Klub Pickwicka/Rozdział dwudziesty drugi

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział dwudziesty drugi.
Dzień pana Pickwicka w Ipswich i romantyczna przygoda z damą w średnim wieku i żółtych papilotach.

„Czy to są ruchomości twego gubernatora?“ zapytał Weller swego syna, na trzeci dzień po przytoczonej poprzednio rozmowie, gdy Sam z kufrem i torbą podróżną zjawił się na dziedzińcu oberży pod „Bykiem“ w White-chapel.
„Jakiżeś ty domyślny!“ odparł pan Weller młodszy, składając swe brzemię i siadając na niem. „Gubernator zaraz tu przybędzie“.
„Zapewne dorożką?“ rzekł ojciec.
„A tak! Za ośm pensów może przecież kupić sobie to, że go dwie mile trząść będą bezlitośnie“, odparł syn. „Jak się ma macocha?“
„Szczególnie, Sammy, szczególnie“, odrzekł Weller poważnie. „Niedawno zabrnęła pomiędzy metodystów i stała się diabelnie pobożna. To istota zanadto dobra dla mnie. Czuję, że nie jestem jej godzien“.
„Ha!“ zawołał Sam. „Zbyt wielka skromność z twojej strony“.
„Tak jest!” odparł ojciec westchnąwszy. „Zajmuje się teraz jakimś nowym wynalazkiem, dorośli ludzie rodzą się niby drugi raz. Zdaje mi się, że nazywa to nowem życiem. Bardzobym chciał zobaczyć, Sammy, jak ten wynalazek funkcjonuje. Bo gdyby twoja macocha naprawdę na nowo się narodziła, zaraz oddałbym ją do mamki. Wiesz co one zrobiły niedawno?“, ciągnął pan Weller dalej po chwili milczenia, przykładając wielokrotnie palec do nosa, „wiesz, co one zrobiły niedawno?“
„Nie wiem; a co?“ odparł Sam.
„Urządziły wielką herbatkę. Raz staję przed naszą oberżą i widzę małą kartkę z napisem: „Bilety po dwa szylingi, zgłosić się do komitetu. Sekretarz, pani Weller“. Wchodzę do domu. Komitet zasiada w pokoju od dziedzińca.
„Czternaście kobiet! Chciałbym, żebyś je zobaczył, Sammy! Wydawały postanowienia, uchwalały podatki, kontrybucje i tym podobne bzdury. Dobrze. Macocha twoja namawia mię, bym poszedł na posiedzenie; poszedłem, licząc na to, że zobaczę coś śmiesznego. Płacę za bilet. W piątek, o szóstej godzinie wieczorem, wybieram się z żoną, ubrawszy się galanto.
„Przychodzimy na pierwsze piętro; tam przygotowano filiżanek na jakie trzydzieści osób. Kupa kobiet poczyna szeptać, spoglądając na mnie, jakgdyby nigdy dotąd nie widziały gentlemana w wieku około pięćdziesięciu pięciu lat i odpowiedniej tuszy. Wtem słyszę wielki ruch na schodach: ukazuje się chudy, długi jegomość z czerwonym nosem, w białej chustce na szyi i wyśpiewuje: „Oto idzie pasterz odwiedzić swą wierną trzodę“. Następnie zjawia się jegomość tłusty, biały, i uśmiecha się jak małpa.
„Pocałunek pokoju“, powiada pasterz i całuje wszystkie kobiety po kolei. Gdy skończył, zaczyna to samo czerwononosy. Wtedy przychodzi mi na myśl, że i ja mogę zrobić to samo, zwłaszcza, że koło mnie siedziała dama szczególnie przystojna. Ale wtem nadchodzi herbata wraz z twoją macochą, która dotąd była zajęta na dole jej przyrządzaniem. Więc zaczęto śpiewać hymn, a potem pić i jeść: ale jak pić i jak jeść! Chciałbym, byś widział, jak pasterz obrabiał szynkę i ciasta. Czerwononosy także nie był z tych, których chciałbyś mieć na wikcie za ileś tam na miesiąc. Dobrze. Załatwiwszy się z pożywieniem, znowu beczą hymn, potem pasterz zaczyna kazanie. Kazanie piękne, zważywszy zwłaszcza, iż miał już niewątpliwie początki niestrawności po szynce i ciastach. — Wtem, zatrzymuje się nagle i ryczy: „Gdzie jest grzesznik? Gdzie jest nędzny grzesznik?“ Wszystkie kobiety spoglądają na mnie i poczynają wzdychać. To wydało mi się dziwne, ale jeszcze nic nie mówiłem. Po chwili kaznodzieja zatrzymuje się znów, wpatruje się we mnie i mówi: „Gdzie jest grzesznik? Gdzie jest nędzny grzesznik?“ Kobiety zaczynają znowu wzdychać, tylko dziesięć razy głośniej. Mnie zaczyna już trochę rozpierać oburzenie, robię więc parę kroków naprzód i mówię: „Mój przyjacielu, czy to do mnie stosujesz tę obserwację?“ A on, zamiast przeprosić mię, jak to się praktykuje między gentlemanami, staje się jeszcze bardziej bezczelny. Nazywa mnie naczyniem, Sammy, naczyniem zatracenia i jakoś tam jeszcze tak, że aż krew się we mnie całkiem wzburzyła. Wydzielam mu tedy dwa czy trzy szturchańce, tyleż z drugiej strony czerwononosemu, potem wynoszę się. Wtedy to, chciałbym, byś słyszał wrzaski kobiet, Sammy, gdy wyciągały pasterza z pod stołu... — Ale oto i gubernator w swojej własnej osobie“.
