Szpieg (Cooper, 1924)/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor James Fenimore Cooper
Tytuł Szpieg
Podtytuł Powieść historyczna na tle walk o niepodległość Stanów Zjednoczonych
Rozdział IV
Wydawca Księgarnia Św. Wojciecha
Data wyd. 1924
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań; Warszawa; Wilno; Lublin
Tłumacz Hajota
Tytuł orygin. The Spy
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.
„...Kształty, oko, mowa, obejście tego obcego lorda, jego postawa śmiała i wyniosła, niby mury zbrojnego zamku a jednak tak w miarę utrafiona, że jego siła olbrzymia zdaje się być niedbałą swobodą. Powietrze i wojna wyżłobiły swoje ślady na tej majestatycznej twarzy. Lecz nic nie dorówna godności jego spojrzenia! Tam chroniłbym się w potrzebie pewny, że wśród niebezpieczeństw, krzywd i bólu doznam obrony, współczucia i ulgi. Ale gdybym był winny, lękałbym się tego wzroku bardziej niż wyroku śmierci. — Dosyć! Dosyć, zawołała księżniczka, to nadzieja Szkocji, jej radość i duma.“
Walter Scott.

Po wyjściu kramarza towarzystwo siedziało czas jakiś w milczeniu. Pan Wharton usłyszał dosyć, by zatroskać się o siebie, nie dowiedziawszy się niczego, coby mogło zmniejszyć jego niepokój ze względu na syna. Kapitan niecierpliwie spoglądał na Harpera, nie mogąc się doczekać, żeby ten niepożądany gość poszedł sobie nareszcie, choćby do drugiego pokoju, zaś panna Peyton kończyła sprzątać od śniadania z właściwym sobie łagodnym spokojem, a także i wewnętrznem zadowoleniem z nabycia tak znacznej ilości pięknej koronki. Sara zajęła się porządkowaniem swoich sprawunków, w czem poczciwie dopomagała jej Fanny, zapominając o własnych zakupach, gdy pan Harper przerwał nagle milczenie mówiąc:
— Jeżeli kapitan Wharton pozostaje w przebraniu ze względu na mnie, niech się zbędzie wszelkiej obawy; gdybym miał nawet jakie powody do wydania go, w obecnych okolicznościach musiałbym ich poniechać.
Młodsza siostra usunęła się na krzesło bledziutka i zdumiona, panna Peyton upuściła tacę z herbacianą zastawą, a Sara siedziała bez ruchu pośród swoich sprawunków. Pan Wharton zdrętwiał, lecz kapitan wyskoczył na środek pokoju i zrzucając perukę i plaster zawołał:
— Wierzę panu z głębi duszy i rad jestem, że ta męcząca komedja może się skończyć. Chociaż doprawdy nie pojmuję, jakim sposobem mogłeś mnie pan poznać.
— Wyglądasz pan o tyle lepiej we własnej osobie, kapitanie Wharton — rzekł Harper z uśmiechem — że na przyszłość radzę panu jej nie ukrywać. Tu zresztą jest źródło mogące pana zdradzić w braku innych poszlak — i z temi słowy wskazał portret na kominku przedstawiający młodego oficera w mundurze.
— Pochlebiałem sobie — zawołał Henryk Wharton, śmiejąc się — że wyglądam lepiej na płótnie niż w przebraniu. Pan musisz mieć wielki dar spostrzegawczości.
— Wyrobiła go we mnie konieczność — rzekł Harper wstając.
Fanny zbliżyła się do niego, i ująwszy jego rękę w obie dłonie, rzekła z przejęciem, płonąc najcudniejszym karminem.
— Pan nie może — pan nie wyda mego brata.
Przez chwilę Harper spoglądał z milczącym zachwytem na śliczną rzeczniczkę, poczem, przykładając sobie obie jej rączki do piersi, rzekł uroczyście:
— Nie mogę i nie wydam.
Puścił jej ręce i kładąc własną dłoń na główce dziewczęcia, ciągnął dalej:
— Jeżeli błogosławieństwo nieznajomego może ci się na coś przydać, przyjmij je.
Z temi słowy odwrócił się, złożył rodzinie głęboki ukłon i poszedł do swego pokoju z delikatnością, którą pozostali ocenili należycie.
