Oliwer Twist/Tom I/Rozdział VIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Oliwer Twist
Pochodzenie Biblioteka Uniwersytetu Jagiellońskiego
Data wyd. 1845
Druk Breikopf i Hartel
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Anonimowy
Tytuł orygin. Oliver Twist
Źródło skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ VIII.

Oliwer idzie do Londynu i nadybuje na drodze dziwnego młodziana.

Oliwer opuścił nakoniec ogród i doszedł wkrótce do gościeńca, do którego ta ścieszka go doprowadziła.
Mogła być właśnie ósma godzina z rana; a lubo już przynajmniéj o milę od miasta się był oddalił, biegł jednak ciągle, kryjąc się od czasu do czasu po za płoty z obawy by go nie ścigano, dogoniono i schwytano. Nakoniec usiadł znurzony koło południa w cieniu milowego kamienia i po raz pierwszy nad tém rozmyślać zaczął, w którą stronę się mu najlepiéj będzie puścić, by znaleść przytułek, pracę i życie.
Na kamieniu, pod którym był usiadł, wielkiemi głoskami stało napisane, iż z tąd jeszcze siedmdziesiąt mil (dziesięć mil polskich) do Londynu.
Nazwisko tego miasta nowy szereg myśli w duszy Oliwera pobudziło. Londyn,.... to wielkie,.... bardzo wielkie miasto,.... gdzieby go nikt a nikt,.... nawet pan Bumble sam nie mógł znaleść!.... Nieraz on już słyszał starych ludzi w domu roboczym opowiadających, iż żaden chłopiec, który cokolwiek tylko bystrości umysłu i dowcipu posiada, w Londynie żebrać nie potrzebuje, i że w tém mieście ogromném tyle i takich sposobów jest do życia, o jakich ludzie na wsi urodzeni i wychowani ani wyobrażenia nie mają.
Pomyślał sobie tedy, iż to było właśnie miejsce najdogodniejsze dla biednego od wszystkich opuszczonego chłopca, któremuby z głodu na ulicy umrzeć wypadało, gdyby mu nikt w pomoc nie przyszedł.
Ta myśl tak się mu spodobała, iż się natychmiast żywo na nogi zerwał i pełen ufności w dalszą drogę puścił.
Już odległość od Londynu go rozłączającą, o całe cztery mile na nowo zmniejszył, nim mu na myśl wpadło zastanowić się nad tém, jak długo iść będzie musiał, nim do tego miejsca swego przeznaczenia zajdzie. Ta uwaga zmusiła go także do zastanowienia się większego nad sobą samym; zwolnił przeto swego kroku i zaczął nad tém rozmyślać, jakie środki do dostania się do Londynu posiada.
Miał on wprawdzie w swém zawiniątku kawał suchego chleba, jedną koszulę, i dwie par pończóch;.... prócz tego i jednego fenika jeszcze w kieszeni, — którego mu pan Sowerberry pewnego razu podarował, kiedy się lepiéj jak za zwyczaj, na pogrzebie popisał.
— Biała koszula, — pomyślał sobie Oliwer, — jest to rzecz bardzo wygodna,.... prawdziwie;.... i dwie pary pończoch pocerowanych nie są rzeczą zbyteczną, podobnie jak i fenik,.... i to prawda;.... lecz to wszystko jest jeszcze bardzo lichym pomocnikiem do odbycia sześćdziesięciu pięciu mil, i to jeszcze w zimowéj porze!
Lubo umysł Oliwera, podobnie jak i wielu innych ludzi, bardzo był skorym i czynnym w wytykaniu mu wszelkich trudności, nie był jednak wcale zdolnym do wskazania mu środków, jakim sposobem je przezwyciężyć i usunąć. Namyśliwszy się przeto czas niemały nad tą ważną rzeczą, przełożył zawiniątko z jednego ramienia na drugie i szedł sobie daléj.
Oliwer tego dnia dwadzieścia mil blizko uszedł, nie posiliwszy się przez tę całą drogę niczém inném, tylko tym kawałkiem suchego chleba, który wziął ze sobą i kilkoma łykami wody, które sobie u drzwi jednego domu, nad drogą leżącego, wyżebrał.
