Spotkanie (Sten)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Sten
Tytuł Spotkanie
Pochodzenie Jeden miesiąc życia
Data wydania 1900
Wydawnictwo Wydawnictwo Krytyki
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
SPOTKANIE.

Nieraz czuje się nieprzepartą potrzebę, prawie żądzę pogrążyć się w błocie, duszą i ciałem wykąpać w brudzie..., aby potem czystszym podnieść się z upadku. Na dnie tej dziwnej kuracyi leży brutalne zadowolenie egoizmu, ogłuszenie czasem budzącej się samokrytyki widokiem istot bardziej upadłych, bardziej podłych. — Zkąd nagle rodzi się to głębokie niezadowolenie z siebie, które kładłoby nam rewolwery w ręce, gdyby nie zawsze gotowe ujście do rozpusty? Zdaje mi się, że ani mię kto obraził i nicość moją wykazał, ani nie zrobiłem nic takiego, czegobym się wstydzić potrzebował, a jednak... niezadowolony jestem z siebie, i chciałbym się siebie pozbyć łub zapomnieć. Lada drobnostka, lada błahe zdarzenie może być szczeliną duszy, kędy, jak z wulkanu, wychodzi dym, zwykle tłumiony w głębi.
Przyszło na mnie to pęknięcie duszy, tak »bez powodu«, w słotnym październiku, kiedy bez ustanku spadające krople roztapiały, zda się, mury domów i mózgi ludzi. Wiatr wył po ulicach, zrzucał czapki i płaszcze, podnosił suknie i zrywał szmaty zawsze tam, gdzie na ciele rana była, lub obrzydliwość jaka. I zdawało mi się, że październik ten nie będzie miał końca — tak dawno zaczęły się niepogody — że stanął bieg czasu i chwila ostatnia zastanie nas w tym samym październiku, tego samego dnia. Obrzydł mi spokój i komfort domu, ładnie umeblowany gabinet, zarzucony stosem bezmyślnych książek, obrzydło mi życie codzienne, obrzydła mi nawet żona, stworzenie ładne i dobre: raz sądziłem się jej niegodnym, i dąsałem na nią, że podchodziła do mnie z pieszczotami, to znów upatrywałem w niej wszystkie wady i twierdziłem w sobie, że mię unieszczęśliwiła.
Lecz to wszystko znieść jeszcze można. Najbardziej było mi męczącem, że dwie pęknięte moje połowy jakby się całkiem rozdzieliły i stały się sobie i obce i wrogie. Wszystko co robiłem, wydawało mi się, jakby robionem przez kogoś innego. Krytykowałem wszystkie czyny swoje, i widziałem, że były bezmyślne i podłe. Z ironią mówiłem do siebie: patrz, to ty zrobiłeś. I ten ironiczny śmiech powtarzał się wciąż, na każdym kroku.
Wyszedłem późnym wieczorem z domu, i pomęczywszy się trochę po ulicach wstąpiłem do knajpy. Rozejrzałem się po sali: zastałem kilku znajomych, dawnych kolegów, nieżonatych jeszcze, więc korzystali z pełni swobody. Zwykle towarzystwo ich nie sprawiało mi przyjemności, unikałem ich nawet, mając za ludzi głupich i nie wiele wartych. Wtedy jednak kontent byłem, że ich widzę i zbliżyłem się do nich. Przywitali mię okrzykami: »Oho, nasz żonkoś, co to? Z domu ucieka« i t. p. Nie pamiętam, ale zdaje mi się, że pozwolili sobie kilku docinków dla mojej żony, za które zwykle bym wypoliczkował; wtedy jednak znosiłem spokojnie... sam się śmiałem. Kazaliśmy podać wódki, potem piwa, potem znów wódki, potem likieru, i tak siedziałem w nocy, słuchając banalnych dowcipów i starych plotek, któremi dawno niewidzianego przyjaciela raczyli. Była już późna noc.
