<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Bełza
Tytuł Odgłosy Szkocyi
Wydawca Gebethner i Wolff
Wydanie drugie
Data wyd. 1900
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.


Droga do Anglii. — Odjazd z Vlissingen. — Myśli moje na pokładzie odpływającego statku. — Nieco historycznych wspomnień. — Podróż morzem i brzegi Tamizy. — Z Queenboro do Londynu. — Londyn. — Pierwsze wrażenie. — Cab’y i koleje podziemne. — Kilka ogólnych uwag.

Calais, Ostenda, Vlissingen i Roterdam — są to miejsca, które najwięcej przesyłają Anglii podróżnych. Rozsiadłe łukiem nad brzegami kanału i morza, które choć myje progi aż pięciu państw, w bezgranicznej chciwości uważane jest przez Niemców za morze wyłącznie niemieckie, patrzą one oko w oko na dumny Albjon, i rok rocznie przez mętne fale wód słonych nawiedzają okrętami swymi ten kraj, który geograficznie acz zalicza się do Europy, odcięty od niej „srebrną — jak powiada Szekspir — wstęgą wody“, faktycznie stanowi świat odmienny, niewiele z Europą mający wspólnego. Kto więc gnany, czy interesem, czy chęcią nauki, czyli też gorączką tylko widzenia nieznanego i ciekawego, pragnie ze stałego lądu przenieść się na tę wyspę, która w dziejach i postępie świata tak pierwszorzędną odegrała rolę, ten miast tych pominąć nie może, tu bowiem znajduje on przedewszystkiem środki regularnego transportu, które z zegarkową ścisłością, niby koleje żelazne, utrzymują komunikacyę między dwiema kończynami morza.
Kto jednak, w podróżach swoich po świecie, nie rad rozstaje się z suchym pod nogami gruntem, i czy to dzięki fantazyi, czy organicznej kompleksyi, dłuższej podróży morzem znosić nie chce, ten niech pomija, jadąc do Anglii, i Ostendę, i Roterdam, i Vlissingen, a zakreśliwszy łuk z Brukselli aż po północny skraj Francyi, niech powierza losy swoje statkowi angielskiemu w Calais, który, jak o tem głoszą reklamy na każdej ulicy w Londynie, w ciągu sześćdziesięciu tylko minut (60 minutes only) przerzyna niewielką zresztą przestrzeń do Dovru, zkąd już jedynie trzy godziny koleją do stolicy Wielkiej Brytanii. Prawda, że przez te 60 minut tylko, może on czasami, gdy Eol gniewnie wieje, napić się więcej wody słonej niż ten, który dłużej z Ostendy, Vlissingen lub Roterdamu na morzu się kołysze, — kanał bowiem acz wązki w tem miejscu, nieraz przecież bywa bardzo burzliwy, niemniej jednak drogę tę zalecić mogę wszystkim, których kołysanie statku o mdłość przyprawia, nadewszystko też pięknym towarzyszkom dni naszych, które tak często (zwłaszcza też, niestety, w Polsce!) słabą ręką sięgając po ster i władzę, — na morzu, gdy rozhukane żywioły okrętem jak łupiną rzucają, czuć chyba muszą kruchość sił swoich, bez których przecież ster, jak chorągiewka, bezustannie chwiać się w ręku musi. Im więc, im przedewszystkiem, radzę jechać do Anglii przez Calais (jeżeli wogóle — o czem wątpię, — do Anglii jeździć będą), a wszystkich innych zapraszam z sobą na statek, który majestatycznie kołysze się w vlissingeńskiej przystani i za chwilę wyruszyć ma w drogę, by po siedmiogodzinnej podróży stanąć w Queenboro, nad brzegami szerokiej w tem miejscu, niemal jak samo morze, Tamizy. A w tej przystani wre w tej chwili, jak w garnku. Tłumy ludzi, przeróżnej narodowości, spieszą z pakunkami w ręku do pomostu, chłopcy okrętowi biegają tu i owdzie jak szaleni, rosłe i silne meklemburskie konie, zwożą na małych i szerokich wózkach bagaże, którym ręka ludzka podołać nie może, — wszędzie gwar, krzyk, świst, nawoływania.
Nareszcie wszystko się ucisza, na zegarze vlissingeńskiego ratusza poważnie bije dwunasta, na wywyższeniu parowca, tym tronie, na którym niepodzielnie dzierży władzę kapitan (ten już na szczęście, niepodzielnie tu włada), dostrzegamy milczący sygnał, pękają okrętowe liny, z piekielnym pośpiechem pomost ściągniętym zostaje na ląd, kłęby ciemnego dymu wyzywająco buchają w górę, pod nogami uczuwamy bujanie, jak na huśtawce, — statek rusza.
Rusza zrazu powolniej, potem prędzej, próbuje naprzód, jak dziecko uczące się chodzić, sił swoich, trzymając się skraju ziemi, zarysowującej się w coraz mniej widocznych konturach, nareszcie ląd nie dotrzymuje mu towarzystwa, poza mgłą i pianą fal wodnych szarzeje i chowa się w cieniu, — jesteśmy na pełnem morzu.
