Rilla ze Złotego Brzegu/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucy Maud Montgomery
Tytuł Rilla ze Złotego Brzegu
Pochodzenie cykl Ania z Zielonego Wzgórza
Wydawca Księgarnia Czesława Kozłowskiego
Data wyd. 1933
Druk Salezjańska Szkoła Rzemiosł
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Tytuł orygin. Rilla of Ingleside
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
W POŚWIACIE KSIĘŻYCA.

Rilla, która zawsze nawet we śnie się uśmiechała, ziewnęła teraz, przeciągnęła się i uśmiechnęła do Gertrudy Oliver. Panna Oliver przyjechała poprzedniego dnia z Lowbridge i pozostała tu, aby wybrać się na zabawę, zapowiedzianą na dzień następny w świetlicy przystani Czterech Wiatrów.
— Nowy dzień puka do naszego okna. Ciekawa jestem, co nam z sobą przyniesie.
Panna Oliver lekko zadrżała. Nigdy nie witała dnia z takim entuzjazmem, jak to czyniła Rilla. Życie przekonało ją, że każdy dzień może przynieść najbardziej nieoczekiwane i najokropniejsze rzeczy.
— Mam wrażenie, że najprzyjemniejszą rzeczą następujących dni jest nieświadomość tego, co przyniosą, — ciągnęła dalej Rilla. — Przyjemnie jest obudzić się w taki cudowny złocisty poranek i być ciekawym, jaką to niespodziankę dzień nam zgotuje. Zazwyczaj myślę o tem przez dziesięć minut, nim wstanę, imaginując sobie najpiękniejsze rzeczy, które mogą się zdarzyć przed nocą.
— Lękam się, że coś bardzo nieoczekiwanego dzisiaj nas czeka, — rzekła Gertruda. — Mam wrażenie, że poczta przyniesie nam wiadomości o wojnie między Niemcami i Francją.
— O... tak, — rzekła Rilla niepewnie. — To byłoby straszne. Ale właściwie nas ta sprawa nie dotyczy, prawda? Sądzę, że wojna byłaby prawdziwą sensacją. Panno Gertrudo, czy mam włożyć dziś wieczór białą suknię, czy tę nową zieloną? Zielona jest o wiele ładniejsza, oczywiście, ale boję się ją włożyć na takie tańce, bo jeszcze mi się zniszczy. A uczesze mnie pani jakoś inaczej? Wszystkie dziewczęta w Glen czeszą się strasznie po staroświecku, więc moje uczesanie wywoła pewną sensację.
— Jakim sposobem przekonałaś mamę, żeby ci pozwoliła iść na zabawę?
— O, Władek ją przekonywał. Wiedział, że będę zrozpaczona, jak nie pójdę. To jest właściwie mój pierwszy dorosły występ, panno Gertrudo, i już od tygodnia nie spałam myśląc wciąż o tem. Jak dzisiaj rano zobaczyłam słońce, to o mało nie fiknęłam koziołka z radości. Przecież to byłoby straszne, gdyby deszcz padał. Myślę jednak, że włożę tę zieloną suknię, zaryzykuję. Chcę wyglądać najładniej ze wszystkich panien, zresztą ona jest nieco dłuższa od białej. Włożę także moje srebrne pantofelki. Pani Ford przysłała mi je na gwiazdkę i do tej pory nie miałam okazji ich nosić. Prześliczne są. O, panno Gertrudo, mam nadzieję, że jacyś chłopcy zaproszą mnie do tańca. Naprawdę umarłabym z rozpaczy, gdyby nikt mnie nie zaprosił i gdybym musiała przez cały wieczór stać pod ścianą. Oczywiście Karol i Jerzy nie mogą tańczyć, bo są synami pastora, więc nawet na nich liczyć nie mogę.
— Będziesz miała mnóstwo partnerów, wszyscy chłopcy z Portu przyjdą. Będzie na pewno więcej chłopców, niż dziewcząt.
