Wspólny pokój/Rozdział XII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Wspólny pokój
Wydawca Wydawnictwo Współczesne
Data wyd. 1932
Druk Zakł. Graf. „Drukarnia Bankowa“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ XII.

Dzień zaczął się od wyjazdu studenta i chłopki. Pierwszy wyjechał na ów kurs praktyczny, który to wyjazd kilka dni temu był powodem jego wielkiej radości. Chłopka zebrała wszystkie drobiazgi po zmarłym synu, kuferek drewniany. I wyjechała sobie, z nikim się nie żegnając. Tak więc wspólny pokój opróżniał się powoli; Stukonisowa traciła lokatorów, a jeśli można tak potężnie się wyrazić, to właściwie kraj tracił ludzi.
Poniedziałek. Biedny Bednarczyk, jakże szybko o nim zapomniano. Początek tygodnia, dzień pracy. Nie było czasu na rozmyślanie o cudzych szaleństwach. Z samego rana przyszedł policjant, trochę pytał, obejrzał „miejsce wypadku“, zapisał coś (Lucjan zauważył, że na żółtym papierze i ogromnie niewyrobionem pismem) i poszedł sobie. Nie wspominano prawie o Bednarczyku, zresztą był to przykry temat, temat niepokojący, — w mieszkaniu tem przecież ciągle czaiła się atmosfera śmierci, jeszcze nie wszystko było załatwione, lokatorowie to czuli.
Był to wspaniale pogodny dzień. Jeden z tych dni listopadowych, który w sercach wszystkich, zdeklarowanego nawet neurastenika, budzi zwierzęcą chęć życia, patrzenia na wszystko, co życie daje, chęć posiadania. Masy słońca wypełniły pokój, wspaniale oświetliły go, rozszerzyły jakby. Otworzono okna, Teodozja to zrobiła, zdjęto kwiaty, połączono niejako pokój ze światem, słońcem, powietrzem. Na ulicach wrzało życie, pracowite życie wielu ludzi, którym natura dała po długiej przerwie, nieco prawdziwej, wiosennej pogody. Gwar rozlewał się w jedno basowe brzęczenie, i wpadał do pokoju niby ćwierkot sejmikujących wróbli. Tylko żywotność miała w tym dniu sens. Tak więc, pamięć o Bednarczyku była tu czemś niestosownem.
I w alkowie było jasno. Śmiało można było czytać. Ale człowiek, który tu leżał, dalekim był od cudzych słów i myśli. Zresztą czytanie jest wysiłkiem, a jego nie stać było na najdrobniejszy nawet wysiłek, ba, uniesienie ręki do góry sprawiało trud i wyczerpywało. Jedna noc pozbawiła Lucjana wszelkich złudzeń co do kontynuacji swego istnienia. Nie spał, pot z jego ciała tak zwilżył pościel, że zaraz rano Teodozja przeniosła bezwładne prawie ciało na drugie łóżko i zasłała świeże płótno. Leżąc teraz w pachnącem czystością łóżku, Lucjan przeżywał rozkosze abnegacji i jasności umysłu, spowodowanej osłabieniem organizmu. W istocie, pogrążony był w absolutnej ascezie, funkcje mięśni, żołądka zanikały, pracował tylko mózg niby precyzyjna maszyna sama dla siebie, nie zużytkowująca sił dla ubocznych celów. Dolegliwości ciała były nikłe, pomijając trudność przesunięcia się z boku na bok oraz ograniczenie swobody przy oddychaniu i łechtanie gardła przez powietrze przedostające się do wnętrza płuc. Dziwił się, że ów zawsze wstrętem go przejmujący bulgot flegmy w gardle, owo rzężenie denerwujące, minęło zupełnie i pozostały cichutkie jakieś poświsty, niby jęk struny, gdy mucha na niej usiądzie. Ach, czuł się wcale dobrze, nic w tem groźnego i niepojętego nie było.
Twarz jego matowa była i blada. Kości policzkowe wyciągnęły skórę i sterczały po obu stronach twarzy, niby dwa pagórki, pod któremi znowuż dwie jamy się usadowiły; były to zapadnięte policzki. Nad czołem pochylały się w fantastycznem rozwichrzeniu włosy, przypominały miniaturowe wierzby chylące się żałobnie nad marmurową płytą jakiegoś grobowca. Oczy, dwa szkliste stawy, przymglone tajemnym jakimś urokiem. Właśnie między temi oczami a błękitnym grzbietem nosa, wibrowały nieuchwytne promienie, kolorowy cień snuł się w oczodołach, coś emanowało z tych oczu i czyniło wrażenie piękna i niesamowitości. Chory leżał nawznak. Nozdrza jego poruszały się lekko przy oddechu. Wychudłe ręce gładziły kołdrę. Temperatura spadła i wskazywała osłabienie.
