<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Serce i ręka
Wydawca Józef Unger
Data wyd. 1882
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rzadko w życiu człowieka jedno uczucie przerosłe w namiętność, powoli kamieniejące nałogiem, zapanuje nad nim i zagłuszy wszystkie inne. Lecz są wypadki, w których właśnie to, co ma zgasić uczucie, rozdrażnia je i rozpłomienia; są okoliczności, które mu trwałość nadają; słowem są przykłady, że człowiek pozostaje wiernym nawet temu tak zmiennemu uczuciu, jakiém jest miłość. Niedarmo w starych romansach sławiono tak bardzo tę stałość, która często przeciągała się za kres nawet panowania onych sercowych wzruszeń. Olimpia właśnie była w tém położeniu wyjątkowém, które miłości jéj nadało hart niezwykły. Matka usiłowała ją zniszczyć, a brała się ku temu najniezręczniéj. Wspomnienie dni spędzonych z ulubionym, poetyczna ich barwa — wszystko to przykładało się do rozkołysania wyobraźni, do rozmiłowania się w marzeniu. Po powrocie z za granicy, Olimpia siedziała na wsi, niedostępna dla towarzystwa, wśród którego przechodziła jak obca, sądząc, że ono całe wskazuje ją palcami jako upadłą. Z dumą walczyła przeciwko pogardzie, jakiéj się domyślała, i upierała się przy swéj miłości, która ją jedna oczyścić i usprawiedliwić mogła. Miłość ta charakterowi jéj nadała energię...
Widzieliśmy dowód odwagi w przedślubnéj rozmowie z Zygmuntem, w postępowaniu jej późniejszém. Wśród téj żałoby, która się jéj wiekuistą zdawać mogła, nagle jak piorun zjawił się przed nią obraz przeszłości — ten, którego sądziła umarłym... żywy, zmieniony, ale ten sam, ten sam, któremu poprzysięgła miłość. Nie wahała się ani chwili rzucić się ku niemu. Gdy Klara weszła z nim do pokoju, w którym Olimpia przechadzała się gorączkowo, czekając na nich, gdy z siwym włosem, ale twarzą młodą, z rysami stężałemi od bolu i szczęścia razem, ukazał się w progu Bratanek, Olimpia pobiegła, zarzuciła mu ręce na ramiona, twarz przycisnęła do jego ust, i nie mówiąc ani słowa, w niemém zachwyceniu pozostała tak długą chwilę.
Jemu łzy płynęły po twarzy, chwycił jéj rękę, przyciskał do ust i płakał. Klara, która zwykła była wszystko obracać w szyderstwo, aby nie okazać „śmiesznego” wzruszenia, tym razem zmieszała się tak, że musiała się cofnąć, aby nie wydać się z mokremi powieki. Spotkanie to po latach dziesięciu, po rozstaniu u dwóch trumien — dziwna rzecz! — zdawało się przywitaniem po jednodniowéj rozłące. Czuli, że wiernymi sobie pozostali, i że przynosili serca też same...
Bratanek marzył, pracował, walczył, ale po idealnéj chwili szczęścia, jakiéj doznał, nie mógł już sięgnąć po inne, po nowe, bo żadneby było nie dobiegło złotego snu dni przeżytych z nią w chatce czeskiéj.
Dziwili mu się ludzie, zaglądali do téj zamkniętéj piersi, czując w niéj tajemnicę, mężczyźni i kobiety: pozostała zapieczętowaną i milczącą. Tylko w chwilach muzykalnego natchnienia burza uczuć wyrywała się tonami, falami nót... i świadczyła, że tam nie taki spokój i cisza panowały, jak z pogodnéj wnosić można było powierzchni. Bratanek nie spodziewał się wcale, by na wieki zerwany ten wieniec, zakwitły mu w dniach młodości, miał się rozwić na nowo. Gdy wyszedłszy na estradę, postrzegł Olimpię, mniéj daleko zmienioną niż on sam — osłupiał, czuł jakby uderzenie w piersi, i potrzebował całéj siły ducha, by módz potem odegrać swoją partyę... Odszedłszy, wziął to za sen i przywidzenie, gdy kartka Klary potwierdziła prawdę zjawiska.
Oboje znaleźli się tymi samymi, lecz gdy w blasku lampy, wychudłą rękę ujęła Olimpia, ujrzała zbielałe włosy młodego człowieka, tę żałobę serca wiekuistą, — rozpłakała się... Na rysach też muzyka, wiek i praca położyły swe piętna. On to był, ale spoważniały, znużony. Namiętności nie zeszpeciły go, ból tylko wysuszył i odarł z barwy świeżéj. Olimpia jemu wydała się piękniejszą jeszcze, lecz lata z rozpromienionéj szczęściem dzieweczki stworzyły niewiastę tragiczną.