Szlachetne i uroczyste zachowanie się nieznajomego wywarło wielkie wrażenie na całem towarzystwie, i wszyscy prócz ojca odetchnęli z ulgą. Przyniesiono zabraną z miasta wraz z innemi rzeczami garderobę kapitana, i młody Wharton, wyzwolony nareszcie z nieznośnego przebrania, zaczął w całej pełni używać rozkoszy pobytu pod rodzicielskim dachem, rozkoszy, dla której na tak wielkie osobiste narażał się niebezpieczeństwo. Pan Wharton odszedł do swego pokoju, gdzie go odwołały codzienne zajęcia, a panie, pozostawszy z kapitanem, gawędziły wesoło o najmilszych im przedmiotach. Nawet panna Peyton ożywiła się, i cała czwórka spędziła parę godzin, nie pomyślawszy nawet, że jakieś niebezpieczeństwo mogłoby im grozić. Oczywiście nie pominięto w rozmowie miasta i dawnych znajomych, a panna Peyton pomna na miłe chwile, jakie tam spędziła, zapytała między innemi o pułkownika Wellmere’a.
— O! — zawołał kapitan wesoło — jest wciąż w New-Yorku piękny i nadskakujący damom jak zawsze.
Kobieta, choćby nie była zakochaną, rumieni się zawsze na wzmiankę o mężczyźnie, w którym mogłaby się zakochać i z którym ją ploteczki znajomych łączyły. Tak się stało i z Sarą; spuściła oczy na dywan, zapłoniona i uśmiechnięta, co dodało nowego uroku jej wdziękom.
Kapitan Wharton, nie zważając na to, ciągnął dalej:
— Czasami napada go melancholja, mówimy mu wtedy, że jest zakochany.
Sara podniosła oczy na brata, i z pewnem pomieszaniem odwróciwszy je natychmiast, spotkała figlarne spojrzenie siostry, która zaczęła się śmiać wołając:
— Biedaczek! tak bardzo rozpacza?
— No, nie! I nie ma chyba powodów potemu, najstarszy syn bogatego ojca, taki piękny, i w dodatku pułkownik.
— Istotnie ważne powody, żeby był pewnym siebie — rzekła Sara, śmiejąc się z przymusem — zwłaszcza ostatni.
— Pozwól sobie powiedzieć — rzekł kapitan z powagą — że ranga pułkownika w Gwardji to rzecz piękna.
— A pułkownik Wellmere jest pięknym mężczyzną — dodała Frances.
— O! Fanny — odrzekła starsza siostra — pułkownik Wellmere nie był nigdy w twoich łaskach; jest zbyt wiernym sługą swego króla, żeby ci mógł przypaść do gustu.
— A czy Henryk nie jest wiernym sługą króla? — zarzuciła prędko Frances.
— No, no, tylko nie sprzeczajcie się o pułkownika — rzekła panna Peyton — to mój ulubieniec.
— Fanny woli majorów — zawołał brat, sadzając ją sobie na kolanach.
— Henryku! nie pleć — rzekło zarumienione dziewczę, usiłując uwolnić się z objęć rozweselonego brata.
— Dziwi mnie jednak — ciągnął dalej kapitan — że Peyton, postarawszy się o uwolnienie ojca, nie próbował zatrzymać mojej siostrzyczki w buntowniczym obozie.
— To byłoby mogło stać się niebezpiecznem dla jego wolności — rzekła Fanny z uśmiechem, siadając znów na krześle — a przecież wiesz, że major Dunwoodie walczy za wolność.
— Wolność! — zawołała Sara — piękna wolność, która zmienia jednego władcę na pięćdziesięciu innych.
— Przywilej zmieniania władców wogóle jest właśnie wolnością.
— I z tego przywileju płeć piękna radaby czasem korzystać — zawołał kapitan.
— My przedewszystkiem chcemy mieć wolność wyboru, kto ma być owym władcą — rzekła śmiejąc się Fanny. — Nieprawdaż, ciociu?
— Co? — zawołała panna Peyton — alboż ja się znam na tych rzeczach, moje dziecko! Zapytaj kogo innego, jeżeli się chcesz dowiedzieć czego w tym względzie.