W takim stanie zastał Lucjana lekarz, ów mały, czarny żydek, który odwiedził go po krwotoku. Zdjął palto i popatrzył na chorego swemi żywemi oczami. Usiadł na brzegu łóżka, lewą ręką uchwycił puls, prawą oparł o kolano. Na zegarek nie patrzał. Po chwili puścił rękę Lucjana jak niepotrzebny przedmiot. Rozchylił koszulę na piersiach i puknął w nie parę razy palcem, jakby odniechcenia. Jeszcze chwilę patrzył w twarz Lucjana. Odwrócił się, włożył palto i poszedł do kuchni. Teodozja, ona go wezwała, stała oparta o ścianę, przejęta oczekiwaniem tego, co usłyszy.
— Za kilka godzin umrze, — powiedział lekarz.
Podała mu banknot. Zamknęła za nim drzwi, potem usiadła w nagłem osłabieniu ma kuferku. Przechyliła głowę i patrzała poprzez otwarte od kuchni drzwi, na twarz Lucjana. Byli sami w mieszkaniu. Z dołu, tam z pod kościoła, słychać było znajome, często słyszane tony orkiestry wojskowej. Ale oto męski śpiew zagłuszył orkiestrę, śpiew zbliska, pewnie od tych przeklętych, wiecznie hałasujących kuśnierzy. Teodozja podniosła się, aby zamknąć okna. Rozmyśliła się jednak i usiadła zpowrotem. Powiedział kiedyś, że ten żyd bardzo pięknie śpiewa, pomyślała, — że sam głos jest taki śliczny, ale że to, co śpiewa, to marne; zaraz, jak on to nazwał, jakoś tak... a, ajda! Tak, na pewno ajda.
Siedziała tak z pół godziny nieruchomo. Wreszcie wstała i zbliżyła się do łóżka. Ostrożnie usiadła w nogach Lucjana i znowuż pogrążyła się we wspomnieniach. Położyła rękę na jego poruszających się palcach. Były chłodne, otoczone u paznokci sinemi obwódkami. Czy ty śpisz? — zapytała.
Spojrzał na nią, starając się skoncentrować w oczach energję. Ale nie udało mu się to. Oczy pozostały przymglone, rozszerzyły się tylko nieco. Wyszeptał:
— Nie, nie śpię. Tak sobie leżę i myślę. Która może być godzina?
Odpowiedziała mu, że dwunasta dochodzi. Cofnęła swoją rękę i wstała. Powiedziała jeszcze:
— Mizernie dzisiaj wyglądasz. Kiedy sobie pomyślę, jakeś wyglądał, kiedyś tu przyjechał, to oczom wierzyć nie mogę. Zżarło cię to choróbsko docna.
— Tak, wtedy to tak... wróciłem, widzisz, z gór, z powietrza. Opalony byłem na twarzy... wszyscy się dziwili, że byłem taki opalony... przecież to był luty dopiero, czy marzec. Mówili mi: ach, jaki pan opalony, panie Lucjanie, strasznie zdrowo pan wygląda. A teraz, pewnie bardzo podle... podaj mi lustro.
Pomyślała sobie, że przecież on nie powinien widzieć swej twarzy. Powiedziała więc wymijająco:
— Później ci przyniosę, teraz muszę zejść nadół, kupić coś do obiadu.
Rzeczywiście, zarzuciła chustkę na ramiona i wyszła. Pozostał sam, w tajemnym świecie swoich rozmyślań. W gruncie rzeczy zadowolony był, że sobie poszła. Prawda, okazała mu wiele miłości, starała się umilić mu życie swoją osobą, doglądała go w chorobie, ale przecież ona jest ze świata rzeczywistości, ze świata, z którym go prawie nic nie łączy. Traci ją razem z życiem: jest mu daleką, jak i ono samo. Ach, za wiele miał intuicji, iżby go miała łudzić nadzieja powrotu ku rzeczywistości, już podlegał innym prawom, czuł bowiem, że oto umiera.
Bilans przeszłości był już ukończony. Ponieważ wszystko to, co przeżył w wyobraźni, wartości, jakie mógł osiągnąć w czasie kilkudziesięcioletniego życia, przemyślał i osiągnął wyniki negatywne, zatem rachunek był wyrównany, należało tylko przebyć tę burzliwą część, jaką jest granica między życiem i śmiercią. Podróż tę odbywał narazie przy najlepszych żaglach, gasł powoli, w pełni władz umysłowych, jak dobrze wychowany człowiek, bez niskich uczuć strachu czy żalu człowieka gorszej marki, umierającego w panicznym lęku utraty życia, mimo perspektywy połączenia się z Bogiem. Lucjan nie miał Boga, wracał tam, skąd dwadzieścia dwa lata temu przyszedł, odchodził w „nieznane i niewiadome“. Był szczęśliwy, że nie kona w spazmach bólu i nieprzytomności; byłoby to ohydne, brukałoby urok śmierci. Jakże doskonale pamiętał szczególiki niedalekiej nawet przeszłości. Czyż nie zazdrościł studentowi wyjazdu? Ptaki, wierzchołki drzew. Było to przecież nędzne tchórzostwo, nikczemna chęć wymknięcia się z rąk przeznaczenia, pospolite umiłowanie życia ziemskiego. Powinien się tego wstydzić, nie był w porządku wobec majestatu przygarniającej go śmierci. Albo wczorajsza tęsknota do spaceru po ulicach miasta. Nic dziwnego, był profanem, należał jeszcze do życia. Później został dopuszczony do misterjów niebytu, i oto pławił się w czystości.
