<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Pawlicki
Tytuł O początkach chrześcijaństwa
Wydawca Księgarnia Gebethnera i Spółki
Data wyd. 1884
Druk Drukarnia „Czasu“
Fr. Kluczyckiego i Spółki
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II. Dalszy przegląd systemów.


Jakkolwiek teorye Bunsena i Emila Burnouf'a o początkach naszej religii dowodzą, ze nawet wykształcone umysły łatwo wpadają na manowce, gdy porzuciwszy bity gościniec metody historycznej, idą za błędnem światełkiem niespokojnej wyobraźni, są one przecież niesłychanie trzeźwemi wobec marzeń Ludwika Jacolliot'a, b. prezesa trybunału w Czandernagor w Indyach francuskich. Obdarzył już Europę piętnastu tomami „Studyów nad Indyami,“ Études indianistes, które przewyższywszy najśmielsze oczekiwania, wprawiły oryentalistów w prawdziwe osłupienie. Z tych studyów, przepełnionych obelgami na żydów, chrześcijan i bramanów, a ubarwionych prawdziwie wschodnią i lubieżną wyobraźnią, dwa tylko wymieniam: La Bible dans l'Inde. Vie de Jezeus Christna. Nouvelle édition. Paris 1887, a drugie: Christna et le Christ. Troisième Edition. Paris 1877[1].
Stanowisko swoje filozoficzno-historyczne tak wykłada autor: Strzeżcie się spadkobierców bramanów indyjskich. Bramani także zaczęli od ubóstwa i abnegacyi, a skończyli na bogactwach i despotyzmie. Z Chrystny zrobili podstawę swej potęgi, a królów i narody zamienili w niewolników. Trzeba więc oczyścić pierwotny kult Chrystyny z późniejszych dodatków. Wszak lndye, to kolebka świata. Z nichto wspólna nasza matka, niby promienie, rozesłała swoje syny, aż do krajów najbardziej wysuniętych na zachód, przekazując nam język i prawa, moralność, literaturę i religię. Manu natchnął prawa egipskie, hebrajskie, greckie i rzymskie, a duch jego panuje dziś jeszcze w całej ekonomii prawodawstw nowożytnych. Wracając do kolebki naszej, znajdziemy w Indyach wszystkie podania religijnie i poetyczne narodów starożytnych i nowych: kult Zoroastra i symbole Egiptu, mysterye eleuzyńskie i kapłanki Westy, genezę biblijną i proroctwa starego Zakonu, etykę samijskiego filozofa i szczytne nauczanie filozofa z Betleemu[2].
Autor pragnie gorąco, aby przeszłość indyjska stała się kiedyś naszą przyszłością. Wszak tajemnicze lasy nad Gangesem dzisiaj jeszcze szeleszczą trzema słowami magicznemi: Jowisz, Jehowa, Brama! Badał autor tę przeszłość w głębi świątyń, w ruinach i pomnikach, a nawet w prastarych wedach, w których młodzież indyjska, tak mniema, uczyła się mądrości tysiące lat przed założeniem Teb lub Babilonu. Indye światłem swojem rozpromieniły świat cały, dając swoje obyczaje, prawa i religią Egiptowi, Persji, Grecyi i Rzymowi. Dżeminy i Weda-Wyasa poprzedzili Sokratesa i Platona, a Chrystna, syn dziewicy Deranaguy, poprzedził syna Dziewicy betleemskiej. Ale wszystko to należy do przeszłości, bo zrazu bramani, potem kapłani żydowscy i chrześcijańscy zepsuli pierwotną, wzniosłą religią Chrystny, aby ujarzmić narody na rzecz królów, a królów na korzyść swojej kasty[3].
Niejeden z czytelnikow Jacolliot'a, nie znający sanskrytu, ani historyi indyjskiej, moze przyjął za dobrą monetę poetycznie frazesa indyanisty, który żył wiele lat w Indyach, a zaręcza ciągle, że wszystkiemu się przypatrzył, wszystko zbadał na miejscu. A jeżeli, prócz tego, czytelnik był źle usposobiony dla religii, to nawet z entuzyazmem pochwycił te „odkrycia“ dające mu wygodny pretekst do zrywania ze swoja duchową przeszłością. Tak sobie tłómaczę pokup niejednej z książek Jacolliot'a i pochwały, których im nie szczędziły dzienniki niechrześcijańskie. Przeciwnie ludzie uczeni nie wiedzą, czy śmiać się z niewiadomości autora, czy gniewać się na niesumienność, z jaką on rzeczy niebywałe podaje jako pewniki naukowe. Mitologia n. p. indyjska nie zna żadnej dziewicy Dewanuguy, rzekomej matki Chrystny, a nazwę jej autor nietylko zmyślił, lecz, co gorsza, źle skomponował. Kto umié po sanskrycku, wié, że Dewanaguy nie może znaczyć „stworzona przez Boga“ bo naguy lub guy nic zgoła nie znaczy, a stwarzać nazywa się dadhâ lub srdź. Taksamo Jezeus jest istnym dziwolągiem sanskryckim, a niemniejszym jest Christna, skoro żaden wyraz sanskrycki nie zaczyna się od Chri; a gdybyśmy nawet chcieli go pisać przez Khri, to i tak jeszcze go nie znajdziemy w słownikach. Sanskryt zna tylko wyraz Krszna. Zresztą pomijam niesłychane etymologie, jedne dziwaczniejsze od drugich[4], pomijam zadziwiającą w prezesie trybunalskim nieznajomość historyi starożytnej i prawa rzymskiego[5], pomijam lekceważenie, z jakiem mówi o największych żyjących indyanistach[6], którzy oczywiście we wszystkich kwestyach innego niż on są zdania, ale pominąć nie mogę, że wszystkie prawie cytaty, któremi wojuje, są zmyślone. Przytacza we francuskim przekładzie niezliczone wyjątki z dzieł indyjskich, znanych i nieznanych, a wszystkie to wyjątki są albo zmyślone albo sfalszowane[7]. Max Müller przypuszcza, że Jacolliot został w błąd wprowadzony przez swoich indyjskich przyjaciół i nauczycieli: mnie się wydaje niewątpliwem, że on chciał w błąd wprowadzić swoich czytelników. Bo i jakże inaczej tłomaczyć sobie cytucye z Bhagawaddzita lub z ksiąg Manu, których tam wcale niema? Jeżeli autor tak postępował z książkami, które w sanskryckim oryginale lub przekładach są przystępne każdemu, to czegóż nie mógł pozwolić sobie z takiemi, które albo nie są znane w Europie, albo może wcale nie istnieją?
Nie byłbym ani wspomniał o p. Jacolliot, choć niektóre prace jego doczekały się we Francyi niezasłużonego rozgłosu i kilkakrotnych wydań, gdyby nie bożek Krszna, w którym dawniej upatrywano jakieś podobieństwo do naszego Chrystusa. Zapewne słyszał coś o tem Jacolliot, a chcąc bożka indyjskiego zrobić więcej jeszcze podobnym, przerobił go na Chrystnę i ułożył fantastyczny żywot, przedrzeźniający życie Zbawiciela chrześcijańskiego.
Jakie 3500 lat przed naszą erą, opowiada autor[8], siostra króla w Madurze wśród nadzwyczajnych wypadków powiła córkę, którą według przykazania bożka Wysznu przezwała Dewanaguy, jakoby przez nią miały się spełnić zamiary boże. Ta dziewczynka, choć więziona przez stryja, cudownym sposobem powiła syna bożkowi Wysznu i przezwała go Chrystną[9] t. j. „poświęconym“ (dodaje autor). Chrystna wyratowany z więzienia, w bezpiecznem ukryciu rośnie w mądrość i łaskę, gdy tymczasem stryj jego, Kansa, każe w państwach swoich pozabijać wszystkie niemowlęta, które urodziły się tejsamej nocy, co Chrystna. Ten zaś w szesnastym roku życia, opuściwszy matkę i opiekuna swego, po całych Indyach głosi słowa zbawienia, a ludy radośnie wołają: oto zbawiciel, obiecany naszym ojcom! Autor zmyśla nawet na rzecz jego liczne cuda, aby módz potem tanim kosztem o nich powątpiewać, zostawia mu jednak wspaniałomyślnie sławę wzniosłego filozofa, którego niezrównane nauki miał sobie przyswoić założyciel chrześcijaństwa.
