybornego Martell’a i wyrzekł powoli:
— Za powodzenie naszych zamiarów... Bo każdy wszak ma jakieś cele, do których dąży... Prawda, panie Korski?
Mańka lekko trąciła kieliszkiem o kieliszek dyrektora i umoczyła w nim usta. Choć Martell smakował znakomicie, dziś postanowiła okazać się wyjątkowo wstrzemięźliwą. Korski natomiast, który mimo poprzednich rozważań, pałaszował z apetytem różne przekąski, wychylił swój kieliszek do dna, poczem jął tłomaczyć:
— Zauważył pan dyrektor, że jestem zamyślony. Istotnie nasunęła mi się pewna refleksja.
— Mianowicie?
— Twierdzą, że w Warszawie bieda jest wielka, tymczasem ludzie się bawią, restauracje przepełnione...
— Hm... — zaczął Doriałowicz, — zawsze pozostaje pewna ilość ludzi, która posiada pieniądze. Inni zaś... — wykonał nieokreślony ruch ręką, — inni...
— Chciał pan dyrektor powiedzieć, że ci inni niewiadomo za jakie pieniądze się bawią... Ale czyż ten luksus nie jest magnesem, pociągającym do nadużyć? Czyż człowiek, który ongi przywykł do innych warunków, łatwo z nowemi może się pogodzić... Mojem zdaniem niema ludzi z gruntu nieuczciwych, okoliczności stwarzają nieuczciwego człowieka...
Doriałowicz dziwnie jakoś spojrzał na swego sekretarza. Zapewne Korski, wypowiadając owo zdanie, poniekąd i sam siebie miał na myśli, względnie swą przeszłość. Powoli też począł mówić:
— Rozumiem do czego pan zdąża. Chce pan powiedzieć, iż pozostało wielu ludzi, którzy posiadając sporo życiowych uroszczeń, nie mogą się pogodzić z nowemi warunkami losu... Mówi pan o inteligencji... Hm... mówi pan o hyperprodukcji inteligencji. Mamy jej za dużo i dlatego część znalazła się w sytuacji, czy to rozgoryczonych, zgłodniałych biedaków, czy też ptaków niebieskich, szukających łatwego zarobku. Wszak to takie proste. Przed wojną, mówię o kongresówce dawnej, bo z niej pochodzę, zresztą, jak i wy — na stu ludzi, powiedzmy dla przykładu, kończących uniwersytet, czy inne wyższe zakłady naukowe, połowa pozostawała w kraju, reszta zaś szukała zarobku gdzieindziej. Dziś wszyscy zostają na miejscu i nie mogą znaleźć zajęcia, lub znajdują zajęcia niezwykle marnie płatne...
Kelner, obnoszący półmisek z pulardą, przerwał tok wywodów dyrektora. Dopiero gdy ukończył swą czynność, Doriałowicz dokończył swej myśli.
— Nie mogą znaleźć zarobku, albo znajdują marnie płatny, są źli, rozgoryczeni, sądzą, że z wykształcenia wyżyny życia im się należą, a te wyżyny są dla nich niedostępne... Nie mogą pojąć, iż są takim samym proletarjatem, jak pracownik fizyczny, i z tem się pogodzić... Ale Polska ich nie potrzebuje. Polska potrzebuje rolników, techników, rzemieślników, a nie panów z uniwersyteckiemi dyplomami. Większość z nich wykoleja się. I dopóki nie zrozumieją, że tak, jak w Ameryce fizyczna praca nie hańbi — będzie źle. Woli i pracy nam potrzeba, wtedy można osiągnąć rezultaty, ja naprzykład...
Zarówno Mańka, słuchająca jednym uchem tych ważkich wywodów, czy też paradoksów, gdyż zbytnio ją nie interesowały, jakoteż Korski, przyznający im w duchu nieco racji, na poparcie tej tezy usłyszeliby może szczegółowy opis karjery życiowej Doriałowicza, gdyby nie nowa przeszkoda.
