<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Pantera Południa
Pochodzenie cykl Ród Rodriganda
Wydawca Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Data wyd. 1926
Druk Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IV
WYWIADOWCY

Na północny zachód od pustyni Mapimi, tam, gdzie od południowego zachodu płynie przez płaskowzgórze od strony Cosigniachi kilka większych rzek, wpadających nieco poniżej do Rio Grande del Norte, roślinność, zasilana wodami, rozwija się wyjątkowo bujnie, mimo jałowego w tych okolicach gruntu. Ciągną się tutaj żyzne pastwiska, otoczone gęstemi lasami, które docierają aż do północno-zachodniej prowincji Meksyku, zwanej Sonorą, aby zagubić się później w bezludnych nizinach Apaczerji.
Przez jeden z takich lasów jechali Apacze pod wodzą Sternaua, Bawolego Czoło i Niedźwiedziego Serca. Podczas całej podróży nie spotkali ani jednej istoty ludzkiej.
Gdyby las był mniejszy, obstawiliby go z pewnością i przeszukali. Jednak, wobec olbrzymich rozmiarów poprzestano tylko na przeszukaniu krawędzi.
Ktoś, nasłuchujący uważnie, zwróciłby na pewno uwagę na cichy, bezustanny i zbliżający się szmer, idący z głębi puszczy. Szmer ten był podobny do trzasku drobnych gałęzi lub do szelestu liści, na które ktoś następuje nogą. Kiedy z głębi przesunął się ku brzegom lasu, można było dosłyszeć pełne wyrzutu słowa, powiedziane szeptem:
— Czy brat mój nie nauczył się poruszać hałasu?
Ktoś odpowiedział również szeptem:
— Pod drzewami ciemno. Czy brat mój ma oczy kota, że poznaje wszystkie gałęzie i liście?
Znów zapanowała cisza, przerywana tajemniczym szmerem. Wkońcu ucichł i ten szmer, po chwili zał ktoś szepnął:
— Dlaczego mój brat się zatrzymał? Czy coś dosłyszał?
— Tak; usłyszałem, jak rży jakiś koń zdaleka.
Rozległo się znowu parsknięcie, już z bliższej odległości.
— Nadciągają jeźdźcy. Stoimy pod wysoką sosną. Kto się na nią wdrapie, tego trudno będzie dostrzec, on natomiast uzyska widok na całą prerję.
Rozmowę tę prowadzili dwaj Indjanie. Ten, który wypowiedział ostatnie słowa, chwycił za gałąź i począł wdrapywać się na górę; towarzysz jego podążył za nim. Wspięli się po pniu ze zręcznością wiewiórek, nie wywołując hałasu, i przykucnęli wysoko, wśród pokrytych igliwiem gałęzi; z dołu nie można ich było dojrzeć żadną miarą. Nie przeszkadzała im również broń, zwisająca u boku.
Zaledwie zdążyli się usadowić, tuż pod sobą usłyszeli kroki. Byli to ci z pośród Apaczów, którzy zsiedli z koni, aby przeszukać brzeg lasu. Po chwili szmer ustał; rozległ się głośny tętent kopyt końskich. Widocznie oddział ruszył dalej.
— Uff! — szepnął jeden z Indjan. — To Apacze.
— W barwach wojennych — dodał drugi.
— W towarzystwie bladych twarzy.
— Czterech białych; uff, uff!
— Czemu się dziwi mój brat?
— Czy brat mój zna tę mocną, wysoką bladą twarz, która jedzie na czele odddziału?
— Nie.
— To Matava-se. Widziałem go przed kilkoma zimami, gdy byłem w mieście, zwanem przez blade twarze Santa Fe.
— Uff! To dzielna blada twarz. A czy brat mój zna tych dwóch wodzów, którzy jadą obok?
— Jeden z nich to Niedźwiedzie Serce, największy pies wśród Apaczów.
— Drugi zaś to Miksteka Bawole Czoło. Zobaczmy ilu ich jedzie.
Indjanie usadowili się tak wysoko, że mogli zadrzeć głowy ponad wierzchołek drzewa. Obserwując oddział, liczyli dokładnie wojowników.