Rzeczywiście, pan Pickwick wysiadł z powozu i wchodził na podwórze.
„Piękny poranek, panie“ powiedział pan Weller starszy.
„Bardzo piękny!“ odparł pan Pickwick.
„Rzeczywiście bardzo piękny“ dodał jakiś rudowłosy jegomość z wścibskim nosem i niebieskiemi okularami. Wygramolił się z powozu jednocześnie z panem Pickwickiem. „Pan jedzie do Ipswich?“
„Jadę“, odpowiedział pan Pickwick.
„Szczególny zbieg okoliczności. Ja również tam jadę!“
Pan Pickwick ukłonił się.
„Man pan miejsce zewnętrzne?“
Pan Pickwick skłonił się znów.
„Boże wielki! To szczególne! Ja także mam miejsce na imperale“, powiedział czerwonowłosy. „Więc będziemy podróżować razem!“ Poczem czerwonowłosy jegomość, który miał minę ważnego, sprytnego, tajemniczego człowieka (miał również zwyczaj mówiąc pochylać głowę, jak to robią ptaki), uśmiechnął się, jakgdyby udało mu się zrobić odkrycie, które uszczęśliwi cały świat.
„Miło mi, że będę w towarzystwie pana“, powiedział pan Pickwick.
„A!“ zawołał nowoprzybyły. „To doskonale się składa dla nas obu, prawda? Towarzystwo, widzi pan, towarzystwo, to... to rzecz zupełnie odmienna od samotności, prawda?“
„Jest to prawda, której niepodobna zaprzeczyć“, powiedział pan Weller, mieszając się do rozmowy z miłym uśmiechem. „Nazywam to jasnem postawieniem kwestji, jak powiedział hycel, kiedy kucharka zarzuciła mu, że nie jest gentlemanem“.
„A!“ powiedział czerwonowłosy gentleman, przyglądając się Wellerowi od stóp aż do głowy. „Czy to pański przyjaciel?“
„Właściwie nie“, powiedział pan Pickwick przyciszonym głosem, „To mój służący, ale pozwalam mu na pewną swobodę w zachowaniu. Mówiąc między nami, to wielki oryginał i dumny jestem z niego“.
„A!“ powiedział czerwonowłosy gentleman. „To rzecz gustu... Ja osobiście nie lubię nic oryginalnego. Nie widzę poprostu potrzeby, by istniało coś oryginalnego. Pozwoli Pan, że zapytam o nazwisko?“
„Oto mój bilet wizytowy“, odpowiedział filozof, którego poczynała bawić wścibskość nieznajomego.
„A!“ rzekł rudowłosy, chowając bilet, „pan Pickwick. Bardzo mi miło. A to mój bilet, panie. Nazywam się Magnus. Prawda, że to piękne nazwisko?“
„Bardzo piękne“, odrzekł pan Pickwick, tłumiąc śmiech.
„A przytem mam i imię bardzo piękne: Piotr, Piotr Magnus. To dźwięczy pięknie?“
„Bardzo pięknie“.
„Szczególne są zwłaszcza litery początkowe: P. M., post meridiem. Gdy się spieszę, podpisuję się nieraz na listach do dobrych znajomych poprostu: „popołudnie“. To bardzo bawi moich znajomych“.
Wtem wszedł stajenny z oznajmieniem, że dyliżans gotów do drogi.
„A rzeczy moje już włożone?“ zapytał pan Magnus.
„Włożenie, panie“.
„I czerwona torba?“
„I torba, panie“.
„I druga torba w pasy?“
„Jest w kielni“.
„I paczka w bibule?“
„Pod kozłem“.
„I karton z kapeluszem?“
„I ten jest“.
„Więc siadaj pan“, rzekł pan Pickwick.