Nawykła do obrony, do walki, osamotniona, przybrała postać greckiéj jakiéjś Ifigenii czy Penelopy... Niewymowna słodycz i dobroć, którą się uśmiechały jéj usta, przemieniła się w pogardę i obojętność, w znękanie.
Nie zestarzała, dojrzała tylko spalona cierpieniami, jakich doznała.
W tém pierwszém spotkaniu nie było nic dramatycznego, gwałtownego. Cicho usiedli przy sobie, ręka w ręce, patrząc w oczy, uśmiechając się, obawiając się spłoszyć tę chwilę szczęścia dziwną jak sen... Zapomnieli o Klarze, która patrzała na nich i — powiedzmy prawdę — zazdrościła...
Słów im brakło, aby coś sobie powiedzieć; myśli błąkały się wiążąc przeszłość z teraźniejszością, nie śmiejąc dotknąć jutra...
Pierwsza jednak Olimpia mówić zaczęła o sobie. Bez gniewu, spokojnie opowiedziała mu cały przebieg życia swojego aż do dni ostatnich, i z prostotą wielką powtórzyła mu rozmowę przedślubną, pokazując na palcu pierścionek. Bratanek słuchał; obok tego, co ona wycierpiała, ledwie śmiał wspomnieć co przeżył. W krótkich słowach zamknął wszystko... Jak sen dziś wydawało mu się przeżyte — byli razem...
— I pozostaniemy razem, odezwała się Olimpia; bo spodziewam się, iż wierzysz mi, że cię, bądź co bądź, nie opuszczę... Byłam i jestem twoją... Rodzice mogą się mnie wyrzec... czyż we dwoje nie znajdziemy środków zapracowania na skromny chleb powszedni?...
— Ale co świat powie? szepnął on.
— Ja do tego świata nie należałam, nie należę, i mowa jego dla mnie zupełnie jest obojętna. Rodzicom chciałabym oszczędzić zmartwienia — świat może mnie potępić... Podwójném dziś przywiązaniem chwytam się ciebie, mój drogi: miłością dawną i wdzięcznością nową, za to, że mnie od nikczemnego człowieka uwolnisz, którego samo zbliżenie kalało.
Rozmowie téj wieczornéj nie było końca... ale Klara czuwała, aby się nazbyt nie przedłużała... Chciała wyprawić Bratanka... Olimpia puścić go nie chciała... Wzgląd tylko na niebezpieczeństwo i zemstę Zygmunta zmusił ich do środków ostrożności. Umówiono się więc nazajutrz bardzo rano znaleźć się u brzegu jeziora... popłynąć szukać domku gdzieś u jego brzegów skrytego w cieniu drzew, i tam kilka dni przepędzić, póki się z Zygmuntem ułożyć coś nie da. Olimpia odzywała się ze wzgardą i pewnością, że okupi się ofiarą jakąś, że odzyska swobodę.
Nic łatwiejszego niż wśród tych ślicznych ustroni szwajcarskich znaleźć dach, co czeka gości... i gotów szczęście lub boleść przytulić. Tegoż dnia około południa, o godzinę drogi od Genewy, nastręczyło im się czego szukali. Płynąc spostrzegli na pochyłości wzgórza zielonego, wśród małego parku ocienionego odwiecznemi drzewy, domek z zielonemi zamkniętemi okiennicami, na którego ścianie i na poblizkim murze ogromne napisy świadczyły, iż był: „A vendre ou à louer.” Dom niezbyt świeży i niepiękny, całego uroku pożyczał od krajobrazu i otaczających drzew. Może niejedno chwilowe szczęście słało tu gniazdo, i niejedna śmierć wyszła temi zamkniętemi drzwiami. Teraz zdawało się, że tu nikt już nie mieszka od dawna; ścieżki dawniéj starannie utrzymane ponachylana trawa na pół przykrywała, mury były nieco pozbijane i od deszczów zczerniałe; mały wodotrysk przed willą wysechł, i kamienne jego okładziny porozpadały się... Drzewa rosły dziko, odpuszczając w koło siebie latorośle rozpierzchłe po trawnikach. A jednak wdzięcznie tu było: z okien widok na jezioro, na parki, na lasy, a cisza do koła, czyniły ustronie to dla tych, co szukali spokoju, miłém...
