Z papierów po niedoszłym samobójcy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jerzy Żuławski
Tytuł Z papierów po niedoszłym samobójcy
Pochodzenie Kuszenie Szatana
Data wydania 1914
Wydawnictwo Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów, E. Wende i Spółka
Druk Zakł. graf. Tow. Akc. S. Orgelbranda S-ów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Z PAPIERÓW
PO NIEDOSZŁYM SAMOBÓJCY.
1902



Pan Alojzy Rokoko umarł na raka w żołądku, przeżywszy coś niewiela ponad sześćdziesiąt lat. Kupiłem z jego puścizny kilka książek; w jednej z nich znalazłem zeszyt pożółkły z zapiskami, niestety datą nieopatrzonemi. Wnoszę jednak z charakteru pisma i barwy pobladłego na pierwszych stronach atramentu, że ze czterdzieści chyba lat upłynęło między pierwszym a ostatnim. Zapiski te wydały mi się dość ciekawemi; ogłaszam je tedy: może zajmą również moich czytelników.

Postanowiłem już — i jestem nareszcie spokojny.
Kiedy się to stało? — wczoraj? przedwczoraj? a może tydzień temu? Nie umiałbym w tej chwili oznaczyć dokładnie dnia ani godziny, wiem tylko, że dzisiaj rano, zbudziwszy się, zrozumiałem ostatecznie tę rzecz i jej nieodzowną, niedającą się uchylić konieczność.
Dopiero dzisiaj...
Nie znaczy to jednak, abym dawniej już o niej nie był myślał... Owszem; od lat, od lat...
Tylko że „dawniej“ była to myśl, napadająca mnie czasami, może raczej pragnienie, niż myśl, raczej tęsknota, która owładała mną na chwilę, na dzień, na tydzień jeden, szła wszystkiemi pulsami moich żył, wkradała się w najniedostępniejsze, najgłębsze zakątki mego mózgu, przejmowała dzikim dreszczem pożądania i zadziwiała równocześnie jakimś nieokreślnym strachem, że może się spełnić, dokonać... A potem znikała znowu, aby po pewnym czasie powrócić. Przyzwyczajałem się do niej powoli, jak do widoku na jawie ptaka bajecznego, — witałem ją jak dobrego znajomego, gdy przychodziła, — kiedy odchodziła, mówiłem jej: do widzenia! wiedząc, że powróci. Ale mimo to wszystko nie przestawała być dla mnie bajecznym ptakiem, którego nie można schwycić...
Tak było dawniej...
Ale teraz rozumiem, że nie jest to przybysz, gdzieś z zaświata lecący; teraz wiem, że myśl tę noszę w sobie, że wzrosła razem ze mną i przebłyskiwała czasem z głębin mojej duszy, rzucona przed moje oczy, jakby zjawisko niepojęte, niewiadomo skąd przylatujące...
I teraz dopiero jestem spokojny. Nie czuję już dawnego dreszczu pożądania, bo wiem, że myśl tę, tego bajecznego ptaka o czarnych skrzydłach i świecących oczach, mam już w ręku, że przyjdzie, gdy go zawołam, a przez dłuższy czas nie wołany, nie odleci, lecz siedząc na swem gnieździe tam, głęboko w duszy mojej, będzie czekał, pewien, że chwila nadejdzie...
Tak, tak, jestem spokojny i już się tej myśli nie boję; znam ją. Jest dla mnie czemś pewnem, określonem, koniecznem. — Zawsze dziwił mnie ten odruchowy strach, jakim przejmowała mnie rzecz, skądinąd upragniona... Teraz i to rozumiem. Bałem się rzeczy obcej, przypadkowej, władającej mną, która mogła się stać albo nie stać, i niezależnie ode mnie wybrać tę lub owę chwilę, aby się dokonać... Dzisiaj pojąłem jej konieczność, jej pochodzenie odemnie samego i zależność jej od mojej woli. Musi się stać, a stanie się, gdy zechcę — i tak, jak zechcę, bez podniecenia, bez ulegania czemukolwiek, jako naturalne następstwo wszystkiego, co było, z zupełną świadomością i spokojnie, spokojnie...
I wobec tego nawet nie jest mi już pilno. Wszak to wszystko jedno, czy zrobię to za godzinę, czy jutro, za rok, czy za dziesięć lat... Rewolwer noszę zawsze przy sobie i gotów jestem każdej chwili, — a więc na cóż się spieszyć? — Owszem, mój stan obecnie ma w sobie wiele powabu; nie potrzebuję się już obawiać niczego, gdyż wiem, że niemasz rzeczy, którejbym nie zdołał uniknąć, a wszystko ciekawe, przyjemne, dobre, co mnie spotyka, jest dla mnie zupełnie pozytywnym zyskiem...
To tak, jak gdybym pokonawszy życie, zawarł z niem układ: dopóki mi się podobasz, pozwalam, abyś mi służyło, gdybyś jednak zechciało znowu próbować dawnej, okrutnej przewagi nade mną, otwieram drzwi — i...
A przy tem wszystkiem — nie mogę powiedzieć, abym miał wstręt do życia. Owszem, kocham je, — kocham je tak głęboko i silnie, że przez tę miłość właśnie...