— Pojedziesz, zapytał jeden drugiego.
— Jeżeli chcesz... nie idę jutro do biura, to można się wysypiać.
— To pojedziemy. Jak się bawić, to porządnie.
— Dokąd pojedziecie, zapytałem obu.
— Eh! Niby to można, odpowiedział twórca projektu, przy żonkosiu — żonkosiem stale mnie nazywali — o tem mówić, jeszcze się pogniewa i obrazi.
— Ależ mówcie, cóż to szkodzi, rzekłem trochę zirytowany.
— Żonkoś pewnie nawet nie wie, co to jest.
— Mówcież, bo się pogniewam, u furgonów mil beczek — miałem dobrze w głowie.
— Powiedzieć mu? zapytali jeden drugiego jednocześnie.
— Mów; i jeden nachylił mi się do ucha i zaczął szeptem: »pojedziemy do... Loli. »Loli« wrzasnął prawie na całe gardło.
Spojrzeli na mnie, jakby ciekawi wrażenia, jakie to na mnie wywrze. Przeszedłem ich oczekiwania.
— Pojadę z wami, rzekłem.
Była chwila zdziwienia; i za kawalerskich czasów chodziłem tam rzadko. Wnet posypały się zmieszane okrzyki radości i wybuchy śmiechu tem głośniejsze, że dwie butelki wódki były próżne, a piwo poodnosił już kelner, bo inaczej cały stół byłby zastawiony.
— Brawo! Dzielny chłop! To mi zabawa: zawieziemy żonkosia zdrajcę. Zapoznamy go z Lolą. Daj buzi! Jak Boga kocham, nie zbabiał!...
Pocałowaliśmy się.
Wyszliśmy z restauracyi, bo już nas przepraszano, że zakład zamykać muszą. Dorożka była tuż zaraz. Pojechaliśmy, ściskając się i całując z rozczulenia przez całą drogę.
Na miejscu nie zastaliśmy wiele osób. Było dość późno i dzień powszedni: pięć czy sześć dziewcząt, porozkładanych na fotelach w jaskrawych kostyumach i paru mężczyzn. Stary, siwy jegomość umawiał się z jedną w kącie sali; jakiś bezwąsy młokos leżał wyciągnięty na fotelu: oczy szklane, bez wyrazu utkwione w jeden punkt sufitu, mówiły, że mu już nic do szczęścia na ziemi nie brakuje. Był jeszcze trzeci mężczyzna oprócz nas — siedział na kanapie, tyłem zwrócony do mnie. Nie widziałem jego twarzy, uderzyła mię tylko wysoka postawa i bujne krucze włosy, które, niestrzyżone widać dawno, spadały mu na szyję. Ubranie na nim było obdarte i brudne. Przyciskał na kolanach siedzącą wątłą, szczupłą blondynkę i mówił je; coś, co jak mi się zdawało, nie zawsze i nie każden w takiem miejscu mówi. Moi towarzysze przywitali się z nim; podał im rękę obojętnie i nie przeszkadzał sobie w rozmowie. Zapytałem ich, kto to taki.
— Widać, że tu nie bywasz; toć to stały gość, niejaki Rysiński, literat podobno i adwokat.
— Co? Rysiński, Jerzy, zawołałem i spojrzałem raz jeszcze uważnie na tego, który mi się dotąd nieznajomym wydawał.
Tak, to on! Jak mogłem go nie poznać! Wszak to jego wzrost i zarost i twarz nieprawidłowa, powykręcana, a jednak prawie piękna, i te usta ogromne, czerwone, jakby rozkazujące kiedy mówić zaczynały. Nie widziałem go lat tyle, a jednak niema najmniejszej wątpliwości — to on.
Podszedłem ku niemu, i kładąc mu rękę na ramię, zawołałem po imieniu. Obejrzał się na mnie, trochę zły na intruza, który mu przeszkadzał; nie poznał mnie. Rzeczywiście, zmieniłem się znacznie od chwili ukończenia gimnazyum.