Kazano łódce przybić do brzegu; poszli ku fórtce zamkniętéj, przy któréj zardzewiały drót dzwonka znaleźli. Nierychło jednak wyszła dzieweczka bosa, napół ubrana, trochę wylękła; najprzód przyglądała się im przez szpary, potém gdy zobaczyła obcych, nazad uciekła. Ale w téj chwili nadeszła starsza kobieta z pękiem kluczów u pasa, jakoś nadąsana a niechętna. Widać było z jéj twarzy żółtéj, posępnéj, iż niewiele miała ufności w to, aby odwiedziny na co się przydały. Gdy jéj powiedział Bratanek, że pragnęliby obejrzeć domek i nająć może — pokiwała głową niedowierzająco... Nie powiedziała nic, wprowadziła ich jednak zarosłą ścieżką podnoszącą się do góry ku domkowi.
Im się bardziéj zbliżali, tém się w istocie więcéj opuszczonym wydawał. Wewnątrz schludnie było, ale pusto, ale smutno, i wiele należało dodać, przerobić, aby willa stała się mieszkalną. Cena nie była wysoką... zgodzono się o nią. Bratanek podjął się sprowadzić rzemieślników... i przez jutro stworzyć tu mieszkanie. Olimpia widziała w nim przypomnienie chatki czeskiéj — i młodość, i ciszę, i ukrycie... Następne dni tu przebywali. Bratanek się przeniósł zupełnie, Olimpia uciekała z miasta i przesiadywała dni całe, strzegąc się tylko zawsze jedną brać łódkę aby się nie zdradzić. W kilka dni villa Serena (tak się zwała) stała się z owéj dzikiéj do niepoznania piękną i uroczą... Ogrodnik wyświeżył park, rzemieślnicy ubrali domek, pomalowano ściany, naprawiono wodotrysk... każdego dnia jedno z nich tu coś przynosiło, aby gniazdko przystroić. Olimpia kupiła fortepian, wazonami ostawiono ganki, i życie wstąpiło w ten martwy niedawno złomek, który już się chylił ku ruinie.
Z niepokojem o jutro, ale pewni, iż zwyciężyć muszą, cokolwiek im na drodze stanie, kradli tu dni szczęścia, nie śmiejąc mówić jeszcze o zapewnieniu go sobie... Olimpia z pogardą zawsze odzywała się o Zygmuncie. Choroba jego i przyjazd szambelana nadewszystko zamącił te dni złote... Czuła ona, że stanowcza chwila się zbliża...
Po pierwszym wieczorze, ojciec Zygmunta rozważywszy dobrze położenie swoje i jego, rozmyślając jakby wyjść można z tego zawikłania, przyszedł do przekonania, aby układy jakieś zrywające małżeństwo byłyby zawsze najnieszczęśliwszemi dla nich. Trzeba było Zygmunta utrzymać na stanowisku męża bądź co bądź. Z razu wprawdzie przypuszczał, że się to może skończyć indemnizacyą; noc i długie a mozolne rozpamiętywanie o położeniu ich obu w obywatelstwie przekonały go, że lepiéj znosić niekoniecznie przykładne postępowanie żony niż pójść zapłaconym precz, i to jeszcze w kilka tygodni po ślubie.
Z kilku słów Klary wnosił, iż tu mu pewnie będą stręczyli układy, może nawet bardzo korzystne: lecz Olimpia nie było panią majątku, matka i ojciec z pewnością popierać muszą Zygmunta. Zatém rzekł sobie szambelan: „Trzeba wszystko otwarcie napisać matce — niech ona przyjedzie; naówczas — zobaczymy.”
To postanowienie powziąwszy w nocy, szambelan, który, jak sam o sobie zwykł był mawiać, miał pióro złote, siadł stylizować pismo w téj delikatnéj materyi. Popijał herbatę winem, pocił się, męczył, pisał bruliony... styl wygładzał... formy chciał mieć piękne, dystyngowane... pigułkę złocił i brylantował. List na trzech półarkuszach był nie do zniesienia długi, napuszony, nudny, a że gorycz go przesiąkła z końca w koniec, mógł zabić wrażeniem, jakie niósł z sobą. Szambelanowi głównie szło o to, aby w tym liście znać było człowieka co się na dyplomatę rodził i arystokratyczne miał stylu formy... Całą niemal noc przepędził nad układaniem, przepisywaniem, odczytywaniem... i aż nade dniem położywszy pięć pieczęci, usnął znużony. List ten postanowił sam oddać na pocztę, nic o nim nikomu nie wspominać, a jeśliby go ciągniono do jakichś układów, zwlekać tak, by matka, o czém nie wątpił, przybyć mogła.