— Strasznie się cieszę, że nie jestem córką pastora, — zaśmiała się Rilla. — Biedna Flora musi się wściekać, że nie będzie mogła tańczyć dzisiaj, bo Una nie dba o to. Ona nigdy nie przepadała za tańcem. Ktoś powiedział Florze, że te panny, które tańczyć nie będą, będą miały dość dużo roboty w kuchni. Powinna pani widzieć jej minę! Na pewno większą część wieczoru przesiedzą z Jimem na skałach. Wie pani, że mamy wszyscy iść pieszo, aż do małego strumyka w pobliżu Wymarzonego Domku, a potem popłyniemy łodziami do latarni morskiej. Czyż to nie będzie boskie?
— Gdy miałam lat piętnaście, tak samo wypowiadałam się zawsze w superlatywach, — zauważyła panna Oliver z przekąsem. — Myślę, że zabawa zapowiada się przyjemnie dla młodzieży, bo ja osobiście przygotowana jestem na nudy. Żaden tych chłopców nie będzie chciał tańczyć ze starą panną. Może Jim i Władek zatańczą ze mną raz dla przyzwoitości. Nie będę miała nawet z kim porozmawiać. To też nie dziw się, że nie mówię o zabawie z takim entuzjazmem, jak ty.
— A czy pani źle się bawiła na swoim pierwszym balu, panno Gertrudo?
— Przypominam sobie, że okropnie. Byłam onieśmielona i nikt nie poprosił mnie do tańca z wyjątkiem jednego chłopca, który był jeszcze bardziej nieśmiały ode mnie. Za tę nieśmiałość znienawidziłam go i prawdopodobnie dlatego drugi raz już mnie nie poprosił. Ja nie miałam prawdziwego dzieciństwa, Rillo. Wielka to strata w życiu i dlatego też chciałabym, abyś ty miała piękną i szczęśliwą młodość. Mam nadzieję, że pierwsza twoja zabawa będzie czemś takiem, co wspominać będziesz z przyjemnością przez cale życie.
— Wczoraj śniło mi się, że byłam na balu i nagle zauważyłam, że jestem w szlafroku i w rannych pantoflach, — westchnęła Rilla. — Obudziłam się z przerażeniem.
— Przypomina mi się mój straszny sen, — szepnęła panna Oliver w zamyśleniu. — Był to jeden z tych snów, które miewam często. Są one tak wyraźne, jak rzeczywistość.
— A co się pani śniło?
— Stałam na stopniach werandy tutaj, na Złotym Brzegu, spoglądając na dalekie pola Glen. Nagle w oddali ujrzałam długą srebrzystą połyskującą falę pokrywającą pola. Fala ta zbliżała się z każdą chwilą jak fala morska, która czasami zalewa wybrzeże. Po pewnym czasie całe Glen zostało przez nią pochłonięte. Pomyślałam: „Chyba fale te nie zbliżą się do Złotego Brzegu“, ale one szły bliżej i bliżej, tak szybko, że nim się zdołałam spostrzec, były już u moich stóp i wszystko zabrały... nie było nic oprócz wzburzonej wody w miejscu, gdzie dawniej było Glen. Chciałam się z tej wody wydostać, lecz nagle dostrzegłam, że brzeg mojej sukni jest splamiony krwią... Obudziłam się z drżeniem. Nie lubię takich snów. Sen ten był jakimś przykrym znakiem. Takie wyraźne sny zazwyczaj mi się sprawdzają.
— To chyba nie znaczy, że nadejdzie jakaś burza ze wschodu i dzięki niej bal się nie odbędzie, — mruknęła Rilla z zaniepokojeniem.
— Niepoprawna piętnastolatka! — zawołała panna Oliver sucho. — Nie, Rillo ma Rillo, nie sądzę, aby groziło aż takie niebezpieczeństwo.
