<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pogrobek
Podtytuł Powieść historyczna z czasów Leszka Białego
Wydawca Spółka wydawnicza księgarzy w Warszawie
Data wyd. 1880
Druk Wł. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron



V.


Na zamku Wrocławskim od zgonu Henryka Brodatego, nie mało się razy panowie i dwory zmieniały. Coraz inaczej wyglądało to siedlisko główne Piastów Ślązkich, które, choć od niego dzielnic wiele oderwano, zawsze się za ich stolicę uważało. Dobijali się oń z kolei potomkowie świętej Jadwigi rozrodzeni, a w tych rozterkach książęcych, miasto samo i ludność jego coraz większego nabywało znaczenia.
Wnuk zabitego pod Lignicą, Henryk, teraz tu panujący, wielkiego i niespokojnego był ducha. Pragnął szerokich posiadłości, a choć mu się zagarnąć je nie udawało, nawet w walce z nieszczęśliwym Rogatką, nie dawał się zrazić i odstręczyć niczem.
Zaledwie sam z więzienia uwolniony, kusił się o chwytanie drugich; przegrawszy bitwę jedną, myślał już o tej, którą miał ją powetować.
Był to mąż naówczas w sile wieku, jak wszyscy Ślązcy Piastowicze, zbudowany krzepko, życiem rycerskiem wzmocniony, wytrzymały, zacięty. Pełen ambicji, marzyciel, potrosze poeta składający miłosne piosnki niemieckie, nic już w sobie polskiego nie miał, a stosunkami pokrewieństwa i ducha sięgał po za granice Polski, do Brandeburgów, do Czech, do Cesarstwa.
Cały też dwór jego, oprócz malkontentów z Polski, którzy zbiegali doń ofiarując mu usługi swoje, składał się przeważnie z niemców, sasów, szwabów i różnego plemienia przybłędów.
Strój, język, zabawy, podobnym go zupełnie czyniły do dworów innych niemieckich książąt, którym książe Henryk starał się być podobnym.
Żona jego, córka Ottona Brandeburgskiego, wniosła tu z sobą niechęć do wszystkiego, co polskiem było.
Spiskowano jawnie prawie przeciwko tym wszystkim książętom, którzy do Krakowa i Sandomierza, Poznania i Kalisza prawa mieli.
Przemysław tak samo jak inni, stał na zawadzie ks. Henrykowi.
Nie było z nim jawnego rozbratu, lecz knowano potajemnie, jak się to naówczas wieść było zwykło.
Upatrywano sposobności, aby mu dzielnicy uszczuplić, albo z niej wyrzucić zupełnie.
Na rękę więc było księciu Henrykowi, gdy mu dnia jednego Ochmistrz dworu jego Werner, dał znać, iż z Polski przybyły, ziemianin jakiś, poważny człek, o posłuchanie go prosił.
Był to Zaręba, który na dworze Przemysława, między niemcami, języka ich się trochę przyuczył.
Dla tej zemsty, której pragnął gotów był teraz na wszystko. To co tu widział, mogło Zarębie dać wielkie wyobrażenie o możności pana, pod którego opiekę chciał się uciec.
Henryk równie wspaniale zwykł był występować jak Przemysław. Dwór jego cudzoziemski był świetny i liczny, on sam pamiętał o tem, że był wielkiego rodu. Zamek Wrocławski co się nigdy wziąć nie dawał, choć nieraz do koła palono przedmieścia i miasto, urósł znacznie, mocnym był i okazałym.
Dawne budowy, po większej części drewniane ustąpiły murowanym. Ściany obwodowe wzmocniono basztami krągłemi; w pośrodku sale sklepione i ganki kryte, pełne były zawsze dworu licznego i występującego z przepychem.
Dawnego języka krajowego nikt tu teraz nie posłyszał, duchowieństwo otaczające księcia nie zbyt liczne, rycerstwo, niewiasty księżnej — wszystko niemieckie było.