Przedstawiłem się.
Wstał i patrząc wciąż na mnie, silnie, dwukrotnie uścisnął mi rękę. Teraz, gdy widziałem go przed sobą, twarzą w twarz, poznałem go jeszcze lepiej. Rzeczywiście, mało się zmienił, tylko zarost miał bujniejszy i we włosach nad skronią — czego nie mogłem dostrzec z tyłu — przeświecała gdzieniegdzie dość gęsta siwizna.
To on! Mój dawny antagonista ze szkolnych czasów, któryby zawsze w niwecz obrócił pracowitość mych domowych godzin, gdyby nie sprawowanie. Zawsze z nauczycielami miał zatargi, a gdy się uniósł, na słowa nie zważał, więc mu ledwie tylko dostateczny stopień ze sprawowania dawano. Ileż razy chciano go wydalić! Ocalił go tylko nasz filolog — ważna figura w gimnazyum — który dyrektora upewniał, że czterdzieści lat uczy, a nie spotkał ucznia, któryby tak łacinę i grekę pojmował. I w historyku miał przyjaciela, bo ten lubił, gdy mu kto obszernie lekcyę wydawał, a Jerzy miał zawsze jakieś swoje fakty i poglądy, o które się spierali.
Po ukończeniu gimnazyum, rozeszliśmy się. Studyowałem zagranicą, podróżowałem, długi czas mieszkałem na prowincyi; co się z nim działo, słyszałem tylko urywkami. Z trudem przeszedł przez wydział prawny, został adwokatem, gwałtowną mową w jakimś skandalicznym procesie zyskał sobie imię i wziętość. Pisał trochę; parę utworów jego czytałem; były może nie tyle piękne, ale tak osobliwe i niezwykle, jakich dotąd u nas nie spotykałem. Nawet urzędowa krytyka chwaliła go, choć nie zbyt chętnie. Lecz wszystko to były wspomnienia dawne. Od pięciu, sześciu lat straciłem go całkiem z oczu. Nikt prawie nie wiedział, co robi i gdzie się obraca.
I oto spotkałem go tam...
— Tyle lat, co za szczególny traf. Ale mówże, co się z tobą dzieje. Od nikogo wiadomości o tobie dostać nie można.
— Udzieli ci ich nawet szwajcar z przed bramy.
— Wiesz, nie przychodziło mi na myśl tu się o ciebie dopytywać.
— Tak, zawsze unikaliście tego, co z pierwszej ręki płynie.
Rozmowa nasza była co najmniej dziwną. Stałem też zmieszany prawie, nie wiedząc, czy się żegnać, czy dalej rozmawiać.
— Ale czegóż stoisz, siadaj.
Schwycił mię za rękę, aby przy sobie posadzić. Po gwałtownem, nieelastycznem szarpnięciu poznałem, że musiał był pić dosyć.
— Albo po co tu, gdzie te małpy na nas patrzą. Weź klucz — zwrócił się do dziewczyny — i chodź z nami na górę, tylko każ przynieść piwa.
Zrozumiałem, że początek naszej rozmowy nie zdradzał wcale osobliwej ku mnie antypatyi. Ta szorstkość, prawie gburowatość, stała się zapewne jego manierą w stosunkach towarzyskich.
Dziewczyna wstała, aby spełnić polecenie. Zobaczyłem teraz, że była ubrana w półkrótki kostyum. Nogi w czarnych ażurowych pończochach delikatnemi liniami zarysowały się po kolana.
— Ładna, rzekłem odprowadzając ją wilgotnym wzrokiem.
— Ładna; ale co tam, zdechnie ta, to będzie inna.