Na Złotym Brzegu od kilku dni panowała atmosfera naprężonego wyczekiwania. Tylko Rilla zajęta własnym życiem, nie zdawała sobie z tego sprawy. Doktór Blythe ponuro spoglądał z ponad gazety, prawie nic nie mówiąc. Jim i Władzio interesowali się ogromnie nowinami, które gazety przynosiły. Jim z podnieceniem odszukał Władzia tego wieczoru.
— Chłepcze, Niemcy wypowiedziały wojnę Francji. To znaczy, że Anglja też będzie wojować prawdopodobnie, a jeżeli tak, to dawny twój wyimaginowany Srokaty Kobziarz zjawi się wreszcie.
— To nie była wcale imaginacja, — odparł spokojnie Władek — Było to raczej przeczucie... wizja... Jim, ja naprawdę widziałem go przez chwilę tego wieczoru przed laty. Myślisz, że Anglja będzie wojować?,
— Wówczas wszyscy pójdziemy na pomoc, — zawołał Jim wesoło. — Nie pozwolimy chyba, aby „stara siwa matka północnych mórz“ walczyła sama, nieprawdaż? Ty nie będziesz mógł pójść, bo po tej febrze jeszcze nie przyszedłeś do siebie. Wstydzisz się, co?
Władek nie odpowiedział, czy mu wstyd, czy nie, spoglądał tylko w milczeniu w przestrzeń, ciągnącą się ponad polami Glen, aż po błękitną przystań.
— Jesteśmy wilczętami... musimy szykować zęby i gryźć, gdy wróg zawadzi o naszą rodzinną ziemię, — ciągnął wesoło Jim, targając swe złote włosy drobną opaloną dłonią, dłonią urodzonego chirurga, jak mawiał często ojciec. — Co za przygody będą! Przypuszczam, że Grey, czy któryś z tych sprytnych, starych przyjaciół zdecydują się w ciągu dwunastu godzin. Wstyd byłby, żeby mieli zostawić Francję w kłopotliwem położeniu. Ale myślę, że już najwyższa pora wyruszyć na tę zabawę do latarni.
Wyszedł, gwiżdżąc „Stu kobziarzy i ja“, a Władek stał przez dłuższy czas oniemiały na miejscu. Na czole jego uwidoczniła się głęboka zmarszczka. Wszystko to nastąpiło z szybkością gromu. Jeszcze kilka dni temu nikt nie pomyślałby o czemś podobnem. I teraz nie należało myśleć. Jakieś wyjście się znajdzie. Wojna była straszną, obrzydliwą rzeczą, zbyt straszną i zbyt ohydną, aby mogła się zdarzyć w dwudziestym wieku między cywilizowanemi narodami. Sama myśl o tem była ohydna w porównaniu z pięknem życia. Władek nie będzie myślał o wojnie, stanowczo wyrzuci ją z pamięci. Jakie piękne było Glen w swej sierpniowej dojrzałości z łańcuchem cienistych, starych zaścianków, szmaragdowych łąk i kwiecistych ogrodów. Niebo w blasku zachodzącego słońca było, jak wielka złocista perła. Na horyzoncie ponad przystanią srebrzyło się wschodzącym księżycem. Powietrze przesiąknięte było cichutkiemu szmerami, senny gwizd raszki, cudowny, ponury, miękki podmuch wiatru w gałęziach drzew, to wszystko mieszało się z wesołym śmiechem, dochodzącym z okien pokojów, w których dziewczęta ubierały się na zabawę. Świat pogrążył się w oszalałym cudzie dźwięku i barwy. Władek tylko o tem będzie myślał i o tej głębokiej, subtelnej radości, która mu to wszystko daje.
— W każdym razie nikt nie przypuszcza, że pójdę, — przebiegło mu przez myśl. — Jak powiedział Jim — febra odbiera człowiekowi siły.