— O! ciocia chciałaby w nas wmówić, że nigdy młodą nie była, ale ja słyszałam niejedno o pięknej pannie Joannie Peyton.
— Co za niedorzeczność! — rzekła ciotka, usiłując powściągnąć uśmiech. — Nie trzeba wierzyć wszystkiemu co się słyszy.
— Ciocia to nazywa niedorzecznością! — zawołał kapitan wesoło — a generał Montrose po dziś dzień spełnia kielichy na cześć panny Peyton; sam byłem tego świadkiem w ubiegłym tygodniu przy stole sir Henryka.
— Henryku! stajesz się tak niemożliwym jak twoja siostra, więc aby temu położyć koniec, zabieram cię, abyś obejrzał moje domowe tkaniny, które, śmiem sobie pochlebiać, wytrzymują porównanie z najpiękniejszemi towarami Bircha.
Młodzi powstali i poszli za ciotką w jak najlepszych humorach, śmiejąc się i żartując. Panna Peyton skorzystała jednak ze sposobności, gdy wstępowali na schody, by zapytać siostrzeńca, czy generał Montrose, wciąż tak cierpiał na podagrę jak w owych czasach, kiedy go znała.
W miarę jak posuwamy się w życie, musimy z przykrością powiedzieć sobie, że nawet ci, których najbardziej kochamy, nie są wolni od jego ułomności. Gdy serce jest świeże, a przyszłość ukazuje się w barwach promiennych, których posępne doświadczenia przeszłości nie zdążyły jeszcze przyćmić, uczucia nasze są najszczytniejsze. Lubimy wówczas przyoblekać najbliższe nam istoty w te wszystkie zalety, do których wzdychamy sami, i we wszystkie cnoty, które nas czcić nauczono. Ta ufność, z jaką się do nich odnosimy, jest jakby częścią naszej natury, a przywiązanie rodzinne otacza pewna aureola czystości, która w późniejszem życiu, rzadko kiedy nie ulega skażeniu.
Przez resztę dnia rodzina pana Whartona zażywała niczem niezamąconego szczęścia, jakie oddawna już nie było jej udziałem, szczęścia, którego źródłem jest wzajemne bezgraniczne zaufanie i wymiana najbezinteresowniejszych pieszczot.
Harper ukazał się dopiero przy obiedzie i odszedł, skoro tylko zdjęto obrus, pod pozorem jakiegoś zajęcia w swoim pokoju. Wszyscy byli temu radzi, bo aczkolwiek postępowanie jego budziło zupełną ufność i szacunek, jednakże obecność obcego człowieka była im nie na rękę, zwłaszcza że odwiedziny kapitana Whartona musiały się ograniczyć do paru dni zaledwie, zarówno ze względu na krótkość udzielonego mu urlopu, jak i niebezpieczeństwa odkrycia.
Starano się jednak nie myśleć o tem. Parę razy w ciągu dnia pan Wharton wyraził pewne wątpliwości o charakterze nieznajomego gościa i obawę, że pomimo wręcz przeciwnych zapewnień mógł on jednak wydać jego syna, ale młodzi odrzucili z oburzeniem to posądzenie, nawet Sara przyłączyła się do zdania siostry i brata, obstając gorąco za szczerością i szlachetnością Harpera.
— Moje dzieci — odpowiedział zatroskany ojciec — pozory często mylą. Jeżeli taki człowiek jak major Andre nie wahał się używać podstępu, to cóż tu wnioskować o czyimś charakterze na podstawie powierzchownych zalet.
— Podstępy! — zawołał kapitan z żywością — zapominasz, ojcze, że major Andre służył królowi, i że zwyczaje wojenne usprawiedliwiają podobne środki.
— A czy zwyczaje wojenne nie usprawiedliwiają jego śmierci? — zapytała Fanny cichym głosem, niezdolna powstrzymać się od wystąpienia w obronie tego co uważała za sprawę swego kraju, pomimo współczucia, jakie budził w niej tragiczny los straconego człowieka.
— Nigdy! — wykrzyknął młodzieniec, zrywając się z krzesła i chodząc szybko po pokoju. — Zdumiewasz mnie, Fanny! Przypuśćmy, że mnieby coś podobnego spotkało, gdybym wpadł w ręce buntowników, możebyś także usprawiedliwiała śmierć moją i zachwycała się okrucieństwem Washingtona.
