Chłopi (Balzac)/Część druga/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoré de Balzac
Tytuł Chłopi
Wydawca Księgarnia F. Hoesick
Data wyd. 1928
Druk Zakłady Drukarskie Galewski i Dau
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV.
TRYUMWIRAT Z LA-VILLE-AUX-FAYES.

Ostrożny lichwiarz włożył swoją żonę i Jana do tego, aby się kładli wcześnie i wstawali o świcie, dowodząc im, że dom będzie najbezpieczniejszy kiedy on będzie czuwał do północy a wstawał późno. Nietylko zdobył sobie w ten sposób spokój od siódmej wieczór aż do piątej rano, ale jeszcze przyzwyczaił żonę i Jana aby szanowali sen jego i jego Agary, której pokój mieścił się za jego własnym.
Tak więc, nazajutrz rano, około wpół do siódmej, pani Rigou, która sama zajmowała się podwórzem wspólnie z Janem, przyszła zapukać nieśmiało do drzwi męża.
— Jegomość, rzekła, kazał się jegomość obudzić.
Dźwięk tego głosu, postawa żony, jej mina lękliwa i posłuszna rozkazowi którego wykonanie mogło być źle przyjęte, wszystko malowało głęboką abnegację biednej istoty oraz przywiązanie jej do tego zręcznego tyrana.
— Dobrze! dobrze! krzyknął Rigou.
— Czy mam obudzić Anusię? spytała.
— Nie, daj jej spać!... Była na nogach całą noc, dodał serjo.
Ten człowiek był zawsze poważny, nawet kiedy sobie pozwalał na żart. Anusia w istocie otwierała tajemnicze drzwi Sibiletowi, Fourchonowi, Katarzynie Tonsard, z których każde przybyło o innej godzinie, między jedenastą a pierwszą.
W dziesięć minut później, Rigou, ubrany staranniej niż zwykle, zeszedł i powiedział żonie: Dzień dobry, moja stara! co ją uszczęśliwiło bardziej, niż gdyby ujrzała generała Montcornet u swoich stóp.
— Janie, rzekł do ex-braciszka, nie opuszczaj domu, nie daj mnie kraść, straciłbyś na tem więcej odemnie!...
W ten sposób, mięszając pieszczoty i pogróżki, nadzieje i połajanki, mądry ten egoista uczynił swoich troje niewolników wiernymi i przywiązanymi jak psy.
Rigou, wciąż jadąc górą aby uniknąć Krzyżowego wzgórza, przybył na rynek w Soulanges około ósmej.
W chwili gdy przywiązywał lejce do najbliższego słupka u furtki, okiennica otwarła się, ukazała pocentkowaną ospą twarz Soudryego, której wyraz małych czarnych oczków przydawał sprytu.
Na początek przetrąćmy coś, bo nie zdążymy na śniadanie do La-Ville-aux-Fayes przed pierwszą.
Zawołał cicho służącą, młodą i równie ładną jak Anusia; gdy zeszła bez hałasu, kazał jej podać szynki i chleba, poczem sam poszedł do piwnicy po wino.
Rigou oglądał po raz tysiączny tę jadalnię wyłożoną dębem, z tynkowanym sufitem, strojną pięknym piecem i wspaniałym zegarem po pannie Laguerre. Oparcia krzeseł były w kształcie lir, drzewo lakierowane biało, siedzenia zielone safjanowe, goździki złote. Masywny mahoniowy stół pokryty był zieloną ceratą w wielkie ciemne kraty, obwiedzioną zielonym pasem. Posadzka w deseń, starannie utrzymana przez Urbana, świadczyła o staranności, z jaką dawne pokojówki każą się obsługiwać.
— Ba! to za drogo kosztuje, powiedział sobie Rigou... W mojej jadalni je się równie dobrze jak tutaj, a mam dochód od pieniędzy, które trzebaby wydać na te niepotrzebne zbytki. Gdzież jest pani Soudry, spytał mera, który ukazał się zbrojny w czcigodną butelkę.
— Śpi.
— A ty już nie mącisz jej snu, rzekł Rigou.
Były żandarm mrugnął filuternie okiem i pokazał szynkę, którą wnosiła ładna służąca Joasia.