Rilla wychyliła się przez okno swego pokoju, ubrana na zabawę. Żółty bratek wysunął się z jej włosów i padł na trawę, niby złocista spadająca gwiazda. Chciała go podnieść, lecz pomyślała, że nie warto, bo przecież panna Oliver całe mnóstwo bratków wpięła w jej włosy.
— Tak chłodniutko, jakże przyjemnie! Będziemy mieli piękną noc. Wie pani, panno Gertrudo, zdaje mi się, że słyszę te stare dzwoneczki w Dolinie Tęczy. Wiszą one już tam od dziesięciu lat.
— Dźwięk ich pod wpływem wiatru przypomina mi ową muzykę, którą Adam i Ewa słyszeli w „Utraconym Raju“ Miltona, — odparła panna Oliver.
— Świetnie bawiliśmy się w Dolinie Tęczy, gdy byliśmy jeszcze dziećmi, — zauważyła Rilla sennie.
Obecnie nikt już w Dolinie Tęczy się nie bawił. Cisza tam panowała zupełna w pogodne letnie wieczory. Władek lubił tam czytać czasami. Jim i Flora omijali ją zazwyczaj, a Jerzy i Nan zapomnieli o niej zupełnie. Rilla tylko czasami zachodziła do doliny, snując swe dziewczęce marzenia.
— Muszę jeszcze przed wyjściem wpaść do kuchni i pokazać się Zuzannie. Nigdyby mi nie wybaczyła, gdybym o niej zapomniała.
Rilla pobiegła do zacisznej kuchni na Złotym Brzegu, gdzie Zuzanna zajęta była prozaicznem cerowaniem pończoch. Chciała starą piastunkę oczarować swym wyglądem. Miała na sobie zieloną sukienkę, przybraną różowemi wianuszkami ze stokrotek, na nogach jedwabne pończoszki i srebrne pantofelki. We włosy wpięła jej panna Oliver złociste bratki, które opadały aż na szyję. Była tak piękna, młoda i powabna, że nawet kuzynka, Zofja Crawford, nie mogła powściągnąć swego zachwytu, a trzeba wiedzieć, że kuzynka Zofja Crawford rzadko kiedy zachwycała się czemśkolwiek. Kuzynka Zofja pogodziła się z Zuzanną, albo też może starały się nie pamiętać o dawnych swych nieporozumieniach od chwili, gdy pani Crawford zamieszkała w Glen i przychodziła często wieczorami w odwiedziny do sąsiedztwa. Zuzanna niezawsze witała ją z radością, bo kuzynka Zofja nie zaliczała się do najsympatyczniejszych towarzyszek.
— Niektóre wizyty są wizytami, a niektóre odwiedzinami, pani doktorowo, — powiedziała raz Zuzanna, pragnąc zaznaczyć, że wizyty kuzynki Zofji są tytko oficjalnemi odwiedzinami.
Kuzynka Zofja miała podłużną, bladą, pomarszczoną twarz, długi, cienki nos, długie cienkie wargi i bardzo długie, chude, białe ręce, zazwyczaj skrzyżowane z rezygnacją na chudym biuście. Wszystko co było jej własnością, wydawało się długie, cienkie i blade. Spojrzała ponuro na Rillę Blythe i rzekła ze spokojem:
— Czy to pani własne włosy?
— Naturalnie, — zawołała Rilla oburzona.
— Ach, tak! — westchnęła kuzynka Zofja. — Byłoby lepiej, gdyby były sztuczne! Taka masa włosów odbiera człowiekowi siły. To znak suchot, jak słyszałam, ale mam nadzieję, że z panią nie jest tak groźnie. Zdaje się, że wszyscy będziecie tańczyć dzisiaj, nawet chłopcy pastora. Córki jego na pewno sobie na to nie pozwolą. Ja tam nigdy nie tańczyłam. Znałam jedną, co umarła podczas tańca. Nie wiem, jak można tańczyć znając taki wypadek.
— A czy ona potem tańczyła? — zapytała Rilla impertynencko.