„Za pozwoleniem pana“, powiedział pan Magnus, „za pozwoleniem pana, panie Pickwick! Nie mogę wyjechać w tym stanie niepewności! Z zachowania się tego człowieka wnioskuję, że pudełka nie ma w powozie!“
Solenne zapewnienia oberżysty nie zyskały wiary u pana Magnusa, musiano wyciągnąć skórzane pudło z pod wszystkich pakunków i dopiero wtedy przekonał się, że rzeczywiście zostało złożone do wozu. Kiedy się już upewnił co do losu swego okrycia głowy, ogarnęły go nagle złe przeczucia, że zapomniano o czerwonem pudle, następnie, że ukradziono pasiastą torbę, a wreszcie, że kartonowe pudło pękło. Wkońcu, kiedy się naocznie przekonał o bezpodstawności każdego ze swoich przypuszczeń, zgodził się wleźć na imperjał, przyczem oznajmił, że teraz, kiedy wszystko już w porządku, czuje się zadowolony i szczęśliwy.
„Trochę pan nerwowy, co?“ spytał Weller senior, patrząc, jak pan Magnus gramoli się na dach dyliżansu.
„Tak... zawsze boję się o drobiazgi. — Ale teraz jest mi już dobrze... zupełnie dobrze!“
„To całe szczęście!“ odrzekł pan Weller. „Sammy, dopomóż twemu panu wsiąść! Drugą nogą, panie, tak! Teraz podaj mi pan rękę! Hop! Musiałeś pan być lżejszy, gdyś był przy piersi u mamki!“
„To bardzo prawdopodobne!“ wesoło powiedział pan Pickwick, siadając.
„Skacz na kozioł, Sammy“, powiedział Weller. „No, William, otwieraj! Uwaga na sklepienie, panowie! Na głowy, jak się to mówi! Starczy, William!“ i dyliżans ruszył w kierunku Whitechapel, ku radości całej gawiedzi tej gęsto zaludnionej dzielnicy.
„Niezbyt miłe sąsiedztwo“ powiedział Sam, dotykając ręką kapelusza, od czego zwykle zaczynał rozmowę ze swoim panem.
„Rzeczywiście, Samie!“ powiedział pan Pickwick, patrząc na ciasne i ruchliwe uliczki, któremi przejeżdżali.
„Dziwne to, proszę pana“, ciągnął Sam, „że nędza i ostrygi zawsze idą w parze“.
„Nie rozumiem cię, Sam!“ powiedział pan Pickwick.
„Chcę powiedzieć, proszę pana“, tłumaczył się Sam, „że im biedniejsza dzielnica, tem większe wydaje się zapotrzebowanie na ostrygi. Proszę, niech pan spojrzy. Prawie w każdym domu stragan z ostrygami. Ulica jest formalnie zapchana niemi. Mam wrażenie, że kiedy nędza bardzo dokuczy komu, to wybiega on z mieszkania i z rozpaczy objada się ostrygami“.
„Oczywiście“, powiedział Weller starszy. „Tak samo jest z marynowanym łososiem“.
„To bardzo ciekawe fakty. Nigdy nie zauważyłem ich dotąd“, powiedział pan Pickwick. „Na pierwszym postoju zaraz to sobie zanotuję“.
Tymczasem dojechali do rogatki przy Mile End. Przez dalsze dwie czy trzy mile panowała głęboka cisza, poczem pan Weller starszy, odwracając się do pana Pickwicka, powiedział:
„A taki szczupak, to dobrze sobie żyje“.
„Kto?“ spytał pan Pickwick.
„Szczupak“.
„Co pan rozumie przez słowo: szczupak?” zapytał Piotr Magnus.
„Stary mówi o wartowniku przy rogatce”, wyjaśnił Weller młodszy.
„A! rozumiem!” powiedział pan Pickwick. „Bardzo ciekawe życie. Bardzo urozmaicone! Bardzo wygodne!”
„Wszystko to są ludzie zniechęceni do życia“, powiedział pan Weller senior.
„A?“ spytał pan Pickwick.
„Tak jest. Odsunęli się od świata i żyją na rogatkach. Trochę dlatego, że szukają samotności, a trochę, żeby zemścić się na ludziach przez pobieranie myta“.
„Jak Boga kocham!“ zawołał Pickwick. „Nigdy nie przyszło mi to do głowy!“
„Fakt, proszę pana“ powiedział Weller. „Gdyby to byli gentlemani, powiedzielibyśmy, że to mizantropi, ale tak mówi się poprostu: szczupaki“.