Poszliśmy za dziewczyną. Z towarzyszami moimi nie pożegnałem się nawet. Od nowych wrażeń zaczynałem już trzeźwieć, towarzystwo ich znów stawało mi się wstrętnem. Byłem kontent, że przy kuflach o mnie zapomnieli.
Po chwili siedzieliśmy troje w jednym z tych małych pokoików na trzeciem piętrze, jak zawsze w takich domach. Przed nami na stole paliła się lampa, naokoło obstawiona butelkami, które wniósł posługacz. Za wychodzącym nasza gospodyni zamknęła drzwi na klucz. Potem zdjęła stanik i chciała odwiązywać spódnicę; gotowała się widać na zabawę. Jerzy przerwał jej i podchodzącą ku nam podniósł w górę, i nieruchomą, zduszoną posadził sobie na kolanach. Piwo było w naszych trzech szklankach.
— A ty ciągle to samo; pisujesz do dzienników?
— Tak, jestem współredaktorem Przeglądu;
— Cóż? Podobają ci się twoje artykuły, co?
Nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
— Przecież mój drogi, nie są gorsze...
— Tak, tak, ale pocóż je pisać? Niby nie wiesz, co się robi z zeszłotygodniową gazetą. Więc ty nie wstydzisz się pisać po to, aby inni... Wybuchnął głośnym pijackim śmiechem.
— Przyznam ci się...
— Tak, tak, przerwał spieszniej, niewłaściwe żarty; obraź się, obraziło się już tylu; dlaczego ty masz być wyjątkiem? Tak, obrażać ci się wolno, tylko nie wolno ci udawać, że wiesz, poco pracujesz. Ot, jak stare konie w kieracie, jeden za drugim ślepy, zawsze w kółko obraca swe jarzmo i powiada: pracuję dla ludzkości, dla kraju, dla rodziny... Kłamstwa, kłamstwa!
Rysiński milczał chwilę, patrząc bez wyrazu przed siebie, jak gdyby szukał słów, które oddawna miał w pogotowiu, tylko gdzieś nagle ich zapomniał.
— Rozgłos, pieniądze, nic, błahostka, choćby chęć droższej kolacyi, to was pcha da roboty. Praca dla innych, altruizm, ha, ha! Człowiek, któryby chciał być altruistą, musiałby od tego zacząć, żeby przestał istnieć. Spróbuj pracować, gdyby każde słowo prawdy — tej prawdy, która wiesz, że nie istnieje — miało cię kosztować jedną ranę. Co? Pracowałbyś? Ale dla was to waryackie myśli; wy macie swoje teorye, zgodności społeczne: jednostka i ogół, egoizm i altruizm, wszystko się ze sobą godzi; jednego mniej, drugiego więcej, a zawsze jakieś ciasto wyjdzie. Istne z was centaury. Głowy kawałek w was ludzkiej, lub małpiej, lecz reszta nawet nie końska, ale świńska. I wy się macie za ludzi, za całych ludzi, kiedy zręczny nóż tak zawsze wykroić was może, że wam człowieka wytnie, a zwierzę na cztery wiatry światu puści!.. Ale krótki macie wzrok, nie widzicie własnych racic. Dla kawałka ludzkiej głowy brać się za człowieka, to zabawne! Zaśmiał się serdecznie.
— Może swoje postępowanie wystawiasz za wzór ludzkiego życia, odparłem trochę zirytowany.
Rozmowa po tylu latach niewidzenia nie była zbyt serdeczną.
— Co, ty myślisz, że po ludzku żyć to wygrzewać się w pielusze waszej moralności. Świetna ta stara bajka o lisie, któremu ogon odcięto: obowiązki, przepisy ma ten, kto nie ma sił. Wybyście wszyscy tutaj przyszli, nie wychodzilibyście ztąd, i z gorszych jeszcze nor, gdyby wam sił starczyło. Przyjdą, popatrzą, i spluną, jak lis na zielone winogrona. Przychodź tygodniami, tak jak ja, a zobaczymy, czy będziesz tak wyglądał.