— Mówię pani, że umarła. Oczywiście więcej biedaczka nie tańczyła. Pochodziła z Lowbridge. Nie powinna pani wychodzić z otwartą szyją.
— Przecież wieczór jest ciepły, — zaprotestowała Rilla. — Włożę szalik, jak wsiądę na łódkę.
— Pamiętam, jak czterdzieści lat temu w taką właśnie noc, jak dzisiaj naładowało się kilkoro młodych do łódki, — mówiła kuzynka Zofja żałośnie, — łódka nie wytrzymała i wszyscy zatonęli. Mam nadzieję, że dzisiaj nie będzie takiego wypadku. Próbowała pani kiedy jakiegoś lekarstwa na piegi? Uważam, że zwykły sok owocowy dobrze robi.
— Ty jesteś specjalistką od piegów, Zofjo, — rzekła Zuzanna, stając w obronie Rilli. — Byłaś centkowana, jak ropucha za czasów młodości. Rilla ma tylko piegi latem, ale pamiętam, że ty miałaś je i zimą, poza tem słynęłaś z brzydkiej cery. Wyglądasz naprawdę prześlicznie, Rillo, kochanie, a w uczesaniu tem bardzo ci do twarzy. Ale chyba nie pójdziesz do Portu w tych pantofelkach, prawda?
— O nie. Wszystkie idziemy w starych butach, a w Porcie włożymy dopiero pantofle. Podoba ci się moja suknia, Zuzanno?
— Przypomina mi ona suknię, którą nosiłam będąc młodą dziewczyną — westchnęła znowu kuzynka Zofja, nim jeszcze Zuzanna zdążyła odpowiedzieć. — Była także zielona z ponsowemi bukiecikami i miała falbany od talji do dołu. Wtedy nie nosiło się takich obcisłych sukienek, jak dzisiaj. Tak, czasy się zmieniły i nie powiem, żeby na lepsze. Pamiętam, że na pierwszej zabawie rozdarłam moją sukienkę, a potem ktoś wylał mi na nią całą filiżankę herbaty. Poprostu była do niczego. Mam nadzieję, że z pani suknią nic się złego nie stanie. Właściwie powinna być trochę dłuższa, bo ma pani strasznie długie i cienkie nogi.
— Pani doktorowa Blythe nie pozwala małym dziewczynkom ubierać się po dorosłemu, — rzekła z godnością Zuzanna, okazując tem samem lekceważenie kuzynce Zofji.
Rilla czuła się dotkniętą. Mała dziewczynka, dobre sobie! Wybiegła z kuchni w najwyższym rozdrażnieniu. Na drugi raz nie będzie już pokazywała się Zuzannie, która ma wrażenie, że nikt nie może być dorosły przed sześćdziesiątym rokiem życia! A ta okropna kuzynka Zofja ze swojemi docinkami na temat piegów i chudych nóg! Jakie prawo ma taka stara... stara ropucha mówić o kimś, że jest długi i chudy. Rilla była taka uszczęśliwiona przedtem, a teraz cały wieczór miała zepsuty. Każdy nerw w niej drżał i najchętniej poszłaby do swego pokoju i popłakała trochę.
Lecz potem dobry humor wrócił, gdy znalazła się w wesołym tłumie śpieszącym do latami Czterech Wiatrów.
Blythe‘owie opuścili Złoty Brzeg przy akompaniamencie melancholijnego wycia Wtorka, który został zamknięty w komórce, w obawie, aby nie pobiegł do latarni za młodymi. Wstąpili po drodze do wsi po Meredithów, a z resztą towarzystwa spotkali się na gościńcu. Mary Vance spowita w błękitną krepę i jedwabną narzutkę, wyszła z domu panny Kornelji i odrazu przyczepiła się do Rilli i panny Oliver, które szły razem i niezbyt gorąco ją powitały. Rilla nie lubiła Mary Vance. Nie mogła zapomnieć owego nieszczęsnego dnia, kiedy Mary pędziła ją przez wieś, trzymając w ręku suszonego sztokfisza. Mówiąc prawdę, Mary Vance nie była zbytnio lubiana wśród miejscowej młodzieży. Znano ją z niezwykle ostrego języka i to najbardziej zrażało do niej ludzi.
