W zwierciadlanym domu/Rozdział trzeci

<<< Dane tekstu >>>
Autor Lewis Carroll
Tytuł W zwierciadlanym domu
Podtytuł powieść dla młodzieży
Rozdział Zwierciadlane owady
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Drukarnia „Linolit“ Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Janina Zawisza-Krasucka
Ilustrator John Tenniel
Tytuł orygin. Through the Looking-Glass
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ TRZECI
ZWIERCIADLANE OWADY

Oczywiście najprzód należało rozejrzeć się po okolicy, przez którą miała wędrować.
– Zupełnie mi to przypomina naukę geografji, – pomyślała Ala, wznosząc się na palce, aby móc widzieć jaknajdalszą przestrzeń. – Głównych rzek wcale niema. Główne góry – jest tylko jedna, lecz wątpię, czy posiada jakąś nazwę. Główne miasta – co to są za stworzenia, które tam niżej robią miód? Nie mogą to być pszczoły, bo przecież nikt jeszcze nie mógł zobaczyć pszczoły na odległość mili...
Przez pewien czas stała w milczeniu, obserwując brzęczącego wśród kwiatów owada, który zanurzał co pewien czas długi ryjek, „jakby był prawdziwą pszczołą”, myślała Ala.
Ten owad mógł być wszystkiem, tylko nie prawdziwą pszczołą. W rzeczywistości był to słoń — jak Ala wkrótce skonstatowała, chociaż sama myśl o tem w pierwszej chwili zaparła jej oddech w piersiach.
– I jakie to muszą być olbrzymie kwiaty! – wpadła po chwili na pomysł. – Wyglądają, jak chatki pozbawione dachów, a te ule – cóż za dziwny gatunek miodu muszą robić te owady! Zejdę chyba nadół – nie, jeszcze teraz nie pójdę – myślała, przystając nagle i usiłując znaleźć jakieś usprawiedliwienie dla swego nieoczekiwanego onieśmielenia. – Nie mogłabym przecież zejść nadół i znaleźć się tam wśród nich, nie mając porządnej długiej gałęzi, którą bym się mogła bronić. Jakie to będzie zabawne, jak mnie zapytają, czy mi się podoba ten spacer. Wówczas muszę powiedzieć: „Ach, owszem, bardzo mi się podoba…” (i w tej samej chwili przyszło jej nagle do głowy), „tylko tu tyle kurzu i tak strasznie gorąco i słonie tak boleśnie kąsają!”
– Lepiej będzie, jak zejdę nadół inną drogą, – postanowiła po chwili, – a te słonie, to może później odwiedzę. Zresztą takbym chciała dostać się do Trzeciego Pola!
Usprawiedliwiając się w ten sposób, zbiegła po zboczu pagórka i przeskoczyła pierwszy z sześciu wąskich strumyków.


– Proszę bilety! – zawołał konduktor, zaglądając oknem. W tej samej chwili wszyscy wyciągnęli bilety, a pasażerów było mnóstwo, wyglądali zupełnie, jak ludzie i wypełniali cały przedział.
– W porządku! Ty pokaż swój bilet, dziecko! – zawołał konduktor, spoglądając gniewnie na Alę.
I nagle wszystkie głosy zawołały razem („niczem chóralny śpiew,” pomyślała Ala):
– Nie daj mu tak długo czekać, dziewczynko! Przecież każda stracona minuta przedstawia dla niego wartość tysiąca funtów!
– Ale ja nie mam biletu, – szepnęła Ala przerażonym głosem. – Tam, skąd jadę, nie było wcale kasy biletowej.
I znowu zgodny chór głosów zawołał:
– Nie było kasy biletowej tam, skąd wyjechała. Ziemia w kraju, z którego przybyła, przedstawia wartość tysiąca funtów za każdy cal kwadratowy!
– Proszę się nie tłumaczyć, – zawołał konduktor. – Trzeba było kupić bilet u maszynisty.
I znowu rozbrzmiał w przedziale chór głosów:
– Trzeba było kupić u tego, który prowadzi lokomotywę. Przecież sam dym jest wart tysiąc funtów za każde dmuchnięcie!
W tej chwali Ala pomyślała: – Niema sensu dalej o tem mówić.