Nie skończyłem zdania. Coś mi je przerwało i nawet nie pamiętam już w tej chwili, jaki miał być jego koniec. Naturalnie co do formy, bo treść jest jasna i czuję ją dzisiaj tak samo, chociaż to przecie parę miesięcy już upłynęło...
Myślałem przez ten czas wiele o swojem postanowieniu i podoba mi się ono coraz więcej. Cała rzecz w tem, aby się wszystko odbyło należycie: bez hałasu, bez tragedji, bez tego całego teatralnego aparatu, który ludzie zazwyczaj w takich wypadkach stosują. Pewnego pięknego poranku albo wieczora, wten czas, kiedy sam zechcę, strzelę sobie w łeb i rzecz skończona.
A właściwie nawet nie w łeb. Jest to ordynarne i dziwnie brutalne. Należy sobie życie odbierać strzałem w serce. To równie pewne, a nawet pewniejsze, jeśli się tylko dobrze wymierzy. Pod piątem żebrem, trzy palce poniżej brodawki na lewej piersi...
Przed paru dniami wyszukałem sobie to miejsce dokładnie i ściąłem brzytwą kawałek skóry. W ten sposób pozostanie blizna i wiem już, że nie chybię. Bo chociaż będę to robił w najzupełniejszym spokoju, to jednak zawsze możliwe jest jakieś chwilowe pomieszanie, jakaś nerwowość lekka, któraby mi utrudniła w danym momencie wyszukanie „celu“...
Bowiem bądź-co-bądź jest to krok stanowczy i dziwny. Nawet nie z tego powodu, że nie wiem, co mnie „potem“ czeka. To rzecz obojętna wobec tego, że choćbym najordynarniej w świecie umierał na łóżku, późnej dożywszy starości, tak samo nie wiem, co mnie czeka i zawsze w tę niepojętą noc pogrążyć się muszę. — Ciekawą rzeczą w mojem postanowieniu i w czynie, który niewątpliwie po niem nastąpi, jest właściwie ta okoliczność, że dobrowolnie i spokojnie w pewnym punkcie życia odwrócę się od niego i odejdę, jak gdyby ono już nic więcej dać mi nie mogło.
Podkreślam te wyrazy: dobrowolnie i spokojnie, bo są one osią całego mego postanowienia. Samobójcy zwykli nie umierają nigdy dobrowolnie ani spokojnie, choć zapewne łudzą się często, że tak jest właśnie. Afekt, nieszczęście, rozpacz, nuda — to powody zwyczajne, wykluczające same przez się wolny akt woli. Nie mówię już nawet o powodach tak zwanych samobójstw bez powodu, bo tutaj sprowadzająca je zazwyczaj choroba — umysłowe opętanie sui generis — jest czemś więcej niż powodem, jest przymusem, wobec którego o woli zgoła mówić nie można.
Ja będę jedynym, który zabiję się dobrowolnie i bez powodu.
I to jest właśnie ważne, aby się wszystko stało bez powodu...




