Psalmy Przyszłości (1912)/Psalm Żalu

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zygmunt Krasiński
Tytuł Psalmy Przyszłości
Rozdział Psalm Miłości
Pochodzenie Pisma Zygmunta Krasińskiego
Data wydania 1912
Wydawnictwo Karol Miarka
Miejsce wyd. Mikołów; Częstochowa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Indeks stron
IV.
PSALM ŻALU.
2. ....mają oczy, aby widzieli, a nie widzą, — uszy mają aby słyszeli, a nie słyszą...

EZECHIEL, Roz. XII.
17. Boć nie posiał Bóg Syna Swego na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był zbawion przezeń.

Ś. JAN, Roz. III.

Psalm następny, z następnego powodu:
Przeciw trzem poprzedzającym, a szczególniej trzeciemu, zaraz po ich ukazaniu się, zatem nie mały czas jeszcze przed bezbożnej pamięci miesiącem lutym 1846 r. — napisano pieśń w podobnym ich kształtowi kształcie. — Ta pieśń w rękopiśmie[1], jedna z przedziwności języka polskiego, brzmiąca cudownemi dźwięki, a głębokiego mistycyzmu piętnem naznaczona, wyobrazicielką jest niektórych dążności i myśli krążących po widnokręgach umysłowych epoki naszej. — Jeden ją wybrzmiał z piersi swych — ale po wielu piersiach drzemią zawarte w niej tchnienia. — Niesposób jej tu w całości wydać, bo imię wieszcza, który ją wyśpiewał i wola jego o niej, nieznanemi. — Po krótce więc tylko treść w niej leżących zarzutów i pomysłów się opisze. — Teć albowiem nietylko są jednego wyłączną, rzeczywistą, ale zarazem pewnej liczby drugich wspólną, idealną własnością. — Kształtu się nie przywodzi — ideę tylko się podaje!
Pieśń owa w uroczych, a ironijnych strofach zaczyna od zarzucenia Psalmowi Miłości przeczuć zupełnie fałszywych i bojaźni niczem nie usprawiedliwionej, przed pewnemi wypaść mogącemi klęskami — i zapowiada absolutnem twierdzeniem, że nigdy nic podobnego na ziemi polskiej się nie zdarzy. — Dalej, szydząc, utrzymuje, że chyba upiory snuły się wieczorem po drodze zadumanego szlachcica i plemion dawnozmarłych po księżycu mgliły się kurhany — lub też nad zasypiającemi oczyma pobłysk padł od czerwonych kotary firanek — stąd krwi widzenia, stąd Strach złowieszczy, bo — Któż, gdzie i kiedy nożem zagroził, lub stanął ci sporem? — Próżne mary — wcale ni mord ni rzeź — ale z wieńca kwietnianego nadpowietrznych duchów obrywające się postaci, przelatujące w przestrzeniach — a ty zląkł się, syn szlachecki.
Po takowym wstępie, pieśń przechodzi do ocenienia stanowiska całej szlachty polskiej — przyznając, że jej niegdyś było sto tysięcy, ma ją teraz za zupełnie już nieistniejącą i oświadcza, że wcale i nigdzie — jej nie ma. — Że w głębiach czasu gotuje się wichrowy płomień, co wybuchnąwszy zgasi i zdmuchnie jak świecę wszelkiego szlachty onej przypomniciela. — Przyjdą światła jakieś Boże, widzialne, wśród burz apokaliptycznych pałające, — i rzucą się na lud i popchną go — a stąd cudowne powstaną strachy i przerażenia, żywe jakoby śmierci przechadzające się po ziemi — a w nich i z niemi będzie duch!
Słaby, mówisz, rzeź wybiera, a czy wiesz co on, ten duch, wybierze? — Po tym zapytaniu, pieśń Jehowicznem wzbierając natchnieniem — głosi, że zapewne duch on młody wybierze za środek wcielenia się swego, ludów zatracenie — z wichrów, komet i płomieni okropne odmęty, w których króle drżą, matki ronią, ziemia się rozpada i gruzy po gruzach tylko chłonie; — a z onych zwalisk wszystkich korzysta duch — którego definicya, że jest — wiecznym rewolucyonistą.
Nad tak w pył i popiół rozsypanem światem nowa zorza unosi się w górze; — a pod jej blaskami, w jakichciś smętnych przestworach zatracenia, jęczy przeszłość historyczna kraju. — Nieskończone westchnienie słychać z tej otchłani ojczystych dziejów — ale po nad nią wszechwładny Duch — uciska, mroczy i błyska — aż stopniowemi uciski uzupełni nowego Boga i wiek absolutnie nowy.
Po takich przejściach, kończy pieśń modlitwą gorącą i uroczystą o rychłe zniszczenie się dopiero co wyżej przytoczonych obrazów, z najmisterniejszą sztuką odmalowanych!
Na takiej treści wieszczby, odpowiedzią następny psalm.