Wolno i z wysiłkiem obrócił głowę w stronę otwartych okien. Tam koncentrowało się to, od czego on się oddalał. Niedawno był tu człowiek z zamiarem nawrócenia go z tej drogi. Ha... ha, biedak, jakże żałosną miał minę, nic już poradzić nie był w stanie. Poszedł sobie, dostał pieniądze i poszedł. Pieniądze. Jakże obco brzmi to słowo, bez którego nie może istnieć życie. A więc... ach, jakaż ohyda... ohyda!
Znów odwrócił głowę, twarzą do góry. Nie będę zamykał oczu, pomyślał. — Jeszcze gotów mi kto przyjść i pomyśleć, żem umarł. Rozpoczęłyby się krzyki i macania koło serca, tak, jak wczoraj z Bednarczykiem. Gdy będę leżał z otwartemi oczami, pomyślą, że ot leżę i cierpię po staremu. Chociaż, z zamkniętemi, — myśleliby może, że śpię, nie budzonoby mnie, lecz nie, muszę bardzo podle wyglądać, skoro mnie ta mała nie chciała podać lustra, oj, głupiutka. Tak, jeśli zamknę oczy, napewno pomyślą, że już koniec, a ja pragnę mieć jeszcze spokój. Ciekaw jestem, jak długo ta historja potrwa.
Nic mu nie dolegało, nic nie czuł. Było mu nieco zimno w nogi, ale nie mąciło to jego spokoju. Słuch tylko cierpiał, wszystko wokół wrzeszczało, żyło, powietrze było przesycone czyimś śpiewem... ach, to ten, i pomyśleć, że kiedyś tem się zachwycałem... Mogłoby być trochę ciszej, ale niech tam, naostatek. I tak powinienem dziękować losowi, że nie kończę w mękach, z kulą w brzuchu naprzykład. O, toby było okropne.
Zgrzytnęły drzwi. Wróciła Teodozja. Przechodząc obok, rzuciła:
— Ugotuję ci trochę rosołu, to cię pokrzepi.
Krzątała się, brzęczała fajerkami, przesuwała garnki. Pod zlewem poruszała się kura, leżąc na boku, ze związanemi nogami. Jej ciche pogdakiwania zwabiły kotka, który dotychczas wygrzewał się na parapecie okna. Przycupnął na progu i niby hipnotyzer, wpatrywał się w ptaka. Kilka minut trwał tak, przyczajony, wkońcu sprzykrzyło mu się to bezskuteczne wyczekiwanie na zaczepkę i bardzo ostrożnie posunął się w stronę kury. Przystanął, znów się przybliżył.. Przywarł brzuchem do podłogi i wysunął prawą łapkę, tuż, tuż kury. Przerażona zagdakała i zatrzepotała skrzydłami. Kotek odskoczył, ale zaraz przysunął się jeszcze bliżej i położył łapkę na końcu sznurka, zwisającego z nóg kury. Teraz jednak chwyciła ją Teodozja i uniosła do góry. Mówiąc do kotka: a psik, won precz! ty drapieżco! Odskoczył i usiadł sobie wpobliżu. Teodozja stanęła nad miednicą, przytrzymała kurę kolanami, prawą ręką wzięła nóż, lewą zadarła do góry łeb ptaka. Trzymając nóż w ręku, dwoma palcami wyskubała trochę pierza z podgardla kury, poczem ścisnęła ją mocniej kolanami i przesunęła nożem po gołej szyi. Bluzgnęła krew do miednicy, ściśnięty ptak poruszył się i wyprężył nogi. Na widok buchającej krwi, kotek odbiegł wbok, węsząc. Do miednicy ciurkiem spływała krew, monotonnie dzwoniąc kroplami. Wkońcu, kiedy już prawie wszystko spłynęło, kura została rzucona na to samo miejsce, pod zlew. Tam drgała w śmiertelnych kurczach. Teodozja dołożyła węgla pod blachę, poczem chwyciła kurę i darła z niej pierze. Napół oskubaną kurę oblała wrzątkiem, aby łatwiej było wydrzeć resztę pierza. Pokrajała ją wkońcu, wyjęła wnętrzności i płukała w zimnej wodzie kolejno: żołądek, serce, wątrobę, nogi, łeb, skrzydła. Pachniało surowizną. Kot chodził nerwowo koło miejsca sekcji, mrucząc pożądliwie. Dostał tam coś, flaki chyba. Wkońcu sprytnie pokrajane zwłoki kury włożono do garnka z wodą, dołożono nieco włoszczyzny i postawiono na ogniu. Teodozja odetchnęła, musiała sobie w duchu przyznać, że zwinęła się szybko, trochę jest zmachana, no, ale będzie rosół dla tego nieboraka.