Wieczorami najulubieńszą zabawą księcia słuchanie pieśni miłosnych i popisy z temi, które sam układał.
Świat otaczający, pół Polski jeszcze miano za barbarzyński i dziki.
Chciwość władzy u księcia Henryka łączyła się z niepomierną żądzą zwiększenia bogactw, które mu do niej drogę usłać miały.
Nie przebierając w środkach, gdy chciał skarbiec zasilić książe, tak jak Rogatka rzucał się na kogo mógł, szczególniej na duchowieństwo, które z dóbr wielkich nic nie opłacając, ciągnęło dochody znaczne i miało sławę zamożności. Przywłaszczaniem sobie dóbr, dziesięcin, nakładaniem przymusowych danin na Biskupów i kapituły, Henryk, przyczynił sobie nieprzyjaciół w całem duchowieństwie. — Sarkano, opierano się, skarżono do Rzymu, lecz niewiele to pomagało.
Z Biskupem Tomaszem Wrocławskim rozpoczynała się już wojna otwarta. Na zamku więc rzadko się spotykało duchownych, a ci co tu gościli, z biskupem i klasztorami zerwać musieli.
Zaręba, którego na zamek chętnie wpuszczono, oczekując na posłuchanie u księcia, miał czas się przekonać, że tu już śladu nie było dawnych obyczajów, które się w Poznaniu jeszcze zachowały.
Książe, który doń wyszedł po domowemu, ale wytwornie odziany, w jedwabnych sukniach obszytych futrem kosztownem, majestatyczniejszym mu się wydał nad Przemysława.
Na ukłon odpowiedział zaledwie patrząc na przybyłego z rodzajem szyderskiego politowania. Zapytał go naprzód kto był. Zaręba począł od opowiadania pobytu swego na dworze Przemysława, pożyciu jego z żoną, śmierci jej i oburzeniu, jakie ona przeciwko niemu wywołała. Wspomniał o krzywdzie, jaka mu się stała, a zakończył tem, że usługi swe przeciw Przemysławowi gotów był księciu ofiarować. —
— Nie wiesz przecie, — odparł dumnie ks. Henryk, — czym ja z nim, czy przeciw niemu?
— W. Miłość nie możecie być z nim, — odparł Zaręba — na to wielkiego rozumu nie trzeba, aby się domyśleć. Z prawa starszeństwa należy wam dziedzictwo tych ziem, które on trzyma, dla czegóż byście go nie mieli osiągnąć? Przemysławowi niechętni są ziemianie, podać im tylko rękę potrzeba.
Ślązak słuchał trochę niedowierzająco, siadł, podparł się, wyciągnął, dając mówić przybyłemu. Nie okazywał ani wstrętu do tego, co mu prawił, ani zbytniego zajęcia. Człowiek, zdrajca — budził w nim niechęć widoczną.
Zaręba rozgadał się szeroko o swych powinowatych, o ziemianach jedno z nim mającym przekonanie — a nakoniec rzekł kusząc ks. Henryka.
— W. Miłość możecie łatwo dostać zamek kaliski, byleś rękę wyciągnął. Znam Sędziwoja, który tam kasztelanem jest, iż z nim się ułożyć będzie można...
Posłyszawszy to Henryk okazał żywsze nieco zajęcie. Rozpytywać zaczął o Sędziwoja — odprawił Zarębę, przywołać go kazał raz drugi, i Michno wyruszył na ową do Kalisza wyprawę.
Wrócił z niej z najlepszemi nadziejami, a wkrótce potem i przyobiecany Sędziwój we Wrocławiu się zjawił.
Sam książe potajemnie wiódł z nim układy.
Przygotowania do opanowania grodu potrwały kilka miesięcy.
W końcu Września następnego roku, Przemysław znajdował się na zamku swym w Poznaniu.