Tym razem głosy się już nie odezwały, chociaż milczała, lecz ku jej wielkiemu zdziwieniu wszyscy pasażerowie poczęli myśleć chórem (mam nadzieję, że rozumiecie, co znaczy „myśleć chórem”, bo ja muszę przyznać, że absolutnie tego nie rozumiem):
– Lepiej wogóle nic nie mówić. Każde słowo przedstawia wartość tysiąca funtów!

– Będę chyba przez całą noc śniła o tych tysiącach! – pomyślała Ala.
Przez cały czas konduktor patrzył na nią, najprzód przez teleskop, potem przez mikroskop, a wkońcu przez zwykłą lornetkę teatralną. Wreszcie przyjrzawszy jej się dokładnie, powiedział:
– Jedziesz w nieprawidłowym kierunku, – poczem zatrzasnął okno i odszedł.
– Takie młode dziecko, – odezwał się jegomość siedzący naprzeciw (a miał ubranie uszyte z białego papieru), – powinno wiedzieć, w którym kierunku jedzie, nawet jeżeli nie zna swego imienia.
Kozioł, który siedział tuż przy jegomościu w bieli, przymknął oczy i zawołał donośnym głosem:
– Powinna była znać drogę do kasy biletowej, jeżeli nawet nie zna alfabetu!
Obok Kozła siedział Chrząszcz (dziwny to był przedział, zapełniony dziwnymi pasażerami) a ponieważ prawo nakazywało, że każdy pasażer musiał odezwać się pokolei, teraz on się właśnie odezwał:
– Trzeba ją będzie wysłać stąd bagażem!
Ala nie widziała, kto siedział obok Chrząszcza, lecz po chwili usłyszała chrapliwy głos:
– Zmieniają lokomotywę... – powiedział ten głos i nagle umilkł.
– Ten głos przypomina rżenie konia, – pomyślała Ala i nagle tuż nad swojem uchem usłyszała cieniutki głosik:
– Lepiej nie rób żartów na temat konia, uprzedzam cię.
A później, z dalszej odległości łagodny głos powiedział:
– Powinna nosić na plecach napis „Błagam o opiekę”…
Nie minęła jeszcze sekunda („ileż tu pasażerów jest w tym przedziale!” pomyślała Ala), gdy ktoś się odezwał znowu:
– Trzeba ją wysłać posyłką pocztową, w skrzynce napewno się nie zadusi…
– Trzeba ją wysłać pośpieszną depeszą…
– Najlepiej byłoby, żeby przez całą dalszą drogę sama ciągnęła pociąg…
I coraz to ktoś nowy w ten sposób się odzywał.
Lecz jegomość w ubraniu z białego papieru pochylił się naprzód i szepnął jej do ucha:
– Nie zważaj na to, co wszyscy mówią, kochanie, lecz kupuj powrotny bilet za każdym razem, gdy pociąg się tylko zatrzyma.
– Ale poco? – oburzyła się Ala zniecierpliwiona. – Ja wcale tym pociągiem jechać nie chciałam. Byłam przed chwilą w lesie i bardzo pragnę tam wrócić.
– Lepiej nie żartuj, – ostrzegł ją cieniutki głosik tuż za plecami. – I tak już z tego nic nie będzie.
– Czemu tak kąsasz? – zawołała płaczliwie Ala, oglądając się na wszystkie strony, aby się przekonać, skąd cieniutki głosik pochodził. – Jeżeli tak ci bardzo chodzi o te żarty, to dlaczego sam nie żartujesz?
Cieniutki głosik westchnął głęboko, musiał być bardzo nieszczęśliwy i Ala odczuła już dlań odrobinę litości.
– Musi być bardzo biedny, skoro wzdycha tak, jak ludzie! – pomyślała.
Lecz w rzeczywistości westchnienie to było bardzo cichutkie i napewno Ala nie słyszałaby go zupełnie, gdyby ów cieniutki głosik nie wzdychał tuż nad jej uchem. Skutek był taki, że westchnienie to połechtało ją w ucho i odrazu przestała zupełnie myśleć o nieszczęściu tego biednego małego stworzenia.
– Wiem, że jesteś przyjacielem, – powiedział po chwili cieniutki głosik, – drogim, starym przyjacielem. Napewno nie wyrządzisz mi krzywdy, chociaż jestem owadem.