Nie był więc natarczywy wcale, część dnia spędził u łóżka syna, który się zaczynał mieć lepiéj, krótką chwilę przebył u Olimpii, unikając z nią rozmowy draźliwéj, a gdy Klara zaprosiła go do siebie, usiłując wyciągnąć na pomówienie otwarte, wytłómaczył się niemożnością zajęcia czémkolwiek bądź, dopókiby o zdrowiu ukochanego dziecięcia się nie upewnił.
Klara zrozumiała w tém podstęp jakiś lub drożenie się, ale nalegać nie było podobna... Zupełnie swobodna Olimpia wymykała się, gdy chciała do willi Serena, przesiadywała tam i zdawała się spokojnie patrzeć w przyszłość. Przeciwnie hrabina wmieszana w tę sprawę, która ją jak romans zajmowała, i o któréj rozwiązanie bardzo była troskliwą, wpadała na różne domysły, i niepokoiła się. Ale z szambelana coś dobyć bardzo było trudno. Próbowała starego trochę bałamucić — pochlebiło mu to, ale się nie dał; grzecznościami wypłacił się sowicie — nie wydał z niczém. Co najwięcéj ubolewał nad tém, że Zygmuntowi tak się w progu nowego życia nie szczęści...
Okoliczność drobna naprowadziła Klarę na odkrycie rachuby szambelana.
Pisząc list do matki Olimpii i oddając go na pocztę, szambelan zabezpieczył się rewersem, który obok zawsze przepełnionego mnóztwem notatek pugilaresu schował do kieszeni. Trzeciego dnia chcąc hrabinie pokazać wypis jakiś z gazety, dobywał tego pugilaresu, kartka wypadła na ziemię. Klara widząc ją nie ostrzegła go, została więc pod krzesłem. Po wyjściu barona, podniosła ją hrabina, wyczytała w niéj dowód, że list wyszedł do matki Olimpii i przestraszyła się niezmiernie... Pobiegła z tym rewersem do Olimpii. Olimpia tylko co powróciwszy z Sereny, siedziała otulona słodkiemi wspomnieniami na kanapie, gdy Klara kręcić się około niéj zaczęła.
— Wszystko to bardzo heroiczne i piękne, że ty tak nie myśląc o jutrze, z odwagą patrzysz w przyszłość i niczém nie dajesz się strwożyć, żeś cała utonęła w twém szczęściu.. Ale, moja Olimpio, gdy Zygmunt wyzdrowieje, gdy szambelan się rozpatrzy (jego, między nami mówiąc, za niebezpieczniejszego mam od syna), gdy przyjdzie do czegoś stanowczego... powiedz mi: cóż będzie? co będzie?
— A! co Bóg da? obojętnie odpowiedziała Olimpia: ja to tylko wiem, że mnie nic z nim nie rozdzieli.
— Musisz się więc przygotować na wszystko, powtórzyła Klara z przyciskiem: nawet na przybycie matki, bo ci ludzie nie czując się na siłach do walczenia z tobą, gotowi są ją tu wezwać.
Olimpia zmarszczyła brwi.
— Przykroby mi to było, rzekła, ale matka, matka mniéj niż ojciec jest mi straszna... ojca starego mi żal, jemu się serce zakrwawi... on nie wie nic, on marzy o szczęściu może... Gdy wspomnę nań, to mi wszystko zatruwa... W ostateczności, wyznam przed nim, powiem, odkryję... wolę, by mnie widział słabą niż płochą.
— A przyjazd matki? wrzuciła Klara.
— Zkądże ci to na myśl przychodzi?
— Mam pewne poszlaki co do szambelana, że na ten posiłek rachuje...
— Zkąd? spytała Olimpia.
Klara dobyła rewers pocztowy i pokazała go jéj.
— Dziękuję ci, spokojnie odezwała się Olimpia: to dobrze, muszę więc być i będę gotowa...
Przeszła się parę razy po pokoju, i milcząc ucałowała Klarę. Zdawała się namyślać... Nie mówiły już więcéj z sobą... Olimpia tylko pilnie się przypatrzyła dacie rewersu i obliczała dni ubiegłe... Wieczorem spotkały się znowu.
Szambelan spokojniejszy o syna, a wielce baczny, aby o indyfferentyzm posądzony nie był, poszedł tego samego wieczoru z uszanowaniem do ks. Mermillod’a. Były więc same. Na twarzy Olimpii znać było jakąś walkę. Nareszcie uściskała Klarę i siadła przy niéj.
