Chłopi (Balzac)/Część druga/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoré de Balzac
Tytuł Chłopi
Wydawca Księgarnia F. Hoesick
Data wyd. 1928
Druk Zakłady Drukarskie Galewski i Dau
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ III.
KAWIARNIA POKOJOWA.

Było około siódmej, kiedy Rigou przejeżdżał koło kawiarni Pokojowej. Zachodzące słońce, które obejmowało jak wstęga ładne miasteczko, rozlewało na niem czerwone smugi. Jasne zwierciadło jeziora tworzyło kontrast z blaskiem płonących szyb, z których rodziły się najdziwniejsze i najnieprawdopodobniejsze kolory.
Głęboki polityk, pogrążony w zamyśleniu, pozwolił koniowi iść tak wolno, że przejeżdżając pod kawiarnią Pokojową mógł dosłyszeć swoje nazwisko, rzucone widocznie wśród sprzeczki.
Dla zrozumienia tej sceny, koniecznem jest wytłómaczyć topografję tej fantastycznej krainy, rozpoczynającej się kawiarnią na rynku, a kończącej się przy gościńcu słynnem Tivoli, które podżegacze obrali za teren spisku uknutego oddawna przeciw generałowi de Montcornet.
Dom ten, zbudowany w stylu podobnym do domu Rigou, stanowi narożnik placu i gościńca. Trzy okna wychodzą na gościniec, dwa na rynek; między temi dwoma znajdują się oszklone drzwi. Kawiarnia Pokojowa ma prócz tego drzwiczki wychodzące na kurytarz, który ją dzieli od sąsiedniego domu, własności niejakiego Vallet, kupca. Tamtędy idzie się na dziedziniec.
Dom ten pomalowany na żółto, z wyjątkiem okiennic które są zielone, ma — rzecz rzadka w miasteczku — dwa piętra i poddasze. Oto czemu.
Przed zdumiewającym rozrostem La-Ville-aux-Fayes, pierwsze piętro tego domu, które zawiera cztery pokoje, każdy z łóżkiem i ze skromnem urządzeniem potrzebnem aby usprawiedliwić miano pokój umeblowany, wynajmowano ludziom przybywającym do Soulanges w sprawach sądowych lub gościom których nie pomieszczono w zamku. Ale, od dwudziestu pięciu lat, te umeblowane pokoje nie miały innych lokatorów prócz wędrownych linoskoczków, kupców przybyłych na jarmark, handlarzy specyfików lub komiwojażerów. W porze jarmarku w Soulanges pokoje wynajmowało się po cztery franki dziennie. Te cztery pokoje przynosiły Socquardowi jakieś sto talarów nie licząc zysku na wzmożonym ruchu w kawiarni.
Front wychodzący na rynek strojny był specjalnemi malaturami. Na obrazach dzielących okna od drzwi, widać było kije bilardowe miłośnie oplecione wstążkami; nad węzłami zaś wznosiły się dymiące wazki ponczu w greckich urnach. Te słowa: Kawiarnia Pokojowa błyszczały żółto na zielonem polu, na którego krańcach znajdowały się piramidy trójkolorowych kul. W pomalowanych zielono oknach były szybki z pospolitego szkła.
Dziesiątek tuji, pomieszczonych po prawej i lewej stronie w skrzyniach — klasyczne drzewa kawiarniane — uderzały swą zielenią równie chorobliwą jak pretensjonalną. Płócienne daszki, któremi kupcy w Paryżu oraz w niektórych zamożnych miastach chronią swoje sklepy przez żarem słonecznym, były wówczas zbytkiem nieznanym w Soulanges. Fjolki, wystawione na deskach za szybą, tem rzetelniej zasługiwały na swoje miano ile że błogosławiony likwor podlegał w nim perjodycznemu gotowaniu. Sącząc swoje promienie przez soczewkowate wypukłości szyb, słońce doprowadzało do wrzenia butelki madery, syropy, likiery, słoje śliwek i wiśni na wystawie; żar bowiem był tak wielki, że wypędzał Aglae, jej ojca i posługacza na dwie ławeczki znajdujące się po obu stronach drzwi i licho osłonione biednemi drzewami, które panna Socquard polewała wodą niemal gorącą. W pewne dni widziało się wszystkich troje: ojca, córkę i chłopaka, wyciągniętych tam niby domowe zwierzęta i śpiących.