– A jakim owadem? – zapytała Ala z odrobiną lęku. W gruncie rzeczy pragnęła wiedzieć, czy owad ten kąsa, lecz przyszło jej na myśl, że takie pytanie byłoby bardzo niegrzeczne.
– Jestem... – zaczął cieniutki głosik, lecz zagłuszył go gwizd lokomotywy i wszyscy nagle podskoczyli z przestrachu, nie wyłączając samej Ali.
Koń, który wytknął głowę przez okno, cofnął się spokojnie i rzekł:
– To tylko strumyk, który musieliśmy przeskoczyć.
Wszyscy zadowolnili się tem wyjaśnieniem, tylko Ala zadrżała na samą myśl, że pociąg przeskakuje strumyki.
– Ale dzięki temu prędzej dostanę się do Czwartego Pola! – pomyślała w duchu.
Po chwili uczuła, że wagon podnosi się wgórę i w przestrachu kurczowo chwyciła się czegoś, co wyczuła pod ręką i co, jak się okazało, było brodą Kozła.
Lecz broda zdawała się rozpływać, gdy jej tylko dotknęła i gdy Ala otworzyła oczy, skonstatowała, że siedzi spokojnie pod drzewem, a na gałązce tuż nad nią kołysze się Komar (był to właśnie ów owad, który do niej w przedziale przemawiał), i wachluje ją swemi przezroczystemi skrzydełkami.
Był to naprawdę wyjątkowo duży Komar. „Wygląda, jak spory kurczak,” pomyślała Ala. Teraz już nie odczuwała przed nim takiego lęku, bo przecież przedtem rozmawiali z sobą dość długo.
– Więc ty nie wszystkie owady lubisz? – zapytał Komar tak spokojnie, jakby się w międzyczasie nic nie stało.
– Owszem, lubię je, gdy potrafią mówić, – odparła Ala. – Ale w kraju, z którego przybywam, owady nigdy nie mówią.
– A jakie są owady w kraju, z którego przybywasz? – zapytał Komar.
– Właściwie, to ich dokładnie nie rozróżniam, – przyznała się Ala, – bo przeważnie boję się owadów, szczególnie tych większych. Ale mogę ci wymienić nazwy niektórych.
– A czy rozumieją, jak się je woła po imieniu? – zapytał Komar obojętnie.
– Nigdy żadnego z nich nie wołałam.
– To poco mają się nazywać, – zdziwił się Komar, – jeżeli własnych imion nie znają?
– Nazwy te nie są dla nich, – tłumaczyła Ala, – tylko dla ludzi, żeby je mogli odróżnić. Gdyby nie to, to poco wogóle przedmioty miałyby nazwy?
– Właśnie zupełnie tego nie rozumiem, – zaśmiał się Komar. – Tam dalej, w lesie niema wogóle nazw. Ale wymień mi nazwy tych swoich owadów, lepiej nie tracić czasu.
– No, więc mamy Konika Polnego, – zaczęła Ala, wyliczając owady na palcach.
– Wspaniale, – ucieszył się Komar. – Tam, pod krzakiem będziesz mogła zobaczyć Konika Polnego na biegunach, jak się zbliżysz nieco. Cały jest zrobiony z drzewa i porusza się, skacząc z gałęzi na gałąź.
– A czem żyje? – zapytała z zaciekawieniem.
– Sokiem z drzew i trocinami, – odpowiedział Komar. – Ale mów dalej.

Ala spojrzała z wielkiem zainteresowaniem na Konika Polnego na biegunach i przyszło jej na myśl, że musiał być właśnie świeżo pomalowany, bo wyjątkowo był czysty i ślicznie połyskiwał. Po chwili zaczęła znowu wyliczać:
– Później mamy Jętkę...
– Spójrz na tę gałązkę nad głową, – przerwał jej Komar, – a zobaczysz tam Jętkę Kąśliwą. Tułów ma z ciasta śliwkowego, skrzydełka z liści ostrokrzewu, a głowę z rodzynki napęczniałej w spirytusie.
– A czem się żywi? – zapytała znowu Ala.
– Kaszką i pasztetem, – odpowiedział Komar, – a gniazdko swe wije w szkatułce gwiazdkowej.

– Później mamy motyla, – ciągnęła dalej Ala, przyjrzawszy się już dokładnie owadowi z rodzynkową głową.