Zastukano w drzwi głośno, jeden raz. Teodozja otworzyła, listonosz wręczył jej kartę z pięknym widokiem gór. Zaadresowana była do Lucjana. Zaniosła mu ją.
— Pocztówka jest do ciebie, Lucek.
Pomyślał sobie, że trudno mu będzie czytać, trzeba się było wysilić, podnieść rękę. Powiedział więc:
— Jestem śpiący, przeczytaj mi, co tam jest.
— Serdecznie cię pozdrawiam, tutaj jest cudownie, za dziesięć dni będę w Warszawie, to się zobaczymy, popijemy! Twój Antek. Zakopane, w październiku. Skończyła czytać, więcej nic niema, powiedziała.
— Dobrze, dziękuję ci bardzo, moja Todziu.
Położyła kartę na krześle i wróciła do kuchni. Zamknęła za sobą drzwi od alkowy, aby nie drażnił go zapach unoszący się z garnka.
— Też komedjant, w samą porę wybrał się z pozdrowieniami. Popijemy, hę, — niezły kawał. Lucjan wspomniał Antka, dziwacznego manjaka czystości. Mieszkali jakiś czas razem, w Zakopanem. Ten kościsty, rudy młodzieniec, kąpał się dwa razy dziennie, co pięć minut mył ręce i twarz. Cała rzecz była w tem, że kołnierzyka nie zmieniał dwa tygodnie, skarpetki rozpadały się na jego nogach, a ubranie świeciło różnokolorowemi plamami, dawnych sosów, jajek i tłuszczów. Młodzieniec malował obrazy i groził, że nigdy ich nie sprzeda, bo w każdym z nich jest cząstka jego duszy. Właściwie nikt się nie kwapił z chęcią kupna, i artysta mógł spokojnie ustawiać swoje płótna pod ścianą. Lucjan szybko przeszedł do porządku; dobrze świadczy o Antku, że pamiętał o byłym przyjacielu, wódkę będzie pił z kimś innym, jego, Lucjana, odwiedzi za dni dziesięć w pewnem pagórkowatem miejscu, wśród szumu drzew, gdzie jest wiele krzyżów i pomników. Żegnam cię, Antku, i lepiejby było, gdyby twoja kartka przyszła wcześniej lub później; nigdy teraz. Naruszyłeś spokój.
Na łóżko wskoczył kotek. Szedł wzdłuż ciała Lucjana, aż dotarł do twarzy. Stanął niezdecydowany zdziwiony jakby. Raptem miauknął, gwałtownie skoczył na podłogę, i w dwóch susach skrył się pod kanapą. Miauczał tam tak długo, dopóki zniecierpliwiona Teodozja nie zabrała go do kuchni. Uciszył się i nawet zdrzemnął gdzieś w kącie. Dziwaczne to było stworzenie.
Teodozja stanęła przy oknie. Dachy domów błyszczały w słońcu, wąska uliczka tętniła życiem i gwarem wielu głosów. Ładny dzień, pomyślała dziewczyna. Może doktór się omylił, zdarza się przecież różnie. Może to być, jakże to nazywają? — przesilenie czy jakoś. Jeden dzień tylko taki ciężki, jutro może być zupełnie inaczej. Ile to razy w szpitalu tak było. Ta żona inżyniera. Wszyscy myśleliśmy, że już nie przeżyje nocy, a tu masz, na drugi dzień zachciały jej się jeść, a trochę później wypisała się ze szpitala, zupełnie zdrowa. Teodozja oparła się o parapet i wyjrzała na podwórko. Zakręciło ją w nosie i kichnęła. Na dole stróżka trzepała starą odzież. Podniosła głowę i uśmiechnęła się do Teodozji. Najlepszego, krzyknęła. Co to panna sobie nie pójdzie na spacer, w aleje, albo gdzie? Dzień jak złoto, jakbym była taka młoda, zarazbym poszła.
— Muszę siedzieć w domu, chorego pilnować, kto mu co poda?!
— U was to same umarlaki. Trujecie tych lokatorów, czy co!
— Co robić, tak się jakoś składa. Biednemu zawsze wiatr w oczy wieje, moja pani.
— Z tym młodym to jest marnie. Jak on tu przyjechał, to przecież takie byczysko było rosłe, że aż strach. A wczoraj, jakeśmy koło tego wisielca zabiegały, to sama skóra i kości. Trząsł się w tej koszulinie, nogi miał jak patycki, gębusię wychudzoną niby Łazarz jaki. A szkoda by go było, bo zawsze taki wesoły, zagadał człowieka, pożartował, hecny był strasznie!
— Może tam jeszcze jakoś wyzdrowieje.
— Dałby Bóg, bo to młode przecież takie, jeszcze się nie nażyło.