Żył teraz dosyć odosobniony od śmierci Lukierdy, posępny, a ks. Teodoryk, który go zabawiał, czytał mu, rozrywał, coraz był w większych łaskach...
Na zamku wiele się zmieniło.
Książe usiłował wspomnień dojmujących zatrzeć ślady. Izby, w których zbrodnia dokonaną została przerobiono zupełnie, oddano je na pomieszczenie dworu, a inne wspanialsze, odnowione gotowano dla przyszłej żony księcia, o której już naówczas mówiono, iż książe powinien się o nią był starać.
Młody, w sile wieku, aby nie znijść bezpotomnie, musiał szukać towarzyszki. Świnka lękając się, aby do swawoli nie wrócił nalegał. I on i ks. Teodoryk ciągle to książęciu przypominali.
Przemysław ociągał się z jakąś zabobonną obawą.
Wieść o gwałtownej śmierci Lukierdy tak była rozpowszechnioną, iż wielu odstręczała od niego. Po różnych dworach próbowano starać się o księżniczki, których odmawiano. W ciągu krótkiego czasu krwawa przygoda urosła w legendę, zmieniła się w pieśń, którą publicznie po kraju śpiewano. Weszło to było w wiarę powszechną, iż książe mord żony nakazał.
W pieśni żałosnej, którą nuciły niewiasty, Lukierda prosiła męża, aby jej życie darował, by jej powrócić do swoich, choć w jednem gźle, boso pozwolił. Okrutny Przemysław skazywał ją na śmierć, a śpiew łzy wyciskając, wzmagał niechęć przeciwko niemu. —
Powtarzania tych pieśni niepodobna było zakazać. Nucili ją po gospodach publicznych gęślarze, niewiasty uczyły się i roznosiły. Wprędce rozpowszechniła się tak, że z tęskną jej nutą nieraz dwór książęcy w podróżach się spotykał.
Chociaż na zamku komnaty, w których Lukierda życie skończyła, przebudowane były i przez dwór zajęte — powiadano, że nocami ukazywał się tam cień zabitej w białej sukni, z włosami rozpuszczonemi, z głową na piersi zwieszoną, załamanemi rękami, błądzący po izbach i podwórzu między zamkiem a kościołem.
Sam książe słyszał o tem i strach go ogarniał taki, iż w nocy wychylić się sam wahał z komnaty. Duchowni doradzali pobożne dary i fundacye; jakoż w miesiącu Grudniu, zaraz po zgonie Lukierdy, Przemysław założył i wyposażył wsiami bogato klasztor dominikanek.
Nie uspokoiło go to jednak... W sumieniu swem cierpiał. Ks. Teodoryk jako ostatnie lekarstwo ożenienie zalecał.
Wzięto się do przerabiania na zamku, a sługi, które do morderstwa należały, precz wysłano.
Bertocha dręczona zgryzotami, wkrótce zapiła się i zmarła.
W poszukiwaniach nadaremnych żony dla księcia sięgnąć musiano aż do dalekiej Szwecyi po córkę Waldemara króla, który w wojnie był z braćmi, spowodowanej rozpustą i swawolą. — Mszczono się na nim za uwiedzioną siostrę żony...
Księżniczka Ryksa, córka Waldemara łatwą była do pozyskania, bo niemiała wyposażenia a ojciec zagrożony strąceniem z tronu, niemiał już nawet stałej stolicy i po kraju się błąkał.
Mówiono więc o poselstwie do Szwecyi, a Przemysław choć uległ Śwince i godził się na to, zwłóczył je i odkładał przez jakąś dziwną obawę.
Smutne było życie na tym zamku, nad którym jeszcze cień nieszczęśliwej pani ulatywać się zdawał — książe ztąd często się wyrywał do Gniezna, w towarzystwie Arcybiskupa jedną znajdując pociechę. Łowy go nie bawiły, turnieje na zamku zaniedbane zostały...