Choć srodze ścigany przez nienawistnego stryja, Chrystna w znaczenie rośnie i nową wiarę coraz dalej szerzy. Ludy chciwie słuchają jego przypowieści i nauk, dziwnie zastosowanych do ich pojęcia, a dla zaufanych uczniów miewa on specyalne wykłady filozoficzne. Autor przytacza, nawet kilka przypowieści i dłuższe ustępy z rozmów z Ardżuną, wiernym jego towarzyszem. Gdy jednak król Madury mnoży swoje zasadzki, uczniowie, nie wyjąwszy Ardżuny, chcą porzucić mistrza, dopóki ten nie ukazał im się w całym blasku bóstwa. Wtedy przerażeni na twarz upadają, a on przyjąwszy napowrót dawną formę ludzką, wyrzuca im ich małoduszność i brak wiary.
Doszedłszy nareszcie do szczytu znaczenia, wypędza nienawistnego stryja z Madury, i całe Indye odradza „przez modlitwę, nadzieję i wiarę.“ Wtedy nadeszła dla niego ostatnia godzina ziemskiej pielgrzymki, bo dzieło jego było spełnione. Pewnego dnia udawszy się sam nad brzeg Gangesu, aby tam odbyć zwykłą ablucyą, ginie z rąk złoczyńców, przeszyty strzałami, a gdy Ardżuna przybywa z uczniami i wiernym ludem, aby z drzewa, na którym zawiesili je zbójcy, zdjąć święte zwłoki, te już były zniknęły cudownym sposobem. Tak skończył Chrystna, powiada autor, ofiara złości tych, którzy nie chcieli przyjąć jego zakonu, i z zadziwiającą pewnością siebie dodaje: „Nie wierzę, aby poważni oryentaliści chcieli zaprzeczyć czegokolwiek z tego, co podałem o dziewicy Dewanaguy i jej synu Chrystnie“[10].
Oczywiście skróciłem długie opowiadanie, w którem liczne szczegóły są prawie dosłownie powtórzone z ewanielii, np. namaszczenie Chrystny przez dwie pobożne niewiasty (p. 292). Co zaś oryentaliści trzymają o tych wszystkich szczegółach biograficznych, powiedziałem już wyżej: są one wszystkie zmyślone. Ani Jezeus, ani Dewanaguy, ani Chrystna, nie znajdują się w żadnym sanskryckim słowniku. Autor wprawdzie odsyła nas ciągle do Bhagawaddzity i do ustnych podań bramanów, ale w pierwszym, który autor przekręca na Bagaveda Gita, nic o tem niema; Krszna, wykładając tam Ardżunie zasady mistycznego życia, ani słówkiem nie wspomina o swojem życiu ziemskiem, a ztąd wolno wnosić, że bramani także nic nie opowiadali autorowi, albo w najlepszym razie zażartowali sobie z niego.
Ale kto jest ten Krszna, przez p. Jacolliot przeinaczony na Chrystnę, a odgrywający tak wielką rolę w późniejszej literaturze indyjskiej? Że nazwa jego nie ma wspólnego pochodzenia z greckiem χριστός, to widoczna; że mimo to niejeden rys jego, niejedna jego przygoda przypomina Chrystusa ewanielicznego, jest niewątpliwe, ale te podobieństwa tłómaczą się bardzo prostym sposobem.
Pierwotnie przymiotnik Krszna znaczył „czarny,“ „ciemny,“ później zamienił się w nazwę „złego ducha.“ W Wedach tak się nazywa naczelnik złych geniuszów, ginący z ręki Indry, a Krsznas są jego podwładni, z którymi wojuje Indra, bóg słońca, światła i wojny. Oczywiście ten Krszna wedyjski nie ma nic wspólnego z dzisiejszym Krszną, najpopularniejszym z bogów indyjskich.
W późniejszych czasach Krszna jest potężnym bohaterem, którego wkońcu zabija myśliwy. Jest dzielnym, zadziwiającym rycerzem, ale ma czysto-ludzką naturę. Jednakże mitologia bramanów ciągle przekształcała się, a w tak zwanych Puranas, poezyach religijno-mistycznych, Krszna staje się jużto uosobieniem Indry, jużto ósmem wcieleniem (awatarem) boga Wisznu. Ten rozwój spekulacyi mitologicznej nie pozostał bez wpływu na dziwniejsze epopeje, do których dodawano coraz nowe pieśni, a ztąd nie powinno nas zadziwiać, jeżeli w tymsamym Mahabaracie Krszna raz jest zwykłym człowiekiem, a drugi raz (np. w sławnym epizodzie Bhagawaddzita) jest bogiem, przybywającym taksamo jak Indra, na pomoc bohaterowi Ardżunie. Niekiedy nawet razem z Indrą oznaczony jest liczbą podwójną Krsznau.
Ubóstwienie Krszny zostało systematycznie przeprowadzonem w poemacie Hariwansa, ktory jest dalszym ciągiem Mahabaraty, a niejako wstępem do wspomnianych Puranasów. Tam on jest ósmym awatarem bożka Wisznu, a zarazem ósmem dzieckiem matki Dewaki i ojca Wasudewy. Zły Kansa, krewny Dewaki, chce go zgładzić, tak jak zgładził jej dzieci poprzednie, bojąc się by nie zginał kiedy z ich ręki. Krszna cudownie ocalony, chowa się wśród pasterzy, zadziwiając ich swemi cudami, które, jak wszystko w Indyach, przybierają kolosalne rozmiary. Niemowlę wywraca wóz ciężki kopnięciem nóżki, ciągnie kamienny moździerz, do którego go przywiązała niańka, wypuszcza z łona swego stado wilków, które pustoszą okolicę, nawet dla zabawy czasem zamienia się w pagórek, na którym pasterze odbywają ofiary i pląsy, a gdy zazdrosny Indra chce gwałtowną ulewą zniszczyć ogród rozkoszny, w którym Krszna przebywa, ten żartuje sobie z gniewu boskiego rywala i unosi ogród w powietrze. Dodajmy liczne walki z potworami i królami, np. z owym Kansą, prawdziwym Herodem indyjskim, dodajmy życie rozwiozłe młodego bożka wśród pasterek, z których naprzód jedne, potem siedm, nareszcie 16,000 zaślubia, a otrzymamy obraz wielce odmienny od naszkicowanego nam przez Jacolliot'a. Albowiem Krszna jestto bóg płodności i życia, a jego kult rozwiozły nieznacznie w średnich wiekach wyrugował dawniejszego Indrę ze świątyń i obrzędów indyjskich. A temu nie stało na przeszkodzie, że w zamierzchłej przeszłości Krszna był bogiem czarnym, piekielnym, bo w religiach panteistycznych, życie i śmierć, jasność i ciemność, sąto dwie twarze jednej i tejsamej przyrody, która naprzemiany i rodzi i niszczy niezliczone swe dzieci.
Jednakże Krszna nietylko jest prostym awatarem bożka Wisznu, nietylko uosobieniem słońca i jego siły życiodajnej, lecz ma niektóre rysy, których niemożna wytłómaczyć przez logiczną, dziejową ewolucyą staroindyjskiej mitologii.
Kult dzisiejszy Krszny najświetniej występuje w obchodzie jego urodzin (Krsznadżanmasztami)[11]. Przygotowawszy się przez post i ablucye bramani, stawiają domek położniczy (sutikâgrha), podobny do krowiej obory (gokulam), a napełniony najrozmaitszym sprzętem i obrazami z ziemskiego żywota bożka. W środku zaś stajenki na łożu kładą wizerunek matki Krsznowej, karmiącej małego Krsznę. Często także posążek Krszny osobno umieszczony, obok matki swojej, na dzbanie, którego znaczenia symbolicznego nie umiano dotąd wytłómaczyć. Dokoła łoża stoją posążki różnych bożków, oraz złych i dobrych geniuszów. Także ojciec Krszny, Wasudewa, tam stoi, uzbrojony w tarczę i miecz, a król wężów, Kalija, spoczywa na osobnem łożu. Dużo pasterzy, pasterek i krów, a druga żona Wasudewy, Jasoda, na łożu z dziewczątkiem codopiero narodzonem.
