Maleńka Dorrit/Część II/Rozdział VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ VII: ZABIEGI ARTURA.

Od chwili ogłoszenia przez policję o zniknięciu Blandois, Artur Clennam nie miał minuty spokoju. Wszystkie obawy, wszystkie podejrzenia zbudziły się na nowo w jego sercu, dręczyły niepokojem i pozbawiały spoczynku. Jakkolwiek stosunek z matką nie mógł być serdeczny, mimo najszczerszych chęci z jego strony, była to przecież matka, i pamiętał o tem. Lecz cóż miał począć?
Pośpieszył do niej natychmiast, ofiarując swoje usługi, zapytując, co może zrobić, aby jej pomóc w tej sprawie. Lecz przyjęła go zimno, z kamiennym spokojem, zdawała się być zdziwioną, że się tem interesuje, i oświadczyła, że najlepiej uczyni, nie troszcząc się o jej sprawy. Cóż go to może obchodzić, czy Blandois zniknął. Jej samej to zupełnie obojętne.
Nie chciała o tem zupełnie rozmawiać. Zrozumiał, że jeżeli kryła tajemnicę, to mu jej nie odsłoni.
A jednak myślał o tem bezustanku, mimo tysiącznych zajęć, ciężkiej pracy i odpowiedzialności w interesach nieobecnego wspólnika.
I nagle błysnęła mu słaba niteczka nadziei: wszakże tego człowieka widział z panią Wade. A więc ona go zna. Może wie jego adres. Miał od niej wziąć pieniądze, może widziała go później.
Teraz nasunęło mu się zapytanie, gdzie szukać miss Wade. Był u niej raz w Londynie, ale przekonał się łatwo, że w tem mieszkaniu nic o niej nie wiedzą. Musi ją najpierw znaleźć.
Nie miał na to czasu, nie wiedział sposobu i udał się do Pancksa. Motor parowy lubił tego rodzaju zagadki i po niejakim czasie rozwiązał szczęśliwie: miss Wade mieszkała w Calais.
Artur pojechał natychmiast.
Miss Wade nie odznaczała się dla nikogo uprzejmością, a jednak liczył na to, że ją wzruszy, że zdobędzie tak cenne dla niego wskazówki.
Przyjęła go zimną i zdziwioną twarzą, wyobrażała sobie, że znów chodzi o Tettycoram, więc wyjaśnił od pierwszego słowa, że pragnął ją widzieć w sprawie osobistej, nie mającej z Henryką nic wspólnego.
Zażądała, żeby się wytłumaczył jasno. Pokazał jej gazetę, i zapytał, czy zna to ogłoszenie. Na jej twarzy odmalowało się takie zdziwienie, iż nie mógł wątpić, że nie czytała go wcale... Wpatrywała się długo, wkońcu dumnie podniosła głowę.
— Nie rozumiem, dlaczego zwracasz się pan do mnie.
— Pani zna tego człowieka.
— Ja? — Widziałem go obok pani na wybrzeżu tego samego dnia, kiedy był u mojej matki.
Miss Wade milczała chwilę.
— W każdym razie zabraniam panu uważać go za mego znajomego — odezwała się sucho. — Mogłeś mię pan z nim widzieć, gdyż jest to szpieg, którego opłacałam. Nic o nim więcej nie wiem, nie widziałam go od tego czasu.
— Miała mu pani płacić. Słyszałem urywek rozmowy.
— Dałam mu czek, nim odszedł. Nie można było inaczej.
— Może go zmienił.
— To już do mnie nie należy. Nie był nigdy w moim domu i nic o nim nie wiem. Sądzę, że pańska matka, która widocznie miała z nim bliższe stosunki...
Gorąca krew uderzyła do głowy Artura.
— Moja matka — przerwał jej żywo — miała z tym człowiekiem stosunki handlowe.
— Wątpię — odparła chłodno i dumnie miss Wade — interesów handlowych nie załatwia nikt o północy.