– Przyklęknij tutaj, – odezwał się Komar tak tajemniczym głosem, że Ala aż odskoczyła. – Zaraz zobaczysz naszego motyla. Skrzydła ma z cieniutkich kawałków chleba z masłem, tułów ze skórki chleba, a głowę z kostki cukru.
– I czem się żywi?
– Lekką herbatą ze śmietanką.
Nowe zagadnienie powstało w główce Ali.
– A jeżeli niema herbaty? – zapytała z żalem.
– To wówczas oczywiście musi umrzeć.
– Ale to się chyba bardzo często zdarza, – zauważyła Ala w zamyśleniu.
– Zdarza się zawsze, – mruknął ponuro komar.

Potem Ala milczała przez chwilę, rozpatrując to wszystko, czego się dowiedziała. Komar tymczasem zabawiał się fruwaniem tuż nad jej głową, poczem usadowił się znowu na gałązce i zapytał:
– Przypuszczam, że nie chciałabyś utracić swego imienia?
– Oczywiście, że nie, – rzekła Ala, zalękniona dziwnie.
– Nie wiem dokładnie, – ciągnął dalej Komar tonem obojętnym, – tylko tak myślę, jakby to było wygodnie, gdybyś chciała wrócić do domu, nie mając imienia! Naprzykład, gdyby nauczycielka chciała cię zawołać na lekcje, musiałaby powiedzieć: „Chodź tutaj…” i musiałaby na tem skończyć, bo nie wiedziałaby jakiem cię nazwać imieniem, a ty oczywiście, nie mając imienia, mogłabyś wcale nie przyjść.
– Jestem pewna, że to się nigdy nie stanie, – rzekła Ala. – Ze względu na brak imienia, nauczycielka napewnoby mnie z lekcji nie zwolniła. Gdyby nawet nie mogła sobie mego imienia przypomnieć, to zawołałaby na mnie „panienko”, jak zawsze mówi do mnie służba.
– Tak, ale jak zawoła „panienko” i nie powie nic więcej, – zauważył Komar, – będziesz mogła udać, że nie słyszysz i dzięki temu lekcje cię ominą. To będzie dopiero kawał! Bardzo byłbym rad, gdyby ci się to udało.
– Dlaczego byłbyś z tego zadowolony? – zdziwiła się Ala. – Przecież taki postępek z mojej strony byłby bardzo nieładny.
Ale Komar westchnął tylko głęboko, a dwie duże łzy spłynęły mu po policzkach.
– Nie powinieneś żartować w ten sposób, – zwróciła mu Ala uwagę, – jeżeli takie żarty tak bardzo cię martwią.
I znowu usłyszała głębsze jeszcze westchnienie i tym razem westchnienie to widocznie spłoszyło Komara, bo gdy obejrzała się, nie dostrzegła już nic na gałązce, a zmęczona długiem siedzeniem pod drzewem, podniosła się i poczęła iść dalej.
Wkrótce dotarła do otwartego pola, które z jednej strony otaczał las, a las ten wyglądał bardziej ponuro, niż tamten, z którego wyszła i odczuła nagle dziwny lęk i zawahała się, czy ma wejść do tego lasu. Jednakże po zastanowieniu, postanowiła pokonać przerażenie.
– Przecież wrócić nie mogę, – pomyślała w duchu, a to była jedyna droga, jaka mogła ją zaprowadzić do Ósmego Pola.
– To musi być właśnie ten las, – szepnęła do siebie w zamyśleniu, – w którym przedmioty nie mają absolutnie nazw. Ciekawa jestem, co się stanie z mojem imieniem, z chwilą, gdy tam wejdę? Nie miałabym ochoty utracić imienia, bo wówczas musiałabym znaleźć sobie jakieś inne, a napewno to inne byłoby bardzo brzydkie. Ale zabawne byłoby, gdybym usiłowała znaleźć jakieś stworzenie, które nosiłoby moje stare imię! Wyglądałoby to zupełnie, jak takie ogłoszenie, które ludzie dają, gdy zginie pies: „Na imię mu „Amor”, na obroży napis…” I pomyśleć tylko, że jakieś stworzenie ni stąd ni zowąd, miałoby imię „Ala”. Ale przecież nie każde stworzenie jest takie mądre, jak człowiek.
Poczęła kierować się w stronę lasu, który wyglądał bardzo chłodno i mrocznie.