Stoję na pokładzie i rzucam wzrok w stronę Vlissingen. Co za widok, co za wspomnienia! Przedemną wdali widnieją wieżyce miasta, które w dziejach niepodległości swego kraju, odegrało niemal że pierwszorzędną rolę, którego port i doki zaliczane były czas długi do najlepszych na północy Europy. Tak jest. Kiedy kajdany Hiszpanów, zbyt głęboko wrzynały się w ciała Holendrów, kiedy srogie kohorty Filipa II zbyt wiele wyrządzały krzywdy spokojnym mieszkańcom „niskiego kraju“, wtedy Vlissingen, jedno z pierwszych porwało się do broni, wyzwało zuchwale do walki straszną potęgę pierwszego naówczas mocarza świata i nie spoczęło, aż ta potęga skruszona rozsypała się w proch nad brzegami północnego morza. Znaną jest oszczędność i chciwość pieniędzy Holendrów, cudzoziemcy chętnie twierdzą, że dla chciwości poświęcić są oni w stanie wszystko. Vlissingen i temu kłam zadało. W czasie walki z Filipem, wpadł w ręce mieszkańców tego miasta, Paschiecco, ulubiony adjutant srogiego mocarza. Na zasadzie praw wojennych czekała go szubienica i nie łudził się on pod tym względem. Ale postanowił zagrać na czułej strunie Holendrów, ofiarował im za siebie kolosalny okup. „Wolimy widzieć go na szubienicy, niż jego pieniądze w kieszeni“, brzmiała odpowiedź mieszkańców, i nieszczęśliwy niewolnik zawisł na haku, niby pogróżka dla tych wszystkich, którzyby z kajdanami przychodzić tu chcieli.
A dalej. Tu urodził się admirał Ruyter, jeden z największych bohaterów morza, jakich Holandya wydała. Chłopiec powroźniczy, później majtek, kapitan statku i admirał królowej mórz, Ruyter odbył kilka podróży do Indyi, i wygrał 8 krwawych bitew morskich. Jego to genjusz wojenny sprawił, że Holandya przez czas długi berło wód dzierżyła w swoich dłoniach, i acz mało i słabo zaludniona, w dziejach świata odgrywała rolę, jaką przywłaszczają dziś sobie ci tylko, którzy rozporządzają miljonami bagnetów.
A vlissingeński port? Położony u ujścia wielkiej rzeki, Vlissingen ma port z pewnością jeden z najlepszych w Europie. Już w dawnych czasach dobroć tę doskonale rozumiano, a Karol V, pisząc nauki dla swego syna, kazał dobrze strzedz tej cennej przystani. To też rząd nie skąpił grosza na to, aby port ten rozszerzać i pogłębiać, i był czas, że istotnie wrzało tu, jak w prawdziwym ulu, że setki największych okrętów stały tu na kotwicy, że miljony pak z towarem walały się w składach nadbrzeżnych. A dziś co? Miasto, jak było, tak jest; port pozostał, jakim był dawniej, ale polityczna rola Vlissingen, sprowadzoną została do zera, ale port jego i doki świecą, pomimo swej dobroci, pustkami. Patrząc na to uciekające mi z przed oczu miasto, myślę o tem z głęboką zadumą, podziwiam kruchość rzeczy ludzkich, niezbadane Opatrzności wyroki, i robi mi się na duszy niewypowiedzianie przykro, bo tam wdali na wschodzie poza tem biednem dziś Vlissingen, przypomina mi się inny droższy mi daleko skraj ziemi, który też kiedyś odgrywał wielką w dziejach świata rolę, który też kiedyś dyktował prawa innym, a dziś podeptany przez tych, co mu hołd publicznie składali, skazany jest na podścielisko dla rasy, która napiwszy się już tyle krwi słowiańskiej, nienasycona prze się zuchwale, wciąż na wschód, pod pokrywką cywilizacyi, niosąc tam zniszczenie i śmierć...
Vlissingen teraźniejsze, nie jest takiem, jakie je dawne wieki oglądały, zbiedniało ono i zeszpetniało do niepoznania. Wysunąwszy się na pierwszy plan, dzięki udziałowi w walce o niepodległość swego kraju, wydawszy tak wielkiego człowieka, jak Ruyter, który w swoim czasie nie miał równego sobie wojownika, stało się ono solą w oku Anglikom, którzy niczyjej wyższości na wodzie nigdy i nigdzie znieść nie mogli. To też skorzystawszy z pretekstu, przyszli tu w przeważającej sile, otoczyli ognistemi paszczami całe miasto, zionęli na nie tysiącem kul, i w krótkim czasie zamienili najbogatsze jego dzielnice w perzynę, na miejscu wspaniałych nie tak dawno jeszcze gmachów, pozostawiając czarne i straszne, jak symbol śmierci, ruiny. Od tego czasu Vlissingen podnieść się już na nogi nie mogło, lew brytański szpony swoje zapuścił mu aż do środka serca, pozostał cień dawnej wielkości tylko, ślad życia, które niepowrotnie uleciało.
Potężna i wolna Angljo, pomyślałem, schodząc z pokładu, gdy już tylko okrągła kula morska widniała mi zewsząd przed oczami, wielką byłaś i jesteś bezsprzecznie, i zasługi twe dla cywilizacyi nieocenione, ale ileż ty w paśmie dziejów popełniłaś bezprawi, ile krwi i łez wytoczyłaś na szerokich przestworach ludzkiego globu, dla nasycenia swej bezgranicznej ambicyi, pychy i chciwości!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .


Tymczasem statek mknął w stronę północno-zachodnią, jak strzała. Dzień był piękny, słońce kołysząc się na widnokręgu, posyłało miłosne pocałunki ziemi, zielone fale północnego morza zlekka tylko poruszały okrętem. Całe towarzystwo złożone przeważnie z Niemców, przechadzało się spokojnie na pokładzie, zewsząd dolatywały moich uszu gardlane dźwięki angielskiej służby i serdeczne dobroduszne uśmiechy germańskich podróżnych.
Podróż statkiem, gdy morze jest spokojne, należy niezawodnie do najprzyjemniejszych podróży w świecie. Wprawdzie nie przesuwają ci się tu przed oczami widoki, jakimi cię darzy każdy pociąg kolei żelaznej, prujący z niesłychaną szybkością przestrzenie; wprawdzie, gdzie okiem dokoła rzucisz, masz monotonne obszary wód, ale na statku nie czujesz się tak skrępowanym, jak w wagonie, jesteś, jak gdyby we własnym domu, jak gdyby w gronie dobrych swoich znajomych i życzliwych. Czas ci tu płynie weselej i przyjemniej, nie uczuwasz tego znużenia co na kolejowych szynach, nie doświadczasz tej trawiącej gorączki, jaka cię nie opuszcza w pociągu, a gdy chcesz umysł oderwać od tego, co cię otacza i skierować ku obranemu przedmiotowi, możesz to tu tak dobrze uczynić, jak w wygodnym fotelu we własnym gabinecie. To też chętnie zawsze stawiam nogę na statek, chętnie burzliwemu żywiołowi powierzam losy moje, a każda dłuższa czy krótsza przejażdżka po morzu, napawa mnie nieopisanem zadowoleniem, każde po niej stąpnięcie na ląd, przejmuje mnie nieopisanym smutkiem. I nic dziwnego. Tu bo zawisły jak ptak między niebem a ziemią, czuję się dopiero prawdziwie wolnym, tu dopiero mogę wyzwolić ducha mego z więzów krępujących go na lądzie, tu oddycham pełną piersią, żyję życiem pełnem. Mimowoli stają mi tu zawsze na myśli słowa największego poety, bezmyślnie niemal usta moje szepcą je, i teraz, gdy się wpatruję w dal bezbrzeżną i szarą:

„I mój duch, masztu lotem buja wśród odmętu,
„Wzdyma się wyobraźnia, jak warkocz tych żagli,
„Mimowolny krzyk łączę z wesołym orszakiem;
„Wyciągam ręce, padam na piersi okrętu
„Zdaje się, że pierś moja do pędu go nagli:
„Lekko mi, rzeźwo! lubo! wiem, co to być ptakiem“.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Podróż z Vlissingen do Queenboro trwa siedm godzin. Na jaką godzinę przed przybiciem do tej ostatniej przystani, kołysanie statku się zmniejsza, zrazu wdali, później coraz bliżej dostrzegasz bryły szarej ziemi, bryły te rosną ci w oczach jakby na drożdżach, ukazują ci się poza niemi czerwone dachy i ścięte ukośnie wieżyce, czujesz, że się zbliża kres twojej podróży. Te bryły ziemi, które tu teraz mam przed oczami, to brzegi Tamizy. Wązka, tak że ją niemal przeskoczyć można w Oksfordzie, niezbyt nawet jeszcze szeroka w Windsorze i Londynie, tu królowa ta rzek angielskich majestatycznie wlewa się do morza, i rozszerzywszy bezbrzeżnie swoje ramiona, zdaje się być samem nawet morzem. To też płynąc już po jej powierzchni, sądzisz jeszcze, żeś z morza się nie wydostał, żaden bowiem geograf nie przeprowadził linii demarkacyjnej, między jej słodkiemi wodami, a słono gorzkimi nurtami tego ostatniego. Przecież kapitan okrętu powiada, że jesteśmy już na Tamizie, trzeba więc wierzyć i przyglądać się jej brzegom. A brzegi te pospolite, bardzo pospolite. Po jednej i po drugiej stronie pola i ogrody pełne gęstych drzew, miejscami domy i grupy ustawione i jak wojsko do siebie podobne, gdzieniegdzie kościół biedny i mały, stylem swoim nie przypominający nawet świątyni Pana. Wszystko to jakieś powszednie i zwykłe, wszystko jakąś swojszczyzną trąci, i gdyby ci świst pary nie mówił, że jesteś het gdzieś poza rodzinnym krajem, sądziłbyś, że te płaskie ziemi przestrzenie, to brzegi twojego Powiśla, a te piaski ukazujące ci się tu i owdzie, to piaski twojego Mazowsza. A jednak! Wielki Boże, jakaż zachodzi różnica pomiędzy tem co roztacza się tu przed moim wzrokiem, a tem, co we śnie i na jawie, stoi mi ciągle, jak wspomnienie wczesnej młodości, niezatarte przed okiem duszy mojej...