Artur milczał, miss Wade uśmiechała się złośliwie. Triumf nad zmieszanym Clennamem dał jej tyle zadowolenia, że prawie złagodniała.
— Sądzę, że nasza rozmowa skończona — przemówiła mniej twardo. — Może pan życzy sobie zobaczyć Henrykę?
Otworzyła drzwi i wezwała Tettycoram.
— Pan Clennam nie przyszedł po ciebie.
— Nie mam do tego prawa. Ale... może panna Henryka wie co o cudzoziemcu, którego poszukują, Blandois.
— Nic o nim nie wiem. Czy tamci wszyscy zdrowi? — zapytała mniej pewnym głosem.
— Kto taki?
— Państwo Meagles.
— Zdrowi. Czy istotnie widziano cię kiedyś przy sztachetach w Tuckenheim?
— Henrykę? — zawołała miss Wade wyniośle. — Nie bywa w tamtej stronie.
— Owszem... byłam niedawno... i przechodząc, zajrzałam do ogrodu przez sztachety. Czyż mi nie wolno? Nie było nikogo, okiennice zamknięte...
— Niewdzięczna! — zawołała miss Wade.
— Gdybyś chciała kiedy powrócić, przyjmą cię zawsze życzliwie.
— Nie wrócę nigdy. Miss Wade wie o tem tak dobrze, jak ja sama. Lecz jeżeli uciekłam tam z niewoli, to i tutaj nie będę niewolnicą.
Artur rzucił okiem na te dwie kobiety, które mierzyły się dumnem spojrzeniem, i zrozumiał, jak bardzo muszą sobie ciążyć.
Lecz z wyprawy do Calais wrócił przygnębiony. Nietylko nic nie zyskał, lecz usłyszał z obcych ust przykre słowa, których sam nie chciał powtórzyć głośno. A czy tylko miss Wade je powtarza? Co się pod niemi kryje?
Siedział przy swojem biurku nad otwartą księgą, w której cyfry czekały jego uważnej myśli, lecz nie był zdolny w tej chwili pracować. Bezmyślnym wzrokiem patrzył na podwórze, gdzie wesoły Altro bawił się i gonił z dziećmi.
Wtem odgrywając jakąś pantominę, zaczął śpiewać włoską piosenkę. Dzieci śmiały się i klaskały, lecz Artur zmarszczył czoło. Tę samą piosnkę nucił Blandois w ów pamiętny wieczór.
Nie było w tem naturalnie nic dziwnego, każdy znać może ludową piosnkę.
— Skąd znasz tę piosnkę, Cavaletto? — spytał jednak, wychylając się przez okno.
— Skąd ją znam? Któż jej nie zna? Każde dziecko. Ostatni raz słyszałem ją w Italji, cudny głosik dziewczynki! Cudny! Altro!
— Ja z innych ust słyszałem ją niedawno — rzekł Artur nawpół do siebie, i mimowolnie robiąc ruch ustami, jakby chciał wsunąć nos pomiędzy wąsy, dodał półgłosem: — do stu djabłów, niecierpliwość jest cechą mego charakteru!
Nagle umilkł, spojrzawszy na pobladłą twarz Jana Babtysty.
— Co ci jest, Cavaletto? — spytał zadziwiony.
— Panie... panie... kto śpiewał tę piosnkę? — powtarzał Włoch przerażony.
— Cudzoziemiec, Blandois. Znasz go?
Altro potrząsnął głową, lecz nie odwracał oczu od Artura.
— Pan słyszał go?... on śpiewał tę piosnkę? — szeptał.
— Jeśli go nie znasz... Czekaj...
Sięgnął po gazetę i głośno odczytał ustęp, odnoszący się do Blandois, z dokładnym rysopisem.
Cavaletto słuchał uważnie, oczy mu błyszczały, na twarzy malowała się trwoga i radość, nagle uderzył dłonią po gazecie, jakby chciał zabić wstrętnego robaka, i szepnął kilkakrotnie.
— To on! to on! to on!
