<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Przeklęty
Pochodzenie Pomarańcze i daktyle
Wydawca Wydawnictwo »Przez Lądy i Morza«
Data wyd. 1910
Druk Drukarnia Zygmunta Jelenia w Tarnowie
Miejsce wyd. Lwów; Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Der Verfluchte
Pochodzenie oryginalne Orangen und Datteln
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Kyzrakdar najadł się rzeczywiście melonów, ale ja byłem głodny. Przybywszy tedy do miasta, poszedłem do jedynego piekarza, który się tam znajdował, aby kupić co do zjedzenia. Pielgrzymi jednak tak wyczerpali jego zapasy, że właściwie nic już na sprzedaż nie miał. Szczęściem widział mnie z abdalem, a uważając mię za jego przyjaciela, odstąpił mi z czystej grzeczności wschodni, a więc niestrawny, placek. Potem ruszyliśmy dalej, gdyż mój towarzysz nie chciał zatrzymywać się dłużej w Urumdżili.
Byłbym chętnie gdzieś noc spędził po drodze, lecz on poradził mi jechać prosto do Kaisarijeh, ponieważ tutaj wszędzie go znano. Nie chcąc narażać go na nieprzyjemności, przystałem na jego radę.
Droga wynosiła sześć mil, co dla naszych koni nie było łatwem zadaniem, ponieważ należał im się tej nocy spoczynek. Droga wiodła przez Kizil Irmak, gdzie trzeba było przeprawiać się promem.
Gdyśmy stanęli nad rzeką, przewoźnik nie spał, gdyż przez całą noc przybywali pielgrzymi, których musiał przewozić. Wielu pielgrzymów spało grupkami na brzegu, czekając ranka. Prom zbudowany był ze skór nadętych, wymoszczonych trzciną. Wraz z nami w siadło kilku pielgrzymów. Już miał przewoźnik odbić od brzegu, kiedy nagle jeden z nich zawołał:
— Stać! Czy chcecie obrazić Allaha i proroka, jadąc z es sabbi, z przeklętym? Oto stoi pośród was! Niech go Allah potępi!
Wszyscy odsunęli się od niego, kilku splunęło nań i odeszli na brzeg. Tylko dzięki ordynarnemu wystąpieniu memu, okazaniu tenbihu i sowitej zapłacie, przeprawił nas przewoźnik na drugi brzeg. Zapewnił nas, że musi prom obmyć i oczyścić odmówieniem, ustępów z koranu, żeby prawowierny muzułmanin mógł nań wsiąść. Scena ta rozgniewała nas, lecz później wyszła nam na dobre.
Ponieważ księżyc świecił z bezchmurnego nieba, nie sprawiała nam jazda nocą żadnych trudności, ale jasność miała także ten skutek, że kilku pielgrzymów, których prześcignęliśmy, poznało kyzrakdara. Słyszeliśmy więc stale te same przekleństwa i obelgi, pozatem jednak nie zdarzyło nam się aż do Kaisarijeh nic godnego wzmianki.
Późno już przed południem dostaliśmy się do tego miasta, położonego u północnych podnóży Ardżiszu. Jest to miasto prastare i nazywało się dawnymi czasy Mazaca, później Caesarea Eusebia albo Caesarea ad Argaeum montem i jest najsławniejszem ze wszystkich miast, które się nazywały Caesarea. Rezydujący tu później metropolita grecki nosił tytuł Hypertinorum hypertinus et totius Orientis exarchus. Miasto ma wązkie, brudne ulice, zauważyłem jednak kilka dobrze zbudowanych domów, a wśród nich dom, zamieszkały przez francuskiego konsula. Przed bramą tego domu zsiedliśmy z koni.
Kyzrakdar zapewnił mnie, że przyjmą mnie tam jak dobrego znajomego lub przyjaciela, a rzeczywistość to potwierdziła. Konsul, wielki handlarz, był pobożnym, poważnym, a przytem bardzo poczciwym człowiekiem, żona jego uprzejmą i miłą, lecz nie modną już wskutek pobytu na Wschodzie kobietą, córka zaś, prawdziwa piękność, była ze względu na serce i umysł jasnym promieniem słońca. Nic też dziwnego, że zabrała dla siebie całkiem serce mego nowego przyjaciela.