Jednego z chmurnych i smętnych wieczorów wrześniowych, o niezwykłej godzinie, gdy książe sam z ks. Teodorykiem w komorze swej odpoczywał, zjawił się Tomisław dopraszając posłuchania.
Żądanie to w porze spóźnionej zaniepokoiło Przemysława.
Wpuszczony Wojewoda był blady i poruszony.
— Ze złą wieścią przybywam, — odezwał się nie osłaniając i nie szczędząc księcia, — Sędziwoj nas zdradził, zamek Kaliski zdał księciu Henrykowi Wrocławskiemu.
Książe stał chwilę jak przybity.
— Sędziwoj![1] — Henryk! — począł niewyraźnie. — Zkąd wieść?
— Miasto się nie dało opanować — obroniono je pono — dodał Tomisław. Są ludzie, co ztamtąd zbiegli.
Spojrzał na pana, który się nie odzywał, okazując tylko wzruszenie wielkie. Nagle Przemysław podniósł głowę i zawołał głosem silnym.
— Ludzi zwołać! Idziemy na Kalisz! Wszystkiemi siłami... Ja sam poprowadzę...
Zabrakło mu tchu na chwilę.
— Ani godziny nie traćcie — dorzucił prędko — natychmiast gońców słać na wszystkie strony... Idziemy jutro... poszedłbym dziś, gdyby można.
Tomisław potwierdził potrzebę prędkiego działania. Wydawać zaczęto rozkazy natychmiast.
Książe budził w sobie otuchę, ale i w nim i w Wojewodzie nie było wielkiej nadziei odzyskania Kalisza.
Drugiego dnia już dowiedziano się, że zamek był silną opatrzony załogą i do oblężenia spodziewanego przygotowany. Klęska tę miała tylko dobrą stronę, że Przemysława z odrętwienia wywiodła, zmusiła do wojny, do zapomnienia, co mu na sercu leżało.
Gdy w kilka dni potem ściągnięte siły pod wodzą Tomisława i samego książęcia na Kalisz szły, w twarzy Przemysława widać było gorączkowe walki pragnienie i zapał rycerski. Naglił, wydawał rozkazy, sam wszystkiem się chciał zajmować.
Wojsko zebrane na prędce, choć się z najprzedniejszego rycerstwa składało, liczbą szczupłe było. Książę wołał, że gotów własne dać życie, aby stratę, którą sobie przypisywał — odzyskać.
Nim dociągnęli do Kalisza, Henryk miał czas w nim obwarować się dość silnie, okopać i ludźmi napełnić. Samo położenie wśród nizin błotnistych utrudniało obleganie i zdobycie.
Przemysław opasał naprzód twierdzę do koła, zdało się, iż jeśli nie siłą to głodem wziąć ją musi, gdyż Ślązacy nie mieli wyjścia nigdzie, a odsieczy rychłej nie mogli się spodziewać.
Lecz zaledwie namioty rozbito, a Tomisław czas miał się rozpatrzeć i rozsłuchać — przybył do księcia smutny, prorokując, że leżeć przyjdzie długo, bo zamek był najlepszym rycerstwem Ślązkiem silnie bardzo osadzony.
— Czekać! stać! oblegać nie myślę — przerwał mu książe. — Ślijcie do zamku z zapowiedzią, że jeśli mi się do trzech dni nie poddadzą, szturmem wezmę ich i nikogo nie puszczę z życiem.
Wojewoda próbował ułagodzić księcia, nie dopuścił mówić.
— Trzeciego dnia szturm przypuszczę, bodajbym sam w nim miał zginąć! — powtórzył.
Wojewoda musiał wyjść posłuszny jego woli.
Wysłanych pod mury z wezwaniem niemcy przyjęli śmiechami.
Urągali się wołając:
— Chodźcie — weźcie!!
Książe ledwie trzeciego dnia mógł cierpliwie doczekać i mimo przedstawień Wojewody, kazał na ranek gotować się do szturmu.