Takiemi rozmowami, posiadającemi jednocześnie czar rozrywki i pożytku, łagodził pan Weller uciążliwość podróży, trwającej większą część dnia. Tematu do rozmów nigdy nie zbrakło, gdyż, jeżeli nawet w elokwencji pana Wellera następowała pauza, natychmiast wypełniały ją gorące domagania się pana Magnusa, który pragnął poznać historję życia wszystkich towarzyszów podróży, przyczem na każdym postoju wyrażał obawę o los dwóch pudeł, walizki i kartonowego pudełka.
Przy głównej ulicy Ipswich, po lewej stronie drogi, parę kroków za otwartym placykiem przed ratuszem, znajduje się oberża znana szeroko i daleko jako oberża pod „Wielkim białym koniem“. Nad głównemi jej drzwiami mieści się jego ogromny kamienny wizerunek, przedstawiający czworonożne to zwierzę z rozwianą grzywą i ogonem, podobne nieco do piwowarskiego konia, który dostał pomieszania zmysłów. Oberża ta słynna jest z tego, z czego słynie jakiś nagrodzony na wystawie wół, albo zapisany w historji okolicy burak, albo olbrzymi wieprz — mianowicie ze swej potwornej wielkości. Posiada ona cały labirynt korytarzy i mnóstwo pokoi, wilgotnych i źle oświetlonych, tudzież taką samą ilość małych gabinetów. Tu właśnie zatrzymał się dyliżans i tu wysiedli pan Pickwick, Sam i pan Piotr Magnus.
„Czy pan zatrzyma się tu?“ zapytał pan Magnus filozofa, zabrawszy wszystkie swe rzeczy.
„Tak jest, panie“.
„Boże wielki!“ zawołał pan Magnus. „Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się coś równie dziwnego! Ja także tu się zatrzymam. Spodziewam się, że będziemy razem jedli obiad?“
„Z przyjemnością! Ale przedtem muszę się dowiedzieć, czy niema tu moich przyjaciół? Garson — czy niema tu gentlemana nazwiskiem Tupman?“
Korpulentny jegomość z serwetką z przed tygodnia pod pachą i w pończochach z tej samej epoki na nogach, nie spiesząc się, przerwał swoje zajęcie, które możnaby określić jako gapienie się na ulicę, i zwrócił się do pana Pickwicka. Przez chwilę przyglądał się gentlemanowi od stóp do głowy, poczem powiedział z emfazą:
„Nie“.
„Ani gentlemana nazwiskiem Snodgrass?“ pytał pan Pickwick.
„Nie“.
„Ani pana Winkle?“
„Nie“.
„Przyjaciele moi jeszcze nie przyjechali“, powiedział pan Pickwick. „Będziemy więc jedli obiad we dwóch. Proszę wskazać nam osobny pokój“.
Na to uprzejme żądanie korpulentny człowiek kazał posługaczom wnieść bagaże gentlemanów, a minąwszy długi i ciemny korytarz, wprowadził ich do wielkiego, paskudnie umeblowanego pokoju, w którym mały ogieniek na kominku robił bohaterskie wysiłki, by być wesołym, lecz tlił się zaledwie, poddając się smutkowi otoczenia. Po godzinie podano podróżnym kawałek ryby i porcję wołowiny, a gdy sprzątnięto ze stołu, pan Pickwick i pan Magnus przysunęli sobie krzesła do kominka, zamówili, dla dogodzenia oberżyście, butelkę porto, najgorszego, jakie kiedykolwiek pili, ale zato za najwyższą cenę, jaką kiedykolwiek zapłacili, — i poczęli popijać gorącą wodę z wódką dla dogodzenia sobie.
Pan Magnus z natury był bardzo rozmowny, zaś wpływ grogu tak nań podziałał, iż wypowiedział wszystko, co miał na sercu. Nagadawszy się o sobie, swej rodzinie, stosunkach, przyjaciołach i interesach, pan Magnus przez kilka minut wpatrywał się w milczeniu w twarz pana Pickwicka, a potem zapytał wstydliwie:
„A teraz, jak pan myśli, poco tu przyjechałem?“
„Daję panu słowo, iż nie potrafię tego odgadnąć; zapewne w jakim interesie“.
„Odgadł pan, ale niezupełnie. No, próbuj pan dalej!“
„Wybaczy pan, ale doprawdy, że nie potrafię, choćbym myślał całą noc“.
„No, no! Chi, chi!“ zaśmiał się pan Magnus, „co pan powie na to, gdy mu wyjawię, iż przyjechałem oświadczyć się pewnej damie! Chi, chi, chi! Co?“
„Odpowiem“, odrzekł nasz przyjaciel z najsłodszym uśmiechem, „odpowiem, iż prawdopodobnie powiedzie się panu“.
„O! Panie Pickwick! Czy doprawdy tak pan myśli?“
„Tak myślę“.