Patrzę na ostatnie zdanie, przed dwoma czy trzema laty napisane i przychodzi mi na myśl, że pisząc je wówczas, nie zdawałem sobie nawet sprawy z jego doniosłości. Bo ostatecznie myślałem wtenczas mniej–więcej: zabiję się, kiedy mi się życie przestanie podobać. A przecież toby zależało od życia, nie ode mnie i czyn nie byłby dobrowolny. — Należy powiedzieć: zabiję się, kiedy mi się przestanie podobać — żyć! Rzeczownik zastępuję bezokolicznikiem i to zmienia cały sens zdania. Wtedy wszystko zawisło tylko ode mnie i nie powinno, nie może zależeć od zewnętrznych okoliczności.
Z chwilą, kiedy mam to przeświadczenie stałe, głęboko na dnie mózgu mojego gdzieś wyryte, jestem naprawdę wolny, jestem panem życia i śmierci, szczęścia i nieszczęścia, panem losu nawet.
Mogę odejść, kiedy mi się spodoba, — mnie, mnie samemu! Zarówno w chwili złej, jak i rozkosznej, zarówno dziś, jak za dziesięć lat! —
Za dziesięć lat! — wątpię, aby mi się chciało tak długo jeszcze bawić się życiem, w drapieżnych szponach moich uwięzionem i mocą własną — nieobjawioną! Prawdopodobnie uczynię to wcześniej, znacznie wcześniej... Po prostu dlatego, że pilno mi uczuć w tej jednej chwili wielmożność swoją i pańskość bezwzględną.
Z dziwnem uczuciem patrzę teraz na ludzi. Żal mi ich. Mówię z kimś na ulicy na przykład i myślę, że jest niewolnikiem, a ma przed sobą jedynego wolnego człowieka na ziemi, nie wiedząc o tem nawet. To bawi mnie nawet do tego stopnia, że czasem przerywam zdania i parskam śmiechem w twarz przypadkowemu towarzyszowi, który właśnie przed chwilą opowiadał mi o swoich troskach i kłopotach. A jeśli mnie znudzi gadanina niewolnika, który musi żyć, odwracam się do niego tyłem i odchodzę bez pożegnania, nie dbając często o to, co on o mnie pomyśli.
Mogę sobie pozwolić na to.
Jestem po prostu wszechmocny przez to, że jestem najzupełniej bezkarny. Wolno mi robić, co mi się żywnie podoba. Przed każdą karą i odpowiedzialnością mogę ujść, wychodząc tylko za drzwi — z uśmiechem i ukłonem, za te drzwi, przez które się już nigdy do życia nie wraca.
Oh! jakże mi się życie podoba, odkąd postanowiłem umrzeć! Doprawdy, że jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej zniknęły dla mnie od tej chwili wszystkie troski, wszystkie przykrości, lęki, niepokoje! Dobrze mi jest, tak dobrze niewypowiedzianie!