Z ukazaniem się pierwszych gwiazd na niebie bramani oddają cześć świętej rodzinie, tj. Krysznie i matce jego, kładąc przed posągiem Dewaki kadzidła i owoce, a tak się modląc: cześć bogini, matce boga (dewamatar), cześć pięknolicej, nadobno-kształtnej Dewaki, która z sercem przepełnionem radością spoczywa wraz z synem swoim na łożu, słodkim snem ujęta itd. Pomijam modlitwy do Krszny i innych bogów, oraz inne ceremonie, które okołu północy przechodzą w wesołe śpiewy i pląsy, a niekiedy w bardzo zmysłowe orgie. Jest niewątpliwem, że niektóre epizody, np. rodzenie się Krszny w stajence, wśród krów i pasterzy, składających mu dary, wizerunki matki jego, trzymającej go na łonie i karmiącej — gwiazda, która się zjawia, i czyhanie okrutnego Kansy na życie jego — wyrażenia „matka boga, bogini grzech mażąca, pan wszechświatów, pan zbawienia, pan bogów, odkupiciel od wszelkiej winy,“ używane o matce Krszny i o nim samym, oraz wiele innych drobnych szczegółów rytualnych, przypominają zdaleka chrześcijańskie szopki i ceremonie Bożego Narodzenia. Już w przeszłym wieku misyonarze katoliccy, jak O. Georgi i O. Paulin à S. Bartholomeo, zastanawiali się nad temi analogiami, a oryentaliści, jak Kleuker i Jones, upatrywali w nich wpływ jakiś ewanielij apokryficznych na mitologią indyjską. Inni znowu, jak Moor, Creuzer Guigniaut, Pavie, albo mitologią indyjską uważali za kolebkę chrześcijańskich tradycyj, albo przeczyli stanowczo, żeby jakikolwiek zachodził związek między legendami Krszny a podobnemi zdarzeniami w życiu Chrystusa. W naszych czasach Talboys Wheeler i kilku innych uczonych uważali, jeżeli nie wszystkie, to przynajmniej niektóre przygody Krszny za indyjski odgłos wypadków betleemskich.
Stanowczo tę kwestyę rozjaśnił Albrecht Weber w uczonem dziele swojem: Ueber die Krshnajanmâshtamî[12] (Krshna's Geburtsfest). Berlin 1868. Rezultat badań jego nad mnóstwem liturgicznych rękopismów po większej części niewydanych, jest ten, że najdawniejsza wzmianka o obchodzie urodzin Krszny znajduje się dopiero pod koniec XIII stulecia naszej ery (str. 218), a chociaż kult jego niewątpliwie jest starszy, nie może być jednak o wiele dawniejszy od czasu, kiedy do Indyj dostała się pierwsza wiadomość o chrześcijaństwie (str. 319). Znajduje się bowiem w Mahabharacie ciekawy epizod o pielgrzymce Narady do Swetadwipy, „białej wyspy“ lub „wyspy białych“ gdzie po nieudanych podróżach swoich poprzedników przybywszy szczęśliwie, zastaje kult Chrystusa, Syna Boskiej Dziewicy, i wiarę w jedność Boskiej siły (ekanta). Identyfikując swego Krsznę z Chrystusem „białym” upatrywali bramani w kulcie, temuż oddawnym na zachodzie, potwierdzenie boskości Krszny, co dowodzi, że jego boskość musiała być jeszcze dosyć młodą, skoro potrzebowała autentyku aż z zagranicy. Po dalsze szczegóły odsyłam czytelników do również ciekawej, jak gruntowniej książki Webera, zwłaszcza do str. 341, gdzie dowodzi, jak obrazy karmiącej Krsznę Dewaki robiono na wzór chrześciańskich, zwłaszcza bizantyńskich. Wpływ sztuki chrześcijańskiej na malarstwo i kult indyjski był nieustający, a doszedł do większych jeszcze, niż przedtem rozmiarów, po przybyciu Portugalczyków, odkąd cesarz Akbar (1556-1605), a za jego przykładem mniejsi królikowie, chętnie otaczali się uczonymi Europejczykami (str. 348). Do szczegółów tych mogę dodać wiadomość udzieloną mi przez hr. Sierakowskiego, który w Bindruban blisko Agry widział świątynię z czasów Akbara, zbudowaną z cegieł w kształcie greckiego krzyża, z kopułą — niewątpliwe dzieło greckiego architekta. Badania zresztą Webera stwierdziły jedynie to, co dawniej przeczuwał Angelo de Gubernatis, że pod wpływem chrześcijaństwa Krszna z czarnego ducha stał się najjaśniejszem z pomiędzy bóstw indyjskich, i że od Chrystusa zapożyczył nietylko część Jego mądrości, lecz także niejeden epizod Jego żywota, n. p. prześladowanie okrutnego Kamsy, który przypomina Heroda, a nawet matkę swoją Dewaki, która jest bladą kopią Dziewicy (una pallida copia della Vergine)[13]. Przeciw szerzącemu się budyzmowi bramani postawili zmysłowy i wesoły kult bożka Wysznu, głosząc Krsznę, bohatera narodowych epopei, a bardzo drogiego sercom kszatrjów (żołnierzy) nowem wcieleniem, lub właściwiej mówiąc, nowem zjawieniem się (awatarem) potężnego boga słonecznego. A gdy chrześcijaństwo także zaczęło się rozchodzić po indyjskim półwyspie, co miało niewątpliwie miejsce zaraz w pierwszych wiekach naszej ery, bramami zmysłowego Krsznę ubierali w pewne duchowe przymioty, otaczali go legendami naśladowanemi z ewanielii, wynosząc go nad innych bogów, aby jedność siły bożej (ekanta) i wiarę (bhakti) w nią postawić naprzeciw wierze chrześcijańskiej w jednego Boga.
Nie mogę opuścić Indyj, nie poświęciwszy kilku uwag budyzmowi, w którym dzisiaj niektórzy Niemcy upatrują religią przyszłości. Już Szopenhauerowi wydawał się panteizm indyjski, zwłaszcza zreformowany przez Budę, bardzo podobny treścią i istotą swoją do chrześciaństwa, a Chrystus według niego wyznawał tensam pesymizm, co mędrzec z Kapilawastu. Uczniowie Szopenhauera, a przed innymi Hartmann, poszli dalej jeszcze, głosząc metafizyczną i moralną wyższość indyjskiego monizmu nad chrześcijaństwem: metafizyczną, bo nie ma osobistego Boga, tylko nieosobistą, Bożą substancyą, wszystko przenikającą i wszystkiem będącą; moralną, bo nie zna duszy nieśmiertelnej, wynagradzanej lub karanej za uczynki swoje przez jakiegoś pozaświatowego prawodawcę, lecz zupełne po śmierci rozpływanie się jednostek we wszechbóstwie za pomocą dobrowolnego unicestwienia, opartego na nieograniczonej miłości stworzeń, rozciągającej się nawet do zwierząt. Ztąd konkluduje Hartmann, że nowa religia świata, mająca zastąpić „monoteizm żydowski“ i „politeizm chrześcijański“ podobnież jak muzyka Wagnera zastąpi kiedyś muzykę Mozarta i Bethowena, będzie przeważnie złożoną z indyjskich pierwiastków. Żaden jednak z tych filozofów-pesymistów nie poruszył kwestyi historycznej o wpływie czy budyzmu na chrześcijaństwo, czy chrześcijaństwa na budyzm, kontentując się afirmacyą, że Buda w Indyach a Chrystus w Palestynie, doszli, każdy przez własną genialna intuicyą, do podobnych religijnych przekonań.
Dopiero w ostatnich czasach niektórzy literaci, uwodzeni kilku podobieństwem rytów i zwyczajów, naprzykład dzwonienia i spowiedzi — niektórych instytucyj, jak życia zakonnego i tonsury — niektórych formułek dogmatycznych i legend, zawyrokowali, że religia chrześcijańska jest kopią budyzmu, przyniesionego do Persyi lub Palestyny lub Aleksandryi przez indyjskich misyonarzy.
