Mała parafia (tłum. Neufeldówna)/XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Alphonse Daudet
Tytuł Mała parafia
Wydawca Dubowski i Gajewski
Data wyd. 1895
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bronisława Neufeldówna
Tytuł orygin. La petite paroisse
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XII.
„...BUM... BUM...“.

Powróciwszy do Uzelles, pani Fénigan, ku wielkiemu swemu zdumieniu, nie miała potrzeby bronić się przeciw miłosnemu pośpiechowi syna. Milczący, ponury, nucił swoje „bum... bum,“ nie pozostawiając żadnych wątpliwości co do myśli, jakie go pochłaniały. Dla matki wszakże był czuły, stał się znów jej Ryszardem, z którym spędzała wieczory i grywała w szachy. Dziś, przy grze, ich czoła pochylone dotykały się pra —wie, ale jakaż przepaść dzieliła ich myśli!
„Co mu się stało?..“ zastanawiała się matka. „Ta bruzda między oczyma, te rozdęte nozdrza, a potem to wieczne nucenie... To znów napad zazdrości, jestem pewna... długo też potrwa?“
Ryszard zaś mówił sobie: „Dobrze zrobiła, że jej Die przywiozła; rana moja nie zabliźniona jeszcze, lepiej poczekać kilka dni. Samo to imię, Karolek, wymówione wobec mnie, na nowo we wściekłość mnie wprawia. Gdyby moja biedna Lidya była tutaj, zadręczałbym ją bez litości dla jej osłabienia.“
Jednakże, po tygodniu burz i walk wewnętrznych, przyszedł do matki, która nie przestała udzielać mu wiadomości o Lidyi, jakgdyby ta przebywała jeszcze w Quiberon, — i rzekł:
— Teraz jestem pewny siebie... Pojedźmy po nią, chcesz?
Pani Fénigan uśmiechnęła się:
— Jesteś wyleczony. Żona twoja również odzyskała siły o tyle, że może przedsięwziąć podróż, zwłaszcza, iż nie będzie długa.
— Jakto?
— Zaledwie pół godziny powozem.
— Pół godziny ztąd do Quiberon?.. Nie rozumiem.
— Ależ Lidya jest w przytułku od mojego powrotu... Nie niepokój się zatem, wielki dzieciaku... Założą konie po śniadaniu i wieczorem przywieziesz żonę swoją do Pawilonu. Czy tak? Czyś zadowolony?
Jakie wyrazy, jakie okrzyki mogłyby oddać pełną niepokoju radość Ryszarda Fénigana, siedzącego obok matki w powozie, który się toczył ku Soisy, pomiędzy lasem a Sekwaną? Dzień był pogodny, mroźny i słoneczny, a pierś Ryszarda wezbrała rzewnem uczuciem na wspomnienie dni podobnych, spędzanych w parlatoryum o jasnych boazeryach, podczas zimy kiedy starał się o Lidyę.
Jak dzisiaj słońce płonęło na śniegu, z którego pod podmuchem wiatru unosiły się obłoki roziskrzonego pyłu; jak dzisiaj brakło słów jego upojeniu, a z pieśni nad pieśniami, zaintonowanej przez wszystkie fibry jego istoty nie uwydatniało się nic, nie słychać było nic, prócz uderzeń serca, które wtórowały jego milczącemu wzruszeniu. Dziesięć lat minęło od owej pory, a na tej samej drodze, śród tego samego białego krajobrazu matka, jak wówczas, usiłowała rozerwać syna.
— Kazałam przygotować pawilon, — mówiła. — Będziecie jedli obiad we dwoje w pracowni: pomyślałam, że na pierwszy wieczór tak będzie lepiej. Jutro zaś rozpoczniemy wspólne życie... Lidya mnie o to prosiła. W sercu tego dziecka tyle jest delikatnej dobroci. A jaka ona subtelna, jaka dystyngowana. Zaczynam wierzyć wraz z siostrą Martą, że Lidya jest naprawdę arystokratycznego pochodzenia; ona się urodziła wielką panią... A! otóż jesteśmy.