— Ale posiada ona coś takiego, że nie można się długo na nią gniewać, — utrzymywała zazwyczaj Di Blythe.
Towarzystwo podzieliło się na pary. Jim szedł oczywiście z Florą Meredith, a Jurek Meredith z Nan Blythe. Di i Władek kroczyli razem, zajęci ożywioną rozmową, wzbudzając tem samem zazdrość Rilli.
Karol Meredith szedł przy boku Maniusi Pryor, raczej z ochoty dokuczenia Józiowi Milgrave, niż z jakiegoś innego powodu. Wiadome było, że Józio ubiega się o względy Maniusi, której onieśmielenie powstrzymywało go od ironizowania przy każdej okazji. Na pewno Józio byłby odważniejszy i wywalczyłby sobie miejsce przy boku Maniusi, gdyby noc była ciemniejsza, lecz przy blasku księżyca zazwyczaj tracił odwagę. Szedł więc biedak na samym końcu pochodu darząc w myśli Karola Mereditha epitetami, które trudno byłoby na głos wypowiedzieć. Maniusia była córką Księżycowego Brodacza. Cieszyła się wśród sąsiadów większą sympatią, niż ojciec chociaż powodzenia zbytniego nie miała, bo była blada i niepozorna, a przytem dziwnie nerwowa. Miała płowe włosy i oczy o barwie dziwnie wyblakłej, będąc dzieckiem znana była z tchórzostwa, które i teraz chętnie wyśmiewano. O wiele chętniej szłaby teraz z Józiem, niż z Karolem, z którym czuła się zawsze dziwnie nieswojo, jednakże poczytywała sobie za pewien honor iść przy boku młodego studenta i do tego syna miejscowego pastora.
Shirley Blythe towarzyszył Unie Meredith i obydwoje przeważnie milczeli, bo takie już były ich usposobienia. Shirley był chłopcem szesnastoletnim, statecznym, wrażliwym, myślącym, posiadającym poczucie spokojnego humoru. Zuzanna słusznie nazwała go „Murzynkiem“, bo miał ciemne włosy, ciemne oczy i ciemną cerę. Lubił spacerować w towarzystwie Uny Meredith, gdyż Una nigdy nie zmuszała go do rozmowy. Una pozostała tą samą słodką, onieśmieloną dziewczynką, jaką była za czasów Doliny Tęczy, a wielkie jej szafirowe oczy były tak samo rozmarzone i pełne tajemnic. Tajemnicą tą, która odzwierciadlała się w szafirowych oczach Uny, było skryte uczucie dla Władka Blythe, którego nikt oprócz Rilli nie podejrzewał. Z uczuciem Uny Rilla sympatyzowała i pragnęła, aby Władek takiem samem uczuciem Unie się odwzajemnił. Rilla stanowczo wołała Unę od Flory, której uroda i zachowanie usuwały inne dziewczęta na drugi plan, a Rilla nie lubiła pozostawać w cieniu.