— Droga moja towarzyszko doli i niedoli, co ty z sobą myślisz?
— Jak to? cóż zapytanie? chcesz się mnie pozbyć?
— Nie rozumiesz mnie... może ci tylko chcę oszczędzić przykrości, gdyby... gdyby przybyć miała moja matka... nie wiem jak się rzeczy obrócą... dodała ciszéj, boję się, byś nie cierpiała, bym za twe serce nie wypłaciła przykrością.
Klara ruszyła ramionami niecierpliwie.
— Mów bo otwarcie.
— A! jak najszczerzéj: jeśli ja zmuszona będę uczynić jaki coup de tête (co byćby mogło), posądzą cię o wspólnictwo... chciałabym ci tego oszczędzić.
— Nie jestemże ci w niczém potrzebna? zapytała Klara.
— Zawsze... ale nie lubię ofiar wyciągać dla siebie. Jednąbym tylko miała prośbę i najnieprzyzwoitszą: przewiduję potrzebę pieniędzy, mam ich niewiele. Główna kassa była naturalnie przy panu Zygmuncie, który tym sposobem spodziewał się mnie trzymać w zależności; mogę być w końcu w takim wypadku...
Klara nie dała jéj dokończyć.
— Ile potrzebujesz? spytała: dam ci ile mogę.
— Daj mi jak możesz najwięcéj, śmiejąc się smutnie szepnęła Olimpia, a potém uciekaj. Jak i kiedy ci oddam, nie wiem, ale że zapłacę, to pewna... nawet gdybym umarła... Dam list do ojca...
Nie pytając już wcale, na co Olimpia mogła potrzebować pieniędzy, Klara naradziła się tylko o summę i zatelegrafowała do swego pełnomocnika w Poznaniu o nią, polecając mu, aby list kredytowy niezwłocznie wyprawił, nie zważając za jaką cenę dostanie pożyczkę. Olimpia starannie jakoś obrachowała dni, kiedy odpowiedź przyjść może, i znowu zajrzała do rewersu pocztowego. Nie mogła z niéj jednak dobyć Klara nic więcéj nad wyrazy serdecznéj wdzięczności.
Następnych dni Zygmunt już miał się coraz lepiéj. Ojciec przesiadywał przy nim, ale unikał rozmowy i bawił się rzeczami obojętnemi. Konwalescencya w młodych latach, przy siłach, zwykle bywa szybką, a choć na duszy Zygmunta brzemię wielkie ciężyło, natura wracała mu moc do podźwignięcia go. Ojciec ani o odebranym liście, ani o niczém nie mówił; od niechcenia tylko wspominał czasem, że widział Olimpię, że z nią rozmawiał i t. p. Doktor jeszcze zalecał jak największy spokój w obawie recydywy. Dni więc płynęły jednostajnie i dosyć nudnie. Szambelan tylko wycieczki czynił do miasta, i nie mówiąc nikomu, bywał w teatrze, szukał roztargnienia. Stary nie zobojętniał jeszcze całkiem ku temu, co zwykle tych młodych kusi i pociąga.
Liczył on także dni i zaglądał do kalendarza... Po długiém oczekiwaniu odebrał wreszcie list od matki Olimpii. Nakreślony szybko na ćwiartce papieru porwanéj ze stołu, zawierał tylko oznajmienie, iż przygotowawszy męża i podróż naglą postarawszy się w jego oczach usprawiedliwić, aby nie budziła podejrzeń, natychmiast przyjedzie. Przygotowania wymagały wszakże dni kilku.
Szambelan spodziewał się większego pośpiechu, list go trochę zniecierpliwił, lecz cóż począć było? Musiał czekać. Daleko lepiéj dał sobie rady plenipotent hrabiny, który żądaną kredytywę wyprawił tak szybko, że przyszła prędzéj niż się jéj spodziewano. Klara odebrała zaraz pieniądze i zaniosła je przyjaciołce.
— Teraz, rzekła, o nic nie pytam: jadę...
— Kiedy?
— Jutro...
— Uczyńże to ostentacyjnie, głośno, oznajm szambelanowi.
— Wcześnie mu to już zapowiedziałam.
— A cóż?
— Ubolewa... Może być, iż rachował, że mu się tu przydam na co...
Wieczorem dwie przyjaciołki po cichu gwarzyły długo, Klara była w najdoskonalszym humorze... Jechała do Włoch... Obrachowywała tylko, gdzieby towarzystwo stosowne dla siebie znaleźć mogła.