W r. 1804, w epoce sukcesu Pawła i Wirginji, wnętrze wybito glansowanym papierem, przedstawiającym główne sceny z tej powieści. Byli tam murzyni zbierający kawę, która, dzięki temu, znajdowała się bodaj gdzieś w tym zakładzie, gdzie nie piło się ani dwudziestu filiżanek kawy na miesiąc. Produkty kolonialne tak mało były w obyczaju mieszkańców Soulanges, że obcy, któryby tam zażądał filiżanki czekolady, wprawiłby starego Socquard w niemały kłopot. Bądź co bądź uraczonoby go wstrętnym ciemnym rosołem, jaki powstaje z owych tabliczek, w które wchodzi więcej mąki, tłuczonych migdałów i kassonady niż cukru i kakao. Wiejscy korzennicy sprzedają je po dwa su, a wyrabia się je w oczywistej intencji zrujnowania czekoladowego przemysłu.
Co się tyczy kawy, stary Socquard kazał ją poprostu gotować w wielkim bronzowym garnku; pozwolił opaść na dno proszkowi pomięszanemu z cykorją, i podawał wywar z zimną krwią godną garsona paryskiej kawiarni, w porcelanowej filiżance, która, rzucona o ziemię, nie byłaby się stłukła.
W tej chwili, święty szacunek jaki budził za Cesarstwa cukier, nie rozproszył się jeszcze w mieście Soulanges. Toteż Aglae Socquard przynosiła mężnie cztery kawałki cukru wielkości laskowych orzechów, jako naddatek do filiżanki kawy, wędrownemu kupcowi, który odważył się zażądać tego literackiego napoju.
Dekoracja sali, uświetniona lustrami w złoconych ramach i wieszadłami na kapelusze, nie uległa zmianie od czasu gdy całe Soulanges schodziło się podziwiać te wspaniałe tapety oraz ladę malowaną na mahoń, z blatem z fałszywego marmuru, na którym błyszczały platerowane wazy, lampy o podwójnym cugu, które (powiadają) ofiarował Gaubertin pięknej pani Socquard. Lepka warstwa ćmiła wszystko; dało się ją porównać jedynie z owem czemś, co pokrywa stare obrazy zapomniane na strychu.
Stoliki, malowane na marmur, taburety z czerwonego utrechckiego aksamitu, kinkiet z kulą pełną oliwy i dwoma dzióbkami, wiszący na łańcuchu u sufitu i zdobny kryształami, dały początek sławie Kawiarni Wojennej.
Tam, między 1802 a 1814, wszyscy mieszczanie Soulanges chodzili grywać w domino i w marjasza, pijąc likier, słodkie wino, jedząc owoce w spirytusie, biszkopty; drożyzna bowiem produktów kolonialnych wygnała kawę, czekoladę i cukier. Poncz był wielkim smakołykiem, zarówno jak bawarka. Te przetwory przyrządzało się ze słodkiej syropowatej substancji podobnej do melassy, której miano zaginęło, ale która dała majątek wynalazcy.
Te zwięzłe szczegóły przypomną pamięci podróżnych analogiczne zakłady; ci zaś którzy nigdy nie opuszczali Paryża, ujrzą poczerniały od dymu sufit kawiarni Pokojowej, i lustra przyciemnione miljardem punkcików, dowodzących jaką swobodą cieszyło się tam pokolenie musze.
Piękna pani Socquard, której miłosne przygody przewyższyły czyny Tonsardki z Pod Wiechy, królowała tam, ubrana wedle ostatniej mody; lubowała się w turbanie sułtanki. Sułtanka cieszyła się za Cesarstwa powodzeniem, jakie dziś zyskał anioł.