Bo oto dyrektor, spojrzawszy w stronę wejściowych drzwi, urwał w pół zdania. Wchodził właśnie jakiś nowy gość, zapewne wielce w „Olonji” respektowany, bo witał go szereg czołobitnych ukłonów służby. Był to może czterdziestoletni grubas, ubrany z przesadną elegancją, niski, łysawy, o czerwonej, ozdobionej niewielkim, jasnym wąsikiem twarzy i jasnych oczach, spoglądających na świat z wyrazem wielkiego rozbawienia. Sprawiał raczej komiczne wrażenie, a szacunek, z jakim go witali kelnerzy, odnosił się zapewne nie tyle do jego osoby, co do dobrze wypełnionego portfelu. Stał pośrodku sali, rozglądając się dokoła w poszukiwaniu miejsca, bo wszystkie stoliki były już zajęte.
Ujrzawszy nowoprzybyłego, Doriałowicz nietylko poniechał dalszych refleksyj, lecz zerwawszy się ze swego miejsca, podążył ku stojącemu pośrodku sali dobrodusznemu grubasowi.
— Któż to taki? — zapytała Mańka, wskazując oczami w stronę, dokąd się skierował ich amfitryjon.
— Nie zna pani? — szybko zapytaniem na pytanie odpowiedział Korski. — To ten słynny bogacz Welesz.
— Welesz?... — powtórzyła, jakby sobie coś przypominając.
— Birbant i ogromny zwolennik płci pięknej... Pozatem najpoczciwsze serce, choć wygląda, jak figura z operetki. Każdy go naciąga, ile może... Odziedziczył po ojcu, fabrykancie, ogromny majątek i trzeci rok tak hula... Jak sam powiada, na złość swej żonie, której nie cierpi...
Mańce zupełnie wystarczyły te informacje, osoba Welesza interesowała ją mało, postanowiła wykorzystać chwilę nieoczekiwanego sam na sam.
— Panie Stachu, — odezwała się do towarzysza serdecznie, — poznał mnie pan, prawda? Co za dziwny zbieg okoliczności... Chciałabym szczerze pogadać z panem...
— Bardzo chętnie, panno Mary...
Choć ongi mówili sobie wprost po imieniu, przybierali obecnie tę oficjalną formę, nie wiedząc jeszcze w jakie ramy swój wzajemny stosunek ułożyć.
Mańka szeptem mówiła dalej:
— Proszę mnie odwiedzić.
— Kiedy?
— Choćby jutro, zrana...
— Czy można? A nuż będzie zazdrosny?...
— Nie dowie się! Rano nigdy nie bywa, a służącą wyprawię...
— Więc o której?
— Choćby koło południa! Będę oczek...
Mańka również urwała, nie dokończywszy zdania, bo już podchodził do stolika opiekun wraz z owym pociesznym grubasem. Zauważyła poprzednio, że dżentelmen ten nie okazywał wielkiej chęci połączenia się z ich towarzystwem, dopóki wzrok jego nie padł na nią. Wtedy dopiero bardziej jeszcze rozpromienił swe wesołe oblicze i pobiegł przodem w tę stronę, kołysząc się zabawnie na krótkich nóżkach.
— To musi być kobieciarz! — zauważyła w duchu, rozumiejąc, iż jej obecność wpłynęła na tę raptowną decyzję.
Tymczasem Doriałowicz wymienił nazwisko:
— Pan Welesz!
Welesz z gracją młodego niedźwiedzia ucałował paluszki Mary, uprzejmie uściskał dłoń Korskiego, poczem chytrze podmignąwszy okiem, zajął obok dziewczyny miejsce, opróżnione przez dyrektora, zanim ten zdążył go uprzedzić.
— Kto opuszcza towarzystwo dam, traci swoje prawa! — oświadczył i roześmiał się głośno rad ze swego dowcipu.
— Ależ proszę bardzo... gościowi należy się pierwszeństwo! — odparł Doriałowicz na żart żartem.
— Wpadłem tylko na chwilę do „Olonji”, — mówił dalej grubas, — bo właściwie zupełnie gdzieindziej umówiłem się na kolację. Ale skoro tak miłe towarzystwo się zdarza... Kelner... zamrozić butelkę, jak to umiemy!..