— Więc znasz go? — mówił Clennam głosem drżącym ze wzruszenia. — To dla mnie bardzo ważne. Opowiedz mi wszystko, co wiesz o tym człowieku.
Włoch zadrżał i cofnął się o parę kroków, strzepnął ręką o rękę, walczył z sobą widocznie.
Artur czekał, badając go bystrem spojrzeniem.
— W Marsylji — szepnął wreszcie — w więzieniu... zabójca...
Artur zasłonił oczy, jakby uderzony piorunem. Nagle uczuł, że Altro klęczy przy nim, w jego pokoju i błagalnie powtarza:
— Słuchać... słuchać!
I zaczęła się spowiedź. Pod łagodnym wzrokiem Artura Jan Babtysta opowiadał dzieje swej ostatniej wyprawy z włoską kontrabandą. Schwytany, uwięziony, kilka miesięcy siedział w jednej celi z tym człowiekiem, Rigaud (Rigo), nazywa się Rigaud. Sam opowiadał mu o swojej sprawie. Uwolnili go dla braku dowodów, lecz wypuścili w nocy, aby go lud nie rozszarpał.
— Och, Altro go się boi, bardzo boi! Widział go tu w Londynie.
— Słuchaj, Cavaletto — rzekł Artur, kładąc mu rękę na ramieniu — czy chciałbyś oddać mi wielką usługę?
— O! — zawołał, podnosząc oczy i kładąc rękę na sercu.
— Szukaj tego człowieka. Idź tam, gdzie go widziałeś, pytaj o niego wszędzie. Jakże byłbym ci za to wdzięczny!
Włoch pochwycił rękę Clennama i przycisnął do ust.
— Nie wiem gdzie... nie wiem — mówił. — Ale pójdę... Boję się... ale pójdę. Idę zaraz.
— Nie mów o tem nikomu ani słowa!
Altro! — zawołał Jan Babtysta, wybiegając.
Teraz Artur nie mógł usiedzieć na miejscu: więc taki człowiek bywał w domu jego matki? — przychodził do niej w nocy, i drzwi się przed nim otwierały? — cóż za okropne rzeczy muszą się kryć w tem wszystkiem!
A może matka nie wie, nie zna tego bandyty? — Może jej go narzucił Flintwinch jakim podstępem? — O, gdyby Efri chciała z nim mówić otwarcie, ona jedna mogłaby rzucić jakieś światło na tę ciemną zagadkę. Dawniej — dla niego zrobiłaby wszystko.
Bądź co bądź, nie mógł tu siedzieć bezczynnie, — musi tam iść, uprzedzić, przekonać się, czy nie zaszło co nowego.
Złożył księgi, załatwił najważniejsze sprawy i z pochyloną głową zapuścił się w labirynt posępnych uliczek, które wiodły do celu bardziej jeszcze ponurego.
Stary Jeremjasz otworzył drzwi domu.
— Co słychać? — spytał. Artur.
— Nic nowego.
— Pytam o zaginionego cudzoziemca.
— Nie znalazł się i nic nie wiemy.
Miał tak skrzywioną szyję i sterczącą chustkę, tak podobny był w tej chwili do odciętego wisielca, że Arturowi nagle błysnęła myśl nowa. Matka mogła przecież o niczem nie wiedzieć, jeśli ten człowiek potrzebował się pozbyć Blandois, jako niebezpiecznego narzędzia. Był dość chytry, aby się sam z nim załatwić tu na dole, przy wyjściu, bez żadnego świadka, chociaż odpowiedzialność ciąży na całym domu.
— Może pan pójdzie na górę — przerwał milczenie pan Flintwinch, niezadowolony widocznie z bacznego spojrzenia Artura. — Nie rozumiem, co pana to wszystko obchodzi, poco tyle hałasu!
— Jakto może mię nie obchodzić! — zawołał Artur oburzony — ogłoszenie policji na domu mojej matki, na rogu każdej ulicy! Czy myślisz, że się skończy na tem? Człowiek zaginął i znaleźć się musi, żywy albo...