Cała okolica przybywała tam niegdyś brać wzór turbanów, kapeluszy z przyłbicą, futrzanych czapek, chińskich koafiur od pięknej kawiarki, której zbytek zasilały grube ryby z Soulanges. Obnosząc swój biust pod brodą, jak go nosiły nasze matki tak dumne ze swych cesarskich wdzięków, Junja (nazywała się Junja!) stworzyła dynastję Socąquard. Jej zawdzięczał mąż winnicę, dom w którym mieszka i Tivoli. Ojciec pana Lupin robił, powiadano, szaleństwa dla pięknej Junji Socquard; Gaubertin, który mu ją odbił, zawdzięczał jej z całą pewnością młodego Bournier.
Te szczegóły, oraz tajemna sztuka z jaką Socquard przyrządzał słodkie wino, tłómaczyły już dosyć czemu jego nazwisko oraz Kawiarnia Pokojowa stały się popularne; ale wiele innych przyczyn pomnażało tę sławę. U Tonsarda oraz w innych okolicznych szynkowniach podawano tylko wina; natomiast od Couches aż do La-Ville-aux-Fayes kawiarnia Socquarda była jedyną, gdzie można było grać w bilard, oraz pić ów poncz, który tak cudownie przyrządzał gospodarz lokalu. Tam tylko widziało się na wystawie wina zagraniczne, delikatne likwory, owoce na wódce.
Nazwisko to zatem wciąż rozbrzmiewało w dolinie, budząc pojęcia wyrafinowanych rozkoszy, o których marzą ludzie z żołądkiem wrażliwszym niż serce. Do tych przyczyn łączył się jeszcze ten przywilej, że Kawiarnia Pokojowa była osią jarmarku w Soulanges. Słowem, o jedno piętro wyżej, Kawiarnia Pokojowa była dla miasta tem, czem karczma Pod Wiechą dla wsi: składem trucizny; służyła za ogniwo plotek między La-Ville-aux-Fayes a doliną. Karczma Pod Wiechą dostarczała mleka i śmietanki dla Kawiarni Pokojowej, a dwie córki Tonsarda znajdowały się w codziennych stosunkach z tym zakładem.
Dla Socquarda, rynek w Soulanges był przedłużeniem jego kawiarni. Osiłek chodził od drzwi do drzwi, gwarząc z każdym, mając w lecie za całą odzież tylko spodnie i ledwie zapiętą kamizelkę, zwyczajem kawiarzy w małych miasteczkach. Ludzie, z którymi rozmawiał, uprzedzali go gdy ktoś wszedł do jego zakładu, dokąd1 udawał się ociężale i jakby z niechęcią.
Te szczegóły powinny przekonać Paryżan, którzy nigdy nie opuścili swojej dzielnicy, o trudności — powiedzmy lepiej o niemożliwości — ukrycia najdrobniejszej rzeczy w dolinie Awony od Couches aż do La-Ville-aux-Fayes. Na wsi nie istnieje najmniejsza przerwa ciągłości; są tam, od rynku do rynku, karczmy Pod Wiechą, kawiarnie Pokojowe, które pełnią funkcje echa, i gdzie najobojętniejsze postępki, spełniane w największej tajemnicy, odbrzmiewają jakgdyby czarami. Gadulstwo ludzkie spełnia rolę elektrycznego telegrafu: w ten sposób iszczą się te cudy, mocą których wieść o klęskach, które zdarzyły się w olbrzymiej odległości, dochodzi w mgnieniu oka.
Zatrzymawszy konia, Rigou zsiadł z bryczki i przywiązał lejce do słupa pod Tivoli. Następnie znalazł naturalny pozór aby nieznacznie podsłuchać rozmowy, stając między dwoma oknami. Przez jedno z tych okien, mógł wsunąwszy głowę, widzieć osoby, studjować gesty, chwytając grube słowa, które dźwięczały o szyby i które cisza panująca zewnątrz pozwalała słyszeć wyraźnie.
— A gdybym powiedział staremu Rigou, że twój brat Mikołaj goni za Pechiną, krzyczał ostry głos, że czatuje na nią bezustanku i że ją zdmuchnie staremu z pod nosa, umiałby potańcować z wami, ile was tam jest, wy dziady z Pod Wiechy!