— Odmładza nas to o dziesięć lat, panie Ryszardzie, — rzekła Irlandka, ze swemi ożywionemi ruchami. — To ja pamięta paun, prowadziłam pana zawsze do parlatoryum. Tym razem zastanie pan naszą ukochaną córkę w jej pokoju. Przyjdziemy tam do was z matką pańską od panny de Bouron.
Gdy Ryszard pozostał sam w korytarzu, zawahał się przez chwilę. Wzruszenie paraliżowało wszelkie jego ruchy. Z pokoju, gdzie oczekiwany był niewątpliwie, odezwał się, zanim zdążył zapukać, głos: „Proszę wejść,“ głos słodki, ukochany, niesłyszany oddawna.
„Pójdę ku niej z otwartemi ramionami, będę ją miał na sercu, zanim wymówię słowo. Tak sobie obiecywał. I ona również chciała mu się rzucić na szyję, zamknąć mu usta długim pocałunkiem. Nie spełniło się wszakże nic z tego co zamierzali, bo robili oni, jak mówi przysłowie francuskie, rachunek bez gospodarza, a gospodarzem tutaj było ciało; piękne, ponętne i despotyczne ciało.
Lidya, gdy mąż wszedł, stała przed oknem w głębi, olśniewającem blaskiem śniegu. Na tych białych szybach odcinała się jej kibić smukła i pełna, uwydatniająca się w szlafroczku z bladoróżowej wełny; na ślicznej główce odwróconej od światła, wiły się w pierścieniach bujne, jedwabiste włosy, a mieniące oczy pociemniały. Ryszard zatrzymał się zdumiony, że ją odzyskiwał młodą i piękną, jak w najnamiętniejszych swoich marzeniach, ale tchnącą jakimś rozkosznym wdziękiem, którego dotąd nie posiadała, a który pozyskała gdzieindziej, może w objęciach tamtego; był to jakiś zły czar, co pociągał go i odpychał jednocześnie, upajał miłością i wściekłym szałem, żądzą całowania jej i uduszenia.
Stał nieruchomy o dwa kroki od niej, i zdawało mu się, że jeśli się zbliży, jeśli jej się dotknie, palce jego z niepowstrzymaną siłą zacisną się jak stryczek dokoła tej gołębiej szyi, by ją ukarać za pieszczoty innego. Jednocześnie straszny żar pod sercem uprzedził go, że choroba wróciła i ogarnęła go bezbrzeżna rozpacz wobec niemożności rozpoczęcia nanowo życia we dwoje, skoro w samej urodzie jego żony tkwiło ognisko choroby, skoro patrząc na nią za każdym razem szaleć będzie z zazdrości. Wszystkie te miotające nim gwałtowne uczucia ześrodkowały się w niepohamowanej chęci do płaczu, i pochylił głowę, i głuchym głosem, drżącemi ustami powiedział:
— Dzień dobry, Lidyo.
Tyle tylko zdołał wymówić w tej chwili, z takiem upragnieniem wyczekiwanej.
— Dzień dobry, Ryszardzie, — odpowiedziała jak echo.
I zaległa cisza, śród której słychać było syczenie ognia koksowego na kominku, monotonny odgłos dyktanda, dochodzący z klasy starszych dziewczynek. Nagle na gościńcu cichym, jakby podwatowanym śniegiem, piston i skrzypce w pochodzie zaintonowały pierwsze skoczne takty kadryla, rozpraszając zakłopotanie i niepokój, jakie ciężyły obojgu.
— Wesele, — szepnęła Lidya bezwiednie; a Ryszard, zbliżając się wraz z nią do okna, dodał:
— To dziś sobota?
Jak dawniej, w czasie zaręczyn, stary gościniec przychodził im w pomoc.
— W sobotę także przyjechałyśmy z matką z Bretanii... — Jakże słodkim był dla Ryszarda wyraz matka, wymówiony przez nią czule. — Obudziłam się na odgłos skrzypiec weselnych na gościńcu... Jakąż mi to sprawiło przyjemność!