W Queenboro już jesteś w innym świecie. Dopóki stałeś na pokładzie okrętu, czułeś pod sobą ląd Europy, słyszałeś język, który acz dziś, dzięki brutalnej polityce Krzyżaków i naciskowi, z jakim go pjonierowie germanizmu z mieczem w dłoni na wschód Europy niosą, niemile draźni nasze uszy, przecież nie pozbył się dla nas jeszcze uroku, jaki weń wleli Szyller i Goete, widziałeś twarze spotykane na ulicach Warszawy. Tu wszystko znika, gdzie wzrok rzucisz i ludzie nowi i porządki odmienne, gdzie ucho nadstawisz, język nieznany i z żadnym innym nie mający nic wspólnego, Niemcy twoi, którzy cię gwarem i śmiechem otaczali na pokładzie okrętu, tu gdzieś przepadli i roztopili się w tym nowym świecie, jesteś sam, i czujesz, że na nikogo prócz siebie nie możesz liczyć, tyle tu twarzy obojętnych, tyle zimnych i nie spieszących się wcale z pomocą dłoni. Zaledwie rozejrzysz się dokoła, aliści odrazu spostrzegasz, że jesteś w ojczyznie self helpu, że tu każdy sam sobie radzić musi, że o obcego nikt się tu zgoła nie troszczy. Tak jest, nikt. Na przystani w Queenboro, kręciła się nas przed chwilą gromadka cudzoziemców, wszyscy stąpaliśmy po raz pierwszy po angielskiej ziemi, nikt z nas nie wiedział, jak i gdzie się tu obrócić, każdy okiem zdawał się wzywać objaśnień. Koło nas przechodziła służba londyńskiej kolei, pociąg miał za chwilę odchodzić do stolicy, nikt się nie spytał, pocośmy tu przyszli, i gdzie podążyć na noc zamierzamy. Ktoś z pośród nas, nie umiejący po angielsku, zwraca się z niemieckiemi słowy do opodal przechadzającego się urzędnika:
I do not understand (nie rozumiem) — brzmi odpowiedź, i Anglik podąża najspokojniej do swojego zajęcia.
„I do not understand“ (nie rozumiem) te słowa słyszysz w Anglii na każdym kroku, ilekroć nie znając mowy Szekspira i Byrona, zapytasz o coś w obcym języku, Anglik bowiem dumny z tego, że językiem jego mówi najwięcej ludzi na świecie, nie uczy się cudzoziemskiej mowy, co więcej, okazuje dla niej wyraźną niechęć. Dawniej podobno niechęć ta szła jeszcze dalej, wytykano w Londynie palcem każdego, kto po francuzku lub niemiecku się odezwał, — dziś prąd postępu zburzył tę wstrętną średniowiecczyznę, ale niechęć niechęcią pozostała i choć się spokojnie słucha, jak kto mówi po francuzku lub niemiecku, przecież się mu żadnych ułatwień nie udziela. Stranger (obcy), — jak dawniej tak i teraz jest w Anglii nie najmilej widziany, to też rzadko bardzo on tu z laską turysty przychodzi, zwłaszcza gdy do Anglika jego własnym językiem poprawnie mówić nie umie. I ten rys charakterystyczny Anglików uderza cię od pierwszego stąpnięcia na ich ziemi, od pierwszej chwili widzisz chłód i obojętność dokoła, nie czujesz tu tego nadskakiwania, jakie towarzyszy ci wszędzie we Francyi lub Szwajcaryi, nikt o ciebie nie dba, nikt na cię nie zważa. Przyjechałeś tu z Europy, to dobrze, możesz pozostać i płacić za wszystko garścią szylingów, ale jeżeli ci się podoba, wracaj, zkądeś przyszedł, i nie przyjeżdżaj nigdy, oto hasło, oto dewiza Anglików. England for Englishmen (Anglja dla Anglików) rozlega się tu dokoła, a obcy kiedy się przypadkiem w tym kraju znajdzie, powinien czuć się szczęśliwym i osobą swą nie zawadzać nikomu. Zwłaszcza też powinien umieć po angielsku; gdy nie umie „I do not understand“ (nie rozumiem) będzie brzmiało mu ciągle przed uszami.
Niejednokrotnie słyszałem, bawiąc w Anglii, że dziś coraz więcej języki obce znajdują rozpowszechnienie w tym kraju, że damy, zwłaszcza z arystokracyi, poprawnie już wyrażają się po francuzku i niemiecku, a Circulating libraries w Londynie (wypożyczalnie książek) nastarczyć nie mogą romansów, pisanych językiem Balzaca i Dumasa. Być może, — ale damy wielkiego świata kryją się po buduarach swoich pałaców wiejskich, a wpośród zwyczajnych śmiertelników, postępu w tym względzie wcale nie widać. „I do not understand“ (nie rozumiem) jest więc w świecie, w którym się w Anglii cudzoziemiec ciągle obraca, po dawnemu zdawkową monetą, chyba, że się przeskoczy szybko baryery rozdzielające high life (wyższy świat) od niższego tłumu, i w atmosferze przesiąkłej piżmem i paryskich perfum wonią, zacznie rozmowę o... nudach życia, gdy się go nie chce zapełnić poważną nauką i pracą. Ale tych baryer, bawiąc po tamtej stronie kanału, nie przekroczyłem ja ani na jedną chwilę.