Kelner wraz z pikolakami kręcili się niezwykle gorliwie. Wiedzieli dobrze, że rozważny dyrektor poprzestanie na średnim rachunku, podczas gdy Welesz garściami rzuca pieniądze. Bowiem uczucia i uśmiechy zależne są od spodziewanego zarobku, i jednakowi są pod tym względem i kelner, i kokota, i kupiec, i adwokat..
Tymczasem Welesz, zapaliwszy ogromne cygaro i puściwszy tęgi kłąb dymu w nos Doriałowiczowi, prawił:
— Ależ ładny pan wynalazł kwiatuszek... Gdzież się podobne piękności w Warszawie ukrywają? Pani chyba przyjezdna?
— Hm... tak... — mruknęła Mańka, — zerknąwszy na dyrektora, ubawiona zapytaniem.
— Jest pani właściwie warszawianką, — pośpieszył na pomoc Doriałowicz, — ale od dłuższego czasu nie bawiła w stolicy. Dopiero...
— Dopieroś ty ją wykopał, stary Harpagonie, — przerwał wesoło Welesz, przechodząc wobec dyrektora na zupełnie bezceremonjalne „ty”, jak to niemal względem wszystkich było w jego zwyczaju. — Małom się nie wywrócił, zobaczywszy go z taką ślicznotką, bo skąpy, a chytry...
Kelnerzy nalewali złocisty trunek, co trochę pohamowało swadę Welesza. Mańka spoglądała ze zdziwieniem na Doriałowicza. Ten zwykle taki wyniosły, z pobłażliwym uśmiechem znosił przycinki grubasa. Choć o te docinki właściwie trudno było się obrazić, bo mówił je tak, aby gadać, ot, zabawić towarzystwo, nie zaś by miał zamiar niemi dotknąć, jednak z całego zachowania wyczuwać się dawało, że Doriałowiczowi zależy na Weleszu. Może łączyły ich jakie wspólne sprawy? A może chciał ją wypróbować, zapoznając z bogaczem, ciskającym bez rachuby pieniędzmi, a w dodatku kobieciarzem?
— Pan Welesz, — rzekł, widocznie pragnąc udzielić niejakiego wyjaśnienia swej pupilce, — jest złotym człowiekiem, tylko trzeba się do niego przyzwyczaić...
— Racja... racja... — tamten zawołał, widząc, że dziewczyna uśmiecha się lekko. — Kto mnie nie zna, ten się krzywi, a kto pozna — szczerze lubi. I pani musi mnie polubić... Od dziś zapowiadam, zaczynam się starać o jej względy... O, bo w pani... przepraszam, zdaje się, Mary, zakochałem się odrazu...
— Tak prędko? — zapytała z odrobiną kokieterji, bo której kobiecie nie pochlebiają hołdy.
— U mnie wszystko prędko idzie! — odparł Welesz, przyczem zrobił do niej tak ucieszne „oko”, że parsknęła śmiechem.
Niemniej ubawiony wydawał się dyrektor. Tymczasem Welesz prawił:
— Zaproszę i pokażę moją kolekcję...
— Ach, tę kolekcję... — zauważył, skrzywiwszy się nieco Doriałowicz.
Welesz znany był z tego, iż w swojem, urządzonem z przepychem mieszkaniu, poza przeróżnemi cennemi zbiorami, posiadał wspaniałą kolekcję biżuterji, niezwykłej wartości, którą się chętnie chwalił i pokazywał przeróżnym damulkom. Ponieważ żona jego, — a z żoną żył bardzo źle, — przeważnie bawiła zagranicą, mógł sobie na nieco frywolne odwiedziny pozwolić, a na „oglądanie kolekcji” łaszczyły się różne niewiasty, w nadziei, że dzięki swym wdziękom coś z tej kolekcji uszczkną... Różnie tam bywało. Wiele kosztownych pierścieni, musiał zastępować właściciel nowemi a sam zbiór stawał się nieprzepartym magnesem dla niektórych lekkomyślnych kobieciątek.
— Pan Welesz, — wyjaśnił Korski, widząc, iż Mańka nie pochwyciła aluzji, — posiada w swojem mieszkaniu wspaniałą kolekcję kosztowności, którą chętnie odwiedzającym pokazuje. Szczególniej paniom... Daje im nawet często na pamiątkę po pięknym okazie, o ile...