— To orzeźwia człowieka, taki ładny kąsek, rzekł mer; robiona w domu; napoczęta ledwo wczoraj...
— Ej, kumie, nie widziałem u ciebie tej dziewuszki? gdzieś ją wyłowił? szepnął ex-benedykt do ucha Soudryego.
— Jest jak ta szynka, odparł żandarm mrugając znowu, mam ją od tygodnia.
Joasia, jeszcze w nocnym czepeczku, z bosemi nogami w pantoflach, w pospiesznie, chłopskim sposobem wdzianym staniku z chusteczką, która niedostatecznie kryła jej młode i świeże wdzięki, była nie mniej apetyczna od szynki chwalonej przez Soudryego. Była nieduża i pulchna; czerwono pocentkowane gołe ramiona kończyły się grubemi rękami o krótkich i ładnie zakończonych palcach, które zwiastowały bujne zdrowie. Była to prawdziwa twarz Burgundki, rumiana ale o białych skroniach, szyi, uszach, włosy ciemne, oczy nieco skośne, nozdrza szerokie, usta zmysłowe, nieco puszku na policzkach; do tego żywy wyraz złagodzony skromną i obłudną minką, która czyniła z niej wzór służącej-szelmeczki.
— Na honor, Joasia podobna jest do szynki; rzekł Rigou. Gdybym nie miał Anusi, chciałbym mieć Joasię.
— Jedna warta drugiej, odparł ex-żandarm, bo twoja Anusia jest słodka, biała, milusia... Jak się miewa pani Rigou?... czy śpi?... spytał nagle Soudry, aby pokazać kumowi Rigou że się rozumie na żartach.
— Budzi się z kogutem, odparł Rigou, ale kładzie się spać z kurami. Ja czytuję do późna Constitutionnel. Wieczór i rano żona pozwala mi spać, i nie weszłaby do mnie za nic w świecie...
— Tutaj zupełnie naodwrót, odparła Joasia. Pani siedzi z gośćmi przy kartach, jest ich czasami piętnastu w salonie; pan kładzie się o ósmej a wstajemy o świcie...
— To się wydaje inaczej, ale w gruncie to jest to samo. Słuchaj, piękne dziewczę, przyjdź do mnie, ja przyślę Anusię tutaj, to będzie to samo, a będzie inaczej.
— Stary ladaco, rzekł Soudry, zawstydziłeś ją.
— Jakto, żandarmie! chcesz tylko jednego konia w stajni?... Ostatecznie, każdy szuka szczęścia tam gdzie je znajduje.
Na rozkaz pana Joasia poszła mu przyrządzić wszystko do ubrania.
— Przyrzekłeś się z nią ożenić po śmierci żony? spytał Rigou.
— W naszym wieku, odparł żandarm, zostaje nam już tylko ten środek.
— Przy ambitnej dziewczynie, to byłby sposób aby zostać rychło wdowcem, odparł Rigou; zwłaszcza gdyby pani Soudry mówiła przy Joasi o swojej metodzie mydlenia schodów.
Zdanie to pogrążyło dwóch mężów w zadumie. Kiedy Joasia oznajmiła że wszystko gotowe, Soudry rzucił jej: „Chodź mi pomóc“, co przyprawiło o uśmiech ex-benedyktyna.
— Oto jeszcze różnica, rzekł, ja zostawiłbym cię z Anusią bez obawy, mój stary.
W kwadrans potem, Soudry, paradnie wystrojony, wsiadł do karjolki i dwaj przyjaciele okrążyli jezioro Soulanges aby się udać do La-Ville-aux-Fayes.
— A ten zamek?... rzekł Ritgou, dojeżdżając do miejsca, z którego zamek ukazał się z profilu.
Stary rewolucjonista wyrzekł te słowa tonem zdradzającym nienawiść, jaką łyki wiejskie żywią do wielkich zamków i wielkich posiadłości.
— Ba, póki ja żyję, mam nadzieję że będzie stał spokojnie, odparł ex-żandarm. Hrabia de Soulanges był moim generałem, był dla mnie dobry, postarał mi się o przyzwoitą emeryturę, i gospodaruje przez Lupina, którego ojciec zrobił na tem majątek. Po Lupinie będzie inny, i dopóki będą Soulanges’owie, będzie się to szanowało!... To ludzie bardzo poczciwi, pozwalają każdemu żyć, i dobrze na tem wychodzą...