I.

Więc strach, mówisz, mówił ze mnie,
Gdym przeczuwał, że się w ciemnie
Zasuwamy, a nie w zorzę —
I że lud się shańbi może!
Prawdę mówisz — pewnem męstwem
Ja się nigdy nie pochlubię: —
Ja przed bliźnich drżę męczeństwem —
W otchłań spychać — ja nie lubię;
Gdzie brud ujrzę — wnet mi serce
Jakaś bojaźń chwyta Boża, —
Braćmi nie są mi morderce, —
Szablę kocham, — wstyd mi noża!
Jakbym zląkł się — na stolicy
Z gwiazd i tęcz, Bogarodzicy
Widnej w widzeń błyskawicy
A mówiącej sprośne słowa,
— Samby zląkł się i Jehowa! —
Tak się lękam i truchleję,
Kiedy w polskie spaść ma dzieje
Mord i srom!... Lepszy grom!
Zmartwychwstaje się z pod gromu, —
Nie zmartwychwstaje z pod sromu!

Tyś odważny — ja się boję
Kazirodczych ran!
Bojaźń moją — męstwo twoje
Niech osądzi Pan!


∗             ∗

Więc gdy padać miały trupy
Twych nieszczęsnych braci —
Gdy z nich mieli zdzierać łupy
Chłopi — żydzi — kaci; —
Kiedy ziarno siane w śmieci
Od wersalskich dzieci
Zdradą miało zejść niemiecką, —
Więc i ty, jak dziecko,
W bańce własnych siedząc marzeń
Nie przeczułeś zdarzeń?
Nie wcieliłeś się w to ciało
Co tak cierpieć miało!
Ach! nie wziąłeś ran — przed ciosem
W pierś twą, magnetycznie, —
Aleś jednym wciąż piał głosem
Tylko fantastycznie!
Wzrokeś wlepił w twe niebiosa; —
Ukraińska kosa
Na nich krzyżem wybawienia; —
W koło błyskawice —
Z światła cepy i kłonice —
I wichry z płomienia!
A w otchłaniach, gdzieści w dole,
Z przekleństwem na czole
Polska szlachta — polskie pany —
Czyściec z świata zwiany,
Jak smętne bałwany,
Czarne fale — siwe piany,
W burzliwą noc! —
Tam Zborowskich ścięte głowy,
Topór i kloc!

Płacz bez końca — zgrzyt echowy —
Miłość — chwała —
Przeszłość cała
Rozdeptana przez wiek nowy!
O mój wieszczu, stój!
Oto jutro rano
Na powstański bój
Polskie pany wstaną!
Szlachta — której nie ma —
Bohaterściej niźli kiedy,
Wyzwie Trój-Olbrzyma!
Lecz z twych niebios spadną wtedy
Twoje tajemnice —
Cepy i kłonice —
Twój, ach! spadnie cud!
I tych Polski namiestników
Za kilka srebrników
Twój rozsieka lud!
I strun twoich granie
Zagłuszy wrzask mordu!
I nic nie zostanie
Z twojego akkordu! —