„E! Żartuje pan!“
„Nie, nie żartuję!“
„Otóż, powiem panu w sekrecie, iż i mnie się tak zdaje. Nawet powiem panu, chociaż jestem zazdrosny jak tygrys, że dama znajduje się tu, w tej oberży“. To mówiąc, pan Magnus zdjął swoje szafirowe okulary, by mrugnąć okiem, poczem znowu je włożył.
„Więc to dlatego“, rzekł pan Pickwick z uśmiechem, „wybiegał pan co chwila podczas obiadu?“
„Ts!... Dlatego. Ale niegłupim iść do niej teraz“.
„A to czemu?“
„Nie można tak zaraz. Jutro będę miał więcej szans. W mojej torbie podróżnej mam ubranie, a w pudle kapelusz, które, spodziewam się, sprawią wielki efekt“.
„O!“
„Tak, tak, panie. Nie wierzę, by kto mógł mleć taki frak i taki kapelusz!“
Nastąpiło milczenie, pan Magnus pogrążył się w zadumie. Po chwili powiedział:
„To cudna istota! Mieszka osiemnaście mil stąd. Dowiedziałem się, że tu dziś przybędzie, i natychmiast postanowiłem korzystać z tej okoliczności... Mojem zdaniem, oberża jest bardzo odpowiedniem miejscem, by niezamężnej kobiecie zrobić propozycję małżeńską. W czasie podróży kobieta bardziej odczuwa swe osamotnienie, niż u siebie w domu. Co pan o tem myśli?“
„Myślę, że to bardzo możliwe“, odparł zapytany.
„Ale proszę mi wybaczyć“, rzekł pan Magnus. „Z natury jestem bardzo ciekawy; poco pan tu przyjechał?“
Rumieniec wystąpił na twarz pana Pickwicka.
„Powód mego tu przybycia“, odpowiedział, „wcale nie jest przyjemny. Przybyłem tu, by wykazać przewrotność i fałszywość osoby, w której honorze pokładałem całe zaufanie“.
„Ach! To niemiła rzecz! To pewno dama! A, a! Łotrzyk z pana! Łotrzyk! Ale nie oddawaj się pan rozpaczy. Ja wiem, co to znaczy być zdradzonym; zdarzyło mi się to już kilka razy“.
„Dziękuję panu za współczucie w sprawie, którą uważa pan za przyczynę mojego wzburzenia“, odrzekł filozof, kładąc swój zegarek na stole, „ale...“
„Nie, nie mówmy o tych przykrych rzeczach“, przerwał pan Magnus, a potem, spojrzawszy na zegarek, zawołał: „Boże! Już po północy! A ja jeszcze nie śpię! Jutro będę blado wyglądać! Która godzina u pana, panie Pickwick?“
„Po dwunastej“.
Przerażony tem, pan Magnus zadzwonił na służącą.
Gdy wreszcie torba w pasy, torba czerwona, kartonowe pudło na kapelusze i paczka w bibule przetransportowane zostały do sypialni, właściciel ich wziął lakierowany lichtarz i ruszył aż na koniec domu, a tymczasem pan Pickwick i taki sam lakierowany lichtarz przeprowadzony został przez cały labirynt pogmatwanych korytarzy w przeciwną stronę oberży.
„Oto jest pokój pana“, rzekła służąca.
Była to dość duża sala o dwóch łóżkach, w której palił się ogień — w każdym razie znacznie milsze miejsce pobytu, niż tego mógł się pan Pickwick spodziewać, sądząc po krótkich doświadczeniach, poczynionych pod „Wielkim Białym Koniem“.
„Rozumie się“, rzekł pan Pickwick, „że w tem drugiem łóżku nikt nie śpi“.
„Nikt, panie“, odrzekła dziewczyna.
„Bardzo dobrze. Powiedz mojemu służącemu, iż go dziś nie potrzebuję; jutro rano niech mi przyniesie gorącej wody“.
Służąca wyszła, a pan Pickwick usiadł w fotelu i zamyślił się. Najpierw pomyślał o swoich przyjaciołach — kiedy się z nimi zobaczy? Potem myśli jego pobiegły do pani Marty Bardell. A od tej damy, oczywiście, powędrowały do brudnej kancelarii panów Dodsona i Fogga. Od pana Dodsona i Fogga skoczyły po przekątni w sam środek historji o dziwnym klijencie, potem wróciły pod „Wielkiego Białego Konia“ w Ipswich, co ostatecznie przekonało pana Pickwicka, że zasypia. Wstał więc i począł się rozbierać, ale nagle przypomniał sobie, że zostawił zegarek na stole w jadalni.