— Rozumiem, — przerwała, uczyniwszy dość surową minkę — i zgóry dziękuję za zaproszenie. O ile potrzebna mi będzie biżuterja, znajdziemy ją w jubilerskim sklepie. Prawda, dyrektorze?
Sądziła, że zagrała świetnie. Spojrzała na Doriałowicza. Ten lekko pochylił głowę, a twarz jego pozostawała nadal enigmatyczna. Odezwanie się Mańki natomiast stropiło Welesza.
— Proszę się nie gniewać! — zawołał. — Ot, tak plotę, co ślina na język przyniesie... A jeśli pokazuję moją kolekcję różnym paniusiom, to na złość żonie...
— Na złość żonie? — powtórzyła, nie rozumiejąc.
Welesz stał się wylany, widocznie pod wpływem czterech z rzędu wychylonych kielichów wina.
— Tak, na złość... Chcę, żeby jej najmniej po mnie zostało... Dlatego piję... i rozdaję... Bo czuję, że niedługo pociągnę... Serce... Doktorzy powiadają — kładź się wcześnie spać, nie jadaj na noc, chłepcz mleczko... Djabła tam! Cóż warte takie życie?... Bawię się, a jak którego dnia kipnę, niewielki będzie po mnie żal... To niech się jej jaknajmniej dostanie... Nie z miłości za mnie wyszła, a dla pieniędzy i tylko czeka, kiedy nogi wyciągnę... Tak...
Poparł tę orację nową szklanką szampana, jakby urągając radom eskulapów, poczem zakończył:
— Nie ona jedna... Wszystkie baby nic warte...
Mańka doprawdy nie wiedziała, jak się zachować. Głupio się czuła słuchając tych zwierzeń, ubódł zaś ją szczególnie ostatni wykrzyknik grubasa. Korski siedział wodząc bezmyślnie palcem po serwecie, Doriałowicz zaś spozierał w swą szklankę, rzekłbyś całkowicie w tę kontemplację zatopiony i myśląc zapewnie o czem innem. Uznała za stosowne zaprotestować.
— Zapomina pan, że i ja jestem kobietą!
Welesz zrobił żałosną minę.
— Znowu się pani obraziła! Ależ ja pani wcale nie miałem na myśli. Pani jest przyjezdną, pani nie jest warszawianką...
— A coż panu warszawianki zawiniły?
— Niecne niewiasty — odrzekł z przekonaniem — i nie mam dla nich żadnego szacunku... Tylko taką poznasz... a tu zaraz... Hipciu kup, Hipciu postaw, Hipciu pożycz... bo Hipolit do usług mi na imię... I myśli pani, że tak postępują tylko kokoty... Gdzież tam... Najprzyzwoitsze nibyto kobiety, których mężowie ciężko pracują... Naciągnie a później ucieknie. A czasem w porozumieniu z panem mężem... Zapraszasz ich razem na kolację, to on nie może iść, bo go głowa boli... ją samą puszcza... a potem wcale się nie pyta skąd pierścionek, skąd jedwabne pończoszki, skąd stroje... Et...
Mańka ugryzła się w wargę, aby nie krzyknąć. To co teraz usłyszała było, jak żeby Welesz wyrwał z jej ust własnych. Doskonale znała te panie, spoglądające na „zawodowe panny” z pogardą, tych panów cichych pomocników swych żon. Czyż inaczej mogły by się tak stroić i bawić te ciche konkurentki. Był to również jeden z objawów współczesnego życia, współczesnej gangreny, ale znakomicie ukryty za parawanem. Ich nigdy nie łapała policja i całowano ich ręce z szacunkiem, bo po za niemi stał „pozór”. Z przekonaniem tedy wyrzekła; zapomniawszy nawet o swym „fasonie”.
— Różne bywają łajdaczki!
Na powiedzenie to zaśmieli się wszyscy. Najbardziej rad był Welesz, podczas gdy Doriałowicz powstawał ze swego miejsca.