Właściwie w danej chwili Rilla była najzupełniej szczęśliwa. Tak przyjemnie było iść wraz z przyjaciółmi szerokim gościńcem wysadzanym jodłami, których woń roztaczała się wokoło. Srebrzyste refleksy światła księżycowego pieściły szczyty pobliskich pagórków. Tuż przed nimi widniała przystań. W małym kościółku za Portem dźwięczał dzwon, zamierając co chwilę i znów zanosząc hymn ku niebiosom. Gładka tafla zatoki była jeszcze srebrno-błękitna. Och, wszystko było takie piękne: czyste powietrze ze swym słonym posmakiem, balsamiczna woń jodeł, głośne śmiechy przyjaciół. Rilla kochała życie, jego rozkwit i powab, kochała muzykę, kochała odgłosy wesołej rozmowy. Pragnęła tak iść wiecznie tą drogą, pełną srebrzystych cieni. Był to jej pierwszy bal i na pewno przepędzi czas wyśmienicie. Nie istniały na święcie zmartwienia, nawet o piegach zapomniała i o długich, chudych nogach, nic, z wyjątkiem drobnego lęku, że nikt jej nie poprosi do tańca. Jakżeż przyjemnie było pomyśleć, że się żyje, że się ma piętnaście lat, że się jest ładną. Rilla odetchnęła głęboko i nagle poczęła przysłuchiwać się rozmowie. Jim opowiadał Florze jakąś historję z wojny Bałkańskiej.
— Doktór stracił obydwie nogi, były zupełnie pogruchotane i pozostawiony był na polu walki w oczekiwaniu śmierci. Począł się czołgać od człowieka do człowieka, a wszyscy byli ranni. Czołgał się, jak długo mu sił starczyło i czynił wszystko możliwe, aby użyć cierpieniom nieszczęśliwych. Nie myślał zupełnie o sobie, bandażując połamane ręce i nogi. Znaleziono potem doktora martwego, trzymającego zastygłe ręce na bandażu jakiegoś nieszczęśliwca, któremu opatrunkiem życie uratował. Czyż nie był to bohater, Floro? Powiadam ci, jak to czytałem...
Jim i Flora przyspieszyli kroku i dalsze słowa opowiadania zamarły w przestrzeni. Gertruda Oliver nagle zadrżała. Rilla przytuliła się do niej.
— Czyż to nie było straszne, panno Gertrudo? Nie dziwię się, że pani drży. Nie pojmuję dlaczego Jim opowiada takie straszne rzeczy, właśnie teraz, kiedy wszyscy są przejęci balem.
— Uważasz, że to straszne, Rillo? Ja bym to raczej nazwała pięknem. Taka historja zawstydza tych, którzy zwątpili w szlachetność ludzkości. Czyn tego człowieka był czynem Boga. Ludzkość zdolna jest jeszcze do poświęceń! Nie wiem sama, dlaczego zadrżałam, bo wieczór jest dosyć ciepły. Może coś kroczy wśród tych ciemności, coś, co ma być moim grobem. Takie wytłumaczenie dałby ktoś, kto wierzy w przesądy. Istotnie, nie chcę o tem myśleć w tę cudowną noc. Wiesz, Rillo, że gdy noc nadchodzi, jestem szalenie zadowolona, że mieszkam na wsi. Tylko tutaj można poznać prawdziwy czar nocy, którego mieszkańcy miasta zupełnie nie odczuwają. Wszystkie noce na wsi są piękne, nawet burzliwe. Uwielbiam dziką nocną burzę nad brzegiem tej starej zatoki. Dzisiejsza noc jest „prawie“ za piękna i powinna należeć do młodych, do marzycieli. Ja się jej dziwnie lękam.
— Czuję się tak, jakbym była nieodłączną częścią tej nocy, — wyszeptała Rilla.
— O tak, ty jesteś młoda i nie lękasz się wielu rzeczy. Doszliśmy wreszcie do Wymarzonego Domku. Wydaje się dziwnie opuszczony tego lata. Fordowie nie przyjechali?
— Nie, to znaczy państwo Ford i Polcia nie przyjadą. Przyjechał tylko Krzysztof, lecz mieszka u krewnych swej matki za Portem. Mało go widujemy tego lata. Kuleje trochę, więc nie może dużo chodzić.
— Kuleje? A co mu się stało?
— Złamał nogę przy grze w football zeszłej jesieni i prawie całą zimę przeleżał. Od tego czasu kuleje, ale już jest lepiej i jest nadzieja, że wkrótce będzie zupełnie zdrowy. Tylko dwa razy tego lata był na Złotym Brzegu.
