Pieśń przerwana (obrazek sceniczny)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa, Zygmunt Przybylski
Tytuł Pieśń przerwana
Podtytuł Obrazek sceniczny w 1-ym akcie
Wydawca Wydawnictwo Gebethnera i Wolffa
Data wyd. 1900
Druk St. Niemira
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

TEATR AMATORSKI № 63



PIEŚŃ PRZERWANA

OBRAZEK SCENICZNY W 1-ym AKCIE


przez

Elizę Orzeszkową i Zygmunta Przybylskiego





WARSZAWA
Nakład Gebethnera i Wolffa

Kraków — G. Gebethner i Spółka.






Дозволено Цензурою.

Варшава, 17 Іюня 1900 года.







Warszawa. — Druk St. Niemiry Synów, Plac Warecki 4



OSOBY:



TEOFIL WYGRYCZ.
KLARA, jego córka.
PANI DUTKIEWICZOWA, sąsiadka.
OSKAR.
BENEDYKT, kamerdyner.

Rzecz się dzieje w małem miasteczku.





Scena przedstawia ogródek przed małym domkiem. Na prawo domek, biało pomalowany, z ganeczkiem na dwóch słupkach, w około ganeczka i na ścianach domku wije się fasola na tykach. Obok domku stara ławeczka. W głębi wzdłuż sceny sztachetki z furtką, za któremi prowadzi ścieżka. Przy samych sztachetkach nieco z boku altanka; wejście na scenę z lewej strony w kulisie. Kilka klombików, kwiatów i t. d.)

SCENA PIERWSZA.


KLARA — po chwili OSKAR.

KLARA (wybiega żywo z domku z koszyczkiem, w którym znajduje się książka, białe płótno, kromka chleba; ubrana skromnie w perkalikową sukienkę, urywa kwiat z fasoli i wpina go do włosów; robi to wszystko wesoło nucąc, następnie biegnie do altanki, rozkłada płótno do szycia — w głębi za sztachetkami przechodzi Oskar; ujrzawszy Klarę, zatrzymał się i następnie zbliża się do altanki).

OSKAR (pokłoniwszy się kapeluszem).

Czy mogę panią zapytać, kto mieszka w tym ładnym domku?

KLARA (nieco zmieszana).
My — tam mieszkamy. Ojciec mój Teofil Wygrycz, ja i rodzeństwo.

OSKAR.

Miłe ustronie. Któż-to sadził przy domku te piękne rośliny, które ocieniają go w sposób tak malowniczy? Na klombach też wiele kwiatów?

KLARA.

Nie wiele ich: ja i siostra moja nie mamy czasu uprawiać więcej.

OSKAR.

Siostrzyczka pewno starsza.

KLARA.

Owszem, młodsza odemnie o lat cztery.

OSKAR.

Więc ma lat?

KLARA.

Piętnaście.

OSKAR.

Co pani robi?

KLARA.

Szyję koszulę dla braciszka.

OSKAR.

A mama?

KLARA (smutno).

Od czterech lat już nie mamy matki — umarła. Ja im ją zastępuję.

OSKAR.

Widzę książkę w koszyczku. Pani lubi lekturę?

KLARA.
O, lubię czytać.

OSKAR (wyciąga rękę po książkę, którą mu Klara podaje z pewnem wahaniem — otwiera książkę).

Czy to pani podkreśliła te wiersze?

KLARA (nieśmiało).

Tak...

OSKAR (czyta półgłosem).

...Przenoś moją duszę utęsknioną, do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych!
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych.
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem...
...Gdzie bursztynowy świeżop, gryka jak śnieg biała
Gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała
A wszystko przepasane, jak wstęgą zieloną...

KLARA (która słuchała z widocznem wzruszeniem, otrząsnąwszy się z wrażenia — mówi zimno).

Pan daleko ztąd mieszka?

OSKAR.

Bardzo blizko... Jestem Juljusz Przyjemski, mieszkam w tym dużym domu (wskazuje ręką w kulisę).

KLARA.

Myślałam, że w tym pałacu nikt nie mieszka.

OSKAR.

Dotąd, oprócz służących nikt w nim nie mieszkał, ale wczoraj przybył tu na jakiś czas jego właściciel.