Był to ulubiony zegarek pana Pickwicka. Nosił go w zaciszu swojej kamizelki dłużej, niż chcielibyśmy mu to na tem miejscu wypominać. Myśl, że mógłby zasnąć, nie słysząc jego cykania pod poduszką lub na pantofelku nad łóżkiem, nigdy nie postała w jego głowie. Ponieważ było już późno, nie chciał dzwonić na służbę. Narzucił surdut, który zdjął przed chwilą i, wziąwszy lichtarz, ostrożnie zeszedł na dół.
Im więcej schodów mijał pan Pickwick, tem wydawało się ich być więcej. Za każdym razem, gdy natrafiał na wąski korytarz i winszował sobie, że jest już na parterze, nowa kondygnacja schodów zjawiła się przed jego zdumionemi oczyma. Wreszcie trafił na kamienną sień — pamiętał, że przez nią wszedł do oberży. Przeszedł jeden korytarz po drugim. Zaglądał do każdego pokoju. Wreszcie, gdy już stracił nadzieję i postanowił dać pokój poszukiwaniom, otworzył drzwi pokoju, w którym spędził wieczór i ujrzał swoją własność, leżącą na stole.
Pan Pickwick triumfalnie schwycił zegarek i puścił się w powrotną drogę do sypialni. Ale, jeżeli schodzenie po schodach połączone było z wieloma trudnościami i niepewnością, to wchodzenie po nich było o wiele kłopotliwsze. Całe rzędy drzwi, przed niemi trzewiki rozmaitego autoramentu, wielkości i kształtu, krzyżowały się w rozmaitych kierunkach. Kilkanaście razy pan Pickwick ostrożnie kręcił kluczem we drzwiach do jego drzwi podobnych, ale z wewnątrz odpowiadano: „Ki djabeł?“ albo „Czego?, poczem cofał się na palcach z prawdziwie cudowną szybkością. Już ogarniała go rozpacz, gdy nagle zatrzymał się przy drzwiach nawpół otwartych: zajrzał. Nareszcie! W pokoju stały dwa łóżka — doskonale pamiętał ich sytuację! — a na kominku tlił się ogień, świeca — nie była długa, gdy mu ją wręczano — stopniała i zgasła właśnie w chwili, gdy wchodził. „Mniejsza o to“, powiedział pan Pickwick. „Mogę się rozebrać przy ogniu kominka!“
Łóżka stały na prawo i na lewo od drzwi. Od ściany dzieliło je wąskie przejście, akurat tak szerokie, by można było swobodnie wyjść i rozebrać się — jeżeli ktoś wolał tę stronę. Stało tam również trzcinowe krzesło. Zasunąwszy starannie firanki łóżka od zewnątrz, pan Pickwick przykucnął na twardem krzesełku i leniwie uwolnił siebie z trzewików i pończoch. Następnie zdjął surdut, kamizelkę, chustkę na szyję i, wyjąwszy ostrożnie szlafmycę, wsunął ją sobie na głowę, wiążąc pod brodą tasiemki, które zawsze zdobią tę część garderoby. Podczas tej czynności przypomniał sobie swoją wędrówkę po korytarzach i roześmiał się tak serdecznie, że, zaiste, miło byłoby każdemu patrzeć, jak uśmiech rozjaśnia jego łagodną twarz, wychylającą się ze szlafmycy.
„Co za pomysł!“ powiedział pan Pickwick do siebie, śmiejąc się tak, że prawie cały schował się w szlafmycę. „Co za pomysł! Zabłądzić w korytarzach i tłuc się po schodach! Nigdy nie zdarzyło mi się nic podobnego! Zabawne! Strasznie zabawne!“ Tu pan Pickwick uśmiechnął się znów i nawet miał zamiar roześmiać się, zaczął się też w najlepszem usposobieniu rozbierać dalej, gdy przerwało mu tę czynność zdarzenie wprost niesłychane. Ni mniej, ni więcej, tylko do pokoju weszła jakaś osoba i postawiła na stole świecę.
Śmiech, który wykrzywił rysy pana Pickwicka, zamienił się w wyraz największego zdumienia. Osoba weszła do pokoju tak szybko i cicho, że pan Pickwick nie miał czasu krzyknąć, żeby przeszkodzić temu. Kto to mógł być? Złodziej? Ktoś, kto widział, jak szedł po schodach z cennym zegarkiem w ręku? Co tu począć?!
Chcąc śledzić tajemniczego gościa, a samemu nie być przez niego widzianym, musiał pan Pickwick wdrapać się na łóżko i zajrzeć przez szparę w firankach. Zdecydował się na ten manewr. Podtrzymując firanki tak, żeby wystawała tylko głowa w szlafmycy, pan Pickwick nałożył okulary i, zebrawszy całą swoją odwagę — wyjrzał.