Rosół zaczął kipieć, pobiegła więc do kuchni. Zdjęła pokrywę i w zadumie głębokiej zbierała drewnianą łyżką szumowiny. Tyle miłości miała do tego chłopca i nagle go musi utracić. Nawet mówić z nią nie chce, e, nie może chyba, — ciężko mu. Nie miała wielkich wymagań w tem życiu, nie chciała być żadną panią, dochodzić do jakichś wyżyn. Poprostu pracować tylko i zarabiać na utrzymanie. Ale teraz, gdy polubiła go tak gorąco, ciężko jej będzie żyć na tym świecie w niezaspokojonej, pierwszej miłości. Nie była zbyt sentymentalną, — przeciwnie, życie uczyniło ją dość szorstką i odporną na cierpienia. Teraz jednak, tkliwość ją ogarnęła ogromna, kiedy ten tam umierał i ona mu nic pomóc nie mogła. Męczy się pewnie strasznie, brak mu powietrza, żal opuścić świat, który jest taki piękny i tyle na nim radości. Żeby się chociaż chciał pojednać z Bogiem, oleje przyjąć.
Przyszedł Zygmunt. Poszedł do pokoju, ale zaraz wrócił do Teodozji.
— Co on tak jakoś dziwnie wygląda, pogorszyło mu się, czy co?
— Był doktór. Powiedział, że tylko kilka godzin pożyje. — I rozpłakała się wreszcie serdecznie.
— Nie może być! Widzę właśnie, że tak jakoś nienaturalnie wygląda. Płacz ciszej, bo go to może drażnić. Pójdę do niego.
Usiadł obok chorego i zapytał cicho:
— Lucek, jak się czujesz? Powiedz, może ci czego potrzeba?
— Nic mi nie trzeba, przestańcie się mną interesować. Czuję się doskonale, potrzebuję tylko spokoju. Rozmowa mnie tego spokoju pozbawia.
— Dobrze, już idę. Jak będziesz czego potrzebował, to mnie zawołaj, będę siedział na kanapie.
Poszedł do kuchni. Teodozja stała z łyżką w ręku i płakała.
— Sam nie wiem, co robić, może jeszcze raz pójść po doktora?
— Poco, przecież był już i powiedział, że nic nie może zrobić. Lepiej go zostawić, może się co odmieni. Ach, Boże, Boże!
Zygmunt porwał jakąś książkę i położył się na kanapie. Był szczerze zmartwiony stanem Lucjana; polubił tego małomównego, wiecznie zamyślonego chłopca. Był dobrym kolegą, umiał myśleć. Pomyślał, że jego śmierć byłaby czemś niestosownem ze strony losu.
Przez umysł Lucjana przechodziły teraz dziwaczne i drobiazgowe wspomnienia przeszłości. Niewiadomo dlaczego, zamajaczył mu przed oczami stary kredens, stojący w jadalnym pokoju, za czasów dzieciństwa. Był to wielki, dębowy mebel, bronzowego koloru. Na dolnych drzwiczkach znajdowały się płaskorzeźby zwierząt: głowa jelenia, para ogarów, zając w skoku i bażant. Głowa jelenia była wielkości pięści, miała rozgałęzione rogi, z których jeden był złamany. Pewnego razu, dzieci, — goście z sąsiedztwa, — zamknęły Lucjana w tym kredensie, podczas nieobecności rodziców. Wewnątrz było ciemno i pachniało pieczywem, serem i konfiturami. Lucjan w tej chwili poczuł wyraźnie ten zapach, i doznał nieprzyjemnego wrażenia. Dzieci pobiegły do ogrodu, a on siedząc tam w środku, wyobrażał sobie, że oto znajduje się w trumnie, gdzieś głęboko, w ziemi. Wokół łażą wstrętne robaki, skrobią pazurkami swych włochatych nóg w drzewo trumny, chcąc się dostać do wnętrza. Wreszcie, przez wydrążony otwór gramoli się wielki jak palec niedźwiadek, z żarłocznemi szczękami i wyłupiastemi oczami. Pakuje się do dziurki w nosie i wwierca gdzieś daleko, aż do mózgu. Dzieci zapomniały o nim, i siedział tak kilka godzin, półprzytomny ze strachu, wstrzymując się od krzyku, aby nie posądzono go o tchórzostwo. Kiedy wreszcie hałaśliwa gromadka otworzyła drzwiczki kredensu, on wyszedł stamtąd pełen godności, mówiąc: mogłybyście mnie zamknąć przynajmniej w miejscu, gdzie nie czuć jadła, ogromnie nie lubię zapachu jadła. Tak, wtedy spisał się dzielnie, i potem zawsze był taki.