Gdy noc nadeszła, udał się na łąkę i umieściwszy pod styrtą siana, postanowił pod nią aż do rana przespać. Z początku strach go pobierał, gdyż wiatr burzliwy wył smutnie i uganiał po tym niezmierzonym niw i pól obszarze, a on wyziębły, wygłodniały, dotkliwiéj jak kiedykolwiek tego przykrego uczucia doznawał, iż na tym świecie samotnie, od wszystkich opuszczony stoi. Będąc jednak podróżą mocno znużony, zasnął wkrótce i zapomniał o swojéj nędzy.
Gdy się Oliwer nazajutrz obudził, uczuł, iż wskróś przeziąbł, i cały od zimna skośniał; przytém jeszcze taki wielki głód mu dokuczać zaczął, iż w pierwszéj zaraz wiosce, przez którą przechodził, fenika swego na bółkę małą chleba zamienić był zmuszony.
Tego dnia już zaledwie mil dwanaście do wieczora uszedł, gdyż nogi odparzone mu popuchły, a on tak mocno był zdrożony, iż się pod nim chwiały. Noc druga, podobnie jak pierwsza, w czystém polu przepędzona, niebardzo go także pokrzepiła, a gdy nazajutrz rano w dalszą drogę się wybierał, zaledwie tyle miał mocy, że się krokiem chwiejącym daléj powlec zdołał.
Pewnego razu Oliwer, widząc, że powóz pocztowy nadjeżdża, zatrzymał się u stopy dość wysokiego wzgórza, i zaczął podróżnych, na wierzchu siedzących, o pomoc błagać. Lecz mało pomiędzy nimi takich znalazł, którzyby uwagę swoję na niego byli zwrócili, a i ci mu jeszcze powiedzieli, żeby cierpliwym był, dopokąd się na szczyt góry niedostaną, i nie zobaczą, jak daleko za pół fenika biedz potrafi.
Biedny Oliwer biegł tedy koło wozu tak długo, jak tylko mógł; lecz to długo trwać nie mogło, gdyż jego wysilenie było za nadto wielkie, a jego nogi bardzo poranione.
Gdy to owi podróżni zobaczyli, natychmiast swoje półfeniki do kieszeni pochowali, i oświadczyli, iż z niego mały pies leniwy, który na żadną pomoc i litość nie zasługuje; a powóz tymczasem daléj pogonił i tylko chmurę pyłu za sobą pozostawił.
W bardzo wielu wioskach były wielkie tablice przybite z tém ostrzeżeniem, iż ktokolwiek się w tym okręgu żebrać ośmieli, zostanie natychmiast do domu poprawy oddany, a ta groźba Oliwera tak mocnym strachem zwykle nabawiła, iż wszelkich sił swoich dobywał, aby to miejsce jak najśpieszniéj opuścić.
W innych wioskach stawał u drzwi gospodnich, i ze smutkiem na ludzi tamtędy przechodzących spoglądał; lecz i to postępowanie jego zwykle ten skutek za sobą pociągnęło, iż gospodyni tego domu gospodniego któremukolwiek ze swoich parobków, bezczynnie po wszystkich kątach gospody się włóczących, natychmiast surowo nakazała, tego chłopca ze swego stanowiska spędzić, mając go w podejrzeniu, iż po to tylko stoi, aby dogodną sposobność upatrzyć i coś z domu ukraść.
Jeżeli zaś Oliwer kiedy u drzwi wieśniaka się zatrzymał, żebrząc o jałmużnę, zdarzało się zwykle w dziewięciu razach na dziesięć, iż mu wypuszczeniem psów na niego zagrożono, jeżeli się natychmiast nieoddali; a jeżeli kiedykolwiek do jakiego kramu zajrzał, zwykle rozmowę o Woźnym usłyszał, co mu natychmiast serce do ust wpędziło; bardzo często rzecz jedyna, którą przez całe dnie prawie miał w ustach[1].