— Widzisz moja droga Olimpko, mówiła żartobliwie, ty, co masz serce pełne, cel w życiu, możesz jechać gdzie ci się podoba... nigdzie ci nie będzie pusto. Ja muszę szukać ludzi, roztargnienia, a że doprawdy starzeję, potrzebuję, póki mogę, bałamucić, głowę zawracać i grać tę komedyę miłości, która dla nas jest komedyą życia...
— A! często tragedyą, moja droga.
— Dramatem lub farsą, c’est selon... mniejsza o to; dosyć, że trzeba, aby się serce w piersiach czuło. Pojadę więc gdzie najliczniejsze towarzystwo i najwięcéj ruchu...
Nazajutrz w istocie, przeprowadzona aż do powozu przez szambelana, hrabina Klara, śmiejąc się i płacząc, wracając i śpiesząc, zapominając węzełków, gubiąc chustki, żegnana przez całą służbę hotelową, która ją lubiła (oprócz nieszczęśliwéj Szarlotty) — wyruszyła z Genewy.
Po jéj odjeździe, szambelanowi zabrakło zajęcia na jedną przynajmniéj w dniu godzinę, którą u niéj spędzał przyjemnie. U Olimpii bywał ceremonialnie parę razy na dzień, lecz jéj często nie zastawał. Rozmowa też nie szła. Szambelan próżno się popisywał z dowcipem po ojcu odziedziczonym i pochwytanym w salonach: jéj to jakoś ani zajmowało, ani bawiło.... Dawała mu mówić, patrzała w okno, można ją nawet posądzić było, że go nie słuchała wcale i myślała o czém inném.
We cztery dni po wyjeździe hrabiny Klary, gdy Zygmunt już po pokoju się przechadzał, a szambelan co chwila oczekiwał przyobiecanego przybycia radczyni, rano o godzinie jedenastéj przyszedł wedle zwyczaju zapukać do drzwi Olimpii, które mu zwykle otwierała Szafrańska, nie racząc odpowiadać na jego bardzo słodkie: „Dzień dobry.” Tym razem pukał i pukał: nie otworzono mu wcale. Szambelan nie chcąc być natrętnym, odszedł, ale zgorszony.... Czekał godziny poobiedniéj, o któréj powtórnie odwiedzał synową, i skwapliwie udał się do jéj mieszkania. Na pukanie odpowiedział mu głos jakiś dziwny ze środka... Szambelan otworzył i ujrzał... ogromnego Anglika w szlafroku i pantoflach leżącego w fotelu z nogami na stole, który dobywszy lornetki przypatrywał mu się ciekawie!
Wprawiło go to w osłupienie tak, że ani naprzód się nie posuwając, ani cofając, pozostał wryty w progu. Anglik nielubiący cugu, a może mu się też szambelańska fizyognomia nie podobała, zaczął się perzyć, krzyczeć, bić w stół nogami, i już miał lecieć w obronie swego hotelowego home z pięściami, gdy szambelan ucieczką się ratował... Sądził z razu, że się o numer omylił... ale przekonał się, że nie... Zatém Olimpia musiała niewygodne to zmienić mieszkanie, nic mu nie powiedziawszy. Zszedł nieukontentowany na dół do rządcy hotelu.
Rządca miał antypatyę do szambelana, który go z wysokości swéj gwiazdy traktował, jako rzeczywisty radca stanu, czego Szwajcar nie chciał zrozumieć; nie wstał więc nawet, widząc go wchodzącego.
— Dokąd się przeniosła ta pani z pod Nr. 25? pani baronowa Dobińska?
— Hę? odparł Szwajcar przewracając ogromną księgę leżącą przed nim: baronowa Dobińska?... baronowa wyjechała wczoraj jeszcze...
Szambelan zbladł.
— Dokąd? zawołał przyskakując.
— A co to do mnie należy? zimno i szydersko rzekł rządca.
Nie śmiejąc pytać o więcéj, baron zmieszany widocznie, nie chcąc dać poznać, jak go to obeszło, skinął tylko głową i odszedł...
W istocie na chwilę postradał całą umysłu przytomność, w sieniach stanął, myślał i powtarzał sam do siebie: „Odjechała! odjechała!”
Zygmuntowi w tym stanie zdrowia, w jakim się znajdował, niepodobna było nawet o tém powiedzieć. Ojciec mimo mocy nad sobą, nie był pewien, czy potrafi ukryć wrażenie. Widząc, że oczy sług szydersko się na niego zwracają, z wolna poszedł do mieszkania.
