Amaury de Leoville/Tom III/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Amaury de Leoville
Data wyd. 1848
Druk Józef Tomaszewski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Amaury
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


III.

Amory nie byt zupełnie obcy dla Hr. de Mengis; widzieli się oni nie razu p. d’Avrigny, ale stosunki ich byty zimne i ograniczone. — Bo jest magnes jakiś co popycha młodych ku sobie, i co oddala młodego człowieka od starca.
Amory nazajutrz udał się do Hr. de Mengis.
List Antoniny już uprzedził Hrabiego o spodziewanej wizycie. Chciała ona starego swego przyjaciela zawiadomić o woli pana d’Avrigny, chciała, aby wiedział że wuj jéj oddał, a raczéj pozwolił młodzieńcowi opieki nad nią; chciała uczynić to przedewszystkiem, aby usunąć wszelkie tym sposobem pytania, wątpliwości i zadziwienia, co mogłoby obrażać młodego jej opiekuna, albo w przykre stawiać go położenie.
Dla tego więc Hrabia czekał już — a gdy Amory przybył, przyjął go, jako człowieka w którym, jak wiedział, p. d’Avrigny nieograniczone położył zaufanie.
— Nieskończenie rad jestem, mówił mu Hrabia, że mój biedny i kochany doktór dodał mi pomocnika w trudnych obowiązkach opieki nad Antoniną, i tém bardziéj rad jestem temu, że pan, dzięki młodości swój, bez wątpienia lepiéj odemnie potrafisz czytać w sercu 18to letniej dziewicy, i mając prawo widywania się z p. d’Avrigny, będziesz mógł mię objaśnić względem zamiarów mego przyjaciela.
— Nieszczęściem! panie, rzekł Amory ze smutkiem, młodość moja dużo się zestarzała odkąd nie miałem przyjemności widzieć pana, a przez te sześć miesięcy, ja tyle nad własném zastanawiałem się sercem, że doprawdy niewiem, czy będę umiał badać serca innych.
— Tak — ja wiem, rzekł Hrabia, jakie pana dotknęło nieszczęście, i wiem jak cios był straszliwy.
Miłość twoja dla Magdaleny — było to uczucie potężne, co chłonie w siebie życie całe. Ale im więcej kochałeś pan Magdalenę, tém więcéj powinieneś czuwać nad jéj kuzynką, nad siostrą jéj, bo tak przecież, jeśli się nie mylę, Magdalena nazywała naszą kochaną Antoninę.
— Tak panie, Magdalena czule kochała swoję kuzynkę, chociaż ostatniemi czasy, zdawaćby się mogło, że przywiązanie jéj zmniejszyło się nieco. Ale sam p. d’Avrigny mówił, że to był skutek choroby, kaprys gorączki.
— Pomówmy więc panie otwarcie — p. d’Avrigny, chce ją wydać za mąż, prawda?
— Zdaj mi się.
— A ja pewny jestem tego. Czy nie mówił panu o kim?
— Mówił mi o wielu.
— Ale o synu przyjaciela swego, nic panu nie mówił?
Amory pojął, że niepodobna ociągać się dłużéj.
— Wczoraj wymówił w obec mnie imię Vice-Hrabi Rudolfa de Mengis.
— Mojego, synowca tak, ja widziałem, że to było życzeniem tego kochanego d’Avrigny. Pan wiesz zapewne, że myśliłem także prosić o rękę Magdaleny dla Rudolfa.
— Wiem panie.
— Nie wiedziałem, że d’Avrigny przyrzekł już panu jéj rękę ale ledwo mi rzekł słowo o tém przyrzeczeniu, cofnąłem prośbę moją, naturalnie. Przyznam się panu, późniéj prawie ponowiłem prośby moje o Antoninę, i mój biedny przyjaciel, oświadczył mi, że on wcale się temu sprzeciwiać nie będzie. — Czyż otrzymawszy jego przyzwolenie mogę się spodziewać, że i pan nie odmówisz mi swego?