I w istocie, gdyby się jakiś ksiądz dobroduszny i jakaś staruszka dobrotliwa nad nim nie była zlitowała, cierpienia Oliwera byłyby się z pewnością w ten sam sposób skończyły, jak i cierpienia jego matki; czyli inaczéj powiedziawszy: byłby niezawodnie umarł z głodu na królewskim gościeńcu. Ale ów ksiądz wsparł go kawałkiem chleba i sera, a owa staruszka zacna, mająca podobno w świecie jakiegoś wnuczka, który się zapewnie na morzu z okrętem rozbił, i w skutek tego boso, głodno i chłodno po świecie włóczyć musiał, miała także litość i nad nim, biedną sierotą, i dała mu tyle,.... ile tylko dać mogła,.... a nawet i więcéj,.... albowiem z taką dobrotliwością i przychylnością w mowie,.... i tak miłemi łzami litości i współczucia w oku, iż te głębiéj w serce jego się wcisnęły, jak wszystkie cierpienia, które kiedykolwiek poniósł.
Siódmego dnia rano po ucieczce swojéj z miejsca urodzenia, Oliwer szedł zwolna, chromając, przez miasteczko Barnet. Okienice były jeszcze wszędzie pozamykane, ulice puste, żywa dusza z zaduchu i ciemności sypialni na jasność dnia jeszcze nie wyszła. Słońce zeszło w całéj swojéj świętnéj piękności; lecz te świetne promienie słońca posłużyły chłopcu jedynie do przekonania się o własnéj nędzy i zupełném opuszczeniu, gdy pyłem okryty, nogi mając ranne, popuchnięte, na zimnym kamiennym progu jakiegoś domu sobie spoczął.
Pomału zaczęto sklepy i okienice otwierać, a mieszkańcy miasta to w tę, to w owę stronę po ulicy się przechodzić. Wielu, spostrzegłszy Oliwera, przed nim się zatrzymało i z ciekawością jemu na chwilę przypatrywało, lub też idąc daléj, za nim się oglądało, lecz żaden z nich tyle litości w sercu nie miał, i téj pracy sobie nie zadał, aby się go zapytać zkąd przychodzi i dokąd idzie? On zaś nie miał odwagi żebrać, siedział przeto smutny i strapiony.
Oliwer spoczywał tak przez długi czas na tym stopniu kamiennym, zastanawiając się niemało nad ilością nadzwyczajną szynkowni w Barnet, — w tém miasteczku bowiem w co trzecim domu prawie jest czy to większa, czy mniejsza szynkownia, — spoglądając smutnie na powozy przejeżdżające, i dziwiąc się w duchu nad tém, iż ludzie w nich w kilku godzinach tę samą przestrzeń drogi z największą wygodą odbyć mogą, na którą on cały tydzień odwagi i trudów potrzebował.
Z tego rozmyślania obudziło go nagle spostrzeżenie, iż jakiś młody człowiek, który przed chwilą dopiero z największą obojętnością i niedbałością mimo niego przeszedł, niebawem powrócił, i z drugiéj strony ulicy z uwagą i ciekawością na niego spoglądał.
Zrazu Oliwer na to żadnéj baczności niedawał; lecz gdy ten chłopiec postawy swojéj niezmieniał, i przez długi czas okiem śledczém i badawczem się mu przypatrywał, Oliwer w końcu głowę do góry podniósł i wzrok swój na niego zwrócił.
Ów młody człowiek to widząc, przeszedł przez ulicę, i zbliżywszy się do Oliwera, rzekł:
— Jak się masz, mój chłopcze?
Nieznajomy młodzieniec, który Oliwera w ten sposób zagadnął, był w tymże samym wieku prawie co i on; lecz w obliczu jego taka przebiegłość przebijała, jak się Oliwerowi jeszcze nigdy widzieć nie zdarzyło. Zresztą miał on nos zadarty, czoło płaskie, nizkie, twarz pospolitą, a przy tém tak był brudny i niechlujny, żeby trudno były pary do niego znaleść. Jednak ruch cały i układ dorosłego mężczyzny posiadał. Kapelusz tak lekko na głowie miał zasadzony, że mu co chwila spadnięciem groził,.... co by też z największą pewnością było nastąpiło, gdyby właściciel kapelusza również co chwila zręcznym rzutem głowy na miejscu go nie był utrzymał.