— Gdybyś ty nam spłatała taką sztukę, Aglae, odparł syczący głos Marji Tonsard, to znów co jabym tobie wypłatała, opowiedziałabyś chyba robakom w swojej trumnie!... Nie mieszaj się do Mikołaja, ani do mnie z Bonnebaultem.
Marja, podburzona przez babkę, śledziła, jak z tego widać, Bonnebaulta; dojrzała go przez to okno, pod którem stał w tej chwili Rigou, jak roztaczał swoje wdzięki i prawił komplementy pannie Socquard, która wzajem uśmiechała się do niego. Uśmiech ten wywołał scenę, w której wybuchła ta rewelacja, dość cenna dla starego Rigou.
— No i co, ojcze Rigou?... rzekł Socquard uderzając lichwiarza po ramieniu.
Kawiarz przybył ze spichrza, położonego na końcu ogrodu, skąd wydobywał różne gry, takie jak waga mechaniczna, drewniane konie, huśtawki, etc., aby je zmontować na właściwych miejscach w Tivoli. Szedł bez hałasu, nosił bowiem owe żółte skórzane pantofle, które, dzięki swej taniości, rozpowszechniły się na prowincji.
— Gdybyście mieli świeże cytryny, zrobiłbym sobie limonadę, gorąco jest dziś wieczór, odparł Rigou.
— Ale kto tam tak skrzeczy? rzekł Socquard, zaglądając przez okno i widząc córkę w zwadzie z Marją.
— Kłócą się o Bonnebaulta, odparł Rigou z ironiczną miną.
Interes kawiarza zdławił na chwilę w Socquardzie gniew ojcowski. Kawiarz uznał za ostrożniejsze słuchać z zewnątrz, tak jak czynił Rigou, gdy ojciec chciałby wejść i oświadczyć, że Bonnebault, pełen cennych przymiotów dla kawiarza, nie posiada ich wcale na zięcia jednej z grubych ryb w Soulanges. Mimo to, stary Socquard niewiele otrzymywał propozycji małżeńskich. W dwudziestym drugim roku, córka jego, jako szerokość, grubość i waga, robiła konkurencję pani Vermichel, której zwinność zdawała się fenomenem. Siedzenie za ladą pomnażało jeszcze skłonność do tuszy, jaką Aglae zawdzięczała krwi ojcowskiej.
— Co za djabeł ukąsił te dziewczyny? spytał stary Socquard pana Rigou.
— A ba, odparł ex-benedyktyn, za wszystkich djabłów to ten, którego Kościół najczęściej pochwycił na gorącym uczynku.
Za całą odpowiedź, Socquard zaczął oglądać na szyldach między oknami kije bilardowe, których połączenie z trudnością się tłómaczyło, z przyczyny miejsc, w których tynk uszkodzony był ręką czasu.
W tej chwili, Bonnebault wyszedł od bilardu z kijem w dłoni, i trącił szorstko Marję, mówiąc:
— Przez ciebiem puścił sztosa; ale ciebie nie puszczę, będę grzmocił póty, aż się nauczysz trzymać gębę na angielski zatrzask.
Socquard i Rigou, którzy uważali za stosowne się wmięszać, weszli do kawiarni od rynku, poruszając tak wielką mnogość much, że ciemno się od nich zrobiło. Hałas, jaki stąd powstał, przypominał odległe ćwiczenia szkoły doboszów. Po pierwszem poruszeniu, te wielkie muchy o niebieskawym brzuchu, otoczone małemi jadowitemu muszkami i paroma końskiemi muchami, usiadły z powrotem na szybie, gdzie, na trzech rzędach półek, których malowanie znikło pod czarnemu punkcikami, widać było lepkie butelki ustawione w szeregu jak żołnierze.
Marja płakała. Być pobitą przez ukochanego mężczyznę w obecności rywalki, to jedno z upokorzeń, którego żadna kobieta na jakimkolwiek stopniu drabiny społecznej, nie zniesie; a nim niżej, tem gwałtowniejszy jest wyraz jej nienawiści1. Padła na stołek w tępem i groźnem milczeniu, które ex-zakonnik śledził.