Jeremjasz już nie słuchał i szedł ze świecą na schody, z pokoju pani Clennam dochodziły jakieś głosy, zdziwiony Artur spytał, kto jest u niej.
— Pan Casby z panią Florą — odparł Flintwinch.
Artur miał ochotę zakląć. Uniemożliwiało to zupełnie jego zamiar jakiejś poufniejszej rozmowy, zawsze była trudną, może nieprawdopodobną, a tembardziej w pokoju, gdzie przyjmowano gości.
Powitania, radosne wykrzykniki Flory, resztki skończonej uczty, za które dziękował, i to kamienne i zimne oblicze, które jakby pytało, poco przyszedł.
Ponieważ pani Clennam nie wychodziła z pokoju, więc urobił się zwyczaj, że jeśli kto chciał z nią mówić na osobności, odsuwał ją z fotelem do biurka w ten sposób, że do obecnych była zwrócona plecami. Artur musiał poprzestać na tem odosobnieniu i prosił matkę o chwilę rozmowy na boku.
Gadatliwa Flora mówiła tymczasem dużo, głośno, wesoło, pani Clennam milczała, patrząc zimnym wzrokiem.
— Dowiedziałem się dzisiaj niektórych szczegółów o przeszłości tego człowieka — rzekł Artur — i dlatego przyszedłem.
— Cóż mię to może obchodzić? — odparła pani Clennam. — Nie znam jego przeszłości i znać jej nie potrzebuję.
— Jednak to rzeczy ważne i z pewnego źródła.
— Więc mów — odparła, lekko wzruszając ramionami.
— W Marsylji był w więzieniu, sądzony jako zabójca.
Pani Clennam pobladła i milczała chwilę, w jej nieruchomych oczach malowało się przerażenie, lecz wkrótce zapanowała nad sobą.
— Nie dziwi mię to wcale — rzekła sucho — ale skąd masz te wieści?
— Od więźnia, który z nim siedział.
— Znałeś tego człowieka dawniej?
— Nie, ale...
— Więc jesteśmy w tem samem położeniu — przerwała sucho pani Clennam — nasze stosunki mają równą wartość, tylko że twego znajomego nie polecił ci prawdopodobnie handlowy dom z Paryża. Na tej zasadzie mogę ci dać jedną radę: nie sądź zbyt pośpiesznie o ludziach i rzeczach, których nie poznałeś dostatecznie.
Umilkła i patrzyła na niego surowo.
— Więc nie mogę ci być pożyteczny, matko? — przemówił z bólem Artur.
— Nie.
— Nie chcesz być ze mną szczera, nie masz do mnie zaufania...
— Milcz! — zawołała pani Clennam z oburzeniem. — Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób? Sam porzuciłeś mnie i mój interes, sam oddałeś mię Flintwinchowi, on zajmuje dziś twoje miejsce.
Artur obejrzał się pomimowoli i zauważył, że Jeremjasz, stojąc dość blisko, z natężoną uwagą stara się łowić wyrazy tej poufnej rozmowy.
— Więcej nic nie masz mi do powiedzenia...?
— Nic, matko.
— W takim razie możemy podzielić się z gośćmi tą interesującą rozmową.
Chciała odwrócić fotel, lecz Artur ją powstrzymał.
— Matko — rzekł — mojem zdaniem, tego nie można powtarzać, tego lepiej nie mówić wszystkim, proszę cię o to, matko.
Pani Clennam spojrzała na niego uważnie.
— Żądasz tajemnicy? — spytała z ironją. — Pamiętaj, że ty wniosłeś ją do tego domu. Tak samo jak podejrzenia i badanie. Twoja odpowiedzialność.
Przesunął się z fotelem do stolika i nie słysząc, co mówią koło niego, myślał, w jaki sposób spełnić drugi zamiar, wzruszyć Efri i skłonić ją do otwartości. Nie sprzyjały mu dziś warunki.
Flora bezustannie mówiła do niego, więc błysnął mu nowy pomysł i zapytał cicho, czy nie byłaby ciekawa obejrzeć starego domu.