— Dwadzieścia razy po dziesięć i jeszcze sześciu Apaczów, oraz cztery blade twarze — rzekł wreszcie jeden.
— Brat mój dobrze policzył — przytaknął drugi. — Dokąd zmierzają?
— W kierunku hacjendy Verdoji. Prezydent Meksyku wezwał wojowników Komanczów, więc zdrajca Juarez na pewno wszedł w konszachty z Apaczami. Idą na hacjendę, którą mamy zająć. Jutro przybywa wielu wojowników Komanczów. Apaczowie są zgubieni; będą nam musieli oddać skalpy. Pójdziemy tropem tych psów, aby upewnić się, co zamyślają.
— Rozumne słowa. Ja pójdę za nimi, a brat mój niechaj śpieszy do naszych towarzyszy, aby im przynieść wieści.
— Dobrze.
Indjanie zsunęli się po drzewie, poczem ruszyli na skraj lasu. Przekonawszy się, że niema wpobliżu żadnego Apacza marudera, wyszli na otwartą prerję.
Można teraz było przyjrzeć się obydwom dokładnie. Byli to Komanczowie w pełnem uzbrojeniu wojennem. Nie mieli wprawdzie odznak wodzów, ale też z pewnością nie należeli do rzędu pośledniejszych wojowników. Inaczej nie powierzonoby im przeszukania okolicy.
Słońce już zachodziło; woddali znikał z oczu długi, wężowy oddział Apaczów.
— Niechaj brat mój śpieszy za nimi. Musi ich mieć ciągle przed oczyma, gdyż ciemności ukryją przed nim ślady.
Bez odpowiedzi ruszył drugi Indjanin naprzód. Wywiadowcy wojenni przeważnie nie dosiadają koni, zwierzęta bowiem mogłyby zdradzić ich obecność. Tak było i teraz. Nasz wywiadowca tworzył na rozległej prerji znikomy punkcik; łatwo też mógł się ukryć, korzystając z jakiejkolwiek osłony. Zbliżanie się do Apaczów ukradkiem, mimo, że noc jeszcze nie zapadła, nie sprawiało trudności.
Towarzysz jego wrócił do swoich. — —
Oddział Apaczów dotarł do piramidy. Zatrzymał się w pobliżu ponurej budowli; posępnem też okiem spoglądali na nią przywódcy; przecież w jej murach zamknięci byli ci, których kochali.
— Czy nie możnaby zburzyć tej całej budy? — zapytał Piorunowy Grot, zgrzytając zębami.
— Cierpliwości, cierpliwości — rzekł spokojnie Sternau. — Uwolnimy naszych stanowczo. Mam nadzieję, że już wkrótce skończą się ich cierpienia.
Bawole Czoło dodał:
— Wróg musi zapłacić życiem za każde westchnienie, które wydobyło się z piersi Karji, córki Miksteków. Gdzie może być wejście do piramidy?
Sternau zwrócił się do jeńca-przewodnika:
— Po której stronie zatrzymaliście się, przyjechawszy tutaj?
— Chodźcie za mną! — po tych słowach Meksykanin ujechał na swym koniu jeszcze kilka kroków.
— Tutaj.
— A gdzie znikł Verdoja z jeńcami?
— Tu stoi krzak, obok którego znikł w zaroślach; w tamtem zaś miejscu ukazał się blask jego latarki.
— Dobrze. Jeśli okaże się, jak przewidziałeś, darujemy ci życie. Sternau przywołał obydwu wodzów oraz Piorunowego Grota i pokazał im miejsce, wskazane przez przewodnika.
— Niech teraz nikt nie dotyka nogą ani zarośli, ani podnóża piramidy — rzekł Bawole Czoło. — Verdoja musiał tu chodzić nieraz; mimo, że sporo czasu upłynęło, ślady powinny zostać. Ujrzymy je dopiero z nastaniem dnia.
— Poco czekać, aż zaświta? — zapytał Niedźwiedzie Serce.
— Tak, poco? — potwierdził Piorunowy Grot. — Emma nie powinna ani chwili dłużej dusić się w tem więzieniu.
— Czy sądzicie, że Verdoja sam powinien wskazać drogę? — zapytał Sternau. — A więc napadniemy na hacjendę?