— Poszukaj świeżej cytryny, Aglae, rzekł Socquard i wypłócz sama szklankę.
— Dobrze pan zrobił, że pan wyprawił córkę, rzekł cicho Rigou, oberwałaby może śmiertelnie.
Pokazał oczyma rękę, którą Marja trzymała stołek, pochwyciwszy go aby go rzucić na głowę Aglae.
— No, Marjo, rzekł Socquard stając przed dziewczyną; nie przychodzi się tutaj aby podnosić stołki... a gdybyś stłukła lustro mleko twoich krów nie starczyłoby na zapłacenie...
— Panie Socquard, pańska córka to ścierwo, a ja jestem nie gorsza od niej, rozumie pan? Jeśli pan nie chce jej wydać za Bonnebaulta, czas jest aby mu pan powiedział, żeby sobie grywał w bilard gdzieindziej!... Przegrywa raz po raz po pięć franków.
Z początkiem tych słów raczej wykrzyczanych niż powiedzianych, Socquard ujął Marję wpół i wyrzucił ją za drzwi, mimo jej krzyków i oporu. Czas był dla niej, gdyż Bonnebault wyszedł znowu od bilardu z płonącemi oczyma.
— To się tak nie skończy! wykrzyknęła Marja Tonsard.
— Ukłoń się nam pięknie, ryknął Bonnebault, którego Viollet trzymał wpół aby nie dopuścić do jakiegoś gwałtu, i idź do djabła, albo nie odezwę się już do ciebie i nie spojrzę na ciebie.
— Ty? rzekła Marja obrzucając Bonnebaulta straszlliwem spojrzeniem, oddaj mi wpierw moje pieniądze, a zostawię cię pannie Socquard, o ile jest dość bogata aby cię utrzymać...
Poczem Marja, przerażona, widząc że siłacz Socquard ledwie zdoła zatrzymać Bonnebaulta, który skoczył jak tygrys, uciekła na gościniec.
Rigou posadził Marję na bryczkę aby ją ustrzec przed gniewem Bonnebaulta, którego głos rozlegał się aż do domu Soudrych; poczem ukrywszy Marję, wrócił wypić swoją limonadę, przyglądając się grupie w której skupili się Plissoud, Amaury, Viollet i chłopiec kawiarniany, silący się uspokoić Bonnebaulta.
— No, na ciebie kolej grać, huzarze, rzekł Amaury, drobny młody blondyn o mętnem oku.
— Już dała nogę, rzekł Viollet.
Rzadko zdarza się człowiek bardziej zdziwiony niż Plissoud, kiedy ujrzał lichwiarza z Blangy siedzącego przy stoliku i bardziej zajętego nim, panem Plissoud, niż sprzeczką dwóch dziewczyn. Miniowali twarz pisarza przybrała wyraz zdumienia, jaki budzi spotkanie człowieka do którego się ma jakieś żale, albo przeciw komu się coś knuje; szybko przeszedł do sali bilardowej.
— Do widzenia, ojcze Socquard, rzekł lichwiarz.
— Sprowadzę pańską bryczkę, niech się pan nie spieszy.
— Jak się dowiedzieć, co ci ludzie mówią z sobą rozgrywając pulę, pytał sam siebie Rigou, widząc w lustrze twarz garsona.
Garson ten miał dwa rzemiosła: uprawiał winnicę Socquarda, sprzątał kawiarnię, bilard, utrzymywał ogród i podlewał Tivoli, wszystko za sześćdziesiąt franków rocznie. Był zawsze bez kurtki, chyba w wielkie uroczystości; za cały strój nosił niebieskie płócienne spodnie, grube trzewiki, aksamitną kamizelkę w prążki przepasaną fartuchem z grubego płótna, kiedy pełnił służbę przy bilardzie lub w kawiarni. Ten fartuch był oznaką jego funkcji. Chłopaka tego wynajął kawiarz na ostatnim jarmarku; w tej dolinie bowiem, jak w całej Burgundji, ludzi najmuje się na targu na rok, zupełnie tak jak się kupuje konie.