∗             ∗

Bodajbyś, wieszczu, był wieszczył prawdziwie!
Bodajbym zdjęty przerażenia dreszczem
Był kłamcą tylko — ty natchnionym wieszczem —
I plam nie było na ojczystej niwie!
Bodajby Polska nierozdarta — cała —
Tak jak się czuła dniem przed rzezią jeszcze
Pieśni twe, wieszczu, uwielbiała wieszcze
A z moich marnych na gardło się śmiała! —
Bodajbym nawet — zapozwan przed sądem
Za potwarz moją na lud nieskalany.
Co żadnej hańby nie owrzodział trądem,
Usłyszał wyrok: na śmierć lub kajdany!
I ty w tryumfie stał z harfą twą złotą

Urągający — i pytał: „A co to?“
I mnie prowadził aż do rusztowania
Wśród przekleństw gminu — co tobie się kłania
I milionowym dziękuje poklaskiem,
Żeś odgadł światła wschód czysty — przed brzaskiem —
Szlibyśmy oba i szczęśliwsi oba —
Ty chwałą własną — ja Polski zbawieniem; —
Bo i mnie, wieszczu, wciąż śni się ta doba, —
Lecz wiem, że wściekłość — nie jest zduchownieniem. —
Lecz wiem, że wszelka zwycięstwa godzina —
Bić w sercu Boga nad światem zaczyna,
Nim tu narodom, na świecie, uderzy! —
Więc przed nim stanąć narody wprzód muszą
Nie z rykiem zwierząt — lecz z anielską duszą; —
Lud tylko święty Królestwo odzierży!
Przemień go — przemień w Króla i Kapłana —
Lecz zanim jeszcze nie przekrólewszczony
Nie klękaj przed nim — nie kładź mu korony, —
Lecz ufaj w szlachtę polską — i moc Pana! —


∗             ∗

Ależ wieszczu — boś ty wiary
Dni zaprzeszłych — tyś wieszcz stary!
Cóż o Duchu ci się śni?
Duch twój wiecznie grzmi w twej pieśni
Jak pogański Jowisz jaki; —
Lub kataklizm wśród natury,
Co świat chwyta na tortury;
To indyjskich bóstw oznaki!
Duch-że twój — inkwizytorem?
Lub wandalskich dni upiorem,
Co powtórzyć ma do joty
Historycznych kręgów zwroty,
I z postępów wynieść tyla,
Tylko tyle co Atyla?
Duch twój, tylkoż myślą czystą
A nie życiem istnem, szczerem?

Tylko rewolucyonistą,
Tylko Robespierrem?
Filozofią — a bez serca?
Kościotrupem — a bez skóry?
O! tyś ducha jest oszczerca —
Bo go nie znasz; tylko chmury
Co go kryją widzisz mgliste,
A nie światło jego czyste,
A nie kształty powietrzniane,
A nie ruchy przefaliste; —
Te ci dotąd są nieznane!


∗             ∗

Ciało jest — konserwatorem
Dusza — wieczną buntownicą, —
I do siebie stoją sporem;
Im pogody nie zaświecą, —
Im nie ma pokoju
Odkąd rajski wąż
Pchnął je do rozstroju,
Dusze z ciałmi, nad otchłanią,
Psują się i ranią
Bratobójczo wciąż!
Ach! idea — i zwierzęta —
Anielice — i tygrysy!
I w tej walce, bywa snadnie,
Że gdy ludzkie rysy
Idea pokładnie,
Wnet i w Bogu ta poczęta.
Oszaleje! i jej dzieje
Na tej ziemi szkaradnemi!
Potok krwi czerwony
Przez wszystkie Ojczyzny,
Gwałty i wścieklizny,
Upadki i zgony.
Wieńce kwitną dziś wawrzynem
Jutro z nich ciernia korony —