Na sobie miał surdut długi aż po kostki prawie, o rękawach, aż po łokieć blizko zawiniętych, widocznie w tym celu, aby ręce mógł mieć wolne i do kieszeni od swych szerokich spodni je włożyć, gdzie ich też rzeczywiście ustawicznie trzymał. Zresztą taki z niego chłopiec był nadęty i napuszony, jaki tylko kiedykolwiek, cztery stóp i sześć cali, a może i mniéj jeszcze mając, w półbócikach blicherowskich po ulicy kroczył.
— Jakże się masz, mój chłopcze? — zapytał Oliwera ten nieznajomy i zabawny młodzieniec.
— Jestem głodny i znurzony, — odpowiedział Oliwer; a łzy mu w oczach się zakręciły, gdy to wyrzekł. — Przychodzę z bardzo daleka;... szedłem cały tydzień.
— Szedłeś cały tydzień! — powtórzył ów młodzieniec nieznajomy. — A, rozumiem.... na rozkaz dziubosza, nieprawda? .... Spodziewam się przecież, — dodał spostrzegłszy Oliwera zadziwienie, — że wiesz co to znaczy dziubosz, mój zacny przyjacielu?
Oliwer mu na to bardzo skromnie odpowiedział, iż w istocie słyszał, że tego słowa przy opisywaniu ptaków używano.
— Na moje oczy, jakiż to z ciebie zieleniak! — zawołał ów nieznajomy. — Wiedz o tém, że dziubosz oznacza sędziego; a jeźli się mówi, iż na rozkaz dziubosza idziesz, to nie ma wcale znaczyć, że idziesz prosto drogą i ciągle naprzód, ale ciągle do góry, nie schodząc nigdy na dół. A byłeś ty kiedy w młynie?
— W jakim młynie? — zapytał Oliwer zdumiały.
— W jakim młynie!.... no w młynie,....[2] w młynie tak mało miejsca zajmującym, że się nawet w dzbanku kamiennym[3] zmieścić może, i zwykle w tedy najlepiéj idzie, kiedy wiatr jest słaby, a ludzi mało, gdyż jeźli wiatr jest mocny, robotnika im dostać bardzo trudno.... Lecz teraz chodź ze mną, — dodał ów młody człowiek, — tobie bardzo wiele brakuje, a trzeba, żebyś to miał, czego ci brakuje.... Prawda że i u mnie flota niebardzo wielka, gdyż nie mam więcéj w kieszeni jak półtora szylinga, ale to nic nieszkodzi;.... dobędę ją i tych i zapłacę za ciebie. Wstańże więc, wstań, i stań na twoich piszczałkach! Daléj! ruszże się z miejsca, żywo!
Nieznajomy młodzieniec, pomógłszy Oliwerowi na nogi się podnieść, zaprowadził go do pobliskiego kramu, w którym spory kawał szynki i mały bochenek chleba, cztery fenikowca, jak się sam wyraził, kupił. Ażeby się zaś szynka przez drogę niezawalała, i pyłem na ulicy niezapruszyła, użył na to bardzo przemyślnego wybiegu. Wykroił bowiem w chlebie dziurę, wyjął ośródkę i wsadził szynkę na jéj miejsce; potém chleb wziął pod pachę, udał się wraz z Oliwerem do lichéj karczminy, i poprowadził go przez wspólną izbę szynkowną, do osobnéj izdebki w tyle.
Tutaj postawiono przed Oliwerem kufel piwa z rozporządzenia tajemniczego przewodnika, a on się rzucił na niego z chciwością łakomą za pozwoleniem swego przyjaciela, i szczerze się oddał téj rozkoszy, od dawna już niedoznanéj, iż się dowolnie mógł najeść i napić. Jego przyjaciel nieznajomy i zabawny spoglądał tymczasem z wielką uwagą na niego.