— Bez wątpienia panie Hrabio, bez wątpienia, odpowiedział Amory, nieco zmieszany, i jeśli Antonina kocha synowca pańskiego.... Ale przepraszam, zdaje mi się, że vice hrabia był przy poselstwie w Petersburgu?
— Tak panie, jest drugim sekretarzem; ale wziął urlop.
— A więc przyjedzie niedługo? pytał Amory z lekkiém serca ściśnieniem.
— Przyjechał wczoraj, i będę miał przyjemność przedstawić go panu, bo właśnie wchodzi.
W saméj rzeczy, w téj chwili, na progu drzwi ukazał się młodzieniec wysoki, brunet; twarz jego była spokojna i zimna, ubiór staranny nadzwyczaj; na fraku jaśniała wstążka legii honorowej, gwiazdy północnéj szwedzkiéj, i Séj Anny rossyjskiéj.
Amory jednym rzutem oka ocenił wszystkie korzyści jakie miał nad nim, ten nowy towarzysz w dyplomacyi.
Hrabia de Mengis wymienił oba z kolei imiona; oba młodzieńcy skłonili się sobie obojętnie, ale ponieważ w pewném kole ludzi obojętność należy do zalet, dla tego p. de Mengis nie zwrócił najmniejszéj uwagi na tę niechęć, jaką synowiec jego i Amory niby instynktownie ku sobie okazywali.
Jednakże oba wyrzekli kilka słów oklepanych, Amory znał dobrze ambassadora przy którym de Mengis pracował. Sposób w jaki traktowano poselstwo francuzkie w Petersburgu, stanowił treść rozmowy: de Mengis unosił się w pochwałach nad dworem. Rozmowa jednak zaczynała już stygnąć nieco, gdy lokaj otworzywszy drzwi oznajmił przybycie p. Filipa Auvray.
Przypomni sobie każdy zapewne, że Filip zwyczajnie przychodził do Hrabiego we wtorki, czwartki i soboty, i razem potem udawali się do Antoniny. — Stara Hrabina de Mengis bardzo cieszyła się z tego zwyczaju, bo Filip był dla niéj nadskakujący, jak tylko można.
Amory więcéj niż obojętnym był dla Filipa. Ubliżał mu widocznie. — Biedny Filip, zobaczywszy swego towarzysza, o którego powrocie nie słyszał wcale, zmieszał się nie pomału. Nie mniej przeto zbliżył się do niego i rumieniąc się i bąkając wyjąkał kilka słów przyjaznych o powrocie jego z podróży. Amory odpowiedział mu skinieniem głowy dosyć upokarzającym; a gdy Filip grzeczny i uniżony, nie przestawał oświadczać mu radości swojéj, Amory odwrócił się zupełnie od niego i oparłszy się o komin, wziął ekran i bawił się licząc skrzydła jego.
Młody de Mengis uśmiechnął się nieznacznie patrząc na Filipa, który z kapeluszem w ręku stał na środku salonu, rzucając wkoło siebie błędnemi oczyma, niby żebrząc zlitowania i pomocy.
Pani de Mengis weszła: Filip ocalał; odetchnął mocno i posunął się ku niéj.
— Panowie! rzekł Hrabia, pięcioro nas nie zmieści się w jednym powozie; ale sądzę że Amory ma swą karetę?
— Mam panie Hrabro, zawołał Amory, i mogę ofiarować miejsce p. Vice-hrabi.
— Właśnie chciałem oto prosić, rzekł Hrabia.
I młodzi dyplomaci skłonili się znowu.
Łatwo domyśleć się, że Amory dla tego tylko tak się pospieszył, aby go przypadkiem nie proszono, żeby zabrał Filipa; z dwojga złego mniejsze wybierał.