— Ba! generał ma troje dzieci, które po jego śmierci się nie zgodzą, prędzej czy później zięć jego i synowie zlicytują i sprzedadzą tę kopalnię ołowiu i żelaza spekulantom z którymi my się dogadamy.
Zamek Soulanges ukazał się z profilu, jakgdyby wyzywając świętokradzkiego mnicha.
— Haha! w owych czasach dobrze budowano... wykrzyknął Soudry. Ale hrabia ciuła w tej chwili, aby zrobić z Soulanges majorat przy swojem parostwie...
— Kumie, odparł Rigou, majoraty padną.
Raz wyczerpawszy rozdział interesów, zaczęli rozmawiać o zaletach swoich pokojówek, w narzeczu nieco zbyt burgundzkim aby się nadawało do druku. Ten niewyczerpany przedmiot zaprowadził ich tak daleko, że spostrzegli stolicę powiatu w której władał Gaubertin i która może budzi natyle ciekawości, aby najniecierpliwsi czytelnicy pozwolili na małą dygresję.
Nazwa La-Ville-aux-Fayes, mimo iż dziwaczna, tłomaczy się łatwo przez skażenie pierwotnego miana (w późnej łacinie Villa in Fago, gród w lesie). Nazwa ta świadczy dostatecznie, że niegdyś las pokrywał deltę utworzoną przez Awonę w miejscu gdzie spływa się z rzeką, która o pięć mil dalej łączy się z Yonną. Jakiś Frank zbudował z pewnością fortecę na wzgórzu, które tam wygina się aby opaść łagodnemi terasami w dolinę gdzie poseł Leclercq kupił swój majątek. Dzieląc tę deltę długim i szerokim rowem, zdobywca stworzył sobie potężną warownię, miejsce nawskroś pańskie, dogodne dla ściągania myta oraz czuwania nad podatkiem pobieranym z młynów.
Taka jest historja początków La-Ville-aux-Fayes. Wszędzie, gdzie się ustaliło panowanie feudalne lub księże, stworzyło ono interesy, mieszkańców, potem miasta, gdy miejscowość miała warunki potemu aby skupić lub rozwiązać przemysł. Sposób wynaleziony przez Jana Rouvet dla spławienia drzewa, wymagający dogodnych miejsc dla wyładowania, stworzył La-Ville-aux-Fayes, które wprzód, w porównaniu z Soulanges, było tylko wioską. La Ville-aux-Fayes stało się składnicą lasów, które, na przestrzeni dwunastu mil, okalają obie rzeki. Prace, których wymaga łowienie, rozpoznanie straconych sztuk, zestawianie transportów które Yorna niesie do Sekwany, spowodowały wielki napływ robotników. Ludność stworzyła wzmożoną konsupcję i zrodziła handel. Tak więc, La-Ville-aux-Fayes, które nie miało ani sześciuset mieszkańców z końcem XVI wieku, liczyło ich 2000 w r. 1790, a Gaulbertin podniósł ich liczbę do czterech tysięcy. Oto jak.
Kiedy Zgromadzenie Prawodawcze uchwaliło nowy spis terytorjalny, La-Ville-aux-Fayes, znajdujące się w oddaleniu, które, biorąc geograficznie, wymagałoby podprefektury, stało się — z uszczerbkiem Soulanges — stolicą powiatu. Podprefektura ściągnęła za sobą trybunał pierwszej instancji, oraz wszystkich urzędników niezbędnych w stolicy powiatu. Rozrost Paryża, powiększając cenę i zapotrzebowanie drzewa na opał, wzmógł tem samem znaczenie handlu w La-Ville-aux-Fayes. Gaubertin zbudował swoją fortunę na tem przewidywaniu, odgadując wpływ pokoju na ludność paryską, która, od 1815 do 1825, wzrosła w istocie przeszło o jedną trzecią.
O kształcie La-Vilie-aux-Fayes zdecydował teren. Oba wybrzeża były otoczone portami. Tama dla zatrzymywania drzewa znajdowała się u stóp pagórka, na którym rośnie las Soulanges. Między tą tamą a miastem znajdowało się przedmieście. Niżne miasto, położone w najszerszej części delty, kąpało się w tafli jeziora Awony.