KLARA.

Książę?!

OSKAR.
Tak. Jestem domownikiem i zarazem przyjacielem najbliższym księcia.

KLARA.

Czy książe jest młody?

OSKAR.

Tak i nie — żyje niezbyt długo, lecz doświadczył wiele...

KLARA.

O tak! Wyobrażam sobie, ile szczęścia i przyjemności doświadczyć musiał.

OSKAR.

Pani tak myśli?

KLARA.

Naturalnie, będąc tak bogatym, może robić zawsze co mu się podoba!

OSKAR.

Nieszczęście jego w tem tylko, że mnóstwo rzeczy przestało mu się podobać.

KLARA.

Jednak są rzeczy zawsze miłe i książę, mogąc tyle doświadczać, musi być jednak bardzo szczęśliwym...

OSKAR.

Jakież to rzeczy?

KLARA (wskazując w głębi).
Naprzykład taki ogród. O Boże, ileż razy będąc tu, myślałam: jakie to szczęście siedzieć pod takiemi drzewami, patrzeć na piękne kwiaty; wie pan, w Kwietniu tyle fiołków bywa na tym trawniku, że trawa znika prawie pod niemi i robi się cały fioletowy, a zapach od niego idzie tak silny, że aż do naszego domku dochodzi.

OSKAR.

Pani jesteś bardzo wrażliwą na piękność... Więc pani czuje się zupełnie szczęśliwą, odkąd tu mieszka?

KLARA.

Nie zupełnie... bo wcale, wcale nie jestem spokojną o zdrowie ojca i przyszłość dzieci.

OSKAR.

A o swoją?

KLARA (ze zdziwieniem).

O moją? — A cóż mi się stać może? Jestem już przecie dorosłą i w każdym wypadku dam sobie radę.

OSKAR.

To pani szczęśliwszą jest od księcia, bo on nie może dać sobie rady. Sam nie wie, co ma robić z sercem zrażonem, bo po wielokroć zranionem, z dniami i godzinami, które nie mają celu.

KLARA.

Biedny! Doprawdy, może jestem zarozumiała, ale zdaje mi się, że będąc na jego miejscu, wiedziałabym co robić z sercem i życiem.

OSKAR.

Cóżby pani robiła?

KLARA.

Weszłabym na szczyt tej baszty... — widzi pan — tej... na sam szczyt i obejrzała bym caluteńkie miasto. Zobaczyłabym wszystkich, którzy tylko w nim żyją, cierpią... Pan widział kiedy medaljonik z Matką Boską Paryską? Matka Boska stoi, a z obu jej rąk leją się potoki promieni, które pocieszają, oświecają i od złego bronią — gdybym była na miejscu księcia, weszłabym na tę basztę, spuściłabym ręce i lałabym z nich potoki promieni. — O Boże, jaka byłabym szczęśliwa! — (chwila milczenia).

OSKAR.

Szczęśliwy jestem, że traf pozwolił mi panią poznać...

KLARA (układając robotę w koszyku).

Pora mi już do domu.

OSKAR.

Już? Czy pani będzie łaskawa pożyczyć mi tej książki chociaż na chwilkę, (przerzucając kartki) „W Szwajcaryi“ Słowackiego, tyle razy byłem w tym kraju, poemat znam, zdaje mi się, że znam ale może nie, — może nie?

KLARA.

Owszem, — proszę.

OSKAR.

Niech mi pani na pożegnanie rączkę poda.

(Klara podaje mu rękę — nieco zażenowana i szybkim krokiem zbliża się do domu. Oskar powoli otworzywszy książkę — znika w głębi).


SCENA DRUGA.


KLARA po chwili WYGRYCZ

KLARA (sama).

— Dziwny wypadek — spotkać człowieka nieznanego, rozmawiać z nim tak długo i nawet mu książkę pożyczyć — dziwny wypadek — (po chw.) Nie słyszałam nigdy, aby ktokolwiek tak pięknie czytał! Jaki on miły! Dziwna ta jego zmarszczka na czole, taka głęboka, a pod nią oczy takie szafirowe, czasem śmiałe i śmiejące się — a czasem takie smutne — doprawdy, dziwny wypadek — (zamyśla się).