Wszystkim on, oprócz niego, wydawał się nadaremnym, lecz książe mówić o tem nie dawał i jak szalony sam pędził do boju.
Jak dzień rycerstwo, które się w końcu zapałem jego przejęło — posunęło się pod zamek.
Tomisław i starszyzna największą trudność mieli Przemysława uratować od niebezpieczeństwa, na jakie się ślepo narażał. Rzucał się w najbardziej zagrożone miejsca, na strzały i pociski, na stosy trupów, które wkrótce całe zaległy podwale.
Niemcy widząc, że nie ujdą z życiem, bronili się rozpaczliwie. Dzień cały bez przerwy ponawiano napady daremne — Tomisław błagał, książe go nie słuchał.
Co było najprzedniejszego rycerstwa, padło w tej walce nierównej z kłodami i kamieniami, nie z ludźmi. Przemysław w potłuczonej zbroi, ranny, rozpaczający, już nocą prawie ledwie się dał odciągnąć od murów. Niemal gwałtem porwano go ztamtąd oznajmując, iż Arcybiskup z Gniezna przybył i w namiocie nań czekał, powołując go do siebie.
Był to jedyny człowiek, którego głosu mógł książe w tym stanie ducha usłuchać. Poległych rycerzy trupy, odparte szturmy — upokorzenie, odejmowały mu przytomność.
Na pół umarły od tego bólu, dał się wieść bezsilny i nieszczęśliwy.
W namiocie oczekiwał nań Świnka.
— Ojcze! — zawołał ujrzawszy go książe. — Pomsta Boża nademną! Kaliski zamek, stryja mojego stolica, którą otrzymałem w spuściźnie, w rękach obcych!! Kalisz! rycerstwo moje najlepsze leży trupem! a ja nie umarłem!
Arcybiskup przeżegnał go.
— Bóg tak chciał — rzekł spokojnie — kara to, próba czy napomnienie, nie wiem, ale wyrok, któremu się poddać potrzeba!
— Nie odstąpię ztąd! raczej zginę! — począł Przemysław.
Biskup rękę mu położył na ramieniu.
— Pokój z tobą! — rzekł. — Pokój z tobą! Ja ci przynoszę go. Henryk do mnie przysłał, Kalisz ci powróci, za kawałek ziemi mniej cenny a jemu przyległy.
— Nigdy! — odparł książe.
Arcybiskup na próżno go skłonić usiłował. — Książe nazajutrz nakazał szturm nowy.
— Nie mamy z kim go ponowić — odezwał się przywołany Wojewoda.
Wymówki tej Przemysław słuchać nie chciał, trwał przy swojem, burzył się i szalał. Arcybiskup nie odstępował go, usiłując powolnie przywieść do opamiętania.
Przypomniał mu, że Bóg przeznaczając go do podźwignięcia korony Chrobrego, przez ciężkie próby i trudy wiedzie do tego celu. Nakłaniał, aby chciwemu Henrykowi dał ziemi kawałek dla odzyskania Kalisza i spokoju.
Przemysław nie ufając już przyszłości, liczył wszystkie nędze i zawody żywota swego.
— Całe moje życie — mówił — zmarnowało się w łamaniu z losem... Nie ufam już w przyszłość lepszą. Od młodości ciągiem jednym klęsk i zawodów była dola moja. Policzcie więzienia, zdrady, domowe męki, błędy moje, zbrodnie, które na mnie włożono! Nie jestem godzien korony, a życie mi obmierzło.
Trzeba go było jak dziecię pocieszać, Świnka używał wszelkich środków.
— Mój książe — rzekł mu — i jam się nie czuł nigdy godnym tego arcykapłańskiego dostojeństwa, które Bóg włożył na mnie. Uspokój się, a zachowaj dla przyszłości — Henryk ci Kalisz powróci, posłańcy jego i pełnomocnicy czekają — ja będę pośrednikiem.