Nie jestto poważna metoda, która dlatego uważa dwie religie za identyczne, że mają wspólne niektóre rysy zewnętrzne, niektóre przypadkowe obrzędy. Jak w muzyce harmonia składa się z ograniczonej liczby tonów, jak język każdy powstał z małej liczby źródłosłowów, tak i oddawanie czci Najwyższej Istocie może jedynie odbywać się za pomocą małej liczby form i znaków, które regularnie powtarzają się u narodów, nawet najbardziej od siebie oddalonych czasem lub przestrzenią. Gdyby chrześcijaństwo było chciało wymyśleć absolutnie nowe ceremonie, musiałoby z góry wyrzec się wszelkiego kultu zewnętrznego. Rytualne namaszczanie i obmywanie, ołtarze i kadzenie, procesye i szaty kapłańskie, świątynie i obrazy, istniały u wszystkich prawie narodów od niepamiętnych wieków. Cóż dziwnego, że kościół przyjął od żydów, a nawet od Greków i Rzymian niejednę ceremonię, niejeden symbol, ludom owym drogi, a bez trudności dający się zastosować do myśli chrześcijańskiej? Ta jednak szata zewnętrzna okrywa religią w gruncie i w istocie zupełnie różną, tak jak Rzymianin, zostawszy chrześcijaninem, nadal używał wyrazu Deus, a jednak zupełnie co innego przezeń rozumiał, niż przedtem.
Dodajmy, ze podobne do siebie pojęcia moralnie, zdarzenia historyczne lub społeczne stosunki, mogą wytworzyć podobne do siebie zwyczaje lub instytucje. Dajmy na to, że naród jaki uważa religią swoję za objawioną z nieba i złożoną w księgach świętych, to będzie oczywiście czuwał nad całością tych ksiąg, bronił ich od dodatków, odróżniał od apokryfów, nie pozwoli ich dowolnie tłomaczyć. Rzymianie mieli księgi sybilińskie, Persowie Zendawestę, bramani Wedy, budyści swoje Pitaki[14]. Uważając je za święte, nie pozwalali ich fałszować, ani tłómaczyć dowolnie, a ścigali zjawiające się od czasu do czasu apokryfy. Czyż powiemy, że żydzi lub chrześcijanie dopiero od nich się nauczyli odróżniać księgi święte od świeckich, autentyczne od apokryfów, nieomylną naukę boską od mylnego nauczania ludzkiego? Takie przypuszczenie sprzeciwiałoby się ewidencji historycznej i owej prostej logice, która pod każdym strefem niebieskim i w każdym czasie zmusza ludzi do zgodnych z założeniem teoretycznym wniosków praktycznych. Jak despotyzm polityczny wszędzie wydaje podobne do siebie instytucye i przepisy, tak wiara w boski początek jakiejś religii lub jakiejś księgi zmusza do strzeżenia całości tekstu i czystości nauki za pomocą jakiejś duchownej korporacyi.
Po tych wstępnych uwagach przypatrzmy się treści budyzmu. Jego praktyki religijne, obiecujące doskonałość wewnętrzną, mistyczna, jego nabożeństwo i cała pobożność identyfikują się przeważnie z medytacyą (dhyâna), wznoszącą duszę do sfer wyższych, nawet do nieba powietrznego, gdzie wielu budystów, w niezgodzie z głównym dogmatem swej wiary o wiecznem unicestwieniu, spodziewa się idealnego odrodzenia[15]. Medytacya ta jest doskonałą, w której myślenie osobiste zlewa się z tem, o czem się myśli, a zaciera się różnica między podmiotem a przedmiotem, mówiąc językiem filozofów[16]. Aby wznieść się na ten najwyższy szczebel modlitwy, aby dojść do tego najdoskonalszego nabożeństwa (samâdhi) i zostać zupełnym kwietystą (arhat) prawdziwym i skończonym synem Budy (Bodhisattwa), trzeba przechodzić[17] przez liczne ćwiczenia praktyczne (Karmasthâna), których południowy budyzm na wyspie Ceylon, wymienia aż czterdzieści. Wspomnę choć o kilku, aby dać wyobrażenie o duchu i treści tych dziwnych a tak poniżających godność ludzką zabobonów, w których powierzchowni a więcej namiętnością, niż rozumem powodujący się pisarze, odkrywają pierwowzór chrześcijańskiej religii i cywilizacyi. Zboczenie moje zasługuje na tem większe pobłażanie, że nasza literatura niema dotąd żadnego dzieła o budyzmie, do któregobym mógł odsyłać czytelników.
Przednie miejsce zajmuje dziesięć kół kosmicznych[18], które wyobrażają albo cztery żywioły (ziemię, wodę, ogień i powietrze) albo cztery kolory (niebieski, żółty, biały i czerwony), albo miejsce, według tego, czy kto modli się w domu, czy na dworze. Praktyka zaś koła ziemnego w ten sposób się odbywa, że zrobiwszy[19] sobie tarcz okrągłą z gliny lub ziemi, lub w braku takowej wpatrzywszy się w rolę zaoraną powtarza mistyk rozliczne nazwy ziemi, a rozmyśla o tem, że i ciało jego z ziemi się składa. Ćwiczenie to powinien póty odbywać, dopóki nie zakręci mu się w głowie, a nie wpadnie w rodzaj snu magnetycznego. Nabrawszy wprawy dostatecznej w tem rozmyślaniu, mistyk przechodzi do koła wodnistego, wlepiając oczy nieruchome w morze lub jezioro lub wreszcie w garnek z wodą[20]. Przytem powtarza wszystkie sanskryckie nazwy wody, myśląc o częściach wodnistych swego ciała, dopóki nie popadnie znowu w sen lub letarg magnetyczny. W podobny sposób ćwiczy się asceta na innych kołach: wpatruje się w ogień, czy to przez dziurę, zrobioną w plecionce, skórze lub sukni; w powietrze, czy w niebo wpatruje się przez okno lub szczelinę we drzwiach, albo też wlepia oczy w ścianę, na którą światło wpada. Ćwiczenie kół kolorowych na tem polega, ze się wzrok zatapia w kwiat jaki lub szmat niebieski, czerwony, biały i t. p., powtarzając zawsze nazwy odpowiedne (a wiadomo, jak sanskryt jest bogaty w orzeczenia jednego i tegosamego pojęcia). Oczywiście takie ćwiczenia kontynuowane przez czas dłuższy, prowadzą do zupełnego ogłupienia i do magnetycznych halucynacyj, podobnych do tych, które na hańbę naszej cywilizacyi pokutują ciągle w Europie.
A nie są to żadne dodatkowe praktyki, które w ciągu wieków przymięszały się do pierwotnej wiary, lecz stanowią samą rdzeń i esencyę budyzmu, nietylko bowiem według powszechnej tradycyj są nawet starsze od samego Budy, lecz były przez niego wykonywane z największą ścisłością[21]. Jakże zresztą lekceważyć praktyki, które dają mistykowi moc cudotwórczą nad żywiołami i zjawiskami przyrody, pozwalają mu dowolnie sprowadzać deszcz i pogodę, noc i trzęsienia ziemi, a jeżeli północni budyści w Chinach, Japonii i Tybecie ich nie znają, to mają niemniej potężne magiczne zaklęcia (dhârani), także przez Budę objawione ludzkości. Sam Buda był według powszechnej tradycji tak północnych jak południowych wyznawców jego wiary najpotężniejszym z czarnoksiężników[22], a jego formułki i zaklęcia magiczne zebrane w osobnej księdze (Dhârani-Pitaka), niewątpliwie są tak stare, jak Budyzm[23]. Pomijam treść innych medytacyj, nieraz bardzo wstrętnych dla człowieka cywilizowanego, pomijam umiejętne regulowanie oddechu (prânâjâma), towarzyszące każdej medytacyi, a dochodzące do najśmieszniejszych i najszkodliwszych dla zdrowia i dla umysłu aberacyi[24], pomijam prawdziwie talmudyczną kasuistykę, trzymającą w bezmyślnych kleszczach swoich biednego poganina od kolebki aż do grobu, a tamującą każdy ruch swobodniejszy, każdą inicyatywę w życiu, czy domowem, czy publicznem,[25] pomijam cyniczną pogardę, z którą i założyciel sekty i najwięksi jej „święci“ traktowali kobietę, nie zgoła nie zrobiwszy, aby ją podnieść i uszlachetnić[26], a zatrzymam się nad samą esencyą budyzmu, bo jeżeli gdzie, to w niej właśnie powinno się okazać jego mniemanie podobieństwo, lub jak nawet chcą niektórzy, jego tosamość z naszą religią.