— Henryku! — rzekła Frances uroczyście, cała drżąca ze wzruszenia i blada jak śmierć — nie znasz mego serca!
— Przebacz mi, siostrzyczko! przebacz, Fanny najdroższa! — zawołał ze skruchą młodzieniec, tuląc ją do piersi i scałowując łzy, które pomimo wszelkich jej wysiłków napełniły modre oczęta.
— Bardzo to niemądrze z mojej strony, że sobie coś robię z twoich słów nierozważnych — rzekła Fanny, wysuwając się z objęć brata i podnosząc na niego z uśmiechem wilgotne jeszcze oczy — ale wymówka z ust kochanych osób musi boleć, zwłaszcza, Henryku, gdy... gdy... nam się zdaje... gdy wiemy...
Bladość jej policzków ustępowała stopniowo barwie różanej, gdy z utkwionemi w dywanie oczyma dokończyła cichym głosem:
— ...gdy na nią nie zasługujemy.
Panna Peyton przesiadła się ze swego krzesła obok Fanny, i ujmując jej rękę, zauważyła łagodnie:
— Nie bierz tak do serca gwałtowności brata; chłopcy, jak wiesz, są przysłowiowo nieokiełznani.
— I okrutni, może cioteczka dodać — rzekł kapitan, siadając po drugiej stronie siostry — ale na punkcie śmierci Andre’go jesteśmy wszyscy niesłychanie drażliwi. Nie znałaś go, Fanny, było to upostaciowanie męstwa, szlachetności, rozumu...
Fanny uśmiechnęła się zlekka i wstrząsnęła głową, ale nic nie odrzekła. Brat, zauważywszy te oznaki niedowierzania, ciągnął dalej:
— Wątpisz o tem i usprawiedliwiasz śmierć jego?
— Nie wątpię o jego wartości — odrzekła panienka miękko — ani o tem, że zasługiwał na los lepszy, ale nie mogę potępić postępku Washingtona. Bardzo mało znam się na zwyczajach wojennych i wołałabym znać się jeszcze mniej, lecz jakież nadzieje powodzenia mogliby mieć Amerykanie, gdyby wszystkie, zdawna ustalone zasady były wyłącznym przywilejem Anglików?
— Ale co im po powodzeniu! — rzekła niecierpliwie Sara — zresztą to są buntownicy i wszystkie ich postępki są nielegalne.
— Kobiety to są zwierciadła, w których odbijają się obrazy, jakie mają przed sobą — rzekł kapitan wesoło. — W Fanny widzę obraz majora Dunwoodie a w Sarze...
— Pułkownika Wellmere’a — przerwała młodsza siostra, śmiejąc się i rumieniąc. — Tak, muszę wyznać, że moje rozumowania zawdzięczam poniekąd majorowi, nieprawdaż ciociu?
— Zdaje mi się, że tak jest, moje dziecko.
— A więc moja wina, a ty, Saro, czy nie zapomniałaś uczonych wywodów pułkownika Wellmere’a?
— Nie zapominam nigdy tego, co jest słuszne — odrzekła Sara, rumieniąc się niegorzej niż jej siostra i wstając pod pozorem, że jej za gorąco przy kominku.
Dzień minął spokojnie, ale wieczorem Cezar przyszedł z wiadomością, że słyszał cichą rozmowę w pokoju Harpera. Pokój ten znajdował się w skrzydle na końcu domu, naprzeciwko saloniku, w którym zgromadzała się rodzina, i Cezar musiał widocznie być wciąż na przeszpiegach, ze względu na bezpieczeństwo swego młodego pana. Wiadomość ta zaniepokoiła wszystkich, ale wejście Harpera i ten wyraz dobroci i szczerości, jakim tchnęła jego postać, rozwiał wnet posądzenia rodziny, wyjąwszy pana Whartona. Siostra jego i dzieci były pewne, że Cezar musiał się omylić, i wieczór minął spokojnie.