— Na chwilę was przeproszę — rzekł — ale widzę, że rozmowa jest ożywiona, dacie sobie radę przez parę minut bezemnie... Muszę w pilnej sprawie zatelefonować... Zaraz powrócę...
— Może wyręczę? — porwał się ze swego miejsca Korski.
— Nie... sam muszę to załatwić...
— Ten wiecznie ma pilne sprawy — zauważył Welesz — niech idzie... Będę swobodniej uwodził panią...
— Świetnie... będziemy flirtować! — zawołała, poczem zerknęła na dyrektora.
Lecz Doriałowicz odchodził już, okiem nie rzuciwszy na nią. Nie był zazdrosny? A może umyślnie ich opuszczał, chcąc dalej wypróbować, jak się ona zachowa? Czy w rzeczy samej miał pilny do załatwienia telefonicznie interes? I choć Welesz bawił ją i mimo rubaszności i pijackich zwierzeń był sympatyczny, — postanawiała znowu stać się niedostępną i sztywną... Niechaj wie, że nie taką trafił, co wystarczy kiwnąć palcem, lub złakomić „oglądaniem zbiorów”. Nie będzie miał się czem pochwalić... Zresztą jest Korski...

Podczas gdy Welesz nadal jął snuć swe rozważania o niewiastach, przeplatając je niedwuznacznemi aluzjami w kierunku pięknej sąsiadki — Doriałowicz szybko przeszedł przez salę i skierował się po schodkach na pierwsze piętro, gdzie obok gabinetów mieściła się budka z aparatem telefonicznym. Mimo jednak zapowiedzi, iż musi się porozumieć w sprawie niecierpiącej zwłoki, nie zbliżył się do tej budki — a krokiem pewnym podszedł do drzwi jednego z gabinetów i zastukał w nie lekko.
Po chwili, posłyszawszy konwencjonalne „proszę”, wszedł do wewnątrz.
W gabinecie siedziała czarno ubrana kobieta.
— Dość długo czekałam! — oświadczyła.
— Nie mogłem wcześniej — jął się tłómaczyć — jak ten zaczął swoim zwyczajem bzdurzyć...
— No tak — przerwała. — Widziałam ją — wskazała na okno gabinetu, wychodzące na ogólną salę. — Wcale, wcale niczego... Jak idzie?...
— Pali się do niej, jak siarka... Już jej zdążył opowiedzieć i o kolekcji... i o żonie...
— O żonie!... — zauważyła tajemnicza niewiasta z przekąsem.
— Tak! Plotł, to co zwykle, jak wiesz... Wszystko idzie znakomicie... Dziewczyna trzyma się tak, jakbym nigdy nie przypuścił...
— Tylko ty mi się w niej nie zakochaj! Czy naprawdę między wami nic niema?
— Przysięgam ci! Możesz nie być zazdrosna! Tu chodzi o ważniejsze sprawy! Co teraz robić?
— Jakto! co teraz robić?
— Czy ją wtajemniczyć?
— Oszalałeś! Nigdy!
— Więc?
— Pozostaw to mnie! Ona sama wszystko zrobi, nawet nie wiedząc, że dla nas działa!
— Sądzisz?
— Nie mylę się nigdy! Sam wiesz najlepiej, że niewykryte pozostają... hm... „sprawki”, w których niema wtajemniczonych. O ile jest wielu wspólników, cała sprawa, prędzej, później wydać się musi.
— Masz rację!
— Skoro tak, to pocałuj... i idź... bo dłuższa twoja nieobecność zwróci uwagę...
Doriałowicz podszedł, do pięknej, choć nieco przekwitłej kobiety i serdecznie ucałował ją w usta. Już miał odchodzić, gdy na myśl przyszła mu pewna refleksja:
— Mam kłopot z Korskim?
— Buntuje się ten głodomór?
— Tak, zaczyna węszyć!
Na czole kobiety zarysowała się gniewna zmarszczka.
— Weźmiemy chłopaka pod obserwację! W razie czego, trzeba z nim skończyć...
— I ja tak sądzę...
— Idź już... Później mi wszystkie szczegóły powtórzysz... Myślę za ciebie i za siebie... Dziś również załatwiłam pewną sprawę...