Ale oto pociąg ma ruszyć do Londynu. Szczęśliwszy od moich współtowarzyszów morskiej podróży, zapytuję po angielsku pierwszego lepszego urzędnika, w którą stronę udać mi się z budynku celnego wypada, ten mi wskazuje szereg wagonów i przeznaczoną do mojego użytku second class (klasę drugą); rozsiadam się w wygodnem coupé, szerszem i widniejszem daleko od europejskiego, a wkrótce potem turkot kół i świst pary mówi mi, że się oddalam od Tamizy i brzegów morza.
Kto raz siedział w pociągu kolei angielskiej, ten wie z własnego doświadczenia, z jakim pośpiechem prują one przestrzenie. Istotnie, kiedy się porówna bieg angielskiego zwyczajnego train’u z tem, co my w domu pospolicie kuryerem nazywamy, uczuwa się tak kolosalną na korzyść pierwszego różnicę, iż bieg drugiego niemal żółwim chodem się wydaje. Zwłaszcza też te nasze długie przystanki na pośrednich stacyach, nieznane są wcale Anglikom, pociąg przelatuje pośrednie miejscowości z szybkością, z jaką bieży u nas po zwyczajnej drodze, i tylko parę tu razy w ciągu przeszło dwugodzinnej jazdy, przystaje i to na krótko, cel jego bowiem polega na tem, aby przybywającego ze stałego lądu, jak najprędzej wysadzić w sercu Anglii. I cel ten osiągnięty jest z zegarkową ścisłością. Około godziny 10 znajduję się już w moim „Kayser Royal“ hotelu na Blackfriars, i z okien mojego nowego pied à terre posyłam pierwsze powitanie i pierwszą „dobranoc“ Londynowi.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Ktoś, co się kiedyś znalazł w stolicy Anglii i przeszedł po Strandzie i po Fleet-street w City, nazwał te ulice i tę dzielnicę Londynu niezwykle olbrzymiem mrowiskiem. Porównanie trafne. Jak w mrowisku bowiem, od rana do późnej nocy, wre życie i działalność gorączkowa, tak tu w tem sercu Londynu, gdzie okiem rzucisz, wszędzie ruch, tłumy pieszych i konnych. Wychodzę z mojego hotelu i ustawiam się na rogu ulicy Ludgate Hill. Przede mną Farringdon street, za mną New Bridge street, na lewo i na prawo Fleet street i Ludgate, które toną jak kanały w morzu, w małym placyku, nad którym dominuje św. Paweł. Jest godzina 9 rano, Paryż i Wiedeń śpią jeszcze w najlepsze o tej porze. Tu... proszę patrzeć. Jak daleko ogarniesz okiem horyzont, wszędzie potoki głów ludzkich i końskich, jak daleko najsubtelniejszem uchem zasłyszeć możesz, wszędzie turkot, zgiełk, nawoływania. Ludzie nie idą tu, lecz biegną, omnibusy i wozy długą na kilka staj linią, nierozdzielone ciągną, jak stada odlatujących bocianów, a wpośród tego, jak jaskółki przestrzeń szybko prujące, uwijają się lekkie dwukonne caby, bijące w oczy swoją czystością i elegancyą. Widok bezsprzecznie jedyny w świecie. Ani Paryż ze swemi Champs Elisés, ani Wiedeń z Praterem i Ringami, ani dorobkowicz Berlin, z Lindami i Thiergartenem, w porównanie z tą częścią City iść nie mogą, berło pierwszeństwa oddać pokornie jej muszą. Zdaje się, patrząc na to piekło, jakie tu od rana do zmroku panuje, że katastrofa czyha tu na ciebie na każdym kroku, że nie możesz w żaden sposób wyjść ztąd cały, że jeśli cię nie zgniotą i nie roztratują te konie i wozy, które ze wszech stron na ciebie nacierają, to cię podepczą te procesye ludzi, które płyną nie pytając o nic i na nic nie patrząc. A jednak stoisz tu bezpieczny i nietknięty, przechodzisz nawet spokojnie między tym zygzakiem koni, ludzi, omnibusów i furgonów, bo nad tym całym szalonym ruchem panuje człowiek, który kieruje nim ze zręcznością prawdziwego artysty. Człowiekiem tym jest policeman. Czytałem gdzieś, że pewnego razu przyprowadzono tu na Ludgate Hill w City, najpierwszego przewodnika alpejskiego, i że ten, postawszy tu chwil kilka, miał wyznać, iż łatwiej dlań jest oryentować się wśród skał „Białej Góry“, niż w tym lesie utworzonym z jestestw żywych. Anglicy lubią te jego słowa powtarzać, a zarazem dodają, że ich policeman, oryentować się tu potrafi. I nie przesadzają oni na włos, on jeden i jedyny chyba w świecie, nie traci w tym szalonym wirze głowy, wie co robić i do czego się brać. Bo proszę patrzeć. Z Fleet street, wpada właśnie na Ludgate Hill gęsta ciemna gromada ludzi. Są to urzędnicy Banku i Mansion House, spieszący do swoich zajęć. Za nimi ciągnie z kilkadziesiąt cabów i omnibusów, ani sposób przedostać się z New-Bridge street na Faringdon. Ktoś tam śmielszej nieco