Rysiński był znanym w szkole siłaczem i pomimo zmęczonych oczu i cery, widać było, że mięśni swych nie stracił.
— Tak, ale dla was to niepotrzebne, wy używacie zawsze umiarkowanie, po ludzku. Trochę prostytucyi, trochę małżeństwa, wszystko w takiej samej miksturze, jaką wy jesteście. Gardło mi zaschło.
Wypił duszkiem szklankę piwa i pochylił się w tył na fotelu. Ruch ten rozbudził dziewczynę, która znudzona rozmową, zasnęła mu była na kolanach. Jak nieprzytomna otworzyła oczy, ziewnęła, ale wnet przyszła do siebie.
— Pójdę spać, rzekła do Jerzego.
— Dobrze, odpowiedział jej krótko.
Dziewczyna wstała, podeszła do łóżka, obojętnie zrzuciła spódnicę, zdjęła pończochy; położyła się pół naga na kołdrze. Po chwili miarowy, głośny oddech dał nam poznać, że zasnęła. Milczeliśmy w tej ciężkiej ciszy, przepełnionej zapachami perfum i ciał.
Otrzeźwiałem był zupełnie. Dziwna, gwałtowna tęsknota za żoną, za tak nikczemnie poniewieranem domowem ogniskiem mnie opanowała. Obrzydzenie do wszystkiego, co mię otaczało, rosło z każdą chwilą.
— Żal mi cię, Jerzy. Twoje życie wystarczy ci na miesiąc, na rok...
— Starczyło już na pięć lat.
— Wszystko jedno, ale co później? Co będzie, gdy się ockniesz z swego zaślepienia, bo inaczej przecież zdań twoich nazwać nie można? Gdyby tylko już o zmysłach mówić, co za przyjemność żyć z taką dziewczyną, która dziś z tobą, jutro z innym, a zawsze z obcym? Czyż nie mógłbyś nawet znaleźć większego upojenia zmysłów z żoną, kochanką? Marnować, młodość na taką szarą, powszednią rozpustę...
— I ja tak dawniej myślałem: nie odrazu przecież tu przyszedłem. Raz chciałem się żenić, a kochanek miałem kilka. Ale to złudzenie. Westchnienia, zachwyty, oczekiwania, po co to? na co? Aby skończyć na tym samym, zawsze niezmiennym końcu? I ty przecież czasem, widzisz, że to wszystko blaga. Są kobiety, które tu nie były i nie będą, nie ma żadnej, któraby tu być nie mogła. Tu nie ma fałszu, tu kobieta jest naga i życie nagie. A ja za tą nagością szaleję! Ja się w waszych kołnierzach i kaftanach duszę!
Słowa te wykrzyczał prawie. Był pijany tem upojeniem, które do mózgu bije i nadmiernem pobudzeniem myśli i ruchów się objawia.
Milczałem. Cóż miałem mówić?
— Mówią, że ja się marnuję, że gubię karyerę swą i sławę. Ja się chcę zmarnować! Ja nie chcę, jak wy bezsilni, kłamać sobie i jakąś umocowaną cegiełką się pysznić. Jestem dumny, że mogę być czemś, a będę niczem, ale nie takim podłym, jak wy. Ty tego nie rozumiesz. Ja tu siedząc jestem jak wielki pan, bogacz bez granic, który za każdy kęs chleba płaci garścią złota. Inni tu zostawiają ruble, ja siebie całego po kawałku. I ta świadomość to jest moja duma. Ja nie będę, jak podły parweniusz, szczycił się tem, com zbudował i co stoi nieudolne, zlepione, nikczemne. Chlubić się można tylko z niespełnionych czynów. A to bydło mówi, że ja nie mam ambicyi!.. Żeby mieć ich ambicyę, jestem zbyt ambitny. Ja nie mogę, jak zwierzę, pracować bez celu. Ja się zmarnuję, jak oni mówią, ale się zmarnować chcę, chcę!