— Tak; nieodzownie. Biada mu, jeżeli nie zechce nam być posłuszny!
— Dobrze; trzeba jednak naprzód zbadać, co to za hacjenda.
— Poco badać? — rzekł Piorunowy Grot. — Pojedziemy tam poprostu, schwytamy tego łotra i przywleczemy ze sobą.
Poczciwy Antoni Unger gotów był do poruszeni nieba i ziemi, byle tylko jak najprędzej uwolnić swą ukochaną.
Sternau miał właśnie odpowiedzieć, gdy ktoś zawołał głośno:
Uff! Ntsage no-khi peniyll! — Uff! chodźcie tu bliżej!
Słowa te, wypowiedziane w narzeczu Apaczów, szły od strony, z której przybyli; mówiący musiał być niedaleko.
— Czyj to głos? — zapytał Sternau.
— Pogromcy Grizly — odparł jeden z Apaczów.
— Czy odszedł gdzieś?
— Tak; chciał przeszukać teren — zobaczyć, czy nie grozi niebezpieczeństwo.
— W takim razie odkrył coś ważnego. Biegnijmy do nieqo.
Sternau zeskoczył szybko z konia i pośpieszył w tym kierunku, skąd rozległo się wołanie. Po jakimś czasie ujrzał młodego Apacza, kolanami przytłaczającego do ziemi jakiegoś człowieka.
— To Komancz — rzekł.
W jednej chwili znalazło się lasso i Komancza skrępowano. Był to ten sam wywiadowca, który w lesie pożegnał się ze swym towarzyszem, aby śledzić Apaczów.
— W jaki sposób brat mój Pogromca Grizly znalazł tego człowieka?
— Jadąc na samym końcu oddziału, usłyszałem szelest, który powiedział mi, że ktoś czołga się za nami. Zsiadłem więc z konia i zacząłem szukać. Znalazłem go tutaj; podsłuchiwał naszą rozmowę. Rzuciłem się na niego i oto go trzymam.
Sternau przystąpił bliżej, aby przyjrzeć się jeńcowi.
— Tak, — rzekł po chwili — to Komancz; szedł naszym tropem.
— Trzeba zabić tego psa! — rzekł jeden z Apaczów.
Sternau obrócił się w jego stronę i skarcił go surowo:
— Od kiedyż to otwierają usta wojownicy Apaczów, zanim głos zabrali wodzowie? Kto nie umie opanować swego języka, ten jest dzieckiem bez imienia, albo gadatliwą squaw.
Wojownik, okryty wstydem wobec wszystkich, usunął się na bok.
Niedźwiedzie Serce zapytał jeńca:
— Gdzie twój towarzysz?
Zapytany milczał uparcie. Pogromca Grizly wymierzył mu potężny policzek.
— Czy będziesz odpowiadać na pytania, które ci zadaje wódz Apaczów?
I tym razem jedyną odpowiedzią było milczenie, Gdy pozostali nie mogli również zmusić zuchwałego Komancza do mówienia, rzekł Sternau, jednakże innym, niż oni, tonem:
— Jesteś wojownikiem Komanczów; odpowiadsz tylko temu, kto cię traktuje jak dzielnego wojownika. Czy uciekniesz, jeżeli cię zwolnię z więzów?
— Nie; zostanę tutaj — odparł jeniec.
— Czy będziesz mówić?
— Władcy Skał będę odpowiadać, jest bowiem sprawiedliwy i dobry i nie bije jeńca, który się bronić nie może.
Była to aluzja do Pogromcy Grizly, którzy uderzeniem zdobył sobie w Komanczu śmiertelnego wroga.
— Znasz mnie? — zapytał Sternau.
— Znam cię i jestem twoim jeńcem.
— Należysz do tego, kto cię pokonał. Wstań!
Sternau odwiązał lasso. Jeniec podniósł się, nie zdradzając zamiaru ucieczki.
— Czy jesteś sam? — pytał Sternau.
— Nie — brzmiała odpowiedź.
— Czy wielu jest was tutaj?
— Jeszcze jeden.
— Posłano was na zwiady?
— Tak.
— Za wami idzie znaczna siła wojowników?
— Więcej nic mi nie wolno powiedzieć.