WYGRYCZ (wysoki, chudy, w długim starym paltocie, czapka z gwiazdką, twarz koścista, zżółkła, wyraz kwaśny — wchodzi głównem wejściem, zbliża się do Klary).

Klaro.

KLARA (jakby przebudzona).

Ach — to ty ojcze.

WYGRYCZ.

Cóżeś tak się przestraszyła — moje dziecko, o czemże tak myślałaś?...

KLARA (nerwowo).

Myślałam — myślałam — o kwiatach, które tak pięknie kwitną około naszego domu i ocieniają go w sposób tak malowniczy, że nawet zwraca uwagę na siebie. Przed chwilą rozmawiałam dość długo z sekretarzem księcia, panem Przyjemskim, który bardzo chwalił nasz domek.

WYGRYCZ (kwaśny).

Więc książe powrócił?...

KLARA.

Powrócił. Znasz go ojcze?

WYGRYCZ (j. w.)

Widziałem raz — dawno już — od kilku lat nie pokazał się tutaj. Jest tak możnym, posiada takie imie, że gdyby był pomiędzy nami, gdyby nas znał, gdyby wchodził w stan rzeczy i ludzi, każde jego słowo mogło by być poparciem, oświeceniem, każdy czas błogosławieństwem... Książę jednak woli bujać po świecie...

KLARA.

Mój tateczku — mnie się zdaje, że nie powinniśmy sądzić surowo ludzi, tak innych, od nas, zupełnie innych.

WYGRYCZ.

Jakto innych?... Co za innych? Dlaczego innych? Zwarjowałaś, czy co? Wszystkich jeden Bóg stwarza i jedna ziemia nosi, wszyscy grzeszą, cierpią i muszą umierać, a to jest wielka jednostajność, ogromna jednostajność... Umrze, jedno prawo i jeden sąd: król albo cygan — albo człowiek słucha prawa boskiego, służy bliźnim swoim i każdej sprawie dobrej albo nie czyni tego. Pierwszy może sobie być nawet grzesznym człowiekiem, ale zawsze będzie czegoś wart, drugi trzech groszy nie wart i po wszystkiem — (całuje ją w czoło serdecznie). Ale ty jeszcze tego wszystkiego nie rozumiesz. — Słońce już zaszło — i nie długo gwiazdy świecić będą, czuję się dziś więcej niż zwykle zmęczonym. Ot bieda w górze, bieda w powietrzu, bieda na dole. Wiele brakuje do dobrego wszędzie i każdemu, (kaszląc wchodzi do domku).


SCENA TRZECIA.


KLARA. — OSKAR. (który przed chwilą ukazał się w głębi — wchodzi po cichu przez furtkę, znajdującą się między sztachetami).


OSKAR (z uśmiechem).

To znowu ja.

KLARA (zdziwiona).
Którędy pan wszedł?

OSKAR (j. w.)

Drogą pospolitą — przez bramkę w sztachetach. Przechodząc przez ogród zobaczyłem panią na ganku. Z kim pani rozmawiała?

KLARA.

To mój ojciec. — Jest bardzo słabego zdrowia.

OSKAR.

Cóż jest ojcu pani?

KLARA.

Coś piersiowego.

OSKAR.

To smutne. Ponieważ pani tak bardzo lubi kwiaty, przynoszę je.

KLARA (z radością).

To z ogrodu księcia? — Móżeby się rozgniewał, gdyby wiedział że je pan dla mnie zrywał.

OSKAR.

A teraz zapomnijmy o wszystkich kłopotach domowych i niedomowych, o wszystkiem co złe, co małe, co boli i pójdźmy w świat lepszy. — Wyszukałem w bibljotece książkę — dla pani — pozwoli pani, abym czytał?

KLARA (cicho).

Już się ściemniać zaczyna. — (siada na ławeczce — Oskar obok niej).

OSKAR.

Och — czytać jeszcze można doskonale. — (czyta).

„Jest chwila, gdy się ma księżyc pokazać,
Kiedy się wszystkie słowiki uciszą.
I wszystkie liście bez szelestu wiszą,
I ciszej źródło po murawach dyszy.