— Chcesz zatém iść do Londynu? — spytał Oliwera nareszcie ów młodzieniec tajemniczy, widząc, że się raz przecie już nasycił.
— Tak jest.
— A maszże tam jakie miejsce pewne!
— Nie!...
— A pieniędzy, czy masz?
— Nie mam także.
Tajemniczy młodzieniec wzruszył na to ramionami, poświstał sobie, i obie ręce tak głęboko do kieszeni w spodniach wsunął, jak dalece tego zawinięte rękawy dozwalały.
— A ty czy mieszkasz w Londynie? — zapytał na odwrót Oliwer.
— Mieszkam, jeżeli jestem w domu, — odpowiedział młodzieniec tajemniczy. — Zapewnie tam będziesz potrzebował noclegu... co?....
— To prawda! — odpowiedział Oliwer. — Od czasu, jakem miejsce mego urodzenia opuścił, jeszczem ani razu pod dachem nie spał.
— Niech cię o nocleg głowa nie boli, — Odrzekł na to tajemniczy młodzieniec. — I ja także myślę na wieczór być w Londynie, i znam pewnego zacnego staruszka, który cię zadarmo przenocuje, i ani się spyta o zapłatę, jeżeli cię tylko ktoś znajomy do niego zaprowadzi. A może on mnie nie zna!... o nie, nie, prawdziwie,... o, on mnie nie zna.
Ów tajemniczy młodzieniec przytém tak się roześmiał, jakby chciał był przez to wyjaśnić, iż jego mowa cała, a szczególnie ustęp ostatni téjże, całkiem był ironiczny; poczém swego piwa dokończył.
To niespodziewane przyrzeczenie noclegu zanadto było ponętne, aby go Oliwier nie miał był przyjąć z ochotą, zwłaszcza, iż mu to zapewnienie towarzyszyło, że ów staruszek, o którym była mowa, bardzo często już podobne usługi czyniąc, i jego w krótkim czasie w jakim domu uczciwym i porządnym będzie mógł umieścić. To ich wkrótce do poufniejszéj nieco rozmowy doprowadziło, z któréj się Oliwer dowiedział, iż przyjaciel jego nowy Jakub Dawkins się nazywa, i szczególnym jest oblubieńcem wzwyż wspomnionego staruszka.
Powierzchowność pana Dawkins nie świadczyła wprawdzie o zbyteczném przywiązaniu wspomnionego staruszka do niego, a zatém i do wszystkich tych, co pod jego wyłączną opieką zostawali, ale że ten młodzieniec był w swéj mowie bardzo rozwiozłym i Oliwerowi nadto jeszcze wyznał, iż pod nazwiskiem: Smyk przebiegły pomiędzy najzaufańszemi przyjaciołami swoimi jest znany, Oliwer przeto z wszystkiego wnosił, iż z niego chłopiec rozrzutny być musi, a zatém i nauki jego dobroczyńcy prędko z głowy mu wietrzeją.
W tém mniemaniu szczerze sobie postanowił, dobrém zawsze zachowaniem i prowadzeniem łaski i względy owego starego Jegomości jak najstaranniéj sobie skarbić, a nawet i zaszczytu dalszego obcowania z panem Dawkins się wyrzec, jeżeliby się późniéj przekonał, że ten zacny młodzieniec żadną miarą się poprawić nieda, czego się nawet już teraz obawiał.
Ponieważ Jakub Dawkins jasno zdanie swoje oświadczył, iż sobie przed wieczorem do Londynu wejść nie życzy, jedynasta godzina w nocy już zatém wybiła, kiedy do rogatki w Islington doszli. Minąwszy potém dom gospodni pod Aniołem, zwrócili się na ulicę ś. Jana, z tamtąd weszli na uliczkę wązką, na plac teatru Sadler Wall prowadzącą; z tego placu udali się na ulicę Exmouth-Street, przebiegli potém przez ulicę Coppicerow, daléj przez małą sień przechodnią koło domu roboczego, a potém przez owę część miasta klassyczą, Hockley in-the-Hole (Hoklej w jamie) zwaną,.... nakoniec puścili się ulicą; mały Saffron-hill, daléj ulicą Wielki Saffron-hill, na któréj Smyk kroku swego przyśpieszył, i Oliwerowi nakazał, aby się go dobrze trzymał.