natury, puszcza się z lękliwą miną, bo mu spieszno na Holborn Viaduct, gdzie ma ważny załatwić interes, łby jednak końskie, które czuje na swojem ramieniu, mówią mu, że się z nadzieją tą pożegnać musi na długo. Aż oto spostrzega to poważny policeman, i okiem daje mu do zrozumienia, że zamiar jego udać się musi. Na dany sygnał, na sekundę ruch na Ludgate Hill się wstrzymuje, przez tę sekundę nasz interesowany i tłumy inne za nim przedostają się na drugą stronę ruchliwej ulicy, a za chwilę potem potok płynie jak dawniej, procesye ludzi i koni jak dawniej ciągną w stronę placu świętego Pawła. Patrząc na to, widzisz najwyraźniej, że policeman jest najważniejszem kółkiem w tej maszynie, że bez niego wstrzymaćby się ona musiała, lub pogruchotać wszystko, coby stanęło jej na drodze, i z prawdziwym szacunkiem i podziwem patrzysz na tego sprężystego urzędnika porządku, który tu jest pierwszym organem bezpieczeństwa publicznego. Zaiste, Londyn bez policemanów jakżeby smutno wyglądał, i ile to krwawych hekatomb spotykalibyśmy w nim na każdym kroku, gdyby od rana do nocy nie stał on w opiętym ciemnym mundurze, w spuszczonej oryginalnie na brodę czapce, na ulicy, i wytężonym wzrokiem nie patrzał, czy tam kto nie staje się ofiarą własnej nieostrożności lub zaniedbania. I jeżeli pomimo cały piekielny ruch, jaki wszędzie, a zwłaszcza też w City w dzień panuje, stosunkowo jest w Londynie mniej wypadków, niż Paryżu, Wiedniu i Berlinie, to zaiste zasługa to policemana, tego inteligentnego i czujnego stróża, który nie gra tu jak gdzieindziej roli automatu, ale patrzy, aby widzieć, stoi, aby osobą swą dopomagać. Jest on też dobroczynną gwiazdą tego miasta, tego królestwa o pięciu blisko miljonach mieszkańców, i bez niego — nie wątpię o tem na chwilę, — jednego dnia spokojnie, nikt a zwłaszcza też cudzoziemiec, w tej metropolii całego świata, z pewnościąby nie przeżył.
Bo naprzykład, zejdźmy z ulicy na dół i skierujmy się do niedalekiej stacyi kolei podziemnej opasującej środek Londynu. Uderza cię tam naprzód napis: Beware of pick-pockets (strzeż się złodziei). Czytasz napis i idziesz prosto do kasy, toć to, złodzieje, myślisz, z nieostrożnych tylko czerpać zwykli korzyści, a ty jesteś ostrożny, o, i bardzo ostrożny. Pytasz więc, gdzie sprzedają bilety na Baker street Station, do gabinetu figur woskowych, pani Tussaud. Pokazują ci okienko, stajesz w niem i zaczynasz z kasyerem rozmowę. Ale do gabinetu pani Tussaud, nie ty jeden jedziesz; jedzie z tobą i ten pan w cylindrze, który cię przed chwilą uprzejmie do okienka przyprowadził. I on także chce kupić bilet, a że pociąg za sekundę przychodzi, więc się tłoczy i przyciska cię do muru. Wydaje ci się to nieco niegrzecznem, ale w Anglii time is money (czas jest pieniądzem), tam wszyscy tłoczą się jeden przez drugiego. Nagle widzisz, że policeman poważnie przybliża się do ciebie, śledził on was nim stanęliście przed kasą i dostrzegł, że ten pan nie dlatego cię przyciska do muru, aby co rychlej bilet otrzymać. Był to pick-pocket (złodziej kieszonkowy), który jeżeli nie dokonał na kieszeni twojej niekrwawej operacyi, to dlatego tylko, że mu w tem przeszkodził policeman, ale chęci jego były przecież jak najlepsze. Bez policemana więc, byłbyś obrany ze swego grosza, mimo żeś przed chwilą czytał „beware of pick-pockets“ (strzeż się złodziei) i powtarzał sobie po cichu, że ci ostatni niebezpiecznymi są tylko dla nieostrożnych.
Powtarzam jeszcze, zanim się z policemanem rozstanę, że jest on gwiazdą opiekuńczą Londynu, że każdy z mieszkańców, tego miasta ma mu coś z pewnością do zawdzięczenia, a cudzoziemiec ma mu do zawdzięczenia wszystko. On go broni od roztratowania i złodziei, doprowadza do miejsca, do którego dojść chce, informuje o tem, o czem znikąd informacyi otrzymać nie może. I czyni to wszystko bezinteresownie, nie domaga się, nawet nie przyjąłby za swe usługi żadnego datku, i jednego tylko czego żąda, — znajomości języka angielskiego. Bez tej znajomości, zaiste i policeman nic poradzić nie umie, jest on niemym i głuchym, i pod tym względem jest typowem odbiciem swojego społeczeństwa, głuchego i niemego na wszelkie nawoływania cudzoziemską mową.
Ha, trudno! England for Englishmen (Anglja dla Anglików), a kto tu do tego kraju przychodzi, musi znać jego zwyczaje i uprzedzenia...