Dzieciństwo miał mroczne i przez nikogo nie rozumiane. Czyż wówczas, kiedy mieszkał z matką w mieście, miał jakieś rozrywki, przyjaciół? Matka wiecznie chorowała, była bardzo kapryśna, a on siedział całemi dniami na parapecie okna, z podwiniętemi nogami i wpatrywał się w ponury asfalt podwórza, gdzie nigdy nic się nie działo, gdzie nawet słońce nie rozweselało tej posępności. Mieszkali w lepszej dzielnicy miasta, nawet handlarz uliczny ni muzykant, nie mieli dostępu do podwórka. O czem myślał wówczas, kiedy tak przesiadywał w swem aksamitnem ubranku, z pacholęco przystrzyżonemi włosami? W mieszkaniu było cicho, pachniało lekarstwami i często słyszało się kaszel matki. Byli samotni, prawie nikt ich nie odwiedzał. W mroczne zimowe popołudnia, w głowie chłopca rodziły się pomysły najśmielsze, ambitne pragnienia, dążenia do wyżyn wprost niesamowitych. Z długiego szeregu przeczytanych książek wyłaniały się wizyjne postaci. Żyły obok, popełniały złe i dobre uczynki. Ale obok tych niebardzo szkodliwych zresztą marzeń, niepokoiły dziecięcy umysł sprawy tajemne, okrutne w swej niejasności, sprawy wyczuwane, widziane czasem lecz niezrozumiałe. W kuchennym pokoju mieszkała służąca, tęga dziewczyna o dużych piersiach. Często odwiedzał ją młody mężczyzna w mundurze. Zostawał czasem na noc. Co mogły znaczyć ich wzdychania, jęki męczeńskie? Czy sprawiali sobie krzywdę? Dlaczego więc widywali się tak często? Co to wszystko miało znaczyć? Dziewczyna w dzień śpiewała, była bardzo wesoła. Umysł chłopca roił się od najrozmaitszych przypuszczeń, domysłów, zapierających oddech czasem. Jego siedem lat życia otaczały same tajemnice. Na dole, tuż przy bramie, mieścił się sklep rzeźnika. Służąca, korzystając z bezsilności swej pani, posyłała często małego Lucjana do tego sklepu po wędlinę. Za kasą siedziała żona właściciela, młoda kobieta, życzliwie patrząca na chłopca. W dni ciepłe, wychodziła z za kasy i stała w drzwiach sklepu. Od pewnego czasu zaczęło się z nią dziać coś strasznego. Ciekawość przezwyciężała zawsze strach Lucjana. Brzuch kobiety zaczął się raptownie powiększać, co kilka dni był większy. Sprawa ta pochłaniała Lucjana całkowicie, w snach jego była głównym tematem. Kilkakrotnie chciał się zapytać kobiety, czy bardzo cierpi i co to jest wogóle, ale czuł, że o to pytać nie można. Tak się stało, że kobieta znikła na kilka dni, miejsce jej zajęła jakaś starsza pani. Któregoś dnia znów się pokazała, była trochę blada, ale brzucha nie było. Lucjan nie mógł sobie dać rady, zapytał służącej.
— A, ta Eberlajnowa zdołu?! Dziecko miała, ty głuptasie, co, ty jeszcze nie wiesz o tem!?
I tego wieczora powiedziała mu wszystko. I o tym swoim żołnierzu. Wytłumaczyła, wyjaśniła cały szereg dręczących niepewności. Wszystko to wydało się naraz Lucjanowi proste i nawet piękne. Nagle przestały go te rzeczy interesować, mógł powrócić do swych wzniosłych marzeń. Ta dziewczyna wyrwała mnie z mroku, który jest przekleństwem każdego dziecka, — pomyślał teraz Lucjan.
Ocknęły go słowa Teodozji. Stała z dymiącym talerzem.
— Jest dla ciebie rosół. Podnieś się trochę i wypij.
— Zabierz to zpowrotem. Nie będę pił.
— Musisz wypić, specjalnie dla ciebie zabiłam kurę.
Nie odpowiedział, leżał bez ruchu, patrząc na nią obojętnie szeroko rozwartemi oczami. Zrozumiała, że nic nie wskóra. Odeszła z pełnym talerzem.
Zygmunt przerwał czytanie i podszedł do chorego.
— Męczy cię pewnie mówienie? — zapytał.
— Tak... bardzo.
— Myślę że z tobą jest tak kiepsko, że warto, aby naostatek pogadać trochę. Od czasu, jak tu mieszkasz, systematycznie pogarszało ci się. Czy sądzisz, że warunki mieszkaniowe przyczyniały się do tego?
— Nie... nie zupełnie... przecież już przedtem...
— Przedtem chorowałeś?! Drogi Lucjanie, cała sprawa jest bardzo smutna. Przyjechałeś tu zdrów i wesół, zamieszkałeś raczej z koleżeństwa, aniżeli z potrzeby. Nietylko tobie samemu tutaj źle się działo. Taka już atmosfera, myślę, że to nietylko u nas. Muszę ci jednak powiedzieć, że tak ja, jak i moja matka, byliśmy do ciebie jak najlepiej usposobieni. Wiesz o tem, że nam jest bardzo ciężko, pomagaliśmy ci jednak jak tylko było można. Mówię ci to, aby wyjaśnić, że stosunkowo było ci tu nieźle. Akurat tu ci przychodzi umierać. Trudno, są to rzeczy, do których nie należy się wtrącać. Chodzi mi o to, czy nie myślisz o mnie źle?
— Nie... wcale nie... zawsze cię lubiłem... ale trudno... trudno mi mówić...