Kaźden starzec-wiek, strącony
Przez wiek drugi, co mu synem;
I ojcobóstwami ciągnie się i plami
Płynący czas! któż zbawi nas?
Kto z żywiołów kłótni,
Z bitwy miejsc i lat
Harmonią wylutni,
Rytmu stworzy świat?
Ten, w kim głębie życia górą,
Co nie duszą, w lekkość chorą,
Ani ciałem w ciężar chorem; —
Ten, co trzecim idzie torem. —
W kim ciał i dusz wspólny ruch,
Ten który — tryumfatorem —
Święty Duch!..
Lecz on płynie — a nie skacze,
Lecz on wschodzi — a nie spada, —
Ziemia pod nim krwią nie płacze —
On nie woła: Biada!
Arcyświatła w nim potęgi
On zapełni widnokręgi
Niewidzialne — a błękitem
Nad niziną i gór szczytem
Równo promienieje.
Rankiem budzi sennych ludzi
Na nadzieję!
I do ciemnej zbieży studni,
By wysrebrzą! cień —
Aż się ranek wypołudni
W bieluteńki dzień! —



II.

Moc Jehowy — nie gniew,
Zlana z myślą Chrysta
W jeden wiew
Iskra wiekuista, wiew bez końca

Wskroś przez ziemie — słońca —
I oddech ten taki jak sen, —
I przepływa i porywa
I ciągnie za sobą okryte żałobą
Wszystkie wieki jak kaleki,
Jak trupów rząd!
Gwar — jęk — i szum —
Wlecze się tłum: —
Będzie sąd! —


∗             ∗

Oto w dole Józafackie pole; —
Jednej trumny wieko
Niebios dach!
Łzy wiekom z ócz cieką. —
Wielkom strach!
A wszędzie w krąg
Widm krwawych ciąg; —
Przeszłości wspomnienia
Jak zmory chodzące
Miecz potrząsające —
Jak anioły gońce
Zatracenia!


∗             ∗

Do kata-Anioła każden z wieków woła
„Zlituj się nademną,
Gdzież zbawień świat?“ a anioł-kat:
„Precz w otchłań podziemną,
Boś żył nadaremno —
Bo z wielki innemi braćmi twemi
Tyś niezbratan! — ja cię znam —
Jam jest: — Ty sam —
A twój, szatan!“


∗             ∗

W bezmocy wśród nocy
Wiek po wieku stęka —

Obalon przyklęka!
Leje się żar zgryzotnych kar; —
Duszni i cieleśni w krwi i pleśni —
Przepaść tuż!
A Anioły w górze jak burze
Strącające już!
Nad dołem
Drżą potępieni! —
By nie paść w tę przepaść
Wspierają się społem!
Jak łańcuch pierścieni
Łono na łonie — i zetknięte dłonie —
Twarze obok twarzy!
Miłość się im marzy
Przy zgonie!


∗             ∗

Aż z męczarń doliny
Krzyk jeden, jedyny,
Ziemskich wieków wstanie:
„W piersiach, nam, o Panie,
Twoje strzały tkwią!
My piekielni
Pokiśmy rozdzielni,
Ale biedni,
Gdyśmy w jedni,
Twąśmy krwią,
Twym obrazem!
Miej o Panie,
Zmiłowanie, —
Już my razem!“


∗             ∗

A gdy tak jęczą,
Od ich skruch
Niebo spłonie tęczą,
Głos im wpadnie w słuch,

„Oto idzie Duch“
I ujrzą w przestrzeni
Zstępujący grom —
Świat się przepromieni
W dyamentowy dom!
Potępionych wieków ile
Spada gromów tyle!
Wiek każden w piorunie
Na złocistej łonie,
Co go niesie w dal! —
On się pali,
Przepostacia; —
Jak na morzu z fal
Przepostacieni
Idą w mgle z promieni,
A wszyscy jak bracia!
Oto z gwiazd korona
Na czasie niesiona, —
Ludzkości to wieca!
I przeszłość zbawiona
I przyszłość zaświeca!


∗             ∗

Znów po wszem-lazurze
Stworzenny wiew —
Słychać w dole w górze,
Anielski śpiew:
„Chwała z wieków w wiek,
Bo stał się sąd!
Łez krwawych ściek
Zmienioń w światła prąd!
Z dni starych, grzech
Już zwian jak puch —
I wlał w duchy dech
Wiekuisty Duch —
I objął rząd.“





III.