Lubo uwaga Oliwera głównie na to zwrócona była, aby przewodnikowi swemu kroku dotrzymać i z oczów go nie zgubić, nieomieszkał jednak tu i owdzie na ulicę, którą właśnie biegli, okiem rzucić, i to spostrzeżenie zrobił, że jeszcze nigdy w swojém życiu miejsca lichszego, nędzniejszego i plugawszego nie widział.
Była to wązka i błotnista ulica, a powietrze w niéj różnemi zgniłemi wyziewami zarażone. Byłoć tam wprawdzie wiele sklepików i kramów, lecz całym ich zasobem i bogactwem zdawały się być tylko roje dzieci, które, pomimo tę późną godzinę w nocy po wszystkich kątach koło drzwi domów się snuły, lub też po domach samych wrzeszczały.
Śród tego przytułku nędzy i niedoli powszechnéj szynkownie kwitnąć się jedynie zdawały, a po tych się uwijał i hałasił najniższy motłoch pospólstwa.
Pokryte chodniki i uliczki tajne, przechodnie, prowadziły z głównéj ulicy do różnych gromad domów na uboczy, tu i ówdzie rozrzuconych; po nich walali się dosłownie w błocie pijani mężczyźni i kobiety, a z wielu tych ulic krytych, tajemnych, wysuwali się, ostrożnie koło siebie spoglądając, ludzie nie najlepszego pozoru, którzy widocznie nienajlepsze zamiary mieć musieli.
Ta uwaga takie wrażenie na Oliwera zrobiła, iż właśnie nad tém rozmyślać zaczął, czyliby to nie było lepiéj dla niego uciec, gdy go téj chwili przewodnik, doszedłszy do podnóża małego pagórka, za rękę chwycił, drzwi w pobliżu Field-lane śpiesznie otworzył, i wtrąciwszy Oliwera do sieni, natychmiast je za sobą zamknął.
— Kto tam? — zawołał głos z dołu się wydobywający, jako odpowiedź na świśnięcie właściwe Smyka.
Plummy i Slum! — odpowiedział Smyk.
Te słowa musiały być hasłem umówioném, jak się zdawało, albowiem wkrótce mdławe światło lichéj świecy na przeciwnym końcu sieni na ścianie się odbiło, a oblicze mężczyzny nad poręczą starych schodów, do kuchni wiodących, się pojawiło.
— Jak widzę to was dwóch? — zapytał ów nieznajomy, odsunąwszy cokolwiek świecę od siebie, i zasłoniwszy ją ręką od oczów. — Cóż to za jeden ten drugi?
— Zieleniak, — odpowiedział Jakub Dawkins, popchnąwszy Oliwera naprzód.
— Zkądże przychodzi?
— Z daleka.... Czy Fagin w domu?
— W domu! Właśnie szmaty przebiera... Chodźcie.
Natychmiast świeca znikła, a z nią i oblicze nieznajomego.
Oliwer, wyciągnąwszy jedną rękę przed siebie, a drugą mocno swego towarzysza się trzymając, wpiął się na koniec z wielką trudnością po schodach ciemnych i spruchniałych do góry, po których jednak przewodnik jego, pomimo ciemność w sieni panującą, biegł szybko i bezpiecznie, co było jasném dowodem, iż z niemi jak najlepiéj był obznajomiony.
Nakoniec otworzył drzwi do izby i wciągnął do niéj Oliwera za sobą.
Powała i ściany téj izby były już zupełnie czarne z dymu i starości. Niedaleko kominka stał jodłowy stół, na nim świeca łojowa, w szyjkę od butelki z piwa zatknięta, kilka kubków cynowych, chleb, masło i talerz. Na panewce, będącéj na ogniu, któréj rączka sznurkiem do kapy od komina przymocowana była, smarzyło się kilka kiełbas, a przed kominkiem stał z długim widelcem w ręku, stary i suchy Żyd, którego oczy nieprzyjemne i twarz odrażającą, gęsty włos rudawy ocieniał.