— Dobrze, nie pytam. A więc nie uciekniesz?
— Ucieknę.
— Jakto? Czy synowie Komanczów mają dwa słowa? Przecież przyrzekłeś mi, że pozostaniesz.
— Jeżeli będę mógł być twoim jeńcem. Nie chcę być jeńcem chłopaka, który mnie bije.
— W takim razie będziemy cię musieli związać.
— Spróbujcie tylko!
Komancz zamierzył się i byłby zwalił na ziemię uderzeniem pięści Pogromcę Grizly, gdyby nie zwinność Sternaua, który ujął lewą ręką podniesione ramię jeńca, prawą zaś uderzył go tak mocno w skroń, iż Komancz padł na ziemię. W tej samej chwili wyciągnął swój nóż Pogromca Grizly i wbił w serce wroga.
— Jego skalp do mnie należy! — zawołał.
Zaszczytne zwycięstwo — rzekł, odwracając się, Sternau.
Pogromca Grizly stropił się i zapytał:
— Dlaczegóż Apacz nie ma zabijać Komancza?
— Skoro nie pokonał go w uczciwej walce, nie powinien nosić jego skalpu — wyręczył Sternaua Niedźwiedzie Serce. — Komancz był ogłuszony. Dlaczego biłeś go? Dzielny wojownik nie nosi skalpów tych, których zbezcześcił.
Było to napomnienie surowe, lecz zasłużone. Młody Apacz odwrócił się, nie mając odwagi popatrzeć na trupa; trzymał się na uboczu, nie śmiał bowiem podejść do wodzów, którzy się naradzali.
— Jeżeli dziś jest tu dwóch wywiadowców, w takim razie nie ulega wątpliwości, że Komanczowie wkrótce przybędą. — rzekł Sternau. — Musimy być ostrożni. Ci dwaj widzieli nas, potem zaś rozeszli się w dwie strony. Jeden z nich podążył za nami, drugi wrócił do swoich. Nie mamy wprawdzie powodu do obaw, gdyż za num idą Apacze, ale byłoby w każdym razie dobrze, gdybyśmy skończyli z piramidą, zanim przybędą. Nie sądzę, by się to stać mogło wcześniej, aniżeli jutro po południu. Proponuję, abyśmy, zrezygnowawszy chwilowo z wyprawy na hacjendę, spróbowali jutro o świcie wtargnąć do piramidy. Gdyby Komanczowie mieli przybyć prędzej, aniżeli się spodziewamy, ta potężna piramida posłuży nam za warownię. Mamy zapas wody dla nas i dla koni, krzaki dają osłonę; brak tylko żywności. To najmniejszy kłopot; spędzimy sobie parę wołów. Od północy niema już na pastwiskach vaquerów, nie będą nam więc przeszkadzali.
Tak uczyniono. W krótkim czasie spędzili dosyć wołów, aby zaopatrzyć Apaczów na dwa tygodnie.
Posłano wywiadowców w stronę zbliżających się Komanczów, poczem ułożono się do snu; każdy chciał i musiał wypocząć przez wzgląd na spodziewane trudy. Leżeli więc na ziemi, otuleni w koce. Piorunowy Grot, Niedźwiedzie Serce i Bawole Czoło nie mogli zasnąć. Myśl o jeńcach, zamkniętych w piramidzie, nie dawała im spokoju. O świcie zbudzili Sternaua, bez którego nic nie chcieli przedsięwziąć.
Udali się teraz we czterech na miejsce, które wskazał im wczoraj wieczorem Meksykanin, i zaczęli badać ziemię. Po jakimś czasie znaleźli ślady, prowadzące ku południowo-wschodniej krawędzi piramidy, Wyraźny trop ciągnął się przez zarośla, poczem ginął w trawie, która zdążyła się podnieść; ubiegło bowiem sporo czasu.
Była to okoliczność fatalna. Nasi przebiegli mężowie stali bezradni. Zwołali Apaczów. Ci przeszukali najdokładniej wszystkie zarośla, fundamenty i otoczenie piramidy — napróżno!
Piorunowy Grot, Sternau, Niedźwiedzie Serce i Bawole Czoło wpadli w zwątpienie. Pierwszy otrząsnął się z niego Sternau. Rzuciwszy okiem na starą budowlę, która tak uparcie broniła się przed każdą próbą najścia, rzekł.