Nazajutrz po południu całe towarzystwo siedziało przy herbacie, gdy nastąpiła zmiana pogody. Całun mgły, spowijający szczyty wzgórz, począł posuwać się z zachodu na wschód ze zdumiewającą szybkością. Deszcz jednak nie przestawał siec gwałtownie wschodnich okien domu, i od tej strony niebo było ciemne i posępne. Fanny patrzyła na to z utęsknieniem młodości do wyrwania się z przymusowego zamknięcia w czterech ścianach, gdy jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko się zmieniło. Wiatr ustał, burza ucichła i wspaniały promień słońca oświecił przeciwległy lasek. Liście błyszczały, grając najbogatszemi barwami amerykańskiej jesieni. W mgnieniu oka mieszkańcy domu wysypali się na wychodzący na południe taras. Powietrze było wonne i orzeźwiające; na wschodzie, chmury podobne do cofających się szeregów pobitej armji otaczały horyzont groźnem i posępnem półkolem. W pewnej wysokości ponad domem leciuchny welon mgły sunął ku wschodowi ze zdumiewającą chyżością, kiedy na zachodzie cały krajobraz stał w glorji zachodzącego słońca, przejrzystej atmosfery, i połyskującej wilgocią zieleni. Takie chwile są wyłączną właściwością amerykańskiego klimatu, i czar ich leży w nagłości przeciwieństwa i tej rozkoszy, jakiej doznajemy przechodząc z rozpętania żywiołów w słodką ciszę wieczoru tak ciepłego jak czerwcowy poranek.
— Cóż to za wspaniały widok! — rzekł Harper cichym głosem — jaki wzniosły! jak wielki! oby podobny spokój wprędce położył kres walkom, jakie szarpią moim krajem, i oby tak pogodny wieczór nastąpił dlań po dniu nawałnicy.
Jedynie Fanny, stojąca przy nim, słyszała te słowa. Odwróciwszy się zdumiona zobaczyła go stojącego z odkrytą głową, wyprostowanego i z oczyma utkwionemi w niebo. Oczy te nie były już jak zwykle spokojne, płonął w nich ogień zapału i lekki rumieniec zabarwił policzki.
— Nie — pomyślała Fanny — po takim człowieku niczego złego obawiać się nie można; tylko piękna dusza może doznawać uczuć podobnych!
Nagłe ukazanie się kramarza wyrwało całe towarzystwo z zadumy. Skorzystał z pierwszych promieni słońca i pośpieszył do Akacji. Z głową nieco ku przodowi pochyloną i z rozmachanemi rękoma Harvey Birch zbliżył się do tarasu właściwym mu krokiem. Był to szybki wydłużony krok wędrownego kramarza.
— Piękny wieczór — rzekł Harvey, kłaniając się towarzystwu ze spuszczonemi oczyma — i ciepły jak na tę porę roku.
Pan Wharton przytaknął mu i zapytał uprzejmie o zdrowie ojca. Harvey usłyszał go, lecz stał czas jakiś w milczącem zamyśleniu, dopiero gdy pan Wharton ponowił pytanie, odrzekł z lekkiem drżeniem w głosie:
— Podupada bardzo, wiek i trudy zrobiły swoje.
Mówiąc to, odwrócił zlekka twarz, ale Fanny spostrzegła, że usta mu drżą i oczy zwilgotniały, i po raz drugi Harvey urósł w jej mniemaniu.
Dolina, w której znajdowała się posiadłość pana Whartona, biegła w kierunku z północo-zachodu na południo-wschód, a dom stał na zboczu wzgórza wydłużającego się w tymże kierunku. Przez niewielki otwór, spowodowany zniżaniem się przeciwległego wzgórza i spadek gruntu do poziomu morza, widać było Sound[1] ponad wierzchołkami dalekich lasów na brzegu. Powierzchnia morza, które z taką wściekłością smagało przed niedawnym czasem brzegi, falowała równo i łagodnie, a lekki południowo-zachodni wietrzyk muskał ją kojąco. Raz po raz ukazywały się jakieś ciemne plamy i nikły poza wydłużoną linją wód. Nikt ich nie zauważył prócz kramarza, który usiadł nieopodal tarasu i jakby zapomniał o celu swoich odwiedzin. Spostrzegłszy jednak owe rzekome punkty, zerwał się żywo i z natężeniem jął patrzeć w stronę wody. Poczem zerknął niespokojnie na Harpera i rzekł z naciskiem.