Znowu długo nic nie zapisywałem na tych kartach, (bo i poco?), ale to wczoraj było zbyt zabawne, aby sobie nie uświadomić całego zdarzenia raz jeszcze, notując je tutaj. —
Właściwie nie podobała mi się nigdy. Jest za chuda i niepokaźna, mimo, że przyznać muszę, iż profil ma nadzwyczajny i skórę przedziwnej słodyczy...
Nie wiem, co jej na tem zależy, aby uchodzić za kobietę wyzwoloną? W każdym razie zemściło się to na niej. Ja właściwie nie lubię sielanek, a wczoraj wieczorem mżył ponadto drobny deszczyk, tak, że spacer w ogrodzie nie należał zgoła do przyjemności. Powiedziałem jej, że jest już późno i powinna iść do domu, bo rodzice będą się gniewać na nią. Zdaje się, że to ją oburzyło. (Ludzie, a nawet kobiety, tak lubią wmawiać w siebie, że są wolni! —).
— Jeśli mi się spodoba, nie pójdę wcale do domu! Mam właśnie ochotę całą tę noc przegadać z panem!
— Dobrze, moja pani, ale ośmielam się zauważyć, że deszcz pada. Ponieważ zaś pani o tym czasie przyjąć mnie u siebie nie może, a ja nie mam ochoty wracać do restauracji, gdzieśmy już byli przed godziną (pani pod pozorem, że idzie do teatru), więc nie pozostawałoby nic innego, jak iść do mnie. Na to zaś pani chyba się nie zgodzi...
— Dlaczego?!
Rzuciła to całkiem wyzywająco, ale tak głupio, że mnie aż śmiech w gardle zadławił.
— Ha! jeśli wola...
Nie mieszkam właściwie tutaj nigdzie, to jest stoję chwilowo w hotelu. Pojechaliśmy dorożką. Dryndziarz przypatrywał nam się wcale obraźliwie chociaż dyskretnie, również portjer, który nadto, niby przypadkiem, zaświecił latarnią w oczy mojej towarzyszce. Nie okazała mniejszego zakłopotania; podejrzywam ją, że po prostu nie rozumiała...
W pokoju dopiero zauważyłem, że lęk ją ogarnął. Pokrywała go nieszczerym śmiechem, usiłując przezabawnie znaleść się „na wysokości sytuacji“ i zachowywać się niby swobodnie. I to ją ostatecznie zgubiło. Było nudno i chciało mi się spać, dla rozrywki tedy począłem ją uwodzić.
Nie byłbym nigdy przypuścił, że w tem mizernem ciałku może się mieście taka doza temperamentu. Kiedy ją wreszcie pocałowałem, niby żartem, stanęła cała w ogniu. Drżała febrycznie we wszystkich członkach; wiedziałem już, na czem się to skończy.
W pewnej chwili, wskazując mi nieświadomym ruchem dłoni zapinkę od stanika, której ja na oślep znaleść nie mogłem, wyszeptała przez zacinające się zęby:
— Ale ty mi... nic złego... nie zrobisz?
(Mówiliśmy sobie już od godziny po imieniu).
Zakląłem się solennie, że jej nic złego nie zrobię. W godzinę oddała mi się najzupełniej, a właściwie ja ją wziąłem, bo widzi mi się, że ona nie zdawała sobie zgoła sprawy z tego, co robi.
I tutaj zaczyna się historja najzabawniejsza. Siadłem przy łóżku, na którem ona w bieliźnie leżała i zapaliłem papierosa, myśląc, że jestem głodny, a nie mam w domu nic do zjedzenia. Ona tymczasem uniosła się na łokciu i patrzyła na mnie szeroko rozwartemi oczyma.
To ja... to ja już naprawdę do ciebie należę? — mówiła z tak szczerem zdumieniem, że musiałem się schylić, aby ukryć śmiech mimowolny. Nagle — i dla mnie najniespodziewaniej — zerwała się i przypadając ustami do mojej ręki, zaczęła mówić bezładnie w dziwnem podnieceniu, że ona mnie kocha, że chce sługą moją być, psem lub czemś podobnem, bylem ja jej teraz nie opuścił... Włosy rozwiązane zsypały jej się z ramion; widziałem biały, drobny jej kark i plecy obnażone...
Położyłem ją zwolna na poduszkach i począłem jej się znowu przypatrywać. Jest stanowczo zbyt chuda, — a nadto mina jej płaczliwa i zalękniona wcale mi się nie podobała.
— Kochasz mnie? — szepnęła, uśmiechając się przez spadające na usta włosy.
Potrząsnąłem głową.
— Nie.
Nie wierzyła zrazu. Wzięła to za żart. Musiałem jej powtórzyć wyraźnie:
— Wcale cię nie kocham. Nie podobasz mi się. Nigdy mi się nie podobałaś.
Trzeba było widzieć to niesłychane przerażenie, potem zdumienie w jej oczach! I wstyd, wstyd...
— Więc dlaczegóż... dlaczego...?
Nie dokończyła pytania. Nagle oczy dłońmi zasłoniła i zwinąwszy się w kłębek jak zranione zwierzątko, wybuchnęła dzikim płaczem, jakiego nigdy w życiu nie słyszałem...
Położyłem się spać na kanapie.
Kiedy się zbudziłem rano, już jej nie było. Nie słyszałem nawet, jak się ubrała i wyszła.
Jestem dzisiaj niewyspany i zmęczony, ale mimo to mam dziwnie przyjemne uczucie, ilekroć przyjdzie mi na myśl to całe wczorajsze zdarzenie. — Na tej dziewczynie bynajmniej mi nie zależało — i to jest obojętne. Chodzi o to, że stwierdziłem w tym wypadku własną wolność, którą zawdzięczam postanowieniu mojemu...
Gdybym miał żyć, wogóle gdybym żył inaczej, niż teraz, to jest nie uważał, że każdej chwili odejść mogę, wtedy prawdopodobnie oceniałbym takie rzeczy ze stanowiska życiowego i byłbym patetyczny. Powiedziałbym sobie, że to było łajdactwo. Byłby to wynik myśli o konsekwencjach i o możliwym sądzie innych ludzi. Ale mnie obecnie to wszystko zgoła nie obchodzi — i wobec tego myśl ta nie tylko nie przyszła mi przed czynem, aby mnie od niego powstrzymać, ale nawet teraz po dokonaniu go nie pojawia się, czego dowodem brak jakichkolwiek wyrzutów sumienia.