— To nie mów. Pozwól, że uścisnę twą rękę. Przechodzisz do innego świata, nie wiem, czy ci zazdrościć czy współczuć. Żegnam cię, będzie mi ciebie bardzo brakowało.
Uścisnął lekko rękę chorego i poszedł do pokoju. Pomyślał sobie, że mogło to być śmieszne i niepotrzebne. Eh, głupstwo! ostatecznie trzeba było się pożegnać. — Ale już mu nie było żal Lucjana. Gdybym powiedział że go żałuję, byłoby to nieszczere, lubię go bardzo, a mimo to dziwnie mało mnie jego śmierć obchodzi. Paskudne jest takie znieczulenie.
— Kiego djabła odegrał całą tę komedję — pomyślał Lucjan. Wiem, że jest porządny chłop i że mnie tu przez dłuższy czas za darmo karmili. I on chyba wiedział, że byłoby nonsensem, gdybym miał do niego jakąś pretensję. Zatem poco mnie tu męczył i przerywał rzecz całą? Wyglądam chyba na tyle nieprzytomnie, aby mnie nie niepokojono. Czort bierz całą serdeczność.
Nawet myśleć było mu teraz ciężko. Osłabienie obejmowało zwolna i umysł. Oddychać było coraz trudniej. Stan ten stawał się przykry i początkowy spokój mijał. Poczynało go to już niecierpliwić. Najwyższy czas, abym umarł, pomyślał.
Teodozja podała obiad. Zygmunt i ona jedli rosół przeznaczony dla Lucjana. Słyszał, jak dziewczyna chlipała z łyżki. Mogłaby się nauczyć jeść, przeszło mu przez głowę. Pod stołem kotek obrabiał skrzydło kury. Teodozja, jedząc, patrzała co chwilę w stronę Lucjana. Kiedy skończyła jeść, wytarła usta i niepewnie podeszła do chorego. Chwilę stała w niezdecydowaniu, wreszcie wyjąkała:
— Lucek, pójdę po księdza... wyspowiadasz się, będzie zawsze lżej...
— Zostaw mnie... poco mi głowę zawracasz... obejdę się.
— Przecież ci to nie zaszkodzi... proszę cię, zgódź się!
— Odejdź... nie znęcajcie się nade mną... dajcie mi skonać spokojnie.
Mówił chrapliwym szeptem. Gdyby mógł, toby krzyczał. Próbował nawet głowę unieść do góry. Dziewczyna odeszła, zanosząc się od płaczu. Wytworzył się nastrój bardzo przygnębiający. Zygmunt chodził wielkiemi krokami po pokoju. Na podwórku ktoś grał na harmonji i mała dziewczynka śpiewała smutną i głupią piosenkę o matce, o szpitalu i o głodzie. Płacząc ciągle, Teodozja zamknęła okna. W pokoju zrobiło się cicho i ponuro. O szyby dzwonił tylko żałosny śpiew dziewczynki. Zygmunt usiadł w rogu kanapy i palił papierosa po papierosie. Słońce się gdzieś skryło, wiatr pędził chmury po niebie. Zrobiło się prawie ciemno, gdzie niegdzie, w sąsiednich mieszkaniach zapalano światło.
O zwykłym czasie przyszła Stukonisowa. Bąknęła o jakiejś redukcji, o wietrze. Od zapłakanej Teodozji dowiedziała się o stanie swego lokatora. Poszła, przyjrzała mu się, poczem wróciła i jęknęła:
— Tego tylko brakowało, ciekawam kto go i za co pochowa? Wczoraj jeden, dziś drugi, zaraza jaka, czy co!
Napełniła sobie talerz rosołem i jadła, wodząc w zamyśleniu swemi wyblakłemi oczami. Za mało pani włoszczyzny dała do rosołu i dlatego jest bez smaku. Panno Todziu, słyszy pani, cebulki widać pani nie przypiekła.
Zjadła, wstała od stołu i powiedziała: trzeba się wziąć za zmywanie. Potem rzuciła jeszcze z kuchni: możeby mu doktora jakiego zawołać! Ale dowiedziała się od dziewczyny, że już był, więc rzekła jeszcze tylko: Ha, nie wiesz dnia ani godziny...
Teodozja zwierzyła jej się ze swej chęci sprowadzenia księdza. Stukonisowa ją uspokoiła:
— E, moja pani, jak nie chce, to jego sprawa, a nie czyja. Ja tam nikogobym do tego nie namawiała, bo rozumiem, że taki ksiądz może człowieka tylko przed śmiercią zdenerwować swemi ceremonjami. Wkońcu i koszt i kłopot. Chłopak już tam swoje myśli i nie trzeba mu się narzucać ze swojem.
Usiadła w kącie pokoju, nieprzekonana i znękana. Myślała o tem, że ją ofuknął i że wcale nie był dla niej dobry. Mógłby chociaż w ostatniej chwili być trochę delikatniejszy. Był przecież prawie wszystkiem w jej życiu. Znów gorzko zapłakała.