W chaosie, jaki w City panuje, nikt długo wytrzymać nie może. Każdemu w oczach się ćmi, w uszach szumi. Niktby tu nie przeżył bez przerwy i roku, najlepsze nerwy porwałyby się jak pajęcze nitki. To też nikt tu nie mieszka, prawie nikt; City, to miasto interesu, las biur, kantorów, składów. Do składów tych, kantorów i biur, ludzie rankiem wpadają jak bomby, roją się w nich póki zmrok nie zapadnie, wreszcie z nadejściem obiadowej godziny, opuszczają je, aby powrócić tu dopiero nazajutrz. Ich skarby, kobiety i dzieci mieszkają w West-Endzie i na przedmieściach, nie przychodzą tu prawie nigdy, krucha bowiem natura kobieca i dziecinna nie wytrzymałaby tego nacisku i czas krótki; to też nie spotykasz ich tu prawie wcale, jesteś jak w olbrzymim obozie, zapełnionym prawie wyłącznie czarnymi mundurami. Kobieta w pracy mężczyznie nie pomaga, wie o tem Anglik, więc oddalił jak najbardziej od niej swoje warsztaty, i tam sam bez jej syrenich uśmiechów, dławi się nad rozwiązaniem trudnych rachunkowych zagadnień, lub otworzeniem dla produkcyi swego kraju, nowego na świecie rynku zbytu. Ale pracując dzień cały w pocie czoła, o swoim domu (home) nie zapomina on ani na chwilę, to też kiedy godzina wczasu wybije, rad, że ztąd wydostać się może jak najspieszniej tam, gdzie i powietrze nieco czystsze i puls życia nieco powolniejszy i horyzont szerszy nieco. I cudzoziemiec rad też, gdy ztąd choć na czas krótki się oddali, a że w omnibusie i tramwaju na dole i na górze, prawie że nigdy niema wolnego miejsca, przeto rad nie rad, zstąpić musi pod ziemię, pociągowi powierzyć swoje losy. Sądzi w naiwności swojego ducha, że gdy w City pokoju nie znajduje, tam pod ziemią myśli będzie mógł zebrać prędzej, że tam choć chwilę odetchnie po zgiełku, prując przestrzeń w stronę Regent lub Kensington parku. Ale jakież rozczarowanie i tu go czeka. Zejdźmy na stacyę tuż obok Towru i rozejrzyjmy się po niej dokoła. Co za widok, jakież wrażenia! Jesteśmy w omurowanym sklepie, oświetlonym bladem światłem lamp. Dokoła tłumy ludzi, czekających na przybycie pociągu, nad głową łuk olbrzymi, podpierający sufit, na którym poważnie piętrzą się domy, a u dołu dwie linje szyn czarnych, z obu stron gubiące się w wązkich i nizkich tunelach. Niespokojnie oglądasz się dokoła, podnosisz głowę by wciągnąć zzewnątrz prąd świeżego powietrza, szukasz ręki, by cię poprowadziła w tych podziemiach. Ale powietrza tu niewiele, ręki takiej nie widzisz, jesteś w kraju self helpu (pomocy własnej), radź więc sam sobie. instynktownie patrzysz na lewo i na prawo, czy nie znajdziesz gdzie objaśniającego cię napisu, i napis taki rzeczywiście masz przed oczami. Ta ręka tam na prawo namalowana wskazuje ci, gdzie jest booking office (kasa), a ta tablica na drągu wbitym w ziemię, gdzie masz czekać na klasę wagonu, w którym chcesz jechać. Praktyczny Anglik wie, że niema czasu na objaśnienia, i objaśnień też nikomu nie udziela, ale wie i o tem także, że bez objaśnień traci się wiele czasu, więc je wypisuje na dostępnych dla oka miejscach. „Wait here for third class“ (czekaj w tem miejscu na klasę trzecią), stoi tu na tym oto słupie, czytam te słowa i staję pod tablicą, pewny, że zawodu nie doznam. Niedługo czekam, z tej oto na prawo czarnej dziury, wpada z szalonym pośpiechem brudny i brzydki pociąg, w jednej chwili wszystkie drzwiczki się otwierają, setki ludzi wypadają z wagonów, inne wlatują w nie, nie zamykając drzwi za sobą i w mgnieniu oka pociąg rusza z niesłychanym pospiechem, ginie w podziemiach, napawając mnie atmosferą węgla i dymu. Patrzę dokoła, siedzę w żądanej klasie, która stanęła tuż obok tablicy, gdzie stałem, a której w każdym innym kraju szukać trzeba, biegając na prawo i na lewo, nie rzadko będąc narażonym na to, że pociąg tymczasem z przed oczu ci odejdzie. Ale i na tę uwagę nie czas teraz, jedziesz tunelem długim, brudnym, ciemnym. W wagonie przepełnionym publicznością, świeczka się nieśmiało pali, ale poza okienkiem posępnie i czarno, jak w sumieniu zbrodniarza. Dym cię dławi, w gardle cię węgiel drapie, huk nieznośny rozrywa ci uszy, jesteś pod City, gdzie wytrzymać nie mogłeś i żałujesz żeś się z City wydostał, tu bo pod ziemią, gdzie spokój przecież panować winien, jest jeszcze hałaśniej i nieznośniej... Pociąg mknie z pięć lub ze sześć minut, nagle wpada do nowego murowanego sklepu, do wagonów wlewa ci się nowa masa, popychają cię zewsząd i szturchają, siadają ci niemal na kolanach, i znowu ciemno, brudno, smutno, znowu turkot myśli zebrać ci nie pozwala. I tak dalej i tak dalej, — jedziesz pod ziemią przeszło pół godziny czasu, mijasz stacye przebiegające ci szybko przed oczami, nareszcie napis na ścianie powiada ci, że tu na świat wyjść dopiero możesz. Wychodzisz więc, zmęczony i zły, powiadasz, że w Londynie tylko na powierzchni ziemi spokojnie żyć można, i nagle... ogłuszony zostajesz turkotem i hukiem cabów, furgonów, omnibusów i tramwajów, z którymi się mieszają krzyki policemanów, przekleństwa robotników i śmiechy całych pułków dzieci, spieszących z bonami i niańkami do Regent parku.