Najpierw musieliśmy oczywiście opowiedzieć obszernie o naszej wczorajszej przygodzie, nad którą gospodarze ubolewali, potem zjedliśmy wyśmienitą kolacyę, a w końcu poszliśmy spać, ponieważ przez całą noc byliśmy w drodze. Kyzrakdar położył się z radością w sercu, gdyż posiadając już postanowioną za warunek posadę, otrzymał od konsula zapewnienie, że dziś jeszcze lub jutro oznaczy się dzień wesela.
Zasnąłem rychło, lecz niebawem zbudził mnie ogromny zgiełk przed domem. Wstałem, by się dowiedzieć, co nadzwyczajnego się stało i chciałem właśnie wyjść drzwiami, kiedy nagle wpadł konsul i zawołał z miną, wielce strapioną:
— Pan już nie śpi? To dobrze! Pomyśl pan sobie, oto pan i mój zięć macie być aresztowani. Przed domem stoją policyanci z ogromnym tłumem ludzi.
— Aresztowani? Za co? — spytałem.
— Zarzucają wam, że dzisiaj w nocy włamaliście się do pustelnika, okradli go, a nawet zranili. Otrzymał on wczoraj dużo pieniędzy, a wy mieliście mu je zabrać. Przybył tutaj za wami i doniósł o tem kadiemu.
— Tak! To sprawa w najwyższym stopniu zajmująca. Najpierw wiozę mu pieniądze czterdzieści mil geograficznych, a potem włamuję się do niego, by mu je ukraść.
— Tak, to niedorzeczność, ale poważna i wysoce niebezpieczna dla pana.
— Jakto?
— Pan się jeszcze o to pyta? Tak, pan opiera się na tem, że jest cudzoziemcem, a ja konsulem. Mogę odmówić wydania pana, to prawda, ale zważ pan, że to czas hadży. Mahometanin jest nieobliczalny. W mieście znajdują się setki pielgrzymów i obozują na ulicach i placach. Niechaj mała iskierka padnie na te łatwo zapalne masy, a może powstać pożar, którego skutków niepodobna przewidzieć.
— Zdaje mi się, że czwarta część mieszkańców składa się z chrześcijan.
— Tak, lecz z ormiańskich, którzy względem nas, kilku katolików, są bardziej wrogo usposobieni od Mahometan. Ileż to razy ci Ormianie przerywali nam nabożeństwo, które musieliśmy odprawiać w ukryciu, ile razy grozili nam spaleniem naszej małej kapliczki! Im wcale nie możemy zaufać. Przyznaję się, że jestem w wielkim kłopocie!
— Który się skończy bardzo rychło, gdyż nie mam zamiaru sprawiać panu trudności moją osobą. Powiedz mi pan wpierw jedno: Czy może im pan odmówić wydania kyzrakdara?
— Nie, on jest poddanym tureckim.
— W takim razie proszę nas wydać.
— Tak pan mówi, ponieważ niedocenia pan niebezpieczeństwa, w jakiem się pan znajduje. Słyszy pan?
Zwrócił uwagę moją na zgiełk na dworze, skąd doleciały mnie wołania:
— Es sabbi, es sabbi! Kristianlar dyszary, dyszary kristianlar! Przeklęty, przeklęty! Chrześcijan wydać, wydać chrześcijan!
Brzmiało to rzeczywiście niebezpiecznie. Gdybyśmy się dostali w ręce podnieconego pospólstwa mahometańskiego, nie bylibyśmy pewni naszego życia.
— Czy dom pański ma tylko jedno wyjście? — zapytałem z tego powodu.
— Nie. Można przez ogród wyjść na tylną ulicę.
— A ilu policyantów przysłał kadi?
— Sześciu.
— W takim razie niechaj trzech wyprowadzi nas przez ogród, a trzech niech tłum uspokoi, mówiąc, że jesteśmy już u kadiego.
— Tak będzie dobrze, monsieur! Aby zaś pan nie myślał, że chcę pana opuścić, będę panu towarzyszył do kadiego.
— Bardzo dobrze, monsieur! Niewinność nasza musi się w każdym razie okazać, może być jednak, że nie obejdę się bez pańskiej pomocy.