Omal nie zemdlał z przerażenia i strachu. Przed zwierciadłem stała dama w średnim wieku, ozdobiona papilotami z żółtej bibułki, które właśnie doprowadzała do porządku. Ze wszystkiego można było wnosić, że nowoprzybyła najspokojniej przygotowuje się do spędzenia nocy w tym samym pokoju! Przeniosła ze sobą świecę z abażurkiem i, w obawie przed pożarem, postawiła ją w miednicy napełnionej wodą. Świeca ta błyszczała jak olbrzymia latarnia morska w morzu stosunkowo bardzo małem.
„Niech Bóg ma mnie w swojej opiece! Co za okropność!“ pomyślał pan Pickwick.
Dama ruszyła się i w tej samej chwili głowa filozofa z szybkością marionetki ukryła się za firanki.
„Nigdy nie słyszałem o tak okropnej awanturze“, pomyślał sobie w duchu biedny pan Pickwick, którego szlafmyca oblała się zimnym potem. „Nigdy! To coś strasznego!“
Jednak, nie mogąc oprzeć się chęci zobaczenia, co się dzieje w pokoju, znowu wysunął głowę z za firanek.
Położenie pogarszało się. Dama w średnim wieku, ułożywszy starannie włosy, ukryła je pod nocnym czepkiem i poczęła patrzeć na ogień w sposób melancholijny i rozmarzony.
„Tak dłużej być nie może“, rozumował sobie pan Pickwick. „Z postępowania tej damy wnoszę, że wszedłem nie do mojego pokoju. Jeżeli przemówię, narobi gwałtu w całym domu; jeżeli pozostanę, skutki mogą być jeszcze straszliwsze“.
Pan Pickwick, nie potrzebujemy tego powtarzać, był jednym z najskromniejszych i najdelikatniejszych śmiertelników. Sama myśl, że tej damie pokaże się w szlafmycy, przyprawiała go o dreszcz, ale te przeklęte tasiemki splątały się w węzeł, którego za żadną cenę nie mógł teraz rozsupłać. A jednak musiał wyjść z ukrycia! Pozostawał mu tylko jeszcze jeden wybieg. Ale tu uznał, iż trzeba raz stanowczo rozwiązać zawiłość. Cofnął się więc za firanki i głośno chrząknął:
„Hm, hm!“
Na te niespodziewane dźwięki dama drgnęła; ale wkrótce przyszło jej na myśl, iż niema powodu do strachu i gdy pan Pickwick, myśląc, iż co najmniej zemdlała z przerażenia, odważył się spojrzeć z za firanek, dama znowu patrzała w ogień na kominku, melancholijna i rozmarzona.
„Odważna kobieta“, pomyślał pan Pickwick, cofając głowę. „Hem, hem!“ powtórzył raz jeszcze.

Te ostatnie dźwięki, które byty aż nazbyt podobne do tych, któremi dziki olbrzym Blunderbore, według bajki, zwykle wyrażał mniemanie, iż czas już nakryć do stołu, były
zbyt wyraźne, by to można było uważać za przywidzenie wyobraźni.

„Boże!“ krzyknęła dama, „co to jest?“
„To tylko gentleman, pani“, odezwał się pan Pickwick z za firanek.
„Gentleman!“ zawołała przerażona dama.
„Stało się!“ pomyślał pan Pickwick.
„Mężczyzna w moim pokoju!“ krzyknęła dama i rzuciła się ku drzwiom.
Pan Pickwick słyszał szelest sukni, gdy podchodziła do drzwi. Jeszcze chwila, a cały dom będzie na nogach.
„Pani!“ zawołał w przystępie rozpaczy, pokazując głowę, „pani!“
Wysuwając głowę z za firanek, pan Pickwick nie miał niezawodnie żadnego określonego celu. A jednak ukazanie się jego dobry wywarło skutek. Dama, która już była przy samych drzwiach, na widok filozoficznej szlafmycy cofnęła się w głąb pokoju i ze strachem poczęła przyglądać się panu Pickwickowi, który patrzał na nią także ze strachem.
„Nędzniku!“ zawołała wreszcie dama, zasłaniając sobie oczy ręką, „co pan tu robi?“
„Nic, pani!... Nic a nic!...“ odpowiedział pan Pickwick z zapałem.
„Nic!“ powtórzyła dama, szeroko otwierając oczy.
„Nic pani! Na honor, nic!“ powtórzył pan Pickwick, potrząsając tak energicznie głową, że chwast na szlafmycy tańczył jak opętany; „czuję się nadzwyczajnie zmięszany, przemawiając do damy w szlafmycy (tu dama szybko zerwała własny nocny czepek z głowy), schowałbym się pod ziemię, ale nie mogę rozwiązać węzła (tu pan Pickwick pociągnął z straszliwą siłą tasiemki, na dowód prawdy swych słów). Teraz, pani, widocznem jest dla mnie, iż wszedłem do niewłaściwego pokoju. Znajdowałem się tu dopiero od pięciu minut, zanim pani weszła“.