Stój, o wieszczu, w takiej wierze, —
Nie mów, że ty nie wiesz jeszcze
To co Duch wybierze, —
Tak nie mówią Boży wieszcze!
— Ze świętości duch jednolit —
Ni mongolskich biczy,
Ni czerwonych Rzeczpospolit
W swe cuda nie wliczy!
Wolna tylko ludzka wola
Gdy zła i nieszczera
Taki tór — obiera
I nim ziemskie brudzi pola!
Bo tak wolna, że aż zdolna
Drogi Boże same
Przepiekielnić w zguby jamę!
Bo tak wolna, że aż zdolna
W imieniu braterstwa
Rozsiewać morderstwa; —
W imieniu nadziei
Świat wytrącić z swych kolei,
By bez wstępnych sił
Zśliznął się po wiekach w tył!
Wie, że kłamie — a wciąż kłamie —
Obłuda — jej znamię!
I toć straszna wina,
Co ni Ojca ani Syna,
Lecz dotyka Ducha!
I tej winy nie zmaże
Żaden ból ni skrucha,
Ni żadne cmentarze!
Ach! nietylko wiek przeszłości
Faryzejskie rodzi dusze —
Za dni naszych i przyszłości
Są Faryzeusze!


∗             ∗

Powtarzacie: „Chryste! Chryste!“
A nie macie w sercu Jego; —
Jakżeż Ducha wam świętego
Przejąć dobro wiekuiste?
Z was się każden nad odłogiem
Własnej próżni, wspina Bogiem
Na paluszkach wzdętej pychy! —
— I tak wy zwierzęciejecie. —
Bo kto sam się bóstwi w świecie,
Ten na odwrót swego szału
Odczłowiecza się pomału; —
Aż się stanie taki lichy
Że padając — dojdzie chyba
bo roślinnej istni grzyba! —
Lub też dziki — sępny — chory —
Miasto widzeń — widzieć zmory.
Miasto natchnień — czuć wściekliznę
Będzie; — zmąci wiary, dzieje,
Człowieczeństwo i ojczyznę,
Zwątp rozpaczy i nadzieje! —
Wtedy wśród błędów swych pędu
Wezwie drugich do obłędu. —
Za każdym się krokiem
Przenazwie prorokiem —
Zbawicielem — Bożym bratem:
I dusz wielu będzie katem!
Aż nie wątpiąc że się zbożył,
Że jak Boga stwórcą znał,
Tak się stwórcą sam tu stworzył,
Coraz pełńszy własnych chwał,
Pocznie wierzyć jadowicie,
Że mu sługą — ludzkie życie:
Stanie się i katem ciał!


∗             ∗

Nie tak z Duchem się obcuje —
Nie tak w Ducha się wstępuje?

— Gdy pochylisz kornie czoło
Zadrży serce — drga szpik kości
Z anielskiej rzewności; —
I klęczący spojrzysz w koło
Na niesprawiedliwości —
Klęski — smętki — gromy —
Babylony i Sodomy; —
Ujrzysz Carów w chwale,
Lub zdąsane ludu fale
Świat zatracające!
I przyćmione w górze słońce,
I niebieskie mocy
Wstrząśnięte wśród nocy; —
A uczujesz miłość trudu
I męki odwagę!
Wstaniesz ludzi zbawiać z brudu.
Kryć ich wstydy nagie. —
A za rany — i za ciernie
Podziękujesz tkliwie —
I dotrzymasz wiernie
Na nieszczęście niwie!
Wśród podłości — niespodlony, —
Wśród krzywd — nieodmiłośniony. —
Wciąż twe usta Pana chwalą —
Wciąż pierś twoja — twardą stalą,
Co się błyszczy nieskalanie,
A twe oko płacze żalnie
Po nad każdym cudzym bólem; —
I tak stąpasz ofiar polem,
Nigdy w kłamsta podziemnice,
Ciemne i tajnice
Nie zstępując — bo do Boga
Wiesz że jedna tylko droga,
I jej światłem widny — biały —
Nie dbasz o wrogów nawały,
Co z lochów piekielnych
Czychają — na dzielnych;