Przemysław odpowiadał jednem, że chce iść, walczyć i ginąć.
Ledwie po długich usiłowaniach, udało się Arcybiskupowi zmiękczyć Przemysława, który w końcu wszystko zdał na niego.
Świnka pochlebiał sobie, iż powagą swą skłoni Ślązaków do łagodniejszych warunków, wystawując im jak niegodziwą zdradą opanowali gród, do którego żadnego prawa nie mieli.
Ślązcy pełnomocnicy wezwani do obozu przybyli dumni i zuchwali jak zwycięzcy, wcale nie skłonni do ustępstw. Arcybiskupia powaga ludziom którzy swego pana codzień z władzą duchowną widzieli w zatargach, nie czyniła na nich wrażenia.
Werner, ulubieniec księcia, z góry oświadczył, że innych nie przyjmie warunków, tylko ustępstwo Ołoboku z przyległym powiatem. Narzucał nadto Przemysławowi obowiązek wystawienia tam twierdzy, którą gotową oddać miał Henrykowi.
Arcybiskup próżno się starał o zniesienie przynajmniej ostatniego warunku.
— Wystawcie sobie twierdzę sami — rzekł — uczynicie ją jaką chcecie.
— Na to my ani czasu, ni kosztu tracić nie chcemy — odparł Werner. — W Kaliszu mamy zamczysko dobre, warowne, nie zamienim go tylko na inne, które będzie tego warte.
— W Kaliszu się nie ostoicie! — mówił Świnka.
— Któż to wie? — odparł Ślązak. — Ślązaków jest nas sporo, znajdziemy pomoc w teściu naszym Ottonie. Wy jej nie możecie mieć znikąd. Zdobędziemy miasto, zawojujemy ziemie okoliczne.
— Jakimże prawem? zkąd powód do napaści i wojny? — pytał Świnka.
— Wojna prawa nie pyta — rzekł niemiec, uderzając po mieczu dłonią — to prawo nasze!
Zostawiwszy ich w swym namiocie, gdzie, jako niemców słynących z tego, że pili dobrze, kazał hojnie przyjmować Arcybiskup, sam poszedł do Przemysława. Z tym szło równie trudno, jak ze Ślązakami, bo o Ołoboku i zamku słuchać nie chciał.
Niemcy się przy swem trzymali i już mieli odjeżdżać z niczem, gdy Tomisław z rannemi rycerzami ocalonemi po wczorajszej walce wszedł do namiotu księcia.
Rycerstwo ofiarowało panu swemu przysięgę, że Ołobok odzyszcze, aby go poświęcił bez trwogi.
Tomisław, brat jego, starszyzna wszystka całując krzyże swych mieczów, składali uroczyste zobowiązanie się, choćby twierdza najsilniejszą była, że ją wraz z powiatem odbiorą.
Nalegania, prośby, przysięgi, nakoniec księcia złamały, Świnka powstrzymał posłów i notarjusz siadł zaraz spisywać umowę.
Ślązak gdy do końca ją doprowadził, niezmiernie był rad i nie umiał ukryć tego, bo pomimo przechwałek, załodze w Kaliszu trudno się było utrzymać, a mieli tu najdzielniejszych swych rycerzy, których na zgubę narażać nie chcieli.
Gdy umowa spisaną została, Arcybiskup rzekł do Wernera:
— Powiedzcie panu waszemu odemnie, iż źle nabyte mienie, szczęścia nie przynosi, dodajcie i to, że ja Głowa kościoła ziemi tej ślę mu przestrogę, aby prawa jego lepiej szanował, gdyż ja nie poszanuję też książęcej dostojności.
Ślązak przyjął to z lekceważeniem.