„Jeżeli ta niepojęta historja jest prawdziwa“, odrzekła dama, łkając gwałtownie, „to natychmiast opuści pan ten pokój.“
„Owszem, pani, z największą przyjemnością“.
„Natychmiast, panie!“ powtórzyła dama.
„Oczywiście“, szybko potwierdził pan Pickwick. „Ja... ja... jestem niepocieszony“, mówił dalej, ukazując się przy łóżku, „że jestem mimowolną przyczyną niepokoju pani i wzburzenia; poprostu niepocieszony, pani“.
Dama wskazała drzwi.
W tym krytycznym momencie, w położeniu tak kłopotliwem, jeden z wielkich przymiotów pana Pickwicka okazał się w całej pełni. Chociaż w pospiechu wsadził sobie kapelusz na szlafmycę, sztylpy i trzewiki wziął do rąk, a surdut pod pachę, nic nie zdołało zmniejszyć jego galanterji.
„Nadzwyczajnie mi przykro”, rzekł, kłaniając się bardzo nisko.
„Jeżeli tak, to wyjdź pan!” odparła dama.
„Natychmiast, pani, w tej chwili”, rzeki filozof, otwierając i upuszczając trzewiki; „ale pochlebiam sobie”, mówił dalej, podnosząc obuwie i z głębokim ukłonem zwracając się znów do damy, „pochlebiam sobie, że nieskazitelny charakter i szacunek, jaki mam dla płci pani, przemówią za mną...”
Ale nie skończył tej sentencji, gdyż dama wypchnęła go na korytarz, zamknęła drzwi i zaryglowała.
Chociaż filozof nasz mógł odczuwać pewne zadowolenie, iż przykra jego awantura zakończyła się w taki sposób, obecne wszakże jego położenie nie było wcale do pozazdroszczenia.
Znajdował się sam, napół ubrany, na korytarzu nieznanego domu i w nocy. Trudno było przypuszczać, by wśród ciemności potrafił znaleźć swój pokój, gdy go nie mógł odszukać przy świetle; a gdyby w swych bezowocnych poszukiwaniach narobił gdzieś choćby trochę hałasu, narażał się na zastrzelenie z pistoletu przez jakiegoś nagle przebudzonego podróżnego.
Nie pozostawało mu więc nic innego, jak pozostać tam, gdzie był, aż od świtu.
To też zrobiwszy jeszcze kilka kroków, usiadł w kącie, by czekać poranku jak można najfilozoficzniej.
Ale nie chciało przeznaczenie narażać go na tę nową próbę. Zaledwie kilka minut siedział w kącie, gdy ku wielkiemu swemu przerażeniu ujrzał w korytarzu człowieka ze świecą. Przerażenie to jednak rychło zmieniło się w radość, gdyż w nadchodzącym poznał wiernego swego sługę. Był to rzeczywiście Samuel Weller, który zamierzał udać się na spoczynek. Do tej chwili zabawiał się rozmową z parobkiem, który oczekiwał poczty.
„Sam!” zawołał pan Pickwick, nagle ukazując się, „gdzie jest mój pokój sypialny?” .
Sam spojrzał na swego pana z największem zdziwieniem i dopiero po trzykrotnie powtórzonem pytaniu zrobił zwrot w lewo i zaprowadził mędrca do pokoju, tak długo szukanego.
„Samie!” rzekł pan Pickwick, kładąc się do łóżka. „Dzisiejszej nocy wydarzyło mi się najciekawsze qui pro quo, o jakiem kiedykolwiek słyszano”.
„Bardzo możliwe, proszę pana!” odpowiedział Sam służbiście.
„I dlatego postanowiłem, choćbym miał sześć miesięcy mieszkać w tym domu, iż nigdy sam nie wyjdę z tego pokoju“.
„To najrozsądniejsze postanowienie, jakie pan mógł zrobić!“ odpowiedział pan Weller. „Pan powinien koniecznie mieć kogoś przy sobie, kiedy się pan wybiera na wizyty!“
„Co chcesz przez to powiedzieć, Samuelu?“ spytał pan Pickwick podnosząc się na łóżku i wyciągając ramię, jak gdyby i on miał coś jeszcze do powiedzenia. Ale nagle zmienił zamiar, odwrócił się i rzucił służącemu: „Dobranoc!“
„Dobranoc panu!“ powiedział Samuel... Wyszedłszy za drzwi, przystanął, pokiwał głową, przeszedł parę kroków, znów przystanął, zgasił świecę, znów pokiwał głową — i wkońcu udał się do swego pokoju, pogrążony w głębokich medytacjach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.