Powyżej niższego miasta, pięćset domów z ogrodami położonych na wzgórzu wykarczowanem od trzystu lat, otacza z trzech stron ten przylądek. Mieszkańcy ich cieszą się różnorodnemi widokami jakie tworzy djamentowy obrus awońskiego jeziora, zawalony transportami składanemi na brzegach, stosami drzewa. Woda naładowana drzewem oraz piękne kaskady Awony, która, wyżej położona niż rzeka do której wpada, zasyca stawidła młynów i śluzy paru fabryk, wszystko to tworzy obraz bardzo ożywiony i tem ciekawszy, że ma za ramę zielone gęstwiny lasów i że długa dolina Aigues tworzy wspaniały kontrast z ciemnem tłem ciągnącem się nad La-Ville-aux-Fayes.
Nawprost tej szerokiej opony, gościniec, przerzucony przez wodę mostem, o ćwierć mili od La-Ville-aux-Fayes, kończy się z początkiem aleji topolowej, gdzie widać grupę domów skupionych dokoła poczty, tuż koło znacznego folwarku. Droga powiatowa również czyni koło, aby dojść do tego mostu, gdzie łączy się z gościńcem.
Gaubertin zbudował sobie dom na terenie delty, z zamiarem stworzenia tam rynku, któryby uczynił niżne miasto równie pięknem jak górne. Był to nowoczesny dom z kamienia, z żelaznym balkonem, z żaluzjami, z malowanemi oknami, bez innej ozdoby prócz greckiego szlaku pod gzymsem. Dom kryty dachówką miał jedno piętro i strych, piękny dziedziniec, z tyłu zaś ogród angielski kąpiący się w wodach Awony. Wykwint tego domu sprawił iż podprefektura, pomieszczona tymczasowo w jakiejś budzie, przeniosła się naprzeciwko, do domu który powiat zbudował na żądanie posłów Leclercq i Ronquerolles. Miasto postawiło tam również ratusz. Trybunał, toż samo pomieszczony w najętym lokalu, zyskał gmach świeżo zbudowany, tak iż La-Ville-aux-Fayes zawdzięczało ruchliwości swego mera szereg nowoczesnych domów bardzo imponujących. Żandarmerja zbudowała sobie koszary, aby zamknąć czworobok stanowiący rynek.
Zmiany te, które stanowiły dumę mieszkańców, zawdzięczało miasto wpływom Gaubertina, który od kilku dni otrzymał krzyż Legji Honorowej z okazji najbliższych urodzin króla. W mieście powstałem w ten sposób, mieście nawskroś nowoczesnem, nie było arystokracji ani szlachty. Tak więc, mieszczanie La-Ville-aux-Fayes, dumni ze swej niepodległości, brali żywy udział w sporze między chłopami a hrabią Cesarstwa, który opowiedział się za Restauracją. Dla nich, ciemiężcy byli uciemiężonymi. Duch tego handlowego miasta był tak dobrze znany rządowi, że dano tam za podprefekta człowieka gładkiego, bratanka i wychowanka słynnego des Lupeaulx, jednego z ludzi nawykłych do kompromisów, oswojonych z wymaganiami każdego rządu. Purytanie polityczni, sami robiący gorsze rzeczy, nazywają ich ludźmi zepsutymi.
Wnętrze domu Gaubertina było ozdobione dość niesmacznemi wytworami nowoczesnego zbytku. Były tam bogate obicia ze złoconemi listwami, bronzowe świeczniki, mahoniowe meble, lampy astralne, okrągłe stoliki z marmurowym blatem, biała porcelana deserowa ze złoconym szlakiem, krzesła safianowe i akwatinty w jadalni, błękitne kaszmirowe meble w salonie. Wszystko to było zimne i płaskie, ale w La-Ville-aux-Fayes zdawało się szczytem sardanapalowego zbytku. Pani Gaubertin grała tam rolę elegantki w wielkim stylu, i mizdrzyła się mimo czterdziestu pięciu lat, jak burmistrzowa pewna swej potęgi i mająca swój dwór.