P. d’Mengis, Hrabina i Filip siedli do szanownego powozu Hrabiego; Amory i Rudolf jechali za nimi w karecie. Przed domem na ulicy Angouleme stanęli. Amory od sześciu miesięcy tam nie był. Służba była taż sama. Zobaczywszy go, wszyscy dziwili się i cieszyli, a na oświadczenia ich Amory, wypróżniając kieszenie, odpowiadał lekkim uśmiechem. W przedpokoju Hrabia de Mengis zatrzymał się.
— Panowie, rzekł im, uprzedzam was, że u Panny Antoniny zastaniecie z pięciu lub sześciu moich rówienników, którzy zachwyceni jéj dobrocią, z przyjemnością trzy razy na tydzień schodzą się u niéj akuratnie. I to muszę wam jeszcze powiedzieć, Panowie, że aby się podobać Antoninie, potrzeba aby młodzi przedewszystkiem starali się o względy starych.
Teraz panowie, kiedy już wiecie rzeczy najgłówniejsze, wejdziemy jeśli chcecie.
Wieczory dawane przez 18sto letnią dziewicę, i starców co już po 70 lat żyli na święcie, były bardzo skromne i ciche. Dwa stoły do gry po rogach salonu, dwa krosna na środku dla Antoniny i panny Brown, krzesła na około krosienek dla tych, co woleli rozmową się zabawiać — takie były przygotowania tych zgromadzeń. O dziewiątéj podawano herbatę, o 11ej każdy już był u siebie. Dotąd, powiedzieliśmy, jeden Filip z młodzieży miał wstęp do tego przybytku. Jednakże, mimo tę prostotę i jednostajność, Antonina dokazała tyle, że jéj sześćdziesięcioletni przyjaciele oświadczali głośno, że nigdy lepiej czasu nie spędzali jak na jej wieczorach, nawet wtedy kiedy włosy ich nie były jeszcze tak białe jak teraz.
Był to zaiste piękny tryumf; i Antonina aby go sobie zapewnić, musiała ciągle się krasić wesołością zawsze gotową i chętną, i uśmiechem miłym i ponętnym, i humorem wiecznie jednakim. Wejście do salonu głębokie na Amorym uczyniło wrażenie. Antonina siedziała na tém samem miejscu, na którym zwykle siadać lubiła; ale na tém samem miejscu i Magdalena nieraz siedziała. Był właśnie rok dopiero od tego czasu, w którym otworzyliśmy czytającym pierwszą kartkę téj powieści, jak Amory wszedł na palcach do salonu, i przestraszył obie kuzynki, które lekki okrzyk wydały. — Tą razą nikt go takim głosem nie przyjął. Antonina tylko, słysząc imiona kolejno przez lokaja wymawiane, mi imię kochanka Magdaleny zarumieniła się i zadrżała.
Ale, każdy rozumie, że nie na tém miały się skończyć wspomnienia młodzieńca. — Salon, wychodził na ogród. W tym ogrodzie był cały świat wspomnień dla niego. Dla tego kiedy układano partye whiśta i bostona, a reszta niegrających kopiła się w okół Antoniny i P. Brown, Amory, który nie mógł zupełnie zapomnieć o tém, że jest prawie u siebie, wysunął się do ogrodu.
Niebo czyste jaśniało gwiazdami, powietrze było ciepłe i wonne. — Czuć było można, że wiosna wychodząc na świat już skrzydełkami bije. Natura w każde stworzenie wlewała moc i życie, które się tai w lekkich majowego wiatru powiewach. Już było kilka dni pięknych i kilka miłych nocy już było. Kwiaty co prędzéj wykwitnąć się starały, lilje już przechodziły prawie. To też rzecz dziwna! — Amory niedoświadczył w tym ogrodzie wzruszeń bolesnych, których był szukał. — I tu, tak jak w Heidelburgu, życie było wszędzie i we wszystkiem. Wspomnienie Magdaleny, bez wątpienia przebywało w tych miejscach, ale spokojne i pocieszone. — W powiewie wiatru słyszał Magdaleny głos, i w wonności kwiatów czuł oddech jej. I kolce krzaków różanych czepiały się sukni jego: a ileż razy zbierał on tu róże z Magdaleną! Ale to wszystko nie było smutne, ale owszem zdawało się że woła do niego:
— Niema śmierci, Amory, są dwa życia tylko, życie na téj ziemi i życie w niebie!