— Regularni musieli nadejść z dołu.
— Po czem to wnosisz? — zapytał kapitan z żywością. — Dałby Bóg, żeby było prawdą, bo mi ich eskorta potrzebna.
— Te tam dziesięć wielorybich statków nie płynęłoby tak szybko, gdyby nie miały lepszej obsługi niż zwyczajną.
— A może — zawołał pan Wharton przestraszony — może to... może to lądowcy wracają z wyspy.
— Wyglądają na regularnych[2] — rzekł kramarz znacząco.
— Wyglądają! — powtórzył kapitan — przecież nic nie widać prócz jakichś ciemnych punktów.
Harvey nie podjął tej uwagi, lecz rzekł półgłosem, jakby sam do siebie:
— Przyszli przed burzą — siedzieli na wyspie przez te dwa dni — jazda jest na gościńcu — niezadługo będą się bili w pobliżu nas.
Mówiąc to Birch spojrzał z niepokojem na Harpera, ten jednak jakby nie zwracał na to uwagi. Stał milcząc, zapatrzony w krajobraz, napawając się pięknym widokiem. Gdy jednak Birch skończył mówić, Harper zwrócił się do pana domu i rzekł, że ponieważ interesa jego nie pozwalają na dalszą zwłokę, skorzysta z pięknego wieczora, aby jeszcze kilka mil przed nocą ujechać. Pan Wharton wyraził żal z utraty tak miłego gościa, nie nalegał jednak i wnet wydał odpowiednie rozkazy.
Niepokój kramarza wzrastał widocznie, choć napozór nic go nie usprawiedliwiało; patrzał ciągle ku niższemu końcowi doliny, jak gdyby czegoś się stamtąd spodziewał. Nareszcie ukazał się Cezar, wiodąc szlachetnego rumaka, który miał ponieść ciężar podróżnego, Kramarz skwapliwie jął pomagać w przyciąganiu popręg i przymocowaniu błękitnego płaszcza i walizki do siodła.
Tymczasem Harper zaczął się żegnać. Powiedział kilka uprzejmych słów ciotce i Sarze, ale gdy zbliżył się do Fanny, umilkł na chwilę, a twarz jego przybrała wyraz większej jeszcze niż zazwyczaj dobrotliwości. Oczyma powtórzył błogosławieństwo, które przedtem wypadło z ust jego, a Fanny uczuła, że policzki jej płoną, a serce bije szybciej pod wrażeniem tego pożegnania, Następnie Harper zamienił parę zdawkowych grzeczności z panem domu i wyciągając rękę do kapitana, rzekł z wielką powagą:
— Krok, na który się pan ważyłeś, jest bardzo niebezpieczny i może pociągnąć za sobą przykre dla pana skutki; w takim razie będzie może w mojej mocy wywdzięczyć się za gościnność, jakiej tu doznałem.
— Ach panie! — zawołał pan Wharton, tracąc poczucie delikatności w obawie o syna — utrzymaj pan w tajemnicy odkrycie, które zrobiłeś dzięki pobytowi w moim domu.
Harper zwrócił się żywo ku niemu ze ściągniętem surowo czołem, poczem rozpogodziwszy się znowu, odpowiedział łagodnie:
— Pobyt w pańskim domu nie odsłonił mi niczego, czegobym przedtem nie wiedział, lecz dla bezpieczeństwa pańskiego syna lepiej jest, iż wiem o jego bytności tutaj.
Skłonił się całemu towarzystwu, i nie zwracając uwagi na kramarza poza podzięką za jego usłużność, dosiadł konia, i powodując nim z pełną wdzięku zręcznością, wyjechał za furtkę i wnet zniknął za wzgórzem, osłaniającem dolinę od północy.
Kramarz śledził go wzrokiem, dopóki go z oczu nie stracił, poczem odetchnął głęboko, jak gdyby mu ciężar jakiś spadł z piersi. Whartonowie stali w milczeniu, dumając nad charakterem nieznajomego gościa, wreszcie ojciec zbliżył się do Bircha i rzekł:
— Jestem dotąd twoim dłużnikiem, Harveyu, za tytoń, który mi tak uprzejmie przyniosłeś z miasta.