– Ale przyjemnie tu być musi, – zauważyła, wchodząc między drzewa, – gdy się po takim upale wchodzi do... do czego? – zadrżała nagle, zaskoczona tem, że nie może znaleźć odpowiedniego określenia, – Trzeba usiąść pod... pod... tem! – dotknęła dłonią pnia drzewa. – Jakto się nazywa, czyż zapomniałam? Przecież to musiało mieć jakąś nazwę, ale nie mogę jej sobie w żaden sposób przypomnieć!
Stała w milczeniu przez chwilę, głęboko zamyślona.
– Coś się naprawdę ze mną dzieje! A kim ja jestem? Trzeba sobie przypomnieć koniecznie! Trzeba się zmusić do przypomnienia! – Lecz to zmuszanie nie przydało się na nic i w główce Ali powstawał coraz większy zamęt. – Jestem pewna, że moje imię rozpoczynało się na L!
Nagle dojrzała wędrującą po lesie małą sarenkę, która spojrzała na nią szeroko przerażonemi oczami.
– Chodź tutaj! Chodź tutaj! – zawołała Ala, wyciągając rękę ku sarence. Sarenka cofnęła się o krok i przystanęła znowu, patrząc na dziewczynkę.
– Jak się nazywasz? – odezwała się wreszcie Sarenka, a miała wyjątkowo miękki i pieszczotliwy głos.
– Właśnie chciałabym sobie przypomnieć! – pomyślała Ala, głośno zaś odpowiedziała ze smutkiem: – Teraz nazywam się „nic”.
– Pomyśl raz jeszcze, – poradziła Sarenka, – może sobie przypomnisz.
Ala pomyślała, lecz na nic się to nie zdało.
– A może ty mi powiesz, jak się nazywasz? – zagadnęła nieśmiało. – Może w ten sposób i ja sobie przypomnę.
– Powiem ci chętnie, jeśli zbliżysz się trochę do mnie, – odparła Sarenka. – Tutaj i ja nie przypomnę sobie mego imienia.
Poszły więc razem wgłąb lasu. Ala objęła Sarenkę za szyję i doszły tak do obszernej polanki, na której Sarenka podniosła głowę wgórę i uwolniła się z uścisku Ali.
– Ja jestem Sarenka! – zawołała uradowanym głosem. – Ach, mój Boże! przecież ty jesteś dzieckiem człowieka!
I nagle lęk odzwierciadlił się w pięknych brunatnych oczach Sarenki i poczęła uciekać w panicznym strachu.
Ala spoglądała za nią, bliska płaczu, że utraciła tak miłą towarzyszkę wędrówki.
– Ale na szczęście przypomniałam sobie swoje imię, – pocieszała się drżącym głosem. – Nazywam się Ala... Ala, żeby tylko nie zapomnieć. A teraz którędy mam pójść dalej?
Nietrudno było odpowiedzieć na to pytanie, bo przez polankę prowadziła tylko jedna droga, na której znaczyły się jakieś dziwne ślady.
– Pójdę tędy, – postanowiła Ala, – a potem dopiero zastanowię się, gdy drogi będą się rozdzielać.
Lecz droga jedna i ta sama biegła wciąż dalej. Ala szła przez dłuższy czas spokojnie i gdy doszła wreszcie do dróg rozstajnych, uspokoiła się jeszcze bardziej, bo dostrzegła dwa wskaźniki z napisami. Na jednym z nich przeczytała: „TĘDY DO DOMU KLOPSA”, a na drugim: „TĘDY DO DOMU KLAPSA”.
– Prawdopodobnie, – uśmiechała się do siebie, – obydwaj oni mieszkają w jednym domu! Ciekawe, dlaczego dotychczas nie przyszło mi to na myśl. Ale nie zabawię tam długo. Zapytam tylko „Jak się macie”? i poproszę, aby mi wskazali ścieżkę, którą mogłabym wyjść z lasu. Żebym tylko zdążyła dojść do Ósmego Pola, zanim się zrobi ciemno!
Powędrowała więc dalej, szepcząc ustawicznie coś do siebie, aż wreszcie dotarła do ostrego zakrętu i dostrzegła dwóch grubych małych ludków, których widok przyprawił ją o chwilowy lęk. Po sekundzie jednak odzyskała równowagę, orjentując się, kim byli ci ludkowie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Lutwidge Dodgson i tłumacza: Janina Zawisza-Krasucka.