Domy takie jak dom starego Rigou, dom Soudrych i dom Gaubertina, czyż nie są, dla kogoś kto zna Francję, doskonałem odbiciem wsi, małego miasteczka, i podprefektury?
Nie mając ani inteligencji ani talentu, Gaubertin miał ich pozory. Bystrość spojrzenia oraz spryt zawdzięczał swej bezgranicznej chciwości zysku. Nie chciał majątku ani dla żony, ani dla córek, ani dla syna, ani dla samego siebie, ani przez zmysł rodzinny, ani dla poważania jakie daje pieniądz; poza swą zemstą, która była dlań treścią życia, kochał grę pieniądza, tak jak Nucingen, który zawsze, jak powiadają, bawi się złotem w obu kieszeniach naraz. Interesy były życiem tego człowieka; mimo że był syty, rozwijał energję człowieka z pustym brzuchem. Był potrosze jak lokaj z komedji: intrygi, sztuczki, zamachy, oszukaństwa, chytrości kupieckie, rachunki, inwentarze, sceny, sprzeczki na tle interesów, podniecały go, pobudzały krążenie krwi, regulowały wydzielanie żółci. I jeździł, uganiał konno, w powozie, wodą, na licytacje, do Paryża, wciąż myśląc o wszystkiem, trzymając tysiąc nici w ręku, i nie plącząc ich.
Żywy, zdecydowany w ruchach jak i w myślach, mały, krótki, ze sprytnym nosem, żywem okiem, z nastawionem uchem, miał coś z psa myśliwskiego. Twarz jego ogorzała, ciemna i okrągła, od której się odcinały opalone uszy, zazwyczaj bowiem nosił kaszkiet, była zgodna z tym charakterem. Nos miał zadarty, zaciśnięte wargi nigdy nie przepuściły życzliwego słowa. Gęste faworyty tworzyły dwa czarne i lśniące krzaki nad rumianemi policzkami i ginęły w fałdach krawata. Lekko kręcące się włosy falujące naturalnie jak na peruce starego sędziego, białe i czarne, skręcone niby żarem który przepalał jego ciemną czaszkę, który błyszczał w szarych oczach okolonych zmarszczkami, zapewne przez nałóg ciągłego mrugania od patrzenia w pole w pełnem słońcu, dopełniały jego fizjognomji. Suchy, chudy, nerwowy, ręce miał obrośnięte, zakrzywione, zagięte, ręce człowieka, który oddaje się cały temu co robi. Fizjognomja ta podobała się ludziom z którymi miał do czynienia, przybierał bowiem maskę zwodniczej wesołości; umiał dużo mówić nie mówiąc nic z tego co chciał zamilczeć; pisał mało aby móc zaprzeczyć temu co mu było nie na rękę w jego słowach. Pisanie załatwiał jego kasjer, uczciwy człowiek, którego ludzie typu Gaubertina zawsze umieją wyszperać, i których, we własnym interesie, utrzymują w naiwności.
Kiedy mały trzcinowy kabrjolet ukazał się około ósmej w alej i biegnącej od poczty wzdłuż rzeki, Gaubertin, w kaszkiecie, w butach, w surducie, wracał już z portu; przyspieszył kroku, zgadując że Rigou ruszył się z domu jedynie dla wielkiej sprawy.
— Dzień dobry ojcze łapaczu, dzień dobry worku pełen żółci i mądrości, rzekł klepiąc kolejno w brzuch dwóch przybyłych; mamy mówić o interesach i pomówimy, ale przy kieliszku, bo, do kroćset bomb, to jest najlepszy sposób!
— Przy takiej metodzie powinienby pan być tłustszy, rzekł Rigou.
— Zanadto się męczę, nie żyję jak wy zasuszony w domu, zaszyty jak borsuk w jamie... Haha, wy sobie dobrze żyjecie, na honor! możecie robić interesy przy kominku, z brzuchem o stół, w fotelu... klient przychodzi do was. Ale wejdźcież, do kroćset bomb, dom jest wasz na ten czas który w nim raczycie pozostać.
Lokaj w niebieskiej liberji z czerwonym lampasem ujął konia za uzdę i zaprowadził go na podwórze, gdzie znajdowały się czeladnie i stajnie.