— Jeżeli nie okaże się tak dobrym jak poprzedni — odparł kramarz, posyłając ostatnie, przeciągłe spojrzenie w kierunku, w którym zniknął Harper — to wina w tem, że go teraz trudno dostać.
— Owszem, smakuje mi bardzo — ponowił tamten — ale zapomniałeś powiedzieć mi jego ceny.
Wyraz twarzy kramarza zmienił się nagle, głęboka troska ustąpiła miejsca zwykłej mu przebiegłości, z jaką odpowiedział:
— Trudno oznaczyć cenę, muszę pozostawić to pańskiemu uznaniu i hojności.
Pan Wharton wyjął z kieszeni rękę, napełnioną portretami Karola Trzeciego, i wyciągnął ją do Bircha, trzymając trzy sztuki w palcach. Oczy Harveya zaświeciły pożądliwością i przeżuwszy w ustach sporą ilość tytoniu, nadstawił dłoń, na którą dolary spadły z melodyjnym dźwiękiem, on jednak nie poprzestając na tem, wypróbował każdą zkolei sztukę o stopień tarasu, aż wreszcie dobywszy dużą skórzaną sakiewkę, schował ją tak zręcznie, że nikt z obecnych nie byłby mógł powiedzieć, jaka część jego osoby posłużyła za kryjówkę tego skarbu.
Załatwiwszy tak pomyślnie najważniejszą sprawę swych handlowych obrotów, kramarz powstał z kamiennej posadzki tarasu i zbliżył się do kapitana, który trzymając obie siostry wpół, prowadził z niemi ożywioną rozmowę.
— Czy pan jedzie dzisiaj, kapitanie Wharton? — zapytał nagle.
— Nie — odrzekł kapitan lakonicznie, wciąż obejmując siostry — czy chciałbyś, panie Birch, bym porzucił tak prędko towarzystwo, którem nigdy już może cieszyć się nie będę?
— Bracie! — rzekła Fanny — to okrutnie żartować z takich rzeczy.
— Widzi mi się — rzekł kramarz chłodno — że teraz gdy burza minęła, skinnerzy mogliby się ruszyć, lepiej więc będzie skrócić odwiedziny, kapitanie Wharton.
— O! — zawołał oficer angielski — parę gwinei uwolni mnie od tych łotrów, gdybym ich spotkał. — Nie, nie, panie Birch, zostanę tu do jutra.
— Pieniądze nie zdołały uwolnić majora André — rzekł kramarz sucho.
Obie siostry popatrzyły na brata z przestrachem, a starsza zauważyła:
— Posłuchaj lepiej rady Harveya, bądź pewny, Henryku, że w takich sprawach z jego zdaniem trzeba się liczyć.
— Tak — dodała młodsza — jeżeli, jak podejrzewam, pan Birch dopomógł ci w przyjściu tutaj, to twoje bezpieczeństwo, nasze szczęście, drogi Henryku, wymaga, abyś go teraz usłuchał.
— Sam tu przyszedłem i sam stąd odejdę — rzekł kapitan stanowczo. — Pomoc Harveya polegała na tem, że mi dostarczył przebrania i doniósł, kiedy brzeg będzie wolny, a w tym ostatnim względzie omyliłeś się, panie Birch.
— Tak — odrzekł kramarz z pewną troską — i to jeden powód więcej, abyś pan wracał niezwłocznie; pasport, który panu dałem, służy tylko na raz.
— A nie możesz mi pan sfabrykować drugiego?
Blade policzki kramarza powlokły się niezwykłym rumieńcem, stał jednak milcząc z oczyma utkwionemi w ziemię; młodzieniec zaś dodał z wielką stanowczością:
— Niech się dzieje co chce, zostaję na noc.
— Kapitanie Wharton — rzekł kramarz zwolna i z naciskiem — strzeż się pan wysokiego Wirginijczyka z dużemi wąsami, o ile wiem, śledzi pana, a sam djabeł go nie oszuka. Mnie się to raz tylko udało.
— Niech się mnie strzeże — rzekł Wharton wyniośle — ale panie Birch, na wszelki wypadek zwalniam cię od dalszej odpowiedzialności.