— To wszystko nic nie pomoże; musimy mieć Verdoję. A więc, ruszamy na hacjendę!
Po pięciu minutach pięćdziesięciu Apaczów galopowało pod wodzą Matava-se i Niedźwiedziego Serca przez pustynię. Gdy słońce wzeszło, zobaczyli woddali kontury hacjendy. Apacze spadli na nią, jak lawina. Musieli się śpieszyć, gdyż Komanczowie mogli być wpobliżu, Dotarli do ogrodzenia; panowała zupełna cisza. Brama była jeszcze zamknięta. Na rozkaz wodza Apacze zeskoczyli z koni i przesadzili ogrodzenie. Znaleźli za niem kilku zaledwie vaquerów, których szybko obezwładnili. Pozostałych nie trzeba się było obawiać: wygnali już trzody na pastwiska. Jeden z Apaczów otworzył bramę. Matava-se i Niedźwiedzie Serce wjechali na podwórze. Wódz został przy swoich wojownikach, aby zapobiec wszelkim gwałtom, Sternau zaś z trzema Apaczami skierował się ku drzwiom domu, które stały otworem. Nie zastanawiając się długo, wszedł do wnętrza. Wszystkie domy tej okolicy budowane były na jedną modłę, Sternau wiedział więc, gdzie ma szukać hacjendera. Przebiegłszy schody, otworzył pierwsze drzwi.
Napad nie mógł się, oczywiście, odbyć zupełnie bez hałasu. Mieszkańcy hacjendy obudzili się; na widok czerwonych ogarnęła ich nieludzka trwoga. Na folwarku było w tej chwili wraz z gospodynią tylko pięć kobiet, zebrały się wszystkie w pokoju gospodyni i formalnie konały ze strachu. Do tego właśnie pokoju wszedł Sternau ze swoimi czerwonymi towarzyszami. Na widok jego kobiety podniosły ogromny krzyk.
— Milczeć! — rozkazał doktór.
Łatwo było powiedzieć! Gospodyni rzuciła się przed nim na kolana, podniosła ręce i zaczęła błagać:
— Sennor, miejcie litość! Nie zrobiłyśmy wam przecież nic złego...
— Gdzie jest sennor Verdoja?
— Niema go tutaj. Odjechał wczoraj rano i nie wrócił do tej pory.
Wiadomość ta zachmurzyła czoło Sternaua. Przecież wyruszyli do hacjendy jedynie poto, by otrzymać wyjaśnienia do Verdoji. Jeżeli go niema, lepiej było zostać przy piramidzie.
Niezadowolenie jego i rozczarowania były tak widoczne, że gospodyni spytała:
— Czy kuzyn mój jest waszym wrogiem?
Sternauowi strzeliła nagła myśl do głowy, zapytał:
— Czy Verdoja to pani kuzyn?
— Tak, sennor. Jestem panią tego domu.
— Czy miał do pani zaufanie?
— Czy przypuszcza pan, że w przeciwnym razie powierzyłby mi klucze domu?
— Chodzi mi O co innego. Czy nie opowiada pani rzeczy, o których nie mówi nikomu?
— Czasami.
— Nie wie pani, dokąd pojechał?
— Nie wiem.
— Czy Verdoja spędził noc w hacjendzie?
— Tak.
— Czy pani zna piramidę, położoną niedaleko stąd?
— Owszem.
— Nie wie pani, czy ta piramida jest wewnątrz wydrążona?
— O tak. Verdoja bywał w niej nieraz.
— Ah, — mówił Sternau pocieszony — jak się tam dostawał?
— Tego nie wiem. Była to tajemnica jeszcze z czasów jego ojca. Ale na górze, w biurku, leży rysunek, z którego widać, jak wygląda wnętrze piramidy.
— Niech mnie pani zaprowadzi do biurka.