Natychmiast wyskoczyła z tym projektem, poprostu trudno jej było odmówić, Artur — rzecz naturalna — będzie przewodnikiem, a Efri im poświeci.
Lecz usłużny Jeremjasz przyłączył się do towarzystwa. Artur zrozumiał manewr. Nie pozbędzie się go.
Zeszli na dół, oglądając stare i ciemne komnaty, które im nasuwały wspomnienie dzieciństwa, bardzo miłe i zajmujące dla Flory. Artur skorzystał z chwili, gdy Jeremjasz oświetlał jakąś ścianę i nachylił się do Efri.
— Chciałbym bardzo pomówić z tobą — szepnął cicho.
Lecz w odpowiedzi Efri wydała krzyk trwogi i nakryła głowę fartuchem, gdyż we drzwiach na dole rozległo się mocne uderzenie młotka, a w ścianie najwyraźniej lekki szelest, jakby kto rzucił piaskiem.
— Już ja się porachuję z tobą za te strachy! — krzyknął Flintwinch ze złością. — Dam ci taką naukę, że popamiętasz do śmierci.
— Tymczasem jednak trzeba drzwi otworzyć — chłodno zauważył Artur.
Flintwinch rzucił na niego tak wściekłe spojrzenie, iż nie można było się mylić co do uczuć, z jakiemi zostawiał ich z żoną.
Zaledwie się oddalił, Artur zwrócił się do Flory.
— Błagam cię, pozwól mi pomówić na stronie z Flintwinchową.
I posadził ją na krześle, a sam zbliżył się do Efri.
— Efri — szepnął półgłosem — zlituj się, powiedz prawdę, co się w tym domu dzieje?
— Nie wiem... nie wiem... boję się... on zabije!
— Słyszysz go przecież, że rozmawia przy drzwiach. Możemy być spokojni, nim je zamknie.
— Ściany słyszą — szeptała stara — tu coś chodzi... kroki, westchnienia, szum... Boże mój, Boże!
— Ale oprócz tych strachów. Ja tego nie słyszę. Efri, przypomnij sobie, jak mię kochałaś. Byłaś dla mnie jak matka! Efri, ja cię tak kochałem... W dziecinnych troskach tyś mię jedna pocieszała, dziś ty jedna pomóc mi możesz. Czyż niema żadnych już uczuć w twem sercu?
— Czego chcesz ode mnie, Arturze?
— Chcę wiedzieć wszystko o tym człowieku, Blandois.
— On był tylko dwa razy. Pierwszy raz oglądał dom. Jeremjasz go oprowadzał. Jeremjasz wraca!
— Nie, widzę go stąd we drzwiach uchylonych.
— A drugi raz... wtedy... Gdy wyszedłeś, Jeremjasz zamknął drzwi za tobą, a potem wziął mię za kark tak, że o mało się nie udusiłam, popchnął do sypialnego pokoju i kazał się rozebrać, położyć do łóżka, potem drzwi zamknął i...
— I cóż dalej?
— A cóż, kiedy byłam w łóżku... Nie, Arturze, nic już nie powiem, nie mogę. Nie jesteśmy sami. Ja żyję we śnie, sny mię otaczają. Weź w garść tych dwóch mądrali, jak ci już raz mówiłam, wtedy może coś powiem. Nie dzisiaj, już idzie!
Stuknięcie drzwi dało się słyszeć na dole, w tej chwili Artur zdmuchnął świecę.
— Idę naprzeciw Jeremjasza — szepnął, biorąc z jej ręki świecznik — a ty Efri, pamiętaj, żądam od ciebie pomocy jak dziecko, które dawniej kochałaś. Przemów, a ja cię wezmę pod swoją opiekę.
Spotkał Jeremjasza na połowie schodów i oświadczył, że niechcący zgasił świecę. Flintwinch trząsł się ze złości i pchnął żonę tak mocno, że zatoczyła się z krzykiem na ścianę, a potem szedł w milczeniu, niby dozorca więzienny.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.