Ryszard, który przypatrywał się przechodzącemu orszakowi, rzekł cichym głosem, nie odwracając głowy:
— Toś ty nie zapomniała naszego gościńca do Corbeil?
— O! nie, — odparła.
I, wyglądając też oknem, wskazała mu ojca Sautecoeura, powracającego z dworca z synem. Była to także jedna z dobrze im znajomych postaci ten stary leśniczy, idący na spotkanie syna i wchodzący do lasu raz przez Uzelles, to znów przez Soisy, stosownie do zagajników, których miał pilnować. Syn Eugeniusza spędzał niedzielę w Pustelni, a w poniedziałek rano odprowadzała go żona, ojciec bowiem szedł z raportem. Wzruszający był widok tych dwóch olbrzymów przytulonych do siebie, idących wojskowym krokiem, ramię przy ramieniu, milczących.
— To syn Sautecoeura powrócił z pułku?
Uwaga ta doprowadziła Ryszarda do rozpaczy, albowiem wywołała w myśli ich obojga obraz młodego księcia, służącego w tym samym pułku, co chłopiec Eugeniusza. I stanął przed nimi, wykwintny, z głową ufryzowaną, jak u pięknej zalotnicy, i znów dławić ich poczęło ciężkie milczenie. Na szczęście zwróciła ich uwagę inna sylwetka: ojciec Jerzy, ze swoją sakwą i swoim kijem, siedzący w słońcu, wprost przytułku, na słupku przydrożnym, z którego strzepnął śnieg. Ryszard dziwił się, że taki starzec zdołał się zawlec aż tutaj w czas podobny.
— Zdaje się, że odgadł moją obecność w tym domu, — rzekła Lidya. — Ilekroć podniosę firankę o tej porze, jestem pewna, że go znajdę na tem samem miejscu.
— Ciekawa rzecz, doprawdy... ten żebrak przywiązany jest widocznie do ciebie, jak stary, wierny pies. Po twoim wyjeździe podnoszono go co rano pijanego przed naszą bramą. Zdawało mi się, że to ze zmartwienia, i, rozczulony tą myślą, dałem mu schronienie w małym domku nad wodą.
— Tyś to uczynił, mając tyle powodów do nienawidzenia mnie?.. Och! mój Ryszardzie, mój Ryszardzie, jakiś ty dobry!
Poruszona do głębi, wzięła dłoń jego i poniosła ją do ust; ale Ryszard wyrwał rękę brutalnym ruchem, którego się wnet powstydził, i przepraszał ją, łkając:
— Och! moja żono... moja żono!..
A z jej ust wydobyła się rozdzierająca skarga:
— Wiedziałam dobrze, że to niemożliwe.
— Owszem, owszem... Przyrzekam ci... ale później.
W tej chwili weszła pani Fénigan i siostra Marta. Matce wystarczyło jedno spojrzenie, i zrozumiała. Ale Irlandka, mniej jasnowidząca, zawołała wesoło:
— Jest znów ten niedobry człowiek, który przychodzi mi zabierać moje dziecko po raz drugi.
Lidya przerwała jej żywo:
— O, nie! moja siostro, nie pójdę ztąd tak prędko... Ryszard prosi, a ja błagam, żebyście mnie tu zatrzymali jeszcze przez pewien czas.
— Jak długo zechcesz, droga córko, — odparła siostra Marta, otwierając szeroko ze zdziwienia swoje przejrzyste oczy. — Tylko trudno nam będzie cię ukryć, gdyż nasze sieroty kręcą się po domu teraz. Musiałam już zwierzyć się kilku naszym siostrom.
— Niech się siostra uspokoi, — rzekł Ryszard, nie ukrywając bolesnego wysiłku, jakim opłacał każdy wyraz. — Prosimy tylko o kilka dni... jaknajkrócej... nie prawda, Lidyo?
— Tak, mój drogi, — odpowiedziała młoda kobieta, — bez przekonania.