Stara powiodła Sternaua do pokoju Verdoji. Stało tam stare biurko, które Sternau z trudem otworzył zapomocą noża. Kiedy nareszcie zamek ustąpił, nasz westman znalazł w szufladzie plan, odnoszący się bezwątpienia do wnętrza piramidy. Ucieszony, schował go do kieszeni i pośpieszył nadół do Apaczów. Apacze tymczasem nie próżnowali; przetrząsnęli wszystko w poszukiwaniu amunicji; wreszcie znaleźli ją w piwnicy i wyciągnęli. Zabrali również kilka haków i prętów, które mogły się przydać w piramidzie. W pół godziny po napadzie na hacjendę, cały oddział ruszył w kierunku piramidy.
Przybywszy tam, Sternau zajął się studjowaniem karty.
Rysunek był bardzo wyraźny. Wnętrze piramidy składało się, według tego rysunku, z trzech pięter; pośrodku wydrążona była głęboka, czworokątna studnia. Obok studni biegły krużganki, połączone prostopadłemi korytarzami; po rogach mieściły się cele. Piramida miała u podstawy cztery wejścia; po każdej swej stronie, pośrodku, jedno.
Teraz trzeba było znaleźć jedno z tych wejść, prawdopodobnie zamurowanych. Sternau pokazał towarzyszom plan piramidy, poczem ruszył na poszukiwanie. Nie znajdował nic; w trakcie tego jednak wpadł na pomysł dokładnego odmierzenia, gdzie się znajduje środek jednej ze ścian.
Gdy ten środek ustalili, doszli do skały, w dziwny sposób porysowanej. Sternau zbadał ją, ale nic charakterystycznego nie znalazł; wreszcie ukląkł, zaczął z ogromnym wysiłkiem pchać kamień i — kamień się poruszył. Sternau stanął na równe nogi i zawołał:
— Mam, mam!
— Czy to możliwe?-zapytał Piorunowy Grot.
— Tak. Tu jest wejście; czułem to.
— Gdzie, gdzie? Prędko! — Trzeba ten środkowy kamień posunąć w głąb.
Piorunowy Grot ukląkł i, natężywszy wszystkie siły, zaczął pchać kamień, posuwać go zwolna w głąb, ukazując kamienne walce, na których głaz był umieszczony.
Sternau zbadał otwór.
— Tu stoi latarnia; musiało ich być więcej.
— A obok flaszka, pełna oliwy.
— Zapalmy prędko latarnię i do środka!
Piorunowy Grot zapalił latarnię i szybko podążył przodem, nie troszcząc się wcale o to, czy ktoś za nim idzie, czy nie. Wszyscy trzej: Sternau, Bawole Czoło i Niedźwiedzie Serce skoczyli w jego ślady.
Przebyli długi korytarz; wreszcie stanęli przed jakiemiś drzwiami. Sternau oświetlił plan latarką i przyglądał mu się bacznie.
— Drzwi nie zaznaczono w planie — rzekł. — Czy jest w nich zamek?
— Nie, — odparł Piorunowy Grot — lecz trzymają mocno.
— W takim razie zboku, czy też wewnątrz znajdzie się rygiel, albo też drzwi mają jakiś tajemny mechanizm. Nie możemy tracić czasu na badanie. Sztyletami wydrążcie kilka otworów między murem a drzwiami. Mur jest miękki; składa się z cegieł Przyniosę dynamit.
Przystąpili natychmiast do pracy; gdy Sternau wrócił, wszystko było gotowe. Otwory napełniono i zaopatrzono w lonty — sznury, natarte dynamitem. Zapaliwszy je, towarzysze pośpieszyli ku wyjściu.
Po krótkiej chwili usłyszeli kilka następujących po sobie wybuchów; już mieli znowu udać się do wnętrza, gdy stanął przed nimi Pogromca Grizly. Po szybkim jego oddechu poznać było, że śpieszył z nowiną wielkiej wagi.
— Co nam przynosi mój brat? — zapytał Niedźwiedzie Serce.
— Te psy Komancze mijają już las, przez który jechaliśmy wczoraj.
— Kto przyniósł tę wiadomość?
— Czerwony Jeleń.
— Wysłuchamy go; sprowadź go tutaj.
Wszedł Apacz, zwany Czerwonym Jeleniem.
— Niech brat mój powie, co widział — rzekł Niedźwiedzie Serce.