Gaubertin pozwolił gościom przejść się nieco po ogrodzie i wrócił do nich po chwili potrzebnej aby wydać rozkazy i zarządzić śniadanie.
— I cóż, moje robaczki, rzekł zacierając ręce, widziano żandarmerję z Soulanges kierującą się o świcie w stronę Couches. Jadą z pewnością aresztować skazanych za wykroczenia leśne... kroćset bomb, robi się ciepło, robi się ciepło... O tej godzinie, dodał patrząc na zegarek, chłopcy muszą być aresztowani.
— Prawdopodobnie, rzekł Rigou.
— No i co, co mówią po wsiach? Co postanowiono?
— A cóż tu jest do postanowienia? spytał Rigou, nas to w niczem nie dotyczy, dodał spoglądając na Soudryego.
— Jakto, w niczem? A jeżeli sprzedadzą Aigues wskutek naszych kombinacji, kto zarobi na tem pięćset lub sześćset tysięcy? Czy ja sam? Nie mam dość tęgich płuc aby wypluć sam jeden dwa miljony, przy trojgu dzieci do postanowienia i żonie która nie grzeszy oszczędnością; trzeba mi wspólników. Czy ojczulek Soudry nie chowa gotóweczki? Nie ma hipoteki, której by termin nie dobiegał i pożycza już tylko na weksle za które ja ręczę. Ja wkładam w to ośmset tysięcy franków; mój syn, sędzia, dwieście tysięcy, liczymy na ciebie, Soudry, na dwieście tysięcy; na ile chcecie iść, ojcze duchowny?
— Na resztę, rzekł zimno Rigou.
— Tam do licha, chciałbym mieć rękę tam, gdzie pan masz serce, rzekł Gaubertin. I co pan zrobisz?
— Zrobię to co i pan; powiedz swój plan.
— Mój plan, podjął Gaubertin, jest wziąć w dubelt, aby odprzedać połowę tym, którzy będą mieli ochotę na Couches, Cerneux i Blangy. Soudry znajdzie klientów w Soulanges, a pan tutaj. O to niema kłopotu; ale jak my się porozumiemy między sobą, jak podzielimy wielkie partje?
— Mój Boże, nic prostszego, rzekł Rigou. Każdy weźmie to, co mu będzie najlepiej dogadzało. Ja tam nie będę na zawadzie nikomu, wezmę, z moim zięciem i z panem Soudry, lasy. Te lasy są zanadto zniszczone aby pana mogły kusić; zostawimy panu pańską część na reszcie, to warte jest, na honor, pańskich pieniędzy.
— Podpisze pan zgodę? rzekł Soudry.
— Akt byłby bez wartości, odparł Gaubertin. Zresztą widzicie, że ja gram w uczciwe karty; ufam najzupełniej panu Rigou, on będzie nabywcą.
— To mi wystarczy, rzekł Rigou.
— Stawiam tylko jeden warunek, dostanę pawilon myśliwski z przyległościami i pięćdziesiąt morgów dokoła; zapłacę za te morgi. Zrobię sobie z pawilonu dworek wiejski, będzie tuż przy moich lasach. Pani Gaubertin, pani Izaura, jak każe się nazywać, urządzi tam sobie willę.
— Zgoda, rzekł Rigou.
— Hm, między nami, podjął Gaubertin cichym głosem, rozejrzawszy się na wszystkie strony i upewniwszy się że nikt nie słucha, czy sądzi pan, że oni byliby zdolni spłatać jakiego brzydkiego figla?
— Niby co? spytał Rigou, który nigdy niczego nie chciał zrozumieć w pół słowa.
— No, gdyby najwścieklejszy z gromady, dobry strzelec przytem, gwizdnął hrabiemu kulą koło uszu, ot, aby go nastraszyć?...
— Puściłby się za nim i chwyciłby go za kark.
— A Michaud?
— Michaud nie pochwaliłby się tem, politykowałby, szpiegował, i odkryłby w końcu złoczyńcę i tych co go uzbroili.
— Masz pan słuszność. Trzeba żeby się zbuntowało ze trzydziestu naraz, pośle się kilku na galery... ot, weźmie się paru drabów, których zechcemy się pozbyć, posłużywszy się nimi. Macie tam dwóch czy trzech nicponiów, jak Tonsard, Bonnebault...