— Elżunia Reese poprostu szaleje za nim, — wtrąciła Mary Vance. — Szedł z nią z kościoła po ostatniem kazaniu i dała mu się tak we znaki, że mu chyba życie obrzydło. Taki chłopak, jak Krzyś Ford nie ożeni się z wiejską dziewczyną!
Rilla spłonęła rumieńcem. Nie obchodziło ją, ile razy Krzysztof Ford odprowadzał do domu Elżunię Reese! Nic ją nie obchodziło, co się tyczyło Elżuni. Przecież Elżunia była od niej o wiele starsza i Krzysztof także. Przyjaźnił się zawsze z Nan, Di i Florą, a na nią, na Rillę spoglądał zgóry traktując ją, jak dziecko. Nie lubiła Elżuni Reese i Elżunia także jej niecierpiała. Nie lubiła Elżuni od chwili, gdy Władek zrobił taki kawał z Danem za czasów Doliny Tęczy, ale dlaczego Krzysztof Ford nie miał zwrócić na nią uwagi? bo była wiejską dziewczyną? Co do Mary Vance, to ta dziewczyna lubiła tylko plotki i interesowała się wyłącznie tem, kto kogo odprowadził do domu!
Na samem wybrzeżu, wpobliżu Wymarzonego Domku, wznosił się niewielki filar, do którego przymocowane były dwie łodzie. Jedną łodzią miał kierować Jim Blythe, drugą zaś Józio Milgrave, który znał się świetnie na wiosłowaniu i bardzo pragnął, aby Maniusia Pryor podziwiała jego silne mięśnie. Wszyscy pobiegli wdół przystani i łódka Józia ruszyła z miejsca. Jeszcze kilka łodzi przybyło z portu od strony zachodniej. Wszędzie słychać było wesołe śmiechy. Wielka biała wieża latarni Czterech Wiatrów połyskiwała światłami i sprawiała wrażenie dużej mrugającej gwiazdy. Krewni latarnika z Charlottetown przybyli tu na letnisko i wyprawiali bal, na który zaprosili całą młodzież z Czterech Wiatrów, Glen St. Mary i z poza Portu. Gdy łódź Jima zatrzymała się wpobliżu Latami Morskiej, Rilla ściągnęła z nóg buty i ukryta za plecami panny Oliver. pośpiesznie włożyła srebrne pantofelki. Wystarczyło jedno spojrzenie, aby się przekonać, że kamienne schody, prowadzące do latami, przepełnione były chłopcami i oświetlone chińskiemi lampionami, postanowiła więc, że nie może pokazać się na tych schodach w ciężkich butach, w których odbyła całą drogę. Pantofle strasznie ją uwierały, lecz nikt nie domyślał się tego, patrząc na uśmiechniętą Rillę, wstępującą swobodnie na schody z błyszczącym wzrokiem i zarumienionemi policzkami. Gdy tylko stanęła na górze natychmiast jakiś chłopiec z za portu poprosił ją do tańca i po chwili znajdowali się już w pawilonie wybudowanym tuż obok latarni i przeznaczonym specjalnie do tańców. Śliczny to był pawilon, pokryty dachem z gałęzi jodłowych i obwieszony dokoła lampjonami. U stóp szemrało morze, z lewej strony zaglądał księżyc, a z prawej przylegały do ściany pawilonu małe skałki wyżłobione niby fotele. Rilla i jej partner zniknęli w tłumie tancerzy. Rilla oddychała z rozkoszą, wsłuchana w melodię, którą Ned Burr z Glen wygrywał na swych skrzypcach. Melodja ta posiadała dźwięk jakiejś starej baśni, która musiała oczarować wszystkich tańczących. Jaki przyjemny był chłodny powiew od strony zatoki, jaki srebrzysty był księżyc tej nocy! To było życie pełne czaru. Rilla chwilami miała wrażenie, że skrzydła wyrastają jej u ramion.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Lucy Maud Montgomery i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.