Religia każda tyle warta, ile warte jest pojęcie, jakie ona wyrobiła sobie o celu i przeznaczeniu człowieka. Co do tego punktu, nie ulega żadnej wątpliwości, że ideałem budyzmu jest zupełny kwietyzm. Wprawdzie bronił się czasem od podobnego zarzutu Buda, a w rozmowie z księciem Symbą[27] tłumaczył bezczynność (akrijâ), jako zaniechanie złych uczynków, ale sofismat ten obliczony na wprowadzenie w błąd nowych adeptów, znaczy tylko, że w ludziach mniej doskonałych, tolerowana jest pewna czynność (krijâ), byleby odpowiadała zwykłym przepisom moralności; że jednak prawdziwie dobremi uczynkami te tylko są, które prowadzą do szczytu duchownej doskonałości, a szczytem i celem tej doskonałości jest akrijâ, zupełna bezczynność[28]. Pod tym względem niema żadnej różnicy zdań między budystami, a zawsze za największych swoich nieprzyjaciół, za najobrzydliwszych kacerzy, godnych ognia piekielnego, uważali Dżairów czyli Nirgranthów, opierających doskonałość człowieka na dobrem, rozumnem i szlachetnem działaniu (krijâwâdâ). Taki pogląd na świat wręcz przeciwny jest chrześcijańskiemu, który wedle słów Chrystusa: „Ojciec mój aż do tej chwili pracuje i ja pracuję“ („Pater meus usque modo operatur et ego operor,“ Joan. V. 17) uważa pracę za główny cel człowieka. Doskonały budysta nigdy nie pracuje, lecz oddany jest rozważaniu własnej nicości, a gdy natura domaga się praw swoich, wyciąga rękę żebrzącą po trochę ryżu lub owoców; chrześcijanin dzień i noc pracuje, a z Św. Pawłem powtarza: Kto nie chce pracować, niech nie jé. („si quis non vult operari, nec manducet“ 2 Thess. III. 10). Dwa tak wręcz przeciwne sobie pojęcia o przeznaczeniu człowieka, nie są przypadkowym, powierzchownym objawem, lecz wypływają z wewnętrznej istoty obu religii. Ideałem budysty jest nicość, w której się kochając, musi wszelką czynność, jeżeli nie za grzech, to za wielką poczytywać niedoskonałość, boć nicość jest negacyą czynności. Celem chrześcijanina przeciwnie jest stać się podobnym do Boga, a że Bóg jest pełnią, życia i niewyczerpanem źródłem działania, musi chrześcijanin pracę uważać za prawdziwą szkołę doskonałości i za główną rękojmię szczęścia.
Jezeli zaś moralny ideał budyzmu w niczem nie jest podobny do chrześcijańskiego, to jego teologia ma się do naszej jak noc do dnia. Czyż zresztą godzi się mówić o teologii w systemie nieprzyjmującym ani Boga, ani ofiar, ani duszy nieśmiertelnej? Pierwotny budyzm ma dwie cechy charakterystyczne, mówi Barth[29], nieobecność wszelkiego teologicznego pierwiastku i wybitną niechęć do oderwanej spekulacyi. Wistocie Buda nie zajmował się nigdy kwestyą, czy bogowie istnieją lub nie istnieją; jemu wystarczała pewność, że człowiek od nich nie zależy, że ich nie potrzebuje, że niczego nie może od nich się spodziewać w sprawie zbawienia. A zbawieniem dla Budy jest Nirwana czyli unicestwienie. Słusznie więc, jego metafizyka uchodzi za bezwzględny ateizm[30], w tem tylko różniący się od daleko dawniejszego nominalizmu (Pûrva-Mimâmsâ), że ten zachowywał nazwy bogów, aby módz pod czyjąś inwokacyą odprawiać ofiary[31], a budyzm razem z ofiarami i nazwy bogów puścił w niepamięć. Późniejszy wprawdzie budyzm przyjmuje liczne piekła i niebiosa, napełniając je grzesznikami i świętymi, a w dodatku przejął całą również bogatą jak zawikłaną mitologię braminów, dodawszy do niej liczny zastęp Budów. Oczywiście ta popularna forma budyzm, niezostająca w żadnym związku a nawet w otwartej kontradykcyi z zasadami metafizycznemi pierwotnego systemu, nie może uchodzić w rachubę początków chrześcijaństwa bo jest tylko nielogiczną i mętną kopią starego bramanizmu, o którym wyżej już przekonaliśmy się, że nietylko niemógł wpłynąć na powstanie chrześcijaństwa, lecz przeciwnie z niego przejął niejedno wyobrażenie, niejedną ceremonię.
Jakże zresztą na seryo utrzymywać, że z budyzmu pochodzą, nasze dogmata, sakramenta, lub ewanielie, nasze symbole i święte tajemnice, skoro wiadomo, że budyzm, który miał być reformą bramanizmu, zamienił się niebawem w zupełny nihilizm, a właściwie nie jest żadną religią. Jeżeli może być religia bez Boga, bez ofiar, bez kapłanów, bez sakramentów, to i budyzmowi przysługuje ta nazwa, ale wtedy ma się do religii chrześcijańskiej jak nicość do bytu, jak ciemność do światła. Jestto co najwięcej system moralnych przepisów, połączony z pewnemi ćwiczeniami, których celem nie jest zbliżanie się do Boga, lecz prędsze i pewniejsze unicestwienie ducha. Moralność góruje w tym czynie Budy, że spotkawszy raz wynędzniałego tygrysa, rzucił się jemu na pokarm, a gdy zbyt wycieńczony zwierz rozszarpać go nie mógł, otworzył sobie mędrzec żyły i własną krwią go posilił. Jest to karykatura miłości[32], nierobiąca różnicy między człowiekiem a zwierzęciem. Z tej miłości nie narodziło się chrześcijańskie poświęcenie. A jeżeli u Budystów są pewne ceremonie lub instytucyje, przypominające zdaleka chrześcijańskie, to z pewnością nie są ich pierwowzorem.
Budyzm, mało znany w samych Indyach za czasów Aleksandra W., nigdy nie przekroczył granic imperium rzymskiego. Wtargnął do Persyi w ostatnich wiekach przed Chr., ale znalazł później opór stanowczy tak w odradzającym się mazdeizmie (religii Zoroastra), jak w chrześcijaństwie, bardzo tam rozpowszechnionem, już od końca I. stulecia. Wtedy to mogła wnijść do Budyzmu niejedna myśl chrześcijańska,

niejedna powieść ewangeliczna[33]. O samym Budzie tak mało wiemy, że znakomity oryentalista Senart w swojm świetnem dziele: Essai sur la legende du Buddha (1875 Paris), dowodzi, ze Buda historyczny nigdy nie istniał, lecz jest personifikacyą słońca, a wszystkie przygody jego są kosmicznymi symbolami. Chociaż zdaniu Senarta wydaje mi się exageracyą, tu jednak siła dowodów jego i stanowcza odpowiedź dana krytykom niemieckim w 2giem wydaniu, które okazało się pod koniec r. 1892, tego są rodzaju, że odbierają odwagę afirmowania czegokolwiek o założycielu budyzmu. A jeżeli nic prawie nie wiemy o jego osobie, to mniej jeszcze u tem, czego chciał lub nauczał. Wyjąwszy kilka napisów z panowania króla Asoki, których chronologia bardzo jest niepewna, nie mamy żadnych dokumentów o Budyzmie z czasów przed Chr. Najdawniejsza księga św. w języku Pehli, tak zwane Mahawansa, napisana została na wyspie Ceylon w 5tym wieku naszej ery, prawda, że na podstawie dawniejszych dzieł sanskryckich, ale te przepadły. Wyspa jednak Ceylon w owym czasie miała wielką gminę chrześciańską, miała biskupa i kapłanów, a zapewne i zakonników[34]. Trudno przypuścić, że oni żadnego nie wywierali wpływu na uczniów Budy, żyjących z nimi w jednym kraju i narodzie. Najdawniejsza biografia Budy, słynne Lalitawistara, powstała podobno w I wieku przed Chryst., ale oryginał zaginał, a przekład chiński, który do nas doszedł, jest dopiero z IX wieku. Że Chiny zwiedzane były przez misyonarzy nestoryanów, jest powszechnie wiadomo, a mogli oni niejeden pierwiastek chrześcijański wnosić do budyzmu chińskiego, tak jak później Franciszkanie wnieśli go do budyzmu w Tybecie Jeżeli bramanizm nie mógł się w Indyach obronić wpływom chrześcijańskim, to umiej jeszcze budyzm, daleko elastyczniejszy, nie mający ani silnej organizacyi, ani ustalonych dogmatów. W pierwszych zaraz wiekach religia chrześcijańska przez Persyę wchodziła do półwyspu indyjskiego; w XII księdze Mahabharaty mowa o podroży bramanów na zachód, aby studyować tam monoteizm, a ten epizod pełen jest aluzyi do chrześcijaństwa, nareszcie Portugalczycy w XV wieku znaleźli tam jeszcze chrześcijan, a tak zwani chrześcijanie Ś. Tomasza, dotrwali aż do naszych czasów. Szczegóły te wystarczą, aby pokazać, że jeżeli był wpływ jaki, to chyba ze strony chrześcijaństwa; co zaś do odwrotnego wpływu, czy bramanizmu, czy budyzmu, wszyscy uczeni fachowi, którzy sprawę tę zbadali wczasach ostatnich, ci zwłaszcza, którzy specyalnie pisali o Budyzmie, Max Müller, Oldenberg, Barth, Rhys Davids stanowczo przeczą, aby on kiedykolwiek miał miejsce, a zdanie ich tem więcej waży w tej kwestyi, że jedni z nich mają szczerą dla budyzmu sympatyę, inni źle tają swoją niechęć do chrześcijaństwa. Rhys Davids[35] np. upatrujący liczne podobieństwa między Chrystusem a Budą, między Romanismem (tak on nazywa katolicyzm) a Budyzmem, z angielską jednak bezstronnością wyznaje, że twierdzenie, jakoby ewangieliści czerpali z pisarzy budystycznych, zjawia się częściej w popularnych odczytach i czasopismach ludowych niżeli w książkach samodzielnych, a daleko częściej wygłaszane bywa przez ludzi pragnących zdyskredytować chrześcijaństwo, niż przez poważnych uczonych[36]. Zastanawiając się potem nad teoryą znanego nam już Ernesta Bunsena dochodzi do wniosku, że nie było żadnego bezpośredniego lub rzeczywistego wpływu budyzmu na zachód, a podobieństwa między ewanieliami a legendami o Budzie, są tylko pozorne, bo w gruncie spoczywają na podstawie dogmatycznej wręcz przeciwnej[37].