Ten zgiełk, huk, szum, ten turkot bezustanny i ogłuszający, ten deptak, w którym ustawicznie kręcą się setki tysiące jestestw ludzkich — to Londyn. Takiem wrażeniem darzy on każdego przyjezdnego, to każdemu na powitanie daje, i tak dobrze na ziemi, jak pod ziemią, przywala i przygnębia człowieka ruchem, w którego wirze tonie on i ginie całkowicie. Czyż więc, pytam, nie miał słuszności ten pisarz, który powiedział, że serce Anglii jest olbrzymiem mrowiskiem? Dodam od siebie, że mrowiskiem jest, tylko że w niem od wschodu do zachodu słońca, słychać ogłuszający huk, jak gdyby miljona kowalskich młotów.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Czy Londyn jest pięknem miastem? Niech mi darują panowie Anglicy, ale powiem, że nie. Położony na wielkiej płaszczyznie niedaleko morza i przerznięty przez pół spławną dla największych statków rzeką, ma on wszystkie przymioty dogodnego punktu na wielkie miasto, ale zachwycić niczyjego oka nie zdoła. Natura nie złożyła mu w darze ani jednego ze swoich tak czarujących gdzieindziej wdzięków, a ludzie nie uczynili nic, aby brak powabnego uśmiechu tej ostatniej, jako tako przynajmniej wynagrodzić. A że co więcej, uważają oni za zbrodnię burzenie tego, co im w spuściźnie przeszłość pozostawiła i nigdy nie zdobyliby się u siebie na to, na co się zdobył Napoleon III, stawiając w miejsce starego i brzydkiego Paryża, wspaniały, nowy, przeto dzięki temu wszystkiemu, Londyn jest jedynem w świecie w swoim rodzaju miastem, gdzie wprawdzie współcześni nic ładnego nie zbudowali, ale gdzie i niewiele otrzymali powabnego w spadku po przeszłości. Prawda, że ten spadek zamknięty jest niemal cały w granicach City, a West-End to zdobycz już dla Londynu w nowszych czasach, ale prawda i to, że Anglicy nigdy nie odznaczali się poczuciem piękna, i że ta dziwnie sprężysta i dzielna rasa, nigdy za estetyką wyścigów z powodzeniem nie odbywała. Więc nowe dzielnice Londynu uderzają wspaniałością, szerokie np. ulice West-Endu w niczem kanałów City nie przypominają, ale cała wspaniałość ich spoczywa jedynie w ogromie zdobiących je budowli, wielkich i rozległych jak fortece, i jak fortece pozbawionych wszelkiego dla oka interesu. Gdyby Londyn nie był w planie mej książki, wstępem jedynie do Szkocyi i z natury rzeczy nakazywał mi szersze niż na tem miejscu uwzględnienie, poparłbym przykładami powyższe zdanie, — tu tylko powiem, że wątpię, by kto nie podzielił zdania tego, zwłaszcza też ten, kto jak ja przerznął to miasto w najprzeróżniejszych kierunkach, kto nie żałował trudu i pieniędzy, by przyjrzeć się jego zewnętrznej fizyognomii, i z lotu nieledwie ptaka zajrzał oko w oko w to olbrzymie mrowisko ludzi, rojących się od rana do zmroku wśród turkotu, najtęższy umysł pozbawiającego nieledwie przytomności. Taki z pewnością Londynowi miana pięknego nie nada, taki opowiadając o nim przy kominku żonie i dzieciom, bez wątpienia nie zapali się ani na chwilę, ale pomimo to wszystko przyzna, że do Londynu chętnieby jeszcze powrócił, że chętnie spędziłby tam jeszcze choć dni kilka, że śni o tym kolosie często w swoich niespokojnych snach.
Dlaczego?
Oto, bo Londyn jest światem całym, w którym wre, kipi, gotuje się bezustanku, oto bo Londyn jest olbrzymią kuźnią, w której tytaniczne siły pracują w piekielnym pospiechu dla dobra cywilizacyi i ludzkości, oto bo Londyn jest sumieniem nieledwie całego człowieczeństwa.
Kto obliczy, ile dobrodziejstw świat cały, ile słonecznych promieni Europa, Londynowi ma do zawdzięczenia? Kto obliczy?..




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Bełza.