— Załatwiłaś? Jaką?
— Jutro się dowiesz...

Powracał rzeźkim krokiem do stolika, który zdobiły cztery butelki szampana, przeważnie wysączone przez Welesza, przy niejakiej pomocy Korskiego. Welesz nadal z uporem pijaka tłomaczył:
— Czy pani chce, czy niechce... ale zakochałem się i kwita... Co na to poradzić?... Będą się starał, o jej względy i muszę ją odbić Doriałowiczowi... A, jesteś tyranie... — zawołał, zauważywszy nadchodzącego.
— Jestem, żeby ci przeszkodzić w twoich zalotach! — odrzekł ten z uśmiechem.
— Wobec czego, proponuję — wesoły Hipcio powstał z miejsca, przybierając uroczystą minę — zamieńmy „Olonję” na inny lokal... Pojedziemy za miasto, tam ostatecznie przekonam pannę Mary...
Mańce znudziło się ględzenie grubasa. Oschle odparła:
— Panna Mary nigdzie nie pojedzie, ani też o niczem pan ją „ostatecznie” nie przekona... Pragnie znaleźć się w domu!
— Doprawdy chcesz wrócić do domu, kochanie? — z jakimś rozczarowaniem w głosie zapytał Doriałowicz — wszak pan Hipolit tak serdecznie zaprasza... Ja osobiście...
— Ależ boli mnie głowa!
Dotknęła ręką czoła, symulując migrenę. Czuła się jaknajzdrowsza — ale draźniło ją dalsze narzucanie towarzystwa Welesza. Czyż nie spostrzegł Doriałowicz, że grubas pod pokrywką żartów „przystawia” się wcale niedwuznacznie? Musiał to spostrzec — i nie tylko nie reagował, ale milcząco zachęcał do flirtu... Cóż to miało znaczyć?...
— Boli mnie silnie głowa! — powtórzyła.
Tyle stanowczości zabrzmiało w jej głosie, że dyrektor nie nalegał dłużej. Postarał się odmowie nadać uprzejmą formę.
— Nie dziwię się — rzekł — iż mogła pannę Mary rozboleć główka po równie ożywionym dniu, jak dzisiejszy. Nie nadmieniam tu o spotkaniu z srogim pożeraczem serc niewieścich, naszym kompanem, panem Hipolitem... Ale panna Mary zemocjonowała się przedtem pewnem opowiadaniem...
— Jakiem? — zawołał wesoły Hipcio.
Doriałowicz stał się bardzo poważny i przytłumionym głosem wyszeptał:
— Jest banda w Warszawie, mordująca kobiety!
— Co? — zawołali niemal jednocześnie Welesz i Korski.
Rad z wywołanego wrażenia, jął teraz dyrektor powtarzać z lekkim uśmiechem ironji posłyszane szczegóły — przysłoniwszy tylko mgłą tajemnicy, ze zrozumiałych względów — osobę informatorki — panny Loli. Obaj panowie przysłuchiwali się jego słowom z wielką uwagą, choć nieco odmiennie. Welesz słuchał ich niczem dobrej bajki, Korskiego zafrapowały mocno.
— Jutro jedziemy odwiedzić biedną pannę Józkę! — zakończył Doriałowicz swe opowiadanie.
Wesoły Hipcio w lot pochwycił znakomity pretekst do ponownego spotkania się z Mary.
— I ja jadę z wami... — żywo oświadczył — zabierzcie mnie z sobą... Hipcio bardzo prosi...
Prosił tonem rozkapryszonego dziecka, spoglądając na Mary. Zanim ta zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, z ust Doriałowicza padło zaproszenie:
— Skoro tak tego pragnie, niech jedzie z nami... Jak myślisz Mary?
Choć niby zapytywał o jej zdanie — rozumiała, że protestować jej nie wypada, nie czyniąc wyraźnego afrontu Weleszowi. To też nie mogąc postąpić inaczej, na znak przyzwolenia lekko skinęła głową. Był jeszcze ktoś, ktoby bardzo chętnie wraz z niemi się tam znalazł, ale go wcale nie zapraszano — tym kimś był — skromny sekretarz Korski.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.