O takiej chwili, och! dwa serca płoną,
Jeśli zaś mają przebaczyć — przebaczą,
Jeżeli o czemś zapomnieć — zapomną.
Słowiki jęczą i fontanna płynie,
Mówią mi o niej — ja serce otwieram,
I o śmierć prędką — modlę się z rozpaczą“.

(Spogląda na Klarę, która ma łzy w oczach).

Jaka pani wrażliwa...

KLARA (chce wstać).

Już pójdę do domu...

OSKAR.

Niech pani jeszcze nie odchodzi, — proszę, proszę bardzo.

KLARA (cicho).

Już późno — ściemnia się (za sceną słychać muzykę na fortepianie). Co to? Ktoś gra w pałacu?

OSKAR.

To książę. Jest wielkim amatorem muzyki i często grywamy razem. Ja gram na wiolonczeli. Czy pani lubi muzykę?

KLARA.

Nie mogę nigdy słuchać jej bez takiego jakiegoś wzruszenia.

OSKAR.

A często ją pani słucha?

KLARA.

Od śmierci mamy, która grywała ojcu wieczorami, słyszałam muzykę dwa razy.

OSKAR.
Czy podobna! Przez cztery lata słyszeć muzykę tylko dwa razy.

KLARA.

Cóż to tak ważnego, że nie mam tej przyjemności!

OSKAR.

To prawda — cóż to tak ważnego nie mieć w życiu przyjemności, szczególniej w takim wieku...

KLARA.

Tak — oddawna już jestem dorosłą.

OSKAR.

Czy pani wie, kto był Heine?

KLARA.

Wiem. Poeta niemiecki. Byłam przecież na pensji, nie skończyłam jej jednak, bo po śmierci mamy stałam się konieczną w domu dla ojca i dla rodzeństwa.

OSKAR.

Aby być dla nich aniołem pociechy i pomocy. Otóż przychodzi mi na myśl jeden wierszyk Heinego, który pragnę pani jeszcze powiedzieć: (deklamuje)

„Ty jesteś jak kwiat,
Piękną, czystą, powiewną,
Gdy patrzę na Cię, ma pierś
Boleścią ściska się rzewną
I radbym wznieść dłoń
Do nieba z modlitwą śpiewną.
Oby zachował Cię Bóg
Tak piękną — czystą — powiewną.

(Chwila milczenia — muzykę słychać ciągle).



KLARA (mówi wzruszonym głosem).

Istotnie — już późno (wstaje).

OSKAR (cicho).
Gwiazdy spadają.

KLARA.

W Sierpniu zawsze wiele gwiazd spada. Mówią, że gdy gwiazda spada, trzeba tylko nim zgaśnie wymówić w myśli życzenie, a będzie spełnione.

OSKAR.

O co prosiłaby pani gwiazdy spadającej?

KLARA.

Gdybym wierzyła, że spadające gwiazdy spełniają życzenia ludzkie, prosiłabym ich ciągle: niech ojciec mój wyzdrowieje, niech dzieci uczą się dobrze i będą dobre.

OSKAR.

A dla siebie?

KLARA.

Jakto? Przecież to prośba byłaby właśnie o to, czego pragnę najwięcej, więc prosiłabym dla siebie.

OSKAR (z uśmiechem).

Egoizm szkaradny. Ale czy doprawdy nie chciałaby pani, aby gwiazdka złota przysłała pani jakieś szczęście, takie wielkie, że serce przemienia w gwiazdę pałającą i zawieszoną wysoko nad wszystkiem, co jest na ziemi.

KLARA (siląc się na wesołość).

Jeżeli już koniecznie miałabym prosić o coś dla siebie jednej, to prosiłabym, aby tego lata jeszcze pójść za miasto i całe pół dnia przepędzić w lesie. Ogromnie lubię las. A pan o co najwięcej prosiłby gwiazdy spadającej?

OSKAR.

Ja? Prosiłbym o wiarę, że są na ziemi serca dobre, czyste, wierne i o to, aby jedno z takich należało do mnie. Prosiłbym jej: gwiazdko jasna, daj mi zapomnieć o snach ciemnych, których miałem wiele, (po chwili weselej): Czy wiesz pani, że przez tych kilka chwil, które razem spędziliśmy, ja dużo się od pani nauczyłem.