Miałem to już dzisiaj zrobić, ale nie zrobiłem z tego właśnie powodu, dla którego miałem zrobić...
To przed paru dniami było istotnie łajdactwem. Nie jest to „wyrzut sumienia“; to tylko objektywne i celowe ocenienie pewnego faktu. Ta dziewczyna zgoła mnie nie obchodzi, ale ja sam siebie obchodzę w tym wypadku.
To postąpienie moje było niewątpliwie objawem najzupełniejszej wolności, nieliczenia się absolutnie z niczem. Czy to był jednak tylko przypadek, tak zwany: zbieg okoliczności, że postępując swobodnie, spełniłem łajdactwo? Obawiam się, że nie, — rzecz ma w sobie jakieś głębsze korzenie... A mianowicie dylemat: albo natura moja jest tego rodzaju, że wyzwolona pcha mnie do czynów bądź co bądź wstrętnych, albo też wogóle taki jest porządek świata i życia, iż tylko w wędzidle i w pętach żyć można pięknie, to znaczy nie czyniąc krzywdy niepotrzebnej nikomu...
Właściwie nie powinnoby mnie to wcale dręczyć, a przecież taki dziwny niesmak mnie przejmuje, że po prostu, aby się od tych myśli uwolnić, miałem już zamiar...
Ale kiedy byłem już najzupełniej przygotowany i przykładałem błyszczącą lufkę do blizny pod lewą piersią, zrozumiałem naraz, że nie różnię się w tej chwili niczem od zawiedzionej szwaczki, która ze wstydu wskakuje do wody — —
Nie! nie! tak nie można! Niechże moje panowanie nad życiem nie będzie czczym wyrazem! W spokoju, w piękności — ! Wyłącznie dlatego, że w tym momencie...




Tu brak kilku kart w rękopisie. Wątpię, by je wydarł sam ś. p. Alojzy Rokoko; przypuszczam raczej, że po jego śmierci już ktoś uszkodził przypadkowo te zapiski, nie zdając sobie sprawy z ich ciekawej treści. Na stronie dalszej znalazłem, co następuje:
...a morze kołysze się cicho w takt przede mną. Myślę o tych długich latach ubiegłych i dziwnie mi czegoś żal: nawet nie młodości, co przeszła, nawet nie tych sił, rozpierzchłych gdzieś i niewiadomo kiedy... Nie powinienem był żyć tak długo. Ale doprawdy, to tak trudno znaleść moment odpowiedni. Tak trudno zdać sobie sprawę, że właśnie ten moment jest odpowiedni.
Przecież ostatecznie resztę majątku, nadszarganego tamtemi wszystkiemi szaleństwami zebrałem i wyjechałem w świat, aby tutaj w południowem słońcu chwycić tę chwilę, blizką niby a ulotną...
Smutek idzie za mną i nie pozwala mi się zabić. Szczególne to, a jednak prawdziwe. Próżno czekam owego natchnienia, owej boskiej beztroski, która pozwala odejść w wieńcu z róż...
Przeoczyłem jakąś chwilę, minąłem ją — i na darmo chcę ją teraz przywołać. Powinienem to był zrobić dawno. Pamiętam: wówczas przed kilku laty na przykład, kiedy wróciłem raz letnim wieczorem do domu z tem niepojętem a rozkosznem uczuciem radości życia, z tem upajającem wrażeniem bezwzględnej swobody... Właściwie zgoła bez przyczyny. Dzień był taki, jak wszystkie inne, może tylko jaśniejszy i cieplejszy trochę niż zazwyczaj, może trochę więcej złoty od zachodzącego słońca. Pamiętam to tak dokładnie — i tylko nie umiem sobie już dzisiaj zdać sprawy, czy mi wówczas żal było tej chwili, czy jaka inna przeszkoda...
Coś się we mnie przesiliło. Nie umiem już znaleść drugiego takiego dnia, choć go szukam (może właśnie dlatego?) i chociaż wiem, że odszedłbym wtedy w spokoju.
Mieni się w słońcu morze przede mną, wielkie, rozkołysane, a tak dziwnie, tak upiornie ciche... Gdzież jest moja śmierć? Czy nazbyt długo ją w myśli nosiłem? — tak długo, aż ona...
Nie! nie! — tego nie chcę myśleć.