— Szedłem drogą, którąśmy przybyli, — rozpoczął Indjanin. — Szedłem brzegiem lasu. Nagle usłyszałem krakanie wielkiej ilości kruków. Spłoszył je ktoś, wędrujący po lesie. Dlatego ukryłem się w krzakach i postanowiłem czekać. Po niedługim czasie przeszli koło mnie te psy Komancze. Był to duży oddział, naliczyłem bowiem przeszło cztery razy dziesięć po dziesięć wojowników; wśród nich zaś było trzech wodzów.
— Czy znasz ich?
— Nie.
— Dokąd szli?
— Gdy minął mnie ostatni, ruszyłem wślad za nimi. Doszli aż do brzegu lasu. Tam odbyli krótką naradę i udali się do hacjendy.
— Więc zobaczymy ich wkrótce.
— Może dopiero dziś w nocy — rzekł Piorunowy Grot.
— Nie; otoczą nas, — oświadczył Sternau. — Potem zaś napadną pod osłoną nocy. Musicie czuwać bacznie, a gdy się stanie coś ważnego, wejdźcie do tego sklepienia i zawiadomcie nas.
Wrócili znowu na korytarz. Gdy doszli do drzwi, znaleźli je wyważone na ziemi. Zbadali dokładnie. Nie znaleźli nic, oprócz dwóch czworokątnych otworów na górze i dole. Starannie przeszukali miejsce, w którym były umocowane, jak również sufit; na górze i na dole zobaczyli żelazne zębate haki, umieszczone w otworach. Tkwiły mocno i nieruchomo; nie można było ustalić, w jaki sposób się poruszają.
— Nie pozostaje nam nic innego, jak wysadzić resztę drzwi, — rzekł Sternau. — Przyniosę jeszcze dynamitu. Chwilowo chodźmy dalej.
Uszli dobry kawałek drogi, zanim dotarli wreszcie do drzwi, położonych po prawej stronie muru, podczas gdy korytarz prowadził dalej. Sternau wziął plan do ręki i zaczął badać.
— Czego szuka mój brat? — zapytał Niedźwiedzie Serce.
— Miejsca, w którem się znajdują jeńcy. Uwięziona ich z pewnością pośrodku piramidy, wpobliżu studni, tam bowiem czuć się powinni najbezpieczniej. Te drzwi musimy wysadzić, gdyż po tym korytarzu dalej nie pójdziemy.
Pozostali zabrali się znowu do wiercenia otworów; Sternau napełnił je świeżo przyniesionym ładunkiem prochu. Cofnęli się na odpowiednią odległość; po detonacjach powtórzyło się to samo, co przedtem. I tu znaleźli żelazne haki, wystające z kamienia na kształt zębów, i tu nie mogli odkryć mechanizmu. Człowiek, który go wynalazł, z pewnością posiadał niepospolity dar fantazji.
Postępowali nadal według wskazówek Sternaua. On zaś przyniósł, oprócz prochu, motykę i żelazną dźwignię. Spróbowali tych narzędzi przy następnych drzwiach, nie osiągając jednak żadnej korzyści. Musieli znowu uciec się do prochu. Drzwi miały rygle z dwóch stron; trzeba więc było użyć więcej prochu, aniżeli dotychczas. W rezultacie wybuch był tak silny, że budowla zdawała się wstrząsać w posadach. Musieli więc przedewszystkiem uprzątnąć gruzy i podeprzeć sufity. Ponieważ nie mieli odpowiednich narzędzi, pochłonęło to kilka dobrych godzin.
Podczas tej pracy przybył posłaniec i wywołał wodzów. Wiedzieli, że los zamkniętych w piramidzie ofiar od jednego momentu zależy, ale czuli również. iż muszą iść za głosem dwustu Apaczów, których los został im powierzony.
Gdy wyszli przed piramidę, zorjentowali się, że Komanczowie otoczyli ich szerokim pierścieniem. Według pobieżnego obliczenia ilość wrogów nie o wiele przekraczała setkę. Znaczna ich część dosiadała wierzchowców.
— Zabrali konie z hacjendy Verdoji — rzekł Sternau. — Reszta szuka jeszcze. Nie rozpoczną jednak walki, zanim wszyscy nie zdobędą koni. Możemy więc spokojnie wrócić do naszego dzieła. — —



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.