Tem boleśniej uderza, że uczony Kern, nieprzypuszczający żadnego wpływu budyzmu na chrześcijaństwo, przez niegodną człowieka wyższego niechęć do religii objawionej, w historyi swej budyzmu całą terminologię naszego Kościoła przenosi do społeczności budystycznej, mówiąc o kościele budystów, o ojcach kościoła, o świętych. o „Panu“, t. j. Budzie, a bramanów nawet w przeciwieństwie do budystów zowie „poganami“. Takie nieoględne szafowanie terminologią, która od wieków w chrześcijańskim Kościele ma ustalone znaczenie, musi wyrodzić niesłychane pomieszanie pojęć i dziwolągi literackie, w rodzaju książki Rudolfa Seydla: Das Evangelium von Jesu (Leipzig 1882), w której przeprowadzony jest najzupełniejszy paralelizm między żywotem Chrystusa a mitami o Budzie. Jakiego rodzaju jest ten paralelizm, pokazuje ten szczegół, że nietylko w fantastycznym Lalitawistarze, ale nawet w najdawniejszych rzeźbach z czasów panowania króla Asoki (III w. przed Chr.), Buda zstępuje z nieba do łona swej matki w kształcie małego, białego słonia. Brak czasu nie dozwala mi zabawienie dłużej przy tym ckliwym przedmiocie. Powtarzam, że pierwszorzędni oryentaliści stanowczo przeczą, aby był jakikolwiek związek historyczny między religią chrześcijańską a zabobonnym nihilizmem na wyspie Ceylon, w Tybecie lub Chinach. Max Müller, którego przecież nikt nie zaliczy do apologetów chrześcijaństwa, powiada, „że żaden fachowy oryentalista podobnych twierdzeń nie wygłosił.“
Przechodząc różne systemy embryologów chrześcijaństwa, tyle musiałem miejsca poświęcić szkole hebrajskiej, perskiej i indyjskiej, że tylko w kilku słowach wspomnieć mogę o szkołach innych. Draper, amerykanin, mniemał, że w ziemi Faraonów odkrył ojczyznę chrześcijaństwa. Już w r. 1863 w swej „Historyi umysłowego rozwoju Europy“ (History of the intellectual developement of Europe) obudził niemałe zdziwienie swą hypotezą, że chrześcijaństwo miało zrazu trzy zgoła odmienne kształty: hebrajski, gnostyczny i afrykański. Z czasem dwa pierwsze rodzaje wyginęły, a pozostał trzeci, który złożony z filozofii platońskiej i egipskiego bałwochwalstwa, dotąd podobno panuje w naszym Kościele[38]. Później Draper hypotezę swoją obszerniej jeszcze wyłożył w dziele: Les conflits de la science et de la religion. Paris, 1875 — pouczając nas, jak Helena, matka Konstantyna W. wraz z fraucymerem swoim dokonała wielkiego sojuszu między wiarą chrześcijańską a pogaństwem; jak każdy kraj dostarczył części z swoich dawnych zabobonów; jak Egipt, najbardziej wpływowa z rzymskich prowincyj, dała nam Trójcę świętą a Izydę z młodym Horusem, przekształcono w Matkę Boską z Dzieciątkiem Jezus, jak nareszcie na soborze powszechnym w Efezie (r. 431) Egipcjanie przez intrygi Cyrylla, patryarchy, odnieśli kompletne zwycięstwo. Mówiąc o radości Efezyjczyków z ogłoszenia przez Kościół Najświętszej Panny Matką Boską, autor woła z emfazą: „C'était le vieil homme qui reparaissait. Leurs ancêtres en eussent fait de même pour Diane“[39].
Trudno te wywody nowojorskiego profesora uważać za co innego, jak za humbug historyczny, a jeżeli chemię i fizyologię (są to podobno jego nauki fachowe) tak traktuje, jak zwykł traktować historyę, to nie można mieć dosyć współczucia dla jego biednych słuchaczy. Gdyby był przeczytał choć Rossiego: Imagines selectae deiparae Virginis (Rome 1863), lub artykuł Vierge w klasycznym: Dictionnaire des antiquités chrétiennes par Martigny, byłby się dowiedział, że wizerunki Matki Boskiej w katakumbach są niesłychanie starsze od soboru efezkiego, bo sięgają nawet początków drugiego stulecia. Co zaś do mniemanego synkretyzmu wiar pogańskich z chrześcijańską którego owocem późnym w wieku IV i V ma być katolicyzm, nie można dać lepszej odpowiedzi, jak słowami Renan'a: „Jest pewną rzeczą, że przy śmierci Antonina, koło r. 160, religia chrześcijańska jest religią kompletną; ona ma wszystkie swoje księgi Święte, wszystkie swoje wielkie legendy, zaród wszystkich swoich dogmów i części esencyalne swojej liturgii. W oczach większej części swoich wyznawców jest ona religią udzielną, oddzieloną od judaizmu, a nawet jemu przeciwną“[40]. Ta odpowiedz wystarcza dla Drapera. Czy zaś chrześcijaństwo było una religion complète dopiero w drugiem stuleciu, jak chce Renan, czy też może nią było już w połowie pierwszego wieku, zaraz po śmierci Chrystusa, zobaczymy później w ciągu tych rozpraw. Dla miłośników zaś egipskiej przeszłości dodaję, ze słynny egiptolog Le Page Renouf w monografii swojej: Religion of ancient Egypt (London, 1880 Williams and Norgate) po zbadaniu ogłoszonej dotąd literatury faraońskiej, dochodzi do wniosku, że Egipt nie wywierał nigdy żadnego wpływu upon foreign thought, czy to na religię żydowską, czy na filozofię grecką (str. 243-248). Przypuściwszy nawet, że to twierdzenie jest trochę przesadne, dobrze jest spamiętać to szczególniejsze zjawisko, że gdzie ludzie fachowi nie widzą żadnego wpływu, tam niefachowi literaci mówią o nim jako o rzeczy najpewniejszej.