Ten żyd, w brudnym, zatłuszczonym kaftanie flanelowym, z szyją obnarzoną, zdawał się to panwi na ogniu, to wiszadła mnóstwem jedwabnych chustek od nosa najrozmaitszych zarzuconego, troskliwie strzedz i pilnować. Kilka sieników ze starych podartych worów leżało na ziemi jeden przy drugim rozścielonych, a koło stołu siedziało kilku młodych ludzi, niewiele od przebiegłego Smyka wiekiem starszych, ćmiących sobie z długich glinianych fajek i popijających wódkę, niby ludzie dorośli.
Gdy Jakub Dawkins kilka słów Żydowi do ucha szepnął, owi młodzi ludzie natychmiast od stołu się zerwali, i koło swego nowo przybyłego towarzysza zbiegli, a potém do Oliwera się obróciwszy, zęby do niego szczerzyć zaczęli, podobnie jak i sam Żyd, trzymający ów wielki widelec w ręku.
— Panie Fagin, — rzekł Jakub Dawkins, — oto jest mój przyjaciel, Oliwer Twist.
Żyd twarz do uśmiechu wykrzywił, zęby wyszczerzył, i skłoniwszy się Oliwerowi niziutko, ścisnął go za rękę i rzekł: „iż się spodziewa zasłużyć na zaszczyt jego bliższéj znajomości.“
Po dopełnieniu tych wszystkich wstępowych grzeczności owi młodzi ludzie Oliwera w koło obstąpili, i serdecznie go za obie ręce ściskać zaczęli; najszczerzéj i najskwapliwiéj zaś ten, co mu jego małe zawiniątko z rąk odebrał. Drugi z nich, chcąc mu przez swoję nadzwyczajną troskliwość zbytniego trudu ulżyć, chwycił za jego czapkę, aby ją powiesić; inny zaś był tak grzeczny, iż swoje ręce do jego kieszeni wsunął, ażeby Oliwer, udając się na spoczynek, i będąc już i tak mocno znużony, wypróżnieniem się ich kłopotać nie potrzebował.
Ci młodzi ludzie byliby swoję uprzejmość daléj jeszcze może posunęli, gdyby ów stary Żyd hojnym upominkiem swego wielkiego widelca ich grzbiety nie był udarował, i przeto téj ich zbytecznéj grzeczności poskromił.
— Panie Oliwer!..... bardzo radzi jesteśmy,..... żeśmy cię poznali, — ozwał się w końcu Żyd do niego. — Smyku, zestawno kiełbasy z ognia i przynieś dla pana Oliwera beczułkę do kominka, aby miał na czém usiąść.... A!....! spoglądasz na chustki od nosa, co? nieprawdaż mój drogi, że ich mamy podostatkiem,... nieprawdaż?... Wyjąłem je właśnie do prania!... ha! ha! ha!
Ostatniemu ustępowi téj mowy wtórzył śmiech głośny wszystkich obecnych i pełnych nadziei wychowanków wesołego staruszka, a pośród tego śmiechu zasiędziono do stołu.
I Oliwer część swoję z wieczerzy dostał, a Żyd przyrządziwszy mu potém mięszaninę z wódki i ciepłéj wody, upomniał go, ażeby ją natychmiast wypił, gdyż on téj szklanki i dla drugich potrzebuje.
Oliwer uczynił zadość temu życzeniu. Niebawem jednak w oczach się mu ćmić zaczęło, stracił przytomność, i tyle tylko czuł, iż go powoli na jednym z sienników na ziemi rozścielonych położono, na którym też natychmiast głęboko zasnął.








  1. Tyle co: skoczyła mu dusza na ramię; zatrzymałem jednak ten dowcip i w tłómaczeniu, dla zachowania cechy angielskiéj.
  2. młyn tak zwany: stępak.
  3. więzienie Tower w Londynie w mowie złodziei dzbankiem kamiennym się nazywa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Dickens.