To »chcę« wrzasnął i wypił duszkiem zwietrzałą już szklankę piwa. Przestał mówić, i jakby ciężki nagle od wypitych trunków osunął się głębiej na fotelu, milcząc.
Wstałem. Szarzało już. Niebo, zaciągnięte chmurami, zkąd pruszył drobniutki deszcz, zdawało się dalszym ciągiem czarnych dachów. Dziwna, że pomimo swej ciemnej szarości, promieniało jakimś smutnym grobowo-zimnym świtem. Pokój w tem oświetleniu, które kłóciło się z żółtem światłem lampy, jeszcze ohydniejszym mi się wydawał. Rozróżnić już można było i tapety, odpadające od wilgotnych ścian, i puder, pościerany na pięknej może niegdyś twarzy dziewczyny. Czułem, że powinienem, że muszę iść do domu.
— Żegnam cię — powiedziałem, podając rękę Jerzemu. Zajdź do mnie. Mieszkam na Senatorskie; pod dwudziestym drugim. Chciałbym cię w innej chwili widzieć.
— Po co? Nie chodzę nigdzie, nie bywam nigdzie. Ja nie mogę bywać w porządnym domu. — Zaśmiał się ironicznie. — Bądź zdrów!
Wyszedłem. Na schodach słyszałem, jak wołał: Franka! Franka! Widocznie budził uśpioną dziewczynę.
Chcąc dostać się do bramy, musiałem przejść przez salę. Na szczęście kompanionów moich już nie było. Zadowolony, że będę mógł wrócić sam, bez ich głupiego szwargotu, znalazłem się na ulicy. Przejmujący, cienki, zimny deszcz orzeźwił mię z resztek trunku i niezdrowych zapachów. Gardząc ofertami usłużnych dorożkarzy, szedłem wolno, wdychając wilgotne powietrze najpierwszego ranka. Z tym dniem wschodzącym czułem jakąś błogość miłą, jaką odczuwa podróżny, gdy z dalekiej drogi wraca w rodzinne, ciepłe strony. Może tam, na samym spodzie tej błogości była zadowolona duma, że oto ten rywal dawny ustąpił z placu, że ze mnie, com mu się czasem i na drugiego ucznia nie dochrapał, dziś redaktor i pisarz, człowiek ceniony i zacny; a on co? Wielkie zdolności, żałowane trochę, ale zawsze zapomniane, nieuczczone. A zresztą, kto tam wie, z temi zdolnościami! W tej trudnej sprawie nieocenionych lub niedoszłych geniuszów, najlepsza może ta surowa, lecz krótka zasada: co nie jest, nie mogło być.
Czułem coraz większe zadowolenie, im więcej zbliżałem się do domu. Błoto na ulicy zaczynało mi już trochę dokuczać. Jak dobrze będzie rozebrać się w ciepłym pokoju, zrzucić zmoczone suknie i wyciągnąć się w wygodnem łóżku, gdzie obok na stoliku przyszykowano mi już zapewne szklankę lemoniady i moje ulubione papierosy!... Po chwili byłem u siebie. Dla ostrożności, aby żony nie obudzić, buty zdjąłem w przedpokoju i po cichu na palcach wszedłem do sypialni. Mała lampka nocna dostatecznie pokój oświetlała. Zbliżyłem się do łóżek; żona spala. Długie opuszczone rzęsy nadawały uśpionej twarzy wyraz rozkosznego skupienia. Już dawno nie wydała mi się tak piękną. Umyślnie rozbierałem się jak najciszej.
Położywszy się już obracałem się ku niej, aby zasnąć mając tę śliczną twarz przed oczami, gdy wtem na głos prawie wybiegła mi na usta myśl, której na pozór w duszy mej nie było i nie wiem, zkąd się wzięła: Das Laster ist doch schön...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ludwik Bruner.