Nie wszyscy racyonaliści przypisują religii naszej początek wschodni: wielu ją znajduje gotową w cywilizacyi grecko-rzymskiej. Przypuszczając, że jakiś impuls dany był przez żydów — fakt jest zbyt widoczny, aby go można zaprzeczyć — twierdzą oni, że moralność i dogmata, kult i hierarchią przyjął Kościół w całości z rzymskiego imperium. Nie przestając na tem, że filozofia grecka i centralizacya cesarstwa były w ręku Opatrzności przygotowaniem do prawdy, pedagogią, wiodącą do ewangielii, chcieliby jeszcze dowieść, że nauka Chrystusa niczego nie zawiera, co nie istniało już dawniej w mitologii lub filozofii Greków i Rzymian, a nawet śmią twierdzić, że postęp moralny i społeczny, nieśmiertelna zasługa chrześcijaństwa, był już dokonany przez stoików rzymskich, tak, iż Kościół jedynie przywłaszczył sobie cały skarb zasad polityczno-moralnych, nagromadzonych w dziełach Seneki, Epikteta i Marka, Aureliusza. Według tych panów, wielkie dzieło Odkupienia, śmierć Zbawiciela, krew męczenników, długie walki Kościoła za prawdę i wolność były niepotrzebne, bo starożytne społeczeństwo w logicznym, dalszym rozwoju swoim, byłoby samo przez się, z siłami przodzonemi, przez konieczność historyczną, osiągnęło wszystkie owe wielkie rezultaty, które my ze słuszną duma przypisujemy pracy cywilizacyjnej Kościoła. Cały system ten grecko-rzymski, choć posługujący się wielką uczonością a zawierający w sobie wiele prawd szczegółowych, drugorzędnych, jest z gruntu chybiony, bo nie umie odróżnić naturalizmu starożytnych ludzi od uduchownienia świata chrześcijańskiego, a są to jednak dwie rzeczy tak od siebie różne, że niepodobna wyprowadzać jednej z drugiej.
Zamykam krotki przegląd głównych systemów, za pomocą których nowożytny racyonalizm usiłował wytłumaczyć początki chrześcijaństwa Wygłosił on liczne teorye, jednę dziwniejszą od drugiej, a wszystkie różniące się tak w metodzie, jak w ostatnich wynikach. Dla Ernesta Renana religia chrześcijańska jest produktem semickim, niemającym nic wspólnego z Persyą lub Indyami. Dla Ernesta Bunsena jest ona utworem perskim, potajemnie przemycanym do Palestyny; trzeciemu Ernestowi p. Havet, który ogłosił już trzy grube tomy o początkach chrześcijaństwa (Le Christianisme et ses origines), wydaje się system Bunsena uczoną mrzonką[41], a chrześcijaństwo wyrobem przeważnie greckim[42]. Inni znowu ogłosili chrześcijaństwo za jedno z bramanizmem lub z budyzmem, inni nareszcie z mitologią egipska. Samo istnienie tak różnych a wykluczających się na wzajem systemów, dowodzi niewątpliwie jednej rzeczy, a niesłychanie ważnej, że jest niepodobnem, aby sprzeczne między sobą teorye były wszystkie razem prawdziwe. Jedna, co najwięcej, tylko może być prawdziwą, a wtedy wszystkie inne będą uczonemi bajkami, doctae fabulae, jak Św. Piotr nazywał genealogie chrześcijaństwa, robione za jego czasów[43]. Ale może ani jedna nawet nie okaże się prawdziwą, a wtedy wypadnie zastąpić ją systemem zupełnie innym, z gruntu odmiennym. Czy taki system jest możebny? czy warto go szukać po tylu próbach niefortunnych? na to sami czytelnicy odpowiedzą, gdy zechcą łaskawie towarzyszyć dalszym rozprawom. To jednak z góry widocznem, że taki system jest potrzebny. Chrześcijaństwo jest olbrzymim dziejowym wypadkiem, którego skutki trwają dotąd, a nawet tak głęboko przenikają życie nowoczesnych narodów, że bez chrześcijaństwa ani ich teraźniejszości zrozumieć nie można, ani odgadnąć ich przyszłości. O każdym z narodów europejskich powiedzieć można bez przesady, że samowiednie czy bezwiednie, czy nawet wbrew jego woli religia chrześcijańska jest jego duszą ożywczą, bez której nie byłby narodem. Zrozumieć fakt takiego znaczenia jest nietylko rzeczą szczytną i wzniosłą, nietylko konieczną potrzebą, choćby tylko dla praktycznych względów, lecz jest niewątpliwie także problemem, dającym się rozwiązać. Jeżeli dotąd nadaremnie racyonaliści usiłowali wytłómaczyc początki chrześcijaństwa, to jedynie dlatego, że nie trzymali się metody prawdziwej. Skoro chrześcijaństwo jest faktem dziejowym, należało je badać za pomocą historycznej metody, a nie a priori, według z góry powziętych pojęć filozoficznych. Metoda zaś historyczna zaczyna od krytycznego rozbioru dokumentów, bo bez nich nie można rozprawiać o faktach. Powstaje więc pytanie: czy są dokumenta, z których dałyby się wysnuć pewne wiadomości o początkach naszej religii? a jeżeli są, jakąż one mają wartość krytyczną i z jakich czasów pochodzą? Na te pytania równie ważne, jak ciekawe, odpowiem w rozprawach następnych.







  1. Drugieto dzieło tak autor streszcza: Christna et le Christ est la parallèle du rédempteur indou et du rédempteur chrétien. Mêmes traditions, mêmes aventures, même enseignement, même but, le Christ Juif n'est evidemment qu'une figure légendaire du Christ Indou. Gruntowną odprawę dał paszkwilom i ramotom autora oryentalista Harlez w dziele: Vedisme, Bramanisme et Christianisme. Paris 1882. Palmé.
  2. La Bible dans l'Inde p. 3-6.
  3. Tamże str. 8-11.
  4. Dla rozweselenia filologów, przytoczę Mezopotamię, która ma pochodzić z madya potama, w środku rzek. Oczywiście potama, po sanskrycku nic nie znaczy, a środek, środkowy pisze się madhya. Anaxagoras ma znaczyć po sanskrycku: Ananga guru, mistrz ducha, a Protagoras = Prata guru, mistrz nauk; ale prata nie istnieje, a guru „ciężki, poważny, nauczyciel“ nie ma nic wspólnego z greckiem agora, zebranie ludowe, rynek. Ifigenia ma być apha gana, pozbawiona potomstwa, ale apha nic nie znaczy. Mołdawię wyprowadza autor z Mal-dha-va = człowiek ostatniej klasy, jednakże trzy te zgłoski nie mają żadnego sensu w sanskryckiem itd.
  5. Według autora prawa króla Manu, zostały spisane trzy tysiące lat przed Chrystusem i były wzorem, według którego układały się wszystkie prawodawstwa starożytne. Albrecht Weber jednak dowiódł, że te słynne prawa zostały dopiero spisane w drugim wieku naszej ery, bo nazwa Pahlavas, dawana Partom, nie jest starszą od IIgo wieku. Prawa te stanowią, że gdy narzeczona doszła do lat sposobnych do zamężcia, ojciec jej uwiadamia narzeczonego, że może ją zaślubić, a uczony prezes trybunału objaśnia nam, że w Rzymie było taksamo, bo: in potestante manente filia, pater sponso nuntium remittere potest, nie wiedząc, że nuntium remittere znaczy zerwać zaręczyny lub małżeństwo.
  6. Les travaux des Strage, des Colbrooke, des William Jones, des Weber, des Lassen et des Burnouf sont venus porter un peu de lumière sur toutes ces choses i t. d. (La Bible dans l'Inde p. 16). Toutes les connaissances acquises en Europe ne servent de rien pour approfondir l'Inde ancienne (tamże r. 17) itd.
  7. Max Müller: Kein Kenner der Sanskrit-Literatur würde einen Augenblick darüber in Zweifen sein, dass sie Erdichtungen sind und dass M. Jacolliot, der Praesident des Gescichtshof in Chandernagore, von seinem lndischen Lehrer und Freund betrogen worden ist. (Einleitung in die vergleichende Religionswissenschaft p. 301. Zob. także Harlez: l'enselmble est tout simplement inventé (Vedisme, Brahmanisme et Christianisme p. 115). On se demundera certainement pourquoi M. Jacolliut n'indique pas les livres et les chapitres anxquels il a pris ces textes d'une si haute importance. La résponse à cette question est bien simple...... M. Jacnlliot est de force à inventer des textes pour le bosoin de la cause (tamże str. 125 i 126).