Przegrałem dzisiaj wszystko w ruletę. Dostanę paręset franków na powrót i — wrócę. Teraz stanowczo nie mogę się zabijać: byłoby to zbyt głupie. Czyż na to tyle lat tę myśl cudowną w sobie nosiłem, aby nareszcie pewnego dnia, kiedy są wszelkie pozory, iż to z powodu przegranej —? Wracam tedy do domu. Byłem niegdyś urzędnikiem, mogę wstąpić napowrót do służby. A kiedy już będę na stanowisku, wtedy —
Tak, wtedy. Teraz trzeba wracać. —




Doprawdy, że przypadkiem dzisiaj po tylu latach ten zeszyt znalazłem i piszę w nim znowu kilka słów jedynie dlatego, żem go znalazł. — Bo nareszcie cóż mogę mieć sam sobie do powiedzenia? Wszystko tak ciężko mi idzie, że trudno się zdecydować — chociaż to czas już ostatni...
Należało nie zwlekać, lecz wówczas, w Monte Carlo... Cóż mnie mógł sąd ludzi obchodzić? Dzisiaj jest sytuacja zupełnie zmieniona. Wół roboczy, który nareszcie zrzuca jarzmo, — takie to wstrętne, takie głupie...
Trzeba jeszcze czekać; — tylko: bo ja wiem na co? Chyba na starość pogodną, która się już zbliża. Tak jest, to, zdaje mi się, będzie najlepiej. Wtedy, kiedy wszyscy ludzie pragną żyć i dni swoich strzegą, — wtedy właśnie będzie czas najodpowiedniejszy. Tak, jak gdyby jesiennym wieczorem, wyrzekając się ostatnich dni słonecznych...




Zastanowił mnie kiedyś ten dziwny zbieg okoliczności, że ja właściwie nigdy nie miałem przyjaciół. — Tak się przeszło jakoś przez życie — w dobrem i w złem zawsze samotnie. Przeszło się! — bo o tem niema co mówić: życie jest już poza mną.

A ze zdumieniem myślę o tem, że jest poza mną, że było wogóle — i to mniej-więcej podobne do życia wszystkich innych ludzi, mimo żem ja żył przecież inaczej: dniami i godzinami, które podarowałem sam, wiedząc, że odejść mogę każdej chwili.
Ale bądź co bądź nie odszedłem dotąd i tylko w skutku pokazało się, że nie miałem się czasu z nikim zżyć, do nikogo przylgnąć, nikogo do siebie przywiązać. — Zapewne, tak musiało być. Któż w oberżach przydrożnych, na jednogodzinnym popasie zaprzyjaźnia się z przypadkowo spotkanymi ludźmi? Jeno, że nie myślałem jakoś, abym miał iść tak długo, w drogę tak daleką...
Czas mi odejść, stanowczo! Jutro to zrobię — albo może jeszcze dziś — ?




Właściwie źle się stało, że byłem u lekarza. Ta drobna dolegliwość nie powinna mnie już była nic obchodzić, a teraz — kiedy usłyszałem, że może się długo przeciągnąć, zaczyna mnie naprawdę niepokoić.

Muszę się jeszcze zastanowić, jak postąpić wobec tego wszystkiego. — Czy teraz śmierć moja — niby dobrowolna — nie byłaby raczej tchórzliwą ucieczką przed tą chorobą, przed cierpieniami, jakie mnie mogą czekać? —
Eh, głupstwo! Prawdopodobnie przejdzie wkrótce wszystko i będę mógł nareszcie wypełnić spokojnie... Nie czuję się przecież chorym, a lekarz...




Od paru miesięcy jest mi coraz gorzej. Bóle takie straszliwe i jeść już nic nie mogę. Boję się, boję się...




Rozpacz mnie ogarnia po prostu... Nie mogę już... O, Boże! żeby to mieć dość siły, żeby się to zdobyć na to, co mi się tak łatwem, tak prostem wydawało i uwolnić się od cierpień!
Nie rozumiem tego wszystkiego, ale ręka mi drży, ilekroć wezmę rewolwer i zimny pot na czoło spływa. Już nie potrafię. Co się stało? skąd? dlaczego? jakim sposobem? Przecież byłem tak pewny, że dość mi chcieć, że to od woli mojej najzupełniej zależy... Czegóżem zwlekał? Może już wówczas — przez całe życie — bałem się, nie zdając sobie tylko sprawy z tego i oszukiwałem się różnymi pozorami? A teraz, gdy chwila nadeszła, ostateczna już chwila...




Na tem niedokończonem zdaniu urywają się skąpe i fragmentaryczne zapiski ś. p. Alojzego Rokoko. Chorował parę lat i umarł na raka w żołądku, wkrótce po operacji, której sam się dopraszał. Opowiadano mi, że w ostatnich miesiącach życia bał się niesłychanie śmierci i błagał wszystkich, aby go ratowali, domagał się lekarstw, albo znów nie chciał ich wcale przyjmować, w strachu, że chcą go niemi otruć.
Panie świeć nad jego duszą.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jerzy Żuławski.