KLARA.

Pan? odemnie? O Boże! Czegóż ja kogokolwiek mogę nauczyć? Tylko brata czytać i pisać nauczyłam.

OSKAR.

A czego mnie pani nauczyła, wytłomaczę może później. Teraz mogę pani tylko powiedzieć, że dzięki tobie przekonałem się, że i nasza literatura jest wspaniałą; większą część życia spędziłem za granicą, w towarzystwie literatów zagranicznych. Poemat Słowackiego w „Szwajcaryi“ dziś dopiero poznałem — zachwycił mnie — (powtarza z pamięci):

O takiej to chwili — ach! dwa serca płoną!
Jeśli coś mają przebaczyć — przebaczą!
Jeżeli o czemś zapomnieć — zapomną.

(Z za sceny słychać głos: Klarciu, Klarciu!)

KLARA (jakby zbudzona ze snu).

Dobranoc panu.

OSKAR.

O której godzinie kończy pani wszystkie swoje zajęcia domowe?

KLARA.

Już nie długo. Brat i siostra idą wcześnie spać.

OSKAR.

Więc kiedy oni zasną, niech pani wyjdzie do ogrodu posłuchać muzyki. Ja i mój przyjaciel będziemy grać dla pani. Dobrze?

KLARA.

Dobrze. Dziękuję. Dobranoc panu.

OSKAR (ująwszy ją za obie ręce wpatruje się w nią).

...Grając będę myślał, że pani tu stoi gdzieś koło sztachet i słucha mojej muzyki. Tym sposobem dusze nasze będą razem. (Szybko uniósł do ust jej ręce i pocałował obie — odchodzi zwolna).


SCENA CZWARTA.


KLARA (sama).

(powtarzając bezwiednie:) „Tym sposobem dusze nasze będą razem.“ O Boże! — co się ze mną dziś dzieje — jakże ja czuję się szczęśliwą. Serce moje zatopione w słodyczy niewypowiedzianej, o jakiej dotąd nie miałam pojęcia. — (powtarza:) „Ja i mój przyjaciel będziemy grać dla pani,“ — dla mnie — dla mnie grać będą“.. (powtarza):

„I radbym wznieść dłoń
Do nieba z modlitwą rzewną
Oby zachował cię Bóg
Tak piękną, czystą powiewną.“



SCENA PIĄTA.


KLARA. — WYGRYCZ. — DUTKIEWICZOWA.
(wychodzą z domu: Dutkiewiczowa, niska krępa, ubrana czarno, włosy zupełnie siwe, na głowie czarna koronkowa chusteczka).


DUTKIEWICZOWA.
Bywaj pan zdrów kochany panie Wygrycz — dobranoc, dobranoc.

KLARA (podbiegając ku niej).

Ach, to pani Dutkiewiczowa, nic nie wiedziałam, że pani była u nas.

DUTKIEWICZOWA.

Wyszłam tylko na chwilkę, prosić cię, abyś jutro rano koniecznie przyszła do mnie, musimy pójść kupić trzewiki; bez ciebie nie kupię, bo oni mnie oszukają.

KLARA.

Dobrze, przyjdę.

DUTKIEWICZOWA.

Bywajcie zdrowi. (Za sceną słychać muzykę — pianino i wiolonczela). Słyszycie wy?

WYGRYCZ.

Ktoś gra na wiolonczeli i pianinie. Prześliczna melodya.

DUTKIEWICZOWA.

Dawno już nie słyszałam takiej muzyki. Żebyś ty tylko Klarciu nie zapomniała jutro o moich trzewikach...

WYGRYCZ (z pewną zadumą i serdeczną czułością mówi do Klary).

Matka twoja grywała także pięknie! — pamiętasz?

KLARA (cicho).

Pamiętam, ojcze!

WYGRYCZ (j. w.).

O, mam ja w życiu dobre wspomnienia, święte wspomnienia. A na tamtym świecie mam moją świętą, z którą pragnąłbym się połączyć jaknajprędzej, gdyby nie dzieci, (tuli Klarę do serca). Ale ona mi was zostawiła, i znowu człowiek do tej ziemi przywiązany.