  8. La Bible dans l'Inde p. 261-294).
  9. Wspomniałem już, że Chrystna jestto wyraz zmyślony. Taksamo są zmyślone nazwiska autorów Pururawy, Narady, Pulastyi i ksiąg Vedangas. Żaden sanskrytolog nigdy o nich nie słyszał.
  10. Tamże str. 2105: Je ne crois pas que les orientalistes sérieux viennent contredire en rien ce que j'ai avancé sur la vierge Dévanaguy et son fils Christna.
  11. Pisownię łacińską słów sanskryckich, powszechnie przyjętą przez uczonych europejskich, a zastosowaną do wymowy angielskiej, zmieniłem o tyle, ze zamiast j kładę lub , zamiast y kładę j, a zamiast c zawsze ć lub cz stosownie do samogłosek, które następują. Tak np. niemieccy, angielscy, francuscy i włoscy uczeni piszą zgodnie: catur (cztery), cira (kora), jará (starość), jîva (żywy), jná (znać), yajus (modlitwa), któreto słowa Polak będzie wymawiał: czatur, ćira, dżara, dziwa, dżna, jadżus. Wolałem trzy wspomniane brzmienia tak pisać, jak się wymawiają. Dodaję, że r przed spółgłoską wymawia się w sanskryckiem jak samogłoska, np. Krszna = Kryszna. Nareszcie przez sz oddawałem angielskie sh, a sanskryckie v przez w.
  12. Czytaj: Krysznadżanmasztami.
  13. Piccola enciclopedia indiana. Torino 1867, p. 242. Zobacz także p. 363: La Trimurti o trinità è un tardo concepimento bramanico e specialmente puranico, inspiratosi e deturpatosi sopra il dogma Cristiano.
  14. Tripitaka cz. trzy kosze rozpadają się na Suttapitaka (przypowieści i nauki Budy,) Vinaja-pitaka (przepisy życia zakonnego) Abhidarma-pitaka (wykład metafizyki).
  15. Kern, Der Buddhismus und seine Geschichte in Indien. Leipzig 1882. Tom I str. 480.
  16. Tamże str. 481.
  17. Tamże str. 497.
  18. Zob. tamże str. 501.
  19. Tamże str. 502.
  20. Tamże str. 503.
  21. Tamże str. 505.
  22. Tamże str. 510.
  23. Tamże str. 511.
  24. Tamże str. 513.
  25. Zob. tamże szczegółnie str. 530-536.
  26. Kilka wyrzeczeń Budy i jego przedniejszych uczniów o wartości rodu kobiecego, znajdzie czytelnik w dziele Kerna, w tomie I, str. 566-570. Jeżeli bramanizm twardy był dla kobiet, uważając je za lekkomyślne istoty, których nie można nigdy dosyć pilnować, to budyzm pogarszał jeszcze ich położenie, odmawiając im prawa do nirwany, po naszemu prawa do zbawienia, które im pozostawili bramani (Kern, I str. 380).
  27. Kern, der Buddhismus itd. Tom I, str. 546.
  28. Tamże str. 546-548.
  29. The religions of India. London 1882. (Trüner) str. 109: the absence of every theological element and a conspicious aversion to pure speculation
  30. Barth, str. 110. Taksamo o budyzmie wyraża się Rhys Davids: For the first time in the history of the world, it proclaimed a salvation which each man could gain for himself, and by himself, in this world, during this life, without any the least reference to God, or to gods, either great or small. (Indian Buddhism London 1881. Williams and Norgate, p. 29).
  31. Zob. cytowane dzieło Kerna t. I. str. 160.
  32. Panteistyczne religie Wschodu daleko więcej opiekują się zwierzętami, niż ludźmi. Wspomniałem wyżej o czułej troskliwości, którą Awesta psa każdego otacza, ludzi zaś oddaje pod grozę niesłychanie okrutnych i wyrafinowanych praw karnych. Taksamo bramanizm każdemu żyjątku i nieżyjątku nawet udziela opieki, tylko dla człowieka nie zna litości. Księgi Manu, będące dotąd kodeksem cywilnym ludów indyjskich, zabraniają wpatrywać się w słońce, gdy wschodzi lub zachodzi; przechodzić przez powróz, na którym uwiązane jest cielę; dmuchać na ogień, wypluwać w wodę, przeszkadzać krowie gdy pije, chodzić po włosach lub popiele, zabijać robaka, a cóż dopiero krowę. Wszystko to są uczynki karygodne, obłożone straszliwemi klątwami. Naodwrót, kobieta cudzołożna ma być przez psy rozszarpana na rynku, a jej kochanek spalony na roście; złodziej ma być zabity maczugą lub stratowany przez słonia; człowiek z niższej kasty, kopnąwszy kogoś z wyższej kasty, traci część ciała, którą wyrządził zniewagę. A nieszczęśliwy sudra lub parjaz jest w nieustającem niebezpieczeństwie życia od rana do wieczora. Jeżeli słowem obrazi kogoś z trzech wyższych kast, ucinają mu język lub wsadzają w usta rozpalone żelazo; jeżeli zrobi choć skromną uwagę bramanowi, leją mu oliwę wrzącą w usta i w uszy; jeżeli siada obok niego, jest piętnowany; jeżeli zakocha się w panience dobrze urodzonej, jest karany śmiercią itd. Liczne inne szczegóły znajdą czytelnicy w dziele oryentalisty Harlez: Vedisme, brahmanisme et christianisme, str. 48-50, 181-184, 189-195. Budyzm nic nie zrobił, aby znieść te ohydne prawa i uświęcony przez nie podział na kasty. Największy znawca budyzmu, Eugène Burnouf, powiada, że jego założyciel przeciw podziałowi na kasty ne fait pas une seule objection politique. (Introduction à l'histoire du Buddhime indien. Paris 1876, str. 135 i nast). Zob. także Kerna cytowane już dzieło t. I, str. 564. Że budyzm dla kobiety indyjskiej nic nie robił, a nawet jej położenie pogorszył, wspomniałem wyżej, a jeżeli przypuszczał pariasów do życia zakonnego, a często o nich wyrażał się życzliwie, dobrze jest wspomnieć, że daleko łaskawsze dla parjasów słowa znajdują się w poetach niebudystach. Zob. Kerna tom I, str. 563.
  33. Spiegel, Eranische Alterthumskunde. Bd. I. p. 661. Bd III. p. 717-722.
  34. Piszący w r. 540 Kosmas Indikopleustes, który, zanim został mnichem w klasztorze Raitu na półwyspie synaickim, skrzętnym był kupcem i podróżował wiele nietylko po morzu Śródziemnem i Czerwonem, lecz nawet po Indyjskiem (zkąd jego przydomek), opowiada, jak chrześcijaństwo za jego czasów nietylko po całej Persyi było rozszerzone, lecz nawet po wyspach morza Indyjskiego, a biskupi tamtejsi byli konsekrowani przez biskupów perskich. Jego przyjaciel Sopatros, który umarł w r. 512, pojechawszy raz do Sieledyby (zam. Sihaladipy, tj. wyspa lwów, dziś Ceylon), zastał tam kwitnącą dyecezyę chrześcijańską. Zob. artykuł: Kosmas der Indienfahrer w Jahrbücher für protestantische Theologie. Rok 1883. Zeszyt 1szy, str. 104-141. Zkądinąd wiadomo, że arcybiskupi perscy w Seleucyi wywierali wielki wpływ na Indye przedgangesowe, a po swojem oderwaniu się od patryarchatu antyocheńskiego, gdy przeszli na herezyę Nestoryusza, uważali siebie nietylko za metropolitów Persyi, lecz całych także Indyj. Spiegel, Eranische Alterthumskunde. Tom 1, str. 719.
  35. Indian Buddhism, str. 147 i 190.
  36. Tamże str. 151.
  37. Tamże str. 152.
  38. Zob. tom I, str. 237-270 niemieckiego przekładu: Geschichte der geistigen Entwickelung Europas. Leipzig 1865. 2. Bde.
  39. Les conflits de la science et de la religion, p. 35.
  40. L'Église chrétienne. Paris 1879, p. I.
  41. Tom I, str. 10.
  42. Tom I, str. 17.
  43. List II, rozdział I, str. 16.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Pawlicki.