W dwie minuty potem przeszliśmy trzej w towarzystwie trzech policyantów przez ogród, potem przez kilka mało ożywionych ulic do mieszkania kadiego, również osobnem wejściem. Miałem z sobą wszystko, co wiozłem, a więc i moją dwururkę. Przeprowadzono nas przez wielki dziedziniec, na którym stał wielki tłum ludzi. Był to dzień rozpraw, które na Wschodzie równają się przedstawieniom teatralnym. Ludzie przysłuchują się wyrokom i przypatrują natychmiastowemu ich wykonaniu, przyczem prawie zawsze latają baty. Potem weszliśmy do większej komnaty, która była pokojem urzędowym kadiego.
Przedstawicielem wielkorządczej sprawiedliwości, który siedział sam w tej izbie, był gruby Turek o dobrodusznym wyrazie twarzy. Przywitał się z konsulem, uścisnąwszy mu rękę i wskazał na szereg fajek, leżących na dywanie obok miski z jarzącymi się węglami. Na kyzrakdara, jako odstępcę, nie popatrzył nawet, udając, że go nie widzi, a na mnie spojrzał ostro i rzekł:
— Jeśli ukradłeś pieniądze, to przyznaj się zaraz. Ja i tak wydobędę z ciebie zeznanie, zgodne z prawdą.
Zamiast odpowiedzi podałem mu mój tenbih i usiadłem obok konsula, aby sobie tak samo, jak on, zapalić fajkę. To zachowanie się i treść pisma zakłopotało kadiego. Potarł sobie czoło, potem nos, poskrobał się za uchem i rzekł: — Ta sprawa rzeczywiście wygląda całkiem inaczej, niż myślałem! Nie prawdaż?
— Może — odpowiedziałem. — A jak ją sobie wyobrażałeś?
— Że jesteś łajdak.
— Tak, to było oczywiście bardzo proste! Postanowiliście pewnie dać mi porządne baty, a potem zamknąć na szereg lat. Ale niestety przedewszystkiem nie jestem łajdak, a powtóre jestem cudzoziemcem i sprawę tę musianoby osądzić gdzieindziej.
— Ale byłeś wczoraj u Osmana Beja, byłego mir alaja, zwanego teraz pustelnikiem?
— Tak. Przyniosłem mu pieniądze, powierzone mi dla niego przez baszę Said Kaleda.
— Opowiedz, kiedy do niego przybyłeś, kiedy odszedłeś i co się przez ten czas wydarzyło!
Uczyniłem zadość temu żądaniu i zdałem sprawę obszernie. Na końcu wspomniałem o owych dwu jeźdźcach, spotkanych przy pierwszych domach Urumdżili i wziętych przezemnie za Arnautów. Kadi przysłuchiwał mi się uważnie, przeczytał jeszcze raz tenbih, uderzył ręką w papier i rzekł:
— Twoje opowiadanie i ten tenbih dowodzą wszystkiego. Człowiek, któremu wali z Engyrijeh powierzą tak wielką sumę, nie może być opryszkiem. Każę przyjść pustelnikowi.
Skinął na jednego z policyantów, którzy nas sprowadzili i byli z nami w środku. Człowiek ten odszedł, a w kilka chwil zjawił się z mir alajem. Ujrzawszy nas, rzucił się starzec najpierw na swego syna, uderzył go prawą pięścią (lewą rękę miał na temblaku) w twarz i krzyknął:
— Przeklęty odszczepieńcze, psie, ograbiający własnego ojca! Niech cię Allah roztrzaska! Dawajcie pieniądze! Gdzie je macie? Podzieliliście się nimi!
Potem przyskoczył do mnie, stanął przedemną, wyciągnął pięść i zawołał:
— Zdrajco, kłamco, morderco, powiedz natychmiast, gdzie są, bo będzie zaraz po tobie! Przed domem stoją setki pobożnych pielgrzymów, którzy cię rozszarpią, jeżeli się nie przyznasz!
Ja oczywiście nie odpowiedziałem, a kadi huknął nań, zamiast na mnie:
— Milcz, półgłówku! Ten effendi to sławny uczony z Frankistanu, nie złodziej. On cieszy się zaufaniem naszego słynnego Said Kaleda i ani mu przez myśl nie przeszło porywać się na twoje piastry!