Na dole głos dzwonu oznajmił koniec lekcyi. Piskliwe wrzaski, głośne śmiechy unosiły się z ogródka i obijały o szyby wraz z gałęźmi modrzewiu, uginającemi się pod śniegiem.
— Nasze dziewczynki pójdą zaraz na modlitwę, — zwróciła się siostra Marta do pani Fénigan i jej syna; — jeśli więc państwo chcą uniknąć spojrzeń, niedyskrecyi...
— Chodźmy, — rzekł Ryszard z trudnością.
Postąpił ku żonie; porwała go szalona żądza ujęcia oburącz jej główki, a ona już zbliżała czoło, zamykała drżące powieki, gdy podał jej poprostu na pożegnanie palące swoje dłonie do uścisku.
Gdy syn i matka powrócili do Uzelles, okna Pawilonu płonęły na końcu ciemnego szpaleru, a światło ich przyćmiewał odblask śniegu, pokrywającego ziemię i drzewa. Przygotowana tam była mała uczta na cześć pogodzenia małżonków.
— Nie chodź tam, sprawi ci to za wielką przykrość, — rzekła pani Fénigan, i Ryszard wszedł za nią do salonu, gdzie czekał Napoleon Mérivet, którego zaprosiła na wieczór, nie chcąc jeść obiadu samotnie.
— No i cóż? a gdzie żona? — zapytał biednego człowieka poczciwiec, który stał przed kominkiem i suszył mokre, dymiące buty.
— Nie mogłem... nie mogłem, — odparł Ryszard cicho i gwałtownie, gdy matka ruchem prosiła sąsiada o dyskrecyę.
Mérivet miał głowę zajętą ważnemi sprawami, o których mówił swoim przyjaciołom przez cały czas obiadu. Przecież proboszcz z Draveil i rada municypalna chcą go zmusić do otwarcia małej parafii, która już do niego jakoby nie należy, skoro ją darował gminie! Mały Napoleon odpowiedział na to, że ponieważ opłaca księdza i zakrystyana, przysługuje mu z natury rzeczy prawo ich wyboru. Dopóki zaś ksiądz Cérès jest wikaryuszem w Draveil, żaden inny kapłan nie będzie odprawiał mszy w kaplicy na skraju drogi; ztąd wynikły obłudne zabiegi proboszcza u rady. „A więc Uzelles pozostanie bez służby Bożej tak długo dopóki trwać będzie pokuta mojego wikaryusza?“ I wszystkie te słabe głowy z mnnicypalności wpadły w zasadzkę, nie domyślając się, że chodzi o wrzucenie jeszcze kilku sousów do obficie już napełnionej kalety tego niedobrego księdza.
— Ale przysięgam na sławne imię, które noszę, — mówił Napoleon Mérivet, wymachując deserowym nożykiem nad głowami współbiesiadników, — że ja uwolnię gminę od niego, zobaczycie. Choćby mi przyszło zwrócić się do Ojca Świętego, który zechciał łaskawie obdarzyć mnie orderem Ś-go Grzegorza.
— Tymczasem, jesteś pan zmuszony otworzyć swój kościół, — odezwała się pani Fénigan, którą gniew jego bawił.
— Otóż właśnie myli się pani. Od jutra, Moulin, mularz, przyśle swoich robotników, żeby zrzucili śnieg z dzwonnicy i zabrali się do zalepiania szpar w murze... To potrwa długo, pogoda taka niestała, a ci robotnicy wiejscy tacy powolni!.. Skończą zaledwie tego dnia, kiedy mój ukochany ksiądz wyjdzie od Trapistów z Aiguebelle.
I oburzenie staruszka utonęło w śmiechu głośnym i szczerym, który udzielił się i innym siedzącym przy stole.
Gdy matka poszła do swego pokoju i obaj męzczyźni zostali sami w salonie, nastąpiły między nimi długie i poufne zwierzenia, do których przywykli od owej rozmowy śród pola maków. Młodszy odkrył całe swoje serce, ukazał całą słabość swoją, opowiedział o mękach, jakie wywołało ponownie pierwsze spotkanie.