KLARA.

Mój ojcze, co też ty mówisz! Ty zdrowie tutaj musisz odzyskać.

WYGRYCZ.

Ot są na ziemi poematy takich związków i takich wspomnień. Jakże biednymi są ci, którzy ich zrozumieć ani ocenić nie potrafią...

DUTKIEWICZOWA.

To ja już idę — dobranoc kochany panie Teofilu — dobranoc — a ty Klarciu, jak tylko brata wyprawisz do szkoły, to przychodź zaraz (jakby sobie coś przypomniała, ciszej do Klarci:) ale, ale — dam ci jutro na wpisowe dla Stasia — już pora zapłacić — no, bywajcie zdrowi (wychodząc w kulisę:) a nie zapomnij o moich trzewikach — bo przecie boso chodzić nie mogę. (Słychać tylko pianino).

WYGRYCZ (zwracając się ku drzwiom).

A ty nie idziesz ze mną?

KLARA.

Chwileczkę jeszcze pozostanę tutaj.

WYGRYCZ.

A nie zapomnij zamknąć drzwi... (wchodzi do domu:)


SCENA SZÓSTA.


KLARA. po chw. — OSKAR. — BENEDYKT. — WYGRYCZ.


KLARA. (patrzy chwilę czy ojciec odszedł — potem idzie zwolna ku sztachetom — opiera się o nie — i jakby w upojeniu spogląda w stronę pałacu; w tej samej chwili zbliżył się Oskar).
To pan...

OSKAR (ująwszy jej dłonie mówi szeptem:)

Musiałem koniecznie dziś jeszcze panią widzieć. Grając myślałem ciągle: „Pójdę do niej!“ Przestałem grać i przyszedłem. Powiedziałem jemu „graj dalej, graj ciągle, bo chciałem z tobą rozmawiać przy wtórze muzyki. Czy dobrze, że przyszedłem? Musiałem cię widzieć i pożegnać na cały dzień jutrzejszy. Dziś zaraz mój stryj przyjedzie i zabierze mnie do siebie na całe jutro. Czym dobrze zrobił, przychodząc dziś jeszcze na chwilkę?

KLARA.

Dobrze.

OSKAR.

...Zaczekaj, wejdę do waszego ogródka — usiądziemy razem — dobrze?

KLARA (błagalnie).

...Nie. — Niech mnie pan nie prosi, o — niech mnie pan o to nie prosi — bo pójdę — (chce odejść).

OSKAR (przyciągając ją ku sobie).

Tak! nie idź, dziękuję ci, żeś nie poszła. Niech rozdzielają nas te sztachety. Ale nie odchylaj główki. — Przybliż się — pochyl — tak — o moja droga. (Klara przytula głowę do jego piersi:) Kochasz mnie?

KLARA.

Kocham — (chwila milczenia).

BENEDYKT (wszedł i spostrzegłszy Oskara mówi największą uniżonością:)

Oświecony książe...

OSKAR (ze złością).
A co tam?

BENEDYKT.

Jaśnie Oświecony Książe stryj przyjechał i rozkazał szukać Jaśnie Oświeconego...

OSKAR (surowo).

Precz! — (do Klary która jakby skamieniała) Wydało się wszystko, nie gniewaj się — bo uczyniłem to z obawy — abyś...

KLARA (przerywa, prawie osłupiała).

Pan? — książę? — pan, książę?

OSKAR.

No — tak — ale cóż ztąd? — czyż dlatego?...

KLARA (j. w.)

Pan? książę? — (jak gdyby zrozumiała całą sytuacyę — odbiega od sztachet, obejmuje głowę rękoma i z okrzykiem trwogi — biegnie prawie nieprzytomnie ku drzwiom:) Ojcze — ojcze — ojcze.

WYGRYCZ (ukazuje się w drzwiach:)

Co to jest? — co się stało?

KLARA (rzuca się do kolan ojcu:)

Ojcze — uciekajmy ztąd! Uciekajmy jaknajprędzej — dziś jeszcze — jeszcze dziś. — Ja tu jednej chwili pozostać nie powinnam... — Nie mogę!


ZASŁONA SPADA.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Zygmunt Przybylski, Eliza Orzeszkowa.