— To on, ja wiem na pewno! — odrzekł furyat. — Chciał mnie zastrzelić, lecz zranił mnie tylko w rękę. Kula przeszła mi przez mięsień i spłaszczyła się na ścianie. Ja mam z sobą świadka, który może dowieść, że ten pies chrześcijański z Frankistanu miał w kieszeni wielkie, a zatem moje pieniądze.
Stary przedstawił kadiemu stan faktyczny i musiał to jeszcze raz powtórzyć w naszej obecności. Rzecz miała się następująco: W godzinę po naszem oddaleniu się poszedł stary spać, a pieniądze, po przeliczeniu ich przed żoną, schował do szafki. Szafka ta stała na dywanie sypialnym pomiędzy nim a żoną. Wkrótce po zaśnięciu obudził go szmer, sięgnął więc do szafki i pochwycił rękę człowieka, który chciał szafkę ukraść. Nastąpiło mocowanie się, przyczem pokazało się, że było tam dwu włamywaczy. Jeden z nich umknął z szafką, a drugi przytrzymał starca; potem uciekł, a widząc, że go ścigają, wystrzelił z pistoletu. Strzał zranił pustelnika i odstraszył od dalszego pościgu. Złodzieje niewątpliwie wleźli przez mur i podpatrzyli go, gdy liczył pieniądze. Drzwi domu nie miały zamków, a włamanie udało się złodziejom dzięki temu, że ja pozabijałem psy.
Pustelnik pokazał spłaszczoną kulę pistoletową, tymczasem ani ja, ani kyzrakdar nie mieliśmy pistoletów. Świadkiem był ów pielgrzym, który zelżył nas na przewozie. Zeznanie jego było dla nas raczej korzystne, gdyż przez nie dowiedliśmy, że w chwili dokonania rabunku, byliśmy już dawno za rzeką. Mimoto obstawał starzec przy swojem. Przysiągł, że jesteśmy złodzieje, lecz kadi skarcił go ostro i kazał mu się oddalić. Gdy mimoto lżył mnie dalej, zagroził mu kadi natychmiastowem uwięzieniem i bastonadą, jeśli powie mi jeszcze jedno obelżywe słowo. Wskutek tego zwrócił całą swoją złość wyłącznie przeciwko synowi, za którym się kadi nie ujął. Nie powiedział on do kyzrakdara wogóle ani słowa. Dla niego, jako prawowiernego mahometanina „przeklęty“ wcale nie istniał.
— Sabbi, ohydny sabbi, ograbiłeś i okradłeś własnego ojca! — krzyczał stary, bijąc syna po twarzy i plwając na nią. — Allah parczalamah, niech cię Allah roztrzaska! Nie wiem, czy kiedy niebo mi się dostanie, bo jesteś moim synem i pozbawiłeś mnie szczęśliwości wiecznego życia, rozkoszy raju! Oby cię szatan pochłonął!
Tak zachowywał się były mir alaj jeszcze przez chwilę. Kyzrakdar jako uwięziony nie mógł się oddalić, a jako synowi nie wypadało mu porywać się na ojca, musiał więc pozwolić na jego słowne i czynne obrazy. Kadi nie przeszkadzał temu i godził się na karę, jaka spotkała odstępcę na inną wiarę. Ale mnie było już tego za wiele. Wstałem, wsunąłem się między ojca a syna i huknąłem na starca:
— Milcz już! Wszystko, co zarzucasz twemu niewinnemu synowi, muszę także ja wziąć do siebie. Czy mam wezwać pomocy kadiego.
To poskutkowało. Starzec odwrócił się od syna do mnie i odparł:
— Tak, ja muszę tu milczeć, gdyż oczy sądu poraziła ślepota, lecz Allah rozsądzi między wami a mną i to dziś jeszcze. Allah parczalamah, niech was Allah roztrzaska!
Odszedł i to jeszcze w sam czas, gdyż kadi poczuł się dotkniętym słowami: „oczy sądu poraziła ślepota“, pozwolił mu jednak oddalić się bezkarnie. Urzędnik ten uznał za swoją powinność przeprosić, że nam się naprzykrzał i uczynił to w sposób wschodni tak rozwlekle, że wypuszczono nas po upływie godziny.