Ostateczności téj nie przewidywał wcale, témbardziéj, że człek oględny ułożył tak sprawy domowo jeszcze przed odjazdem, ażeby kassa została przy Zygmuncie. Zapewniało to od podobnéj, nigdy wszakże nieprzypuszczanéj katastrofy. Jakże więc mogła Olimpia uciec? i uciec nie dawszy nawet znaku życia? Przyjazd matki stawał się teraz bezpotrzebnym — gorzéj: zawadnym i niemiłym...
Mylił się tylko baron sądząc, że Olimpia odjeżdżając nie dała znaku życia; tegoż bowiem wieczoru przyniesiono mu rachunek wydatków ogromny, na którym dopisała, że go baron Zygmunt opłaci.
Szambelan był w najwyższym stopniu zakłopotany. Zygmuntowi naturalnie nic nie powiedział, ale smutek ogarnął go wielki. Co tu było począć? gdzie szukać? jak? Poszukiwanie mogło rzecz którą on rad był utaić, uczynić nazbyt głośną, a szambelan karmił jeszcze nadzieję, że się to da jakoś ułożyć, ocalając honor familii. Dla zatarcia śladów téj historyi należało co rychléj im także z Genewy uchodzić, na co stan zdrowia Zygmunta nie dozwalał.
Był więc pan szambelan ze wszech miar w położeniu najkrytyczniejszém, i możnaby go żałować, gdyby tak bardzo na swe położenie sam nie zasłużył.
W kilka dni po katastrofie, szambelan właśnie miał wychodzić z hotelu, aby smutek swój topić w falach jeziora, gdy powóz zajeżdżający wysadził na próg panią radczynię, zakwefioną, strojną, obłożoną mnóztwem paczek, omdlewającą niewiadomo ze wzruszenia czy z gniewu. Szambelan poznawszy ją po wykrzykniku, jakim go powitała, pośpieszył podać jéj rękę...
— Prowadź mnie natychmiast do niéj... Gdzie jest Zygmunt?
— Zygmunt był śmiertelnie chory, zaledwie powstał, ocalony cudem... Miał tyfus... Nic przed nim mówić niemożna...
— A Olimpia?
Szambelan zająknął się.
— Wszystko pani opowiem; ale najprzód każ pani dać sobie pokoje... bo... tam będzie najlepiéj...
Usłuchawszy rady, prowadzona przez szambelana, radczyni weszła do przeznaczonego jéj appartamentu i padła na fotel... Podniosła oczy na zakłopotanego towarzysza swego...
— Mów pan, odezwała się, mów mi pan wszystko, otwarcie... Jestże to prawda, że ten... ten niegodziwy uwodziciel tu się znalazł... że ona.... bezwstydna...
— Zapewne on tu być musiał, wyjąknął szambelan. Ja go nie widziałem, starałem się ignorować to, czemu już zapobiedz nie byłem w stanie. Zygmunt leżał między życiem a śmiercią. Musiałem być przy nim... a tymczasem...
— Cóż się stało?
Szambelan nie śmiał dokończyć.
— Mów, ale mówże co się stało?...
— Mojéj synowéj nie ma, nie ma ani śladu od dni kilku, znikła...
Radczyni krzyknęła i omdlała. Szczęściem razem z tłomokami, które wnoszono, weszła służąca jéj, obeznana z mdłościami pani, i natychmiast dobyła z podróżnych worków trzeźwiące leki, tak, że szambelan, który osób już w wieku ratować nie czuł się powołanym, od trudnego tego obowiązku był uwolniony.
Pozostał tylko skruszonym świadkiem przyjścia do zmysłów i towarzyszącego mu gniewu radczyni. Odprawiła sługę szybko, kazała drzwi zamknąć, i wstawszy żywo z krzesła, postąpiła groźnie ku staremu, który stał jak winowajca...
— Otoż to owoce tego, gdy się z ludźmi bez taktu i wychowania ma do czynienia! zawołała pani. Wiedzieliście panowie o charakterze Olimpii i jéj usposobieniach; myślałam, że się z nią obchodzić potraficie... Wszystko to winni jesteśmy wam! wam!
— Ale pani dobrodziejko...
Radczyni biegała gniewna i zaperzona.
— Cóż ja teraz powiem? Co pocznę z mężem? Co on biedny zrobi, gdy się o tém dowie? Jest jaki ślad?
— Żadnego... Wszystko to z góry obrachowane być musiało.
— Nie robiliście poszukiwań?