Zachwyt nad śmiercią minął. W pewnej chwili Lucjana ogarnęła ogromna chęć życia. Lęk przed końcem, spazmem uchwycił go za gardło. Zimny pot zrosił ciało. Kurczowo miął pościel w palcach. Chciał krzyczeć, ale z gardła wydobył się słaby charkot. Znikł dostojny spokój. W głowie tłukły się myśli, niby szalone megery w płonącym gmachu... Nic, tylko rozpaczna chęć życia, żal za tem, czem przed godziną pogardzał. Oczy jago omal nie wypłynęły z orbit, z szeroko otwartych ust wysunął się zbielały język i poruszał się szybko między popękanemi od gorączki wargami. W ciemności alkowy nikt nie widział tego rozpacznego wysiłku przeciw śmierci. Nastąpiło rozprzężenie mięśni. Usta się zamknęły, wzrok przygasł. Znów całe ciało ogarnęło osłabienie i nieczułość. Myśl pracowała powoli i nieporadnie. Rozpoczęła się agonja.
Stukonisowa ukończyła zmywanie naczyń. Dołożyła węgli pod blachę, zgasiła światło i usiadła obok drzwiczek kuchennych. Po ścianie latały czerwone języki. Węgiel trzeszczał, czasem z popielnika wypadł snop iskier. Kiedy węgle się rozżarzyły, znikły języki ze ściany i miejsce ich zajęły drżące smugi świetlne. Z twarzą wtuloną między dłonie, smętnie zapatrzona w spalające się węgle, Stukonisowa wyglądała jak posąg udręki i znużenia. Po mieszkaniu rozlała się złowieszcza, w swem brzęczeniu kroplami deszczu o szyby — cisza. Nikt się nie poruszał, Zygmunt usnął na kanapie, Teodozja pogrążyła się w rozmyślaniach o swej doli. Zapukano do drzwi. Stukonisowa otworzyła drzwi mężczyźnie w ciężkich butach z cholewami, o wielkiej, przygarbionej i rozrośniętej jednocześnie przez pracę fizyczną postaci. Był to jakiś kuzyn; wstąpił, będąc przypadkowo w tej okolicy. Usiadł obok, na kuferku, z ciężkiem westchnieniem. W fantastycznych odblaskach ognia rozpoczęła się leniwa gawęda rodzinna. Wspomnienia z dawnych lat, narzekania na złe czasy. Kuzyn był razem z mężem Stukonisowej na japońskiej wojnie. Twardym głosem opowiadał przeżycia ich dwóch. Mijały minuty obojętne dla rozmawiających, straszliwe w swej powolności dla konającego.
— Przyszedł Dziadzia.. W ciemności o mało się nie potknął o nogę siedzącego mężczyzny. Zdjął palto w alkowie i bladą od jakiejś wewnętrznej zgryzoty twarz skierował w stronę Lucjana. Chwilę się jakby namyślał, poczem usiadł obok konającego i wysyczał wściekle:
— Słuchaj, ty! Dlaczegoś mi nie powiedział, że ona tu była?
Słowa te doszły Lucjana jakby z oddali. Nie zdawał sobie sprawy z ich znaczenia. Czuł straszliwy ciężar na piersiach. Dusił się.
Zniecierpliwiony milczeniem, Dziadzia począł go trząść za rękę.
— Ty kanaljo!... he... powiedziała mi wszystko... ty milczku przeklęty... tak... już z nami koniec... wykpiła mnie... jak i ciebie wykpiła... bodajeś skonał... bodajeś tej nocy nie przeżył!
Ale z Lucjana szybko teraz uchodziło życie. Nie słyszał ostatnich słów Dziadzi. Miał wrażenie, że się zapada w lodowatą otchłań. Począł łapać powietrze, jak ryba wyrzucona na piasek. Odetchnął szybko kilkanaście razy i raptem wszystko ustało. Dziadzia mówił jeszcze: czego nie odpowiadasz, ty... ale w tej chwili uczuł kurczowe ściśnięcie swej ręki i potem lekkie rozluźnienie. Pochylił się, przerażony, nad Lucjanem i krzyknął. Zbudzony Zygmunt poderwał się i już był obok.
— Co się z nim stało? — zajęczał Dziadzia.
— Stało się to, co się miało stać. Umarł, ot i wszystko.
Przybiegli wszyscy. Teodozja, Stukonisowa i jej kuzyn. Kolejno pochylali się nad stężałem ciałem. Twarz Lucjana była szara jak kamień i jak kamień nie wyrażała nic. Obok siedział Dziadzia i bełkotał: to ja, to ja go zabiłem, przez tę... gadzinę.
Ale Zygmunt go uspokoił:
— Nie gadaj od rzeczy. On był konający, zanim żeś przyszedł.
U nóg Lucjana klęczało duże ciało Teodozji w spazmach płaczu. Zastukano do drzwi. To stróżka przyszła po klucze od góry. Ujrzawszy zwłoki Lucjana, złożyła gwałtownie ręce na piersiach, ale zaraz powiedziała prawie wesoło:
— Ale tu u was źle się dzieje... Najświętsza Panienko Częstochowska!

KONIEC.

Zakopane 1931 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.