— Tonsard coś urządzi, rzekł Soudry, ja go znam... Podgrzejemy go jeszcze przez Vaudoyera i Kuternogę.
— Ja mam Kuternogę w ręku, rzekł Rigou.
— A ja Vaudoyera.
— Ostrożnie, rzekł Rigou, przedewszystkiem ostrożnie.
— Słuchajno, ojczulku duchowny, czy może sądzisz, że to jest co złego rozmawiać sobie o rzeczach tak jak się dzieją?... Czyż to my spisujemy protokóły, chwytamy za kark, wycinamy drzewo, chodzimy na kłoski?... Jeśli hrabia weźmie się dobrze do rzeczy, jeśli się ułoży z jakimś dzierżawcą co do eksploatacji Aigues, w takim razie możemy się pożegnać z interesem, a wy tracicie na tem może więcej odemnie... To co mówimy, to między nami, bo z pewnością nie powiem Vaudoyerowi ani słowa, któregobym nie mógł powtórzyć przed Bogiem i ludźmi... Ale nie jest zabronione przewidywać wypadki, i korzystać z nich kiedy się zdarzą... Tutejsi chłopi, to bardzo gorące głowy; wymagania generała, jego surowość, sekatury Michauda i jego ludzi, doprowadziły ich do ostateczności. Tak jak dziś, rzeczy stoją niedobrze, i założyłbym się, że oni wezmą się za łby z żandarmami... A teraz chodźmy na śniadanie.
Pani Gaubertin wyszła do gości do ogrodu. Była to kobieta dosyć biała, z długiemi angielskiemi puklami spadającemi na policzki. Uprawiała ona styl namiętno-cnotliwy; udawała że nigdy nie zaznała miłości, piłowała wszystkich urzędników platonizmem. Wielbicielem jej, jej patito, jak mówiła, był prokurator. Nosiła czepeczki z pomponami, ale chętnie chodziła z gołą głową, nadużywając koloru różowego i błękitnego. Tańczyła, pieściła się z sobą w czterdziestu latach jak dziecko, ale miała grube nogi i okropne ręce. Kazała się nazywać Izaurą, miała bowiem przy swoich wadach i śmiesznościach ten smak, iż czuła pospolitość nazwiska Gaubertin. Miała blade oczy i włosy nieokreślonego koloru, coś w rodzaju brudnego nankinu. Brało ją za wzór wiele młodych osób, które przeszywały niebo swemi spojrzeniami i udawały anioły.
— Moi panowie, rzekła skinąwszy im głową, mam dla was niezwykłe nowiny. Żandarmerja wróciła...
— Czy wzięli kogo?
— Nikogo, generał z góry prosił o łaskę dla nich... Udzielono jej z okazji szczęsnej rocznicy powrotu króla.
Trzej sprzymierzeńcy spojrzeli po sobie.
— Sprytniejszy jest niż przypuszczałem ten gruby kirasjer, rzekł Gaubertin. Siadajmy do stołu; trzeba się pocieszyć. Ostatecznie, to nie jest partja przegrana; to tylko remis; reszta to pańska rzecz, Rigou...
Soudry i Rigou wrócili zawiedzeni, nie umiejąc nic wymyślić coby mogło ściągnąć upragnioną katastrofę, i zdając się, jak im poradził Gaubertin, na traf. Jak jakobini w pierwszych dniach Rewolucji, wściekli, zbici z toru dobrocią Ludwika XVI, starali się sprowokować represję dworu dla wywołania anarchji, która miała im dać majątek i władzę, tak ci groźni przeciwnicy hrabiego de Montcornet pokładali ostatnią nadzieję w surowości Michauda i jego strażników wobec nowych szkód. Gaubertin przyrzekł im pomoc, nie wyjawiając swoich pomocników, nie chciał bowiem aby znano jego stosunki z Sibiletem. Niema nic równego dyskrecji człowieka takiego jak Gaubertin, chyba dyskrecja dawnego żandarma albo ex-mnicha. Ten spisek mógł wydać dobry — albo raczej zły — rezultat jedynie w ręku trzech ludzi tego rodzaju, podsycanych nienawiścią i interesem.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoré de Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.