— Zrozumiałem, że gdybym ją przywiózł, rozpoczęlibyśmy życie straszne... a przecież ja przebaczyłem, i to z całego serca. Cóż to jest zatem we mnie, co się buntuje, co nie pozwala? Ach! mój przyjacielu, nie powiedziałeś mi, że to będzie takie trudne.
Mówił chodząc, gestykulując żywo, wyrzucał zdania gwałtownie. Stary, również zdenerwowany, ale panujący nad sobą, poprawiał ogień na kominku.
— Znam to, przechodziłem przez to samo... Gdy moja Irena powróciła i gdy w nocy odnajdywałem na jej uśpionej twarzy, tu, pod oczami, w kącikach ust drobne zmarszczki, które się zarysowały zdala odemnie, jakby ślady pocałunków... jeśli ci się zdaje, że nie ogarniała mnie wtedy wściekłość... Ale miałem dobre słowo, podporę, przewodnika, którego tak bardzo pragnąłbym dla ciebie w tych ciężkich chwilach. Cérès przemawiał do mnie silnie, ostro, jak mówiłby do ciebie: „A więc tak! należała do innego, nie jest już własnością jednego męzczyzny. Ale czyja wina? Ty, który się skarżysz, czyś pewien, że byłeś jej zawsze wierny? czy żyłeś tylko z jedną kobietą?“
Wrzaskliwa muzyka, gwar bezładnych głosów rozległ się śród cichej nocy.
— Wesele idzie spać, — zauważył staruszek radośnie. — Gdy pomyślę, że o tej godzinie, twoja żona i ty, gdybyście byli chcieli... No, Ryszardzie, nie oddychaj szczęścia, okup je za cenę pychy. Spróbuj się uspokoić, by odzyskać żonę, uczynić ją znów swoją własną. To kwestya jednego uścisku.
Próbował ale daremnie, W poprzednich napadach podobnych, gdy znikała przyczyna zewnętrzna, która je wywoływała, mijała wraz z nią i męka. Teraz uroda Lidyi była jakby ogniskiem, które podsycało nieustannie jego wściekłą zazdrość, wzmagającą się za każdem widzeniem ciągłą pokusą i myślą, że inny niż on, że inne usta, niż jego...
„Ach! czemużeście mi nie pozwolili go zabić?.. Dopóki on będzie żył, czuć go będę między nami...“
Tem się kończyły wszystkie ich gawędy w tych okropnych godzinach, jakie spędzał u kolan żony, dręcząc ją skargami, wyrzutami, po których następowały długie milczenia, przerywane głosami uczących się sierot i znanym dobrze gwarem drogi zimowej, okrzykiem garbusa: Pończochy, pończochy, pończochy, obuwie! wolnym zgrzytem kół toczących się wozów.
Trzeba było jednak coś postanowić. Lidya nie mogła dłużej pozostać po za obrębem swego domu a tak blisko drzwi jego.
— Należałoby zrobić tak, — zaproponował stary Mérivet. — Muszę jechać na jakie dwa albo trzy miesiące do Algieryi dla sprzedaży mego zboża... Lidya zamieszka przy pani Fénigan, zajmie swoje dawne miejsce w domu, a ja zabiorę z sobą Ryszarda... podróż będzie dla niego doskonałym środkiem. Brakowało mu tego zawsze, zanadto zasklepiał się w sobie. Zdaje mi się, że za powrotem będzie wyleczony; w każdym razie zastaniemy już tutaj księdza Cérès, małą Parafię otwartą, a jeśli Ryszard zechce wejść do niej, cud, który widziałem już tyle razy, spełni się raz jeszcze.
— Kiedy pan wyjeżdża?
— Jaknajprędzej, moje dziecko.
— A więc, od jutra zabieram żonę do Pawilonu, spędzimy dzień razem; to ostatnia próba. Jeśli nie będę zadowolony z siebie, jeśli ją zanadto będę dręczył, nazajutrz, o świcie, ujrzy mnie pan u siebie, gotowego do wyjazdu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alphonse Daudet i tłumacza: Bronisława Neufeldówna.