— Jak cię zowią? spytał go Rigou.
— Michał, do usług, odparł chłopak.
— Czy nie widujesz tu czasami starego Fourchon?
— Dwa lub trzy razy na tydzień, z panem Vermichel, który mi daje parę groszy aby go ostrzec kiedy jego żona zaczai się na nich.
— To dzielny człowiek ten stary Fourchon; wykształcony i dorzeczny, rzekł Rigou, płacąc limonadę i opuszczając tę cuchnącą kawiarnię, ujrzawszy swoją bryczkę, którą Socquard prowadził przed kawiarnię.
Siadając na bryczkę, Rigou spostrzegł aptekarza i powitał go okrzykiem: „Hop! hop! panie Vermut“.
Poznając bogacza, Vermut przyspieszył kroku. Rigou podszedł doń i szepnął mu do ucha.
— Czy sądzi pan, że istnieją środki zdolne zniszczyć tkankę skórną aż tak aby spowodować istotną chorobę, jak naprzykład obieranie palca?
— Jeśli wda się w to pan Gourdon, owszem, odparł mały uczony.
— Vermut, ani słowa o tem, albo się pogniewamy; ale niech pan wspomni o tem panu Gourdon, i niech mu pan powie, aby zaszedł do mnie pojutrze: dostarczę mu dosyć delikatnej operacji, ucięcie palca.
Zaczem były mer, zostawiając aptekarza osłupiałego, siadł na bryczkę koło Marji Tonsard.
— No i co, mała żmijko, rzekł biorąc ją za rękę, skoro przywiązał lejce do pierścienia na przedzie skórzanego fartucha zamykającego karjolkę i skoro koń ruszył truchtem; myślisz tedy, że utrzymasz Bonnebaulta pozwalając sobie na podobne wybryki?... Gdybyś była mądra, popierałabyś jego małżeństwo z tą baryłą, i wówczas mogłabyś się zemścić.
Marja nie mogła się wstrzymać od uśmiechu:
— Och! jakiż pan jest zły! pan to jest mistrz nas wszystkich!
— Słuchaj, Marjo, ja lubię chłopów, ale nie trzeba, aby ktoś z waszych polował na moim gruncie... Twój brat Mikołaj, jak powiada Aglae, goni za Pechiną. To nie dobrze; ja opiekuję się tem dzieckiem, zapiszę jej trzydzieści tysięcy franków i chcę ją dobrze wydać za mąż. Dowiedziałem się, że Mikołaj, przy pomocy twojej siostry Katarzyny, omało nie zabił tej małej dziś rano: zobaczysz brata i siostrę, powiedz im to: „Jeśli zostawicie Pechinę w spokoju, stary Rigou ocali Mikołaja od wojska“...
— Pan jest djabeł we własnej osobie, wykrzyknęła Marja; powiadają, że pan podpisał z nim układ, czy to możliwe?
— Tak, odparł poważnie Rigou.
— Tak gadali na wieczornicy, ale ja nie wierzyłam.
— Zapewnił mnie, że żaden zamach na mnie nie uda się, że nigdy mnie nie okradną, że będę żył sto lat zdrowo, że wszystko mi się powiedzie, i że do samej śmierci będę młody jak dwuletni kogut...
— To widać, rzekła Marja. A zatem panu jest djabelnie łatwo ocalić mego brata od wojska...
— Jeśli zechce, bo musi stracić przy tem palec, to wszystko, odparł Rigou; powiem mu jak!
— O! to pan jedzie górą? spytała Marja.
— W nocy nie jeżdżę tędy, odparł były mnich.
— Z przyczyny krzyżów? rzekła naiwnie Marja.
— Właśnie, ty spryciaro, odparł ten djabeł wcielony.
Przybyli do miejsca, w którem droga powiatowa żłobi się w lekkiej wyniosłości gruntu. Rozdół ten przedstawia dwa dość strome zbocza, jakie się widuje przy tylu drogach we