— Dasz mi to pan na piśmie? — zapytał przezorny Birch.
— O! z ochotą — zawołał kapitan, śmiejąc się, — Cezarze! pióra, papieru i atramentu, abym napisał świadectwo dla zaufanego powiernika Harveya Bircha, kramarza i t. d., i t. d.
Przyniesiono przybory do pisania i kapitan z wielką wesołością wystylizował po swojemu żądane zaświadczenie, które kramarz, schowawszy starannie obok portretów Jego Katolickiej Mości, skłonił się zamaszyście całemu towarzystwu i oddalił się tym samym szybkim, wydłużonym krokiem, jakim przyszedł, Wkrótce ujrzano go zdaleka, jak wsuwał się do wnętrza swej lichej sadyby.
Ojciec i siostry kapitana byli tak uszczęśliwieni z przedłużenia jego odwiedzin, że najlżejsza obawa, mogąca tę radość zamącić, nie przyszła im nawet do głowy, on jednak zastanowiwszy się, zmienił zdanie, i zaraz po wieczerzy wyprawił Cezara po Harveya, nie chcąc bez jego pomocy puszczać się w drogę. Murzyn wrócił wprędce z niepożądaną wiadomością, że było już za późno. Kąty powiedziała mu, że Harvey wyszedł z tobołem o zmierzchu i musi już być daleko od domu. Nie pozostawało więc nic innego kapitanowi jak czekać cierpliwie do rana i wtedy postanowić, co mu uczynić wypada.
— Ten Harvey Birch swemi ostrzeżeniami i tajemniczą miną napędził mi większego niepokoju, niż sam się do tego chcę przyznać — rzekł kapitan, ocknąwszy się z zadumy, w której niebezpieczeństwo jego położenia odgrywało niemałą rolę.
— Jak on może tak swobodnie krążyć po okolicy w tych niebezpiecznych czasach? — zagadnęła panna Peyton.
— Czemu buntownicy tak przez szpary patrzą na jego wędrówki, tego istotnie nie pojmuję — odpowiedział kapitan — ale to pewna, że sir Henryk nie pozwoliłby, aby mu jeden włos spadł z głowy.
— Doprawdy? — zawołała Fanny z zajęciem — więc sir Henryk Clinton zna go?
— Przynajmniej powinien go znać!
— Jak sądzisz, mój synu, — zapytał pan Wharton — czy jest niebezpieczeństwo, że mógłby cię zdradzić?
— No, nie, zastanawiałem się nad tem długo, nim mu zawierzyłem — odparł kapitan w zamyśleniu. — Zdaje się jest uczciwym w interesach — zresztą własne niebezpieczeństwo, jakie mu grozi, gdyby chciał wrócić do miasta, wstrzymałoby go od popełnienia takiej podłości.
— I mnie się zdaje — rzekła Fanny, zamyślając się również — że Harvey Birch nie jest pozbawiony szlachetniejszych uczuć, przynajmniej wygląda na to czasami.
— O! — zawołała Sara z zapałem — jest lojalny, a to według mnie stanowi kardynalną cnotę.
— Ja zaś myślę — rzekł brat śmiejąc się — że bardziej kocha on pieniądze niż króla.
— Jeżeli tak — zauważył ojciec — nie możesz mu ufać, bo żadna miłość nie oprze się pokusie pieniężnej, tam gdzie w grę wchodzi chciwość.
— Ależ, ojcze — zawołał młodzieniec, odzyskując wesołość — musi być przecież jakaś miłość, która potrafi oprzeć się wszystkiemu, nieprawdaż, Fanny?
— Masz tu świecę i idź spać; ojciec już zwykł być w łóżku o tej porze.










  1. Wysepka mająca przeszło czterdzieści mil (francuskich) długości, przeciwległa brzegom Yorku i Connecticutu. Ramię morza, dzielące ją od lądu, nazywa się Sound, a w tej części kraju specjalnie The Sound. Ten szmat wody posiada różną szerokość, od pięciu do trzydziestu mil (morskich).
  2. Regularnymi nazywano wtedy wojska angielskie. (Przyp. tłum.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: James Fenimore Cooper i tłumacza: Helena Janina Pajzderska.