Co czarni i nocni,
Tylko zdradą mocni,
I orężni pychą
Zabijają cicho!
A gdy stawiać tak twe kroki
Ty nie mówisz: „Jam wysoki“
Ale czujesz, żeś wciąż niczem
Przed Pana obliczem!
Wtedyś ty dopiero
Duszą czystą, szczerą —
I czynów łańcuchem
Połączasz się z duchem: —
A z Boga co w Niebie,
Powraca do ciebie
Miłości spływ!
I kiedyś po męce
W jego pójdziesz ręce
Wszechwiecznie żyw!
I ja patrzę wśród zamieci!
W niebios kir!
I ja widzę — kędy leci
Zdarzeń wir!
Słyszę wśród chmur
Zmartwychwstałych chór
Ach! znany głos!
Lecz nie we krwi,
Którą zemsta leje,
Cel Polski tkwi. —
Zemsty dzieje
Zemstą tylko,
Chuci chwilką: —
To nie Polski los!
Jej od Pana pomyślana
Cudniejsza cześć!
Nie pożogi ani trwogi
Ma światu nieść!


∗             ∗

Tu, Sybiry mroźne
I Iwany groźne, —
A po drugiej stronie klubowe tyrany,
Kule strute — kwas siarczany,
Ludożercze bronie!
Boże! zmiłuj się nad wami!
Między dwiema szkaradami
Wstać ma Polska kojarznicą!
Dwóch barbarzyństw — ma być spojeni —
I to zwiecie — Tajemnicą
To — wieków pokojem! —
W jedno zło jedyne
Wszetecznym poswatem
Siostrę gilotynę
Ślubić z knutem bratem!
Rozdeptać kościoły, pomieszać plemiona,
Sumienia anioły wygnać z ludzi łona!
I mieć Polskę — tego dzieła
Czarną spełnicielką!
W krew truciznę jej lać wszelką,
By sprawy się jęła!
Trząść przed wzrokiem jej pochodnie
Wszechświata pożaru, —
Obiecywać jej za zbrodnie
Nadziemską moc czaru!
Kusić dziejów anielicę,
By pod koniec męki
Odrzuciła świętych wdzięki,
Upiorowe wdziała lice, —
I odkląkłszy z przed ócz Pana,
Zczerwieniona — rozczochrana —
Zakochała się w szatanie,
Świadczyła mu o tej chwili,
Jak pierwsi chrześcianie
Niebiosom świadczyli!
To wasz pomysł — to rzecz wasza!
Takie świty

Duch wasz skryty
Nam przynasza!


∗                              ∗

Wszak nie w takim stroju,
O wiekuisty Panie,
Do ostatniego boju
Polska twoja stanie!
Nie jędza z niej przebrzydła!
— W ustach z twym pacierzem —
A nad jej pancerzem
Spływające skrzydła. —
W jej dłoniach kształt dwóch mieczy
Z przedziwnej jasności,
Co nie rani — ale leczy!
I woła: „Ja się spieszę,
Bo zapraszam w gości
Do niebieskich włości
Ludzkie rzesze!“


∗                              ∗

Lecz wprzód jeszcze — sądy pańskie —
Na czas, czasów zwrót!
Rzeczpospolity szatańskie
I północny knut!
I trząść będą każdem krajem
Wytracając się nawzajem!
Patrz! świat kat twój, Polsko! — leży
Rozciągnięty w pyle —
Ten co obrał cię z odzieży,
Urągał ci tyle,
Co związawszy twe ramiona,
Dziki — podły — dumny —
Wbijał gwoździe ci do łona
Jak do desek trumny; —
Patrz! świat kat twój, Polsko, oto
Zapadł w krew i błoto!

Od morza do morza
Porwał się do noża —
Bratobójczo się przewala,
Wije na kształt gada,
Podnosi — i pada,
Aż znękany czci Moskala!