— Przemawiacie za sprawą Biskupa Tomasza, — odezwał się. — Juści duchowny jeden za drugim ujmować się musi, ale ja tego panu memu nie odniosę. Wy wszyscy panowie duchowni trzymacie w skarbcach waszych więcej, niż wam potrzeba grosza, którego nam braknie. Ślecie go do Rzymu — a my darmo musiemy w obronie waszej wojować.
Pan nasz bezbożnikiem nie jest, ale gdy mu złota na wojnę potrzeba i do skarbca kościelnego sięgnie...
— A Kościół go wyklnie jak łupieżcę — zakończył gwałtownie Arcybiskup.
Werner i tem się nie dał poruszyć.
— Już to czasy te przeszły — rzekł — gdy ludzie od klątwy waszej umierali i gdy się jej lękano. Znajdziemy sobie księży, co nam mszę będą odprawiać mimo interdyktu.
Arcybiskup zbladł słysząc te zuchwałe słowa.
— Nie wyzywajcie mnie! — dodał groźnie — abym wam nie okazał, że anathema z tronu obalić może.
Tak się skończyła ta rozmowa, i posłowie odjechali księcia nie widząc, który chory w namiocie leżał.
Po owym szturmie nieszczęśliwym, reszta niedobitków musiała też w mieście i po namiotach spoczywać i goić rany, bo ani jeden z walczących nie wyszedł bez nich, a wielu potłuczonych i pokłutych umierało.
Przemysław nie chciał odciągnąć z pod zamku, dopókiby on mu nie był zwrócony. Chciał być świadkiem, gdy wyciągnie załoga i zająć gród na siebie.
Dowódzca Szwab, gdy odebrał rozkaz wyjścia z zamku, świetnie przybrał swe rycerstwo, chorągwie z orły czarnemi rozpuścić kazał szeroko, na czele postawił trębaczów i kotły i tak z tryumfem a urąganiem wyszedł krokiem powolnym przeciągając około obozu polskiego, którego żołnierze po namiotach się pozamykali.
Zamek, gdy z niego ostatni ciura i wóz ostatni wywlókł się za wrota zostawując je otworem, przedstawiał obraz spustoszonego, jakby przez Tatarów grodu, w którym nie pozostało nic, cokolwiek zabranem lub zniszczonem być mogło.
Resztka zasobów po księciu Bolesławie, zapasy oręża, szat, żywności, sprzęt nawet, Ślązaki uwieźli z sobą lub porozbijali i popalili.
Brakło tylko tego, by wychodząc ogień podłożyli pod ściany.
Drzwi z zawias powyrywane, połamane okiennice, powybijane błony, pobrukane umyślnie ściany, porąbane i poopalane słupy, szczątki naczyń potłuczonych, kupy gnoju po komorach — świadczyły o złości ludzi, którzy tu czas krótki przebyli.
Nie oszczędzono ani kaplicy zamkowej, w której ołtarz został nagi, bo z niej nawet krzyż srebrnemi blaszkami obity, na wozy zabrano, ani zakrystji, z której szaty i bieliznę wzięto, a skrzynie porąbano w kawały.
Kilka koni zdechłych ze zdętemi brzuchami leżało w dziedzińcu, z mięsem przez psy powyżeranem.
Gdy Tomisław wjechał na ten zamek, który znał za lepszych czasów, rad był, że uprzedził księcia, i co rychlej go oczyszczać kazał, aby przynajmniej w tym stanie Przemysław go nie oglądał.
Jadący za nim ziemianie milczeli, a niektórym z nich z ust wyrywały się przekleństwa.
— Pomścimy się za to! — mówili.
Nazajutrz dopiero znać dano księciu, iż mógł się na gród przenieść.
Wjechał z oczyma spuszczonemi wprost udając się do kaplicy, którą Arcybiskup, z klasztoru się sąsiedniego zapożyczywszy, jako tako przybrać kazał.
Tu pokląkłszy, uspokojony nieco, modlił się długo...






  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Sędziwój.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.