Podczas tego czynił pustelnik, co mógł, ażeby tłum przeciwko nam podjudzić. Kiedy wyszliśmy na dziedziniec, przyjęto nas przekleństwami. Nie mogliśmy się puścić bramą frontową, gdyż dzikie wrzaski na dworze wskazywały wyraźnie na to, co nas czekało. Zwróciliśmy się zatem ku drzwiom tylnym, któremi nas wprowadzono. Dostaliśmy się też do nich, lecz rozgoryczeni ludzie pchali się za nami i kiedyśmy się znaleźli w tylnej uliczce, ujrzeliśmy po prawej stronie gromadę, która na nas czekała i ruszyła ku nam z dzikim wrzaskiem. Na czele jej znajdowali się obydwaj Arnauci! Na lewo była wolna droga, popędziliśmy więc w tę stronę, gdyż jasnem było, że chciano nas zlynchować.
— Trzymajcie niewiernych, przeklętych! — ryczał mob, pędząc za nami. — Wkrótce zastąpiła nam drogę druga gromada, wobec tego skręciliśmy czem prędzej w boczną ulicę, biegliśmy tak dalej, dopóki nie udało nam się ich zmylić. Wreszcie zatrzymaliśmy się, ażeby zaczerpnąć powietrza. Znajdowaliśmy się na południowym końcu miasta. Wrzaski nieustanne i donośne świadczyły, że wszyscy mieszkańcy byli na nogach, by nas pochwycić.
— Wracać nie możecie stanowczo — rzekł konsul. — Idźcie na górę do kapliczki; tam będziecie bezpieczni, a ja was zawiadomię, kiedy będziecie mogli zejść. W mieście istna rewolucya, obawiam się o innych katolików. Spróbuję pójść do domu, żeby ich ostrzec.
Musieliśmy się rozstać. Ja poszedłem z kyzrakdarem, który znał otoczenie miasta, na górę, gdzie ukryliśmy się dość dobrze w zaroślach.
Góra Ardżisz, pod którą leży Kaisarijeh, zwana w starożytności Mons Argaeus, jest to olbrzymi wygasły wulkan, stromy, porznięty w dzikie rozpadliny, i sięgający swymi kraterami i poszarpanemi skałami w dziedzinę śniegów. Towarzysz prowadził mnie wązką, lecz dobrze wydeptaną ścieżką. Obchodząc skały, musieliśmy się zwracać to w prawo, to w lewo, a zatrzymaliśmy się przed drewnianym budynkiem, stojącym na występie skalnym w rodzaju ambony. Była to kapliczka, w której niewielu katolików z miasta odprawiało swoje nabożeństwa. Z przodu i na prawo opadała skała stromo na dół. Po lewej ręce znajdowała się szczelina, osłonięta prawie całkiem krzakami. Kyzrakdar wsunął w jeden z nich rękę i pociągnął za ukryty tam sznur. Na nim wisiała deska, długości może trzech łokci, którą położył nad szczeliną. Po tym moście przeszliśmy na drugą stronę, poczem kyzrakdar przeciągnął ją na drugą stronę.
— Tak. Teraz nikt tu do nas nie przyjdzie, tu jesteśmy zupełnie bezpieczni. Tylko dwoje ludzi zna tę kryjówkę, ja i moja narzeczona. Most z deski ja wymyśliłem, tutaj nauczała mnie ona prawd świętej religii.
Usiedliśmy na krawędzi skały. Tuż pod nami leżało miasto. Widzieliśmy stamtąd dokładnie po ulicach ludzkie mrowie, którego rozdrażnienie wzmogło się jeszcze bardziej. Patrząc na kaplicę po drugiej stronie szczeliny, zobaczyłem odrazu, że stała w miejscu bardzo niebezpiecznem. Występ skalny, unoszący ją na sobie, był popękany i rozsypywał się widocznie. Kapliczkę mógł jeszcze unieść, ale czy także większą liczbę ludzi, to wydawało mi się wątpliwem. Gdy zwróciłem na to uwagę kyzrakdara, odrzekł, że mu to już także przychodziło na myśl, że jednak przyzwyczaił się już do widoku niebezpieczeństwa. Zanim jeszcze nie dokończył tej odpowiedzi, usłyszeliśmy głosy po drugiej stronie szczeliny. Wyglądnąwszy przez krzaki, dostrzegliśmy naszych prześladowców, a więc pustelnika, Arnautów i wielu innych, tłoczących się za nimi. Słychać było, o czem z sobą mówili. Myliliśmy się zatem, sądząc, że trop nasz zgubili. Wiedzieli, że weszliśmy tutaj i niebawem zapełnili kaplicę i miejsce przed nią. Gdyby nas byli znaleźli, bylibyśmy zgubieni, lecz oni nie widzieli nas i z wściekłości z tego powodu podpalili kaplicę. Pośród radosnych wrzasków i bluźnierczych okrzyków stali, patrząc na wznoszące się płomienie. Wtem spostrzegłem cienką szparę, której przedtem nie widziałem, a która teraz rozszerzała się gwałtownie... skała się załamała. Zapominając o własnem położeniu, krzyknąłem głośno, żeby ich ostrzec, ale w tej chwili ujrzałem próżnię; skała zniknęła razem z kaplicą i z ludźmi, znajdującymi się na niej. W moment później usłyszeliśmy z głębi huk, jak gdyby cała góra runęła. Kyzrakdar skoczył, zasłonił sobie twarz rękoma i krzyknął:
— Mój ojcze, mój ojcze! Bóg naszą sprawę rozsądził, i to straszliwie!
Chciał biec na dół, lecz go wstrzymałem. Nie było już nic do ocalenia, bo ludzie, którzy z tej wysokości pospadali, musieli się wszyscy roztrzaskać. Tylko my mogliśmy się uratować, a to w ten sposób, że zostaliśmy tutaj w ukryciu.
Następne godziny nie dadzą się wprost opisać. Zdawało się, że na dole zgromadziła się cała ludność miejska, aby trupy wydobywać z pod gruzów kamiennych. Towarzysz mój znajdował się w stanie okropnym. Koło wieczora doleciało nas wołanie kobiecego głosu. Odpowiedziawszy na ten głos, zeszliśmy za jego dźwiękiem. Była to narzeczona mego towarzysza, która na jego widok rzuciła mu się na szyję z kurczowem szlochaniem. Dopiero po jakimś czasie zdołała nam opowiedzieć, co się stało. Przypuszczano oczywiście, że i my spadliśmy w przepaść. Przybył sam kadi, by kierować robotą i rozpoznawać zwłoki. Wielu nie popodobna było rozpoznać, a kiedy z pod zwalisk wydobyto także obydwu Arnautów, przypomniał sobie urzędnik moje podejrzenie i kazał im przeszukać kieszenie. Znaleziono przy nich pieniądze i to dowiodło naszej niewinności. Mimoto nie wydawało mi się jeszcze odpowiedniem, żebyśmy się pokazywali. Fanatyzm, podsuwał pewnie tłumowi zdanie, że choć niewinni, byliśmy jednak przyczyną śmierci tylu ludzi. Znaleziono także ciało pustelnika, ale w stanie okropnym. Konsul kazał je zabrać do swego domu.
Młoda Francuzka wróciła, by powiedzieć rodzicom, że jesteśmy ocaleni i nietknięci zupełnie. Gdy się ściemniło, nadszedł po nas sam konsul, poczem dostaliśmy się do jego domu szczęśliwie i niesposrzeżenie. Kyzrakdar chciał przedewszystkiem zobaczyć ojca, i poszedł do izby, w której leżały zwłoki.
„Allah parczalamah, niech cię Allah zdruzgocze!“ To przekleństwo powtarzał starzec najczęściej, a teraz leżał sam zdruzgotany. Ani jeden członek ciała nie był cały. „Allah rozsądzi między wami a mną i to dziś jeszcze“, powiedział. Z jaką okropną dokładnością spełniły się jego słowa! Allah rozsądził!
Nazajutrz rano pochowali przełożonego „najsurowszych“ przy świetle księżyca... katolicy. Konny posłaniec sprowadził jego żonę. Syn zgruchotanego przez Allaha jest do dzisiaj kyzrakdarem w Malatijeh i doprowadził tę stadninę do wielkiego rozgłosu. Jego narzeczona pozostała dlań nadal tem, czem była, to jest promieniem słońca. Szczęście i błogosławieństwo spoczywa na wszystkiem, co on czyni i dawno zapomniano o wstrętnej nazwie, wypisanej na początku i na końcu tego opowiadania: es sabbi, przeklęty...












Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol May i tłumacza: anonimowy.