— Lękaliśmy się rozgłosu! milczeliśmy... Mimo to dziennik wychodzący w Lozannie umieścił korrespondencyę z Genewy... Całą w niéj historyę opisano.
Radczyni załamała ręce... Szambelan stał pogrążony w smutku. Oboje czuli piorun, który uderzył, lecz żadne z nich nie wiedziało co począć daléj i jak się ratować. W istocie nie było może ratunku... Matka zaczęła płakać.
— Pani, odezwał się szambelan: wchodzę ja bardzo w przykre, bolesne jéj położenie; lecz racz pani też na moje zwrócić oczy. Syn mój złamany chorobą, imię nasze okryte sromem, przyszłość zabita, pośmiewisko ludzi... oto owoce...
— Milcz waćpan, wtrąciła przybyła: chcieliście tego i modliliście się o to... a nie mieliście dosyć taktu, by wyjść z tego położenia... Zygmunt miał kilkanaście dni podróży na owładnięcie słabą kobietą; nie umiał zostać jéj panem, któż mu winien? Dziś nie pozostaje wam nic, mnie nic, tylko stawić czoło nieszczęściu mężnie. Ja... nie mogę tu pozostać ani chwili, muszę śpieszyć, aby wiadomość o tém nie uprzedziła mnie do Zabrzezia... Mogłaby zabić nieszczęśliwego ojca... Moje miejsce teraz tam... Jam winna! jam winna, żem taki wybór uczyniła, żem zmusiła dziecko, żem je popchnęła w przepaść...
I matka macierzyńskiemi łzami płakać znowu zaczęła.
Nierychło potém gniew przyszedł po łzach, po wybuchu jego łzy wróciły... Radczyni nie mogła nawet swojego ulubieńca Zygmunta zobaczyć, bo nie czuła się na siłach spokojną przywitać go twarzą. On dotąd nie wiedział o niczém. Cały ten wieczór upłynął na naradach. Radczyni naganiała szambelanowi, iż za wczasu żadnych poszukiwań nie czynił. Rozgłos i tak był wielki, sprawy to popsuć nie mogło — a któż wie? możeby na ślad zbiegów wprowadziło...
Postanowiła nawet wypocząć cały dzień następny w nadziei, iż staraniom szambelana uda się może coś odkryć. Usłuchawszy rozkazów, szambelan nazajutrz rano, wedle metody swojéj, udał się potajemnie do biura policyi i prosił o posłuchanie prezesa...
Ten przyjął go nadzwyczaj grzecznie, wyczytawszy na karcie całą linię tytułów. Szambelan z wielką wymową, z pewnemi ogródkami, opowiedział mu nieszczęśliwy swój wypadek, którego prezes słuchał z wyrazem kondolencyi na twarzy.
— Panie radco, rzekł w końcu: do spraw natury czysto prywatnéj, mogących spokój familii zakłócić, nasz urząd nie zwykł się mieszać, jak skoro one publicznéj moralności nie tykają... Puszczamy je mimo uszu i mimo oczu. Są przekroczenia, które opinia toleruje, których prawo nie karze, chyba wezwane przez interesowanych. Takiéj natury zdawała mi się ta nieszczęśliwa przygoda, o któréj byłem uwiadomiony. O co panu teraz idzie?
— O odkrycie zbiegłych! mogłoby się to jeszcze po cichu i bez skandalu rozwodem lub inaczéj ułożyć...
— A! rzekł prezes, sięgając po książkę. Przed dziesięciu dniami ci państwo zwykli byli przebywać nad jeziorem w domku zwanym villa Serena...
— Może tam się znajdują jeszcze?
— Tego nie jestem pewien, willa ta już do mojej jurysdykcyi nie należy...
Podziękowawszy prezesowi, szambelan wziął natychmiast powóz, i nie rozważywszy co czyni, wprost pojechał do wskazanego domu. Nie myślał nawet o tém, iż mógł spłoszyć zbiegłych. Zwykła przezorność opuściła go tym razem...
U drzwi willi wisiała znowu tablica z napisem: A vendre ou à louer... Stara kobieta mrucząc wyszła do niego i opowiedziała mu, iż dwoje tych państwa od kilku dni willę opuściło. Siedli na statek parowy, który w różnych miejscach do lądu przybijał, a z miejsc tych znowu rozchodziło się tyle dróg po całym świecie!
Był to ostatni ślad, jaki o zbiegłych powziąć zdołał nieszczęśliwy szambelan... Policyę szwajcarską całe życie potém przeklinał i różne o niéj opowiadał dziwy.

∗             ∗


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.