∗                              ∗

Zleć, o Polsko — zleć, Aniele,
W promienistem ciele!
Nie bądź katem twego kata!
Ach! śmiertelny pył
Gdy raz w śmierci zstąpi kraje,
Tylko cnotą znów dostaje
Nadśmiertelnych sił!
A inaczej — rwie zatrata
W głąb tej samej kary
Ofiarników i ofiary!
Zostaje ruina —
I nadgrobek na niej świata! —
— Chrystus tylko z grobu wzlata —
Lecz nie Katylina!


∗                              ∗

Przyjdź, o Polsko — zleć, Aniele.
W promienistem ciele! —
— Pragnęli wolności
A Boga nie znali!
Po ziemiach — ich kości —
Ich prochy — na fali; —
A żyjących, co zostali,
Samo życie boli: bo w niewoli!
Z jednych ojczyzn — puste cisze —
Nad gruzami się kołysze
Bluszcz wietrzany!
A gdzieindziej w pysze
Sprośne Pany!

Bez koron na głowie
Lecz z rózgą ze stali, —
I służą Jehowie,
Lub z schizmy powstali!
Duchoborce, Roskolniki —[2]
I po nocach słychać ryki
Rozrzynanych ciał
Na cześć Molochowi. —
Tak panują ludzie nowi!
Jak z Tarpejskich skał
W zad przez dziejów wschody
Zepchnięte narody. —
I zlatują do ciemności
Coraz głębiej – dalej
Bo chcieli wolności
A Boga nie znali! —


∗                              ∗

Przyjdź, o Polsko — zleć, Aniele,
W promienistym ciele!
— Zwiesz się: — Bogumiła —
Czerwonym sztandarem
I moskiewskim carem
Zarównoś wzgardziła!
Od dwóch tych zatracicieli
Tak czarno w Europie!
Wśród nawałnic — na potopie
Jedna świecisz w bieli!
Ledwo stopa się twa zetrze
Z wierzchołkiem bałwanów —
I przemijasz przez powietrze
I ścigasz szatanów!

Przed dwóch mieczy tych jaśnieniem,
Przed twych skrzydeł tęczą
Obalają się i jęczą
Jak przed Boga cieniem!


∗                              ∗

Idź, o Polsko — idź, Aniele,
W promienistem ciele!
Świat nie poznał ciebie z lica —
Świat cię zabił — aż na mękę
Sam jest wzięty, — a ty rękę
Dasz mu — jego męczennica!

Idź, o Polsko — idź, Aniele,
W promienistem ciele!
W tobie ludzkość przechowana!
Po nad złości i nad szały,
Po nad hańby i nad kały —
Tyś niepokalana!

Idź, o Polsko — idź, Aniele,
W promienistem ciele!
W dłoniach twoich nie puginał
Gminnym uwieńczon wawrzynem,
Co pierś wroga porozrzynał!
— Innego blask oręża!

Boż człowieczym tu czynem
Duch tylko zwycięża!
Nadziemsko ty Bożą —
Boś boleści tu boleścią!
A miłością Bożą!
I powracasz z dobrą wieścią!

W okół ciebie — Zło się pieni,
Ty nie zważasz przecie, —
Sypniesz z dłoni garść promieni
I znów jaśniej w świecie!
Aż przelecisz wszystkie kraje

I światłością, obosieczną
Śmierć odegnasz od nich wieczną; —
— Tak się zmartwychwstaje!




Przypisy

  1. Wiersz, o którem tu mowa, został wydrukowanym w Lipsku, u Bobrowicza pod tytułem: DO AUTORA PSALMÓW PRZYSZŁOŚCI i znajduje się w wydaniu Pism Słowackiego, Lipsk Brockhaus, 1869, na końcu tomu IV.(Przypisek wydawcy,)
  2. Nazwiska sekt powstałych na łonie grecko-rossyjskiego Kościoła, a których krwawe obrzędy przypominają to, co najszkaradniejszego było pod względem rozpusty i okrucieństwa w starożytnych wschodnich, fenickich i kartagińskich religiach.


 
Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zygmunt Krasiński.