Nieszczęśliwi, których ziemia do siebie przykuć umiała — błogosławieni co już w niebie są.”
Amory był niby oczarowany, i wstydził się sam siebie, oburzał się że ten ogród co był rajem jego dzieciństwa, splecionego z dzieciństwem Magdaleny, — tak słabe i łagodne na nim robił wrażenie. — Odwiedził miejsce to, gdzie po raz pierwszy usta ich wymówiły wyraz kochania, i wspomnienia téj pierwszéj miłości wydały mu się pełnemi wdzięku, ale nie miały w sobie nic, coby serce rozdarło i zakrwawiło. Potem siadł pod tém sklepieniem liliowem, na téj ławce fatalnéj, na któréj śmiertelny dał pocałunek kochance.
Tam, rozmyślnie napełniał pamięć swoją najboleśniejszemi szczegółami jéj choroby. O! cóżby on dał, żeby mógł odzyskać ten potok łez, co tak obficie przed 6cią miesiącami płynęły! Teraz wszystko to rozczulało go tylko tkliwie. Oparł głowę o gałęzie, zamknął oczy, zagłębił się sam w sobie, i cisnął serce, cisnął mocno, chcąc choć kilka łez z niego wydobyć. Napróżno! — Zdawało mu się, że Magdalena była przy nim; powietrze co mu odświeżało twarz — to tchnienie ukochanéj dziewicy; liście co muskały mu czoło — to jéj złote włosy rozwiane: złudzenie było dziwne, żywe, niesłychane; zdało mu się, że czuje jak ławka ugięła sic, jak gdyby Magdalena przy nim siadła; oddech jéj byt mocny jak w straszliwy wieczór ten, i pierś wznosiła się i opadała w gorączce — złudzenie było zupełne. Wymówił parę wyrazów bez znaczenia i wyciągnął rękę........
I drugą rękę napotkał.
Otworzył oczy i w pierwszéj bojaźni wykrzyknął. — Przed nim stała kobieta.
— Magdalena! zawołał.
— Nie — odpowiedział głos — to Antonina tylko.
— O! Antonino, Antonino! wołał młodzieniec cisnąc ją do serca, i w przepełnieniu zbyt wielkiéj może radości znalazł nareszcie łzy, których w smutku szukał napróżno. — Antonino! widzisz, o niéj myśliłem. Był to głos dumy zadowolonej; Amory płakał — i był ktoś, co mógł widzieć jego łzy. I mógł wypowiedzieć smutek swój, i mówił z taką prawdą, że sam w to co mówił uwierzył.
— Tak! rzekła mu Antonina, domyślałam się, że jesteś tutaj, — i męczysz się znowu; dla tego wymknęłam się z salonu i przybiegam do Ciebie. Pójdziesz ze mną! dobrze?
— Dobrze, rzekł Amory, pozwól mi tylko utrzeć łzy. Dziękuje ci za twoje troskliwość i za przyjaźń twoją braterską dziękuję Ci, siostro moja.
I Antonina znikła jak gazella; bo czuła że w salonie nie powinni wiedzieć o jéj wycieczce.
Amory patrzał za nią; biała jéj suknia to nikła za drzewami, to ukazywała się znowu.
Nareszcie Antonina szybko jak cień, po wschodach weszła do salonu i zamknęła drzwi.
W kilka chwil potem Amory wszedł także i P. de Mengis z westchnieniem wskazał żonie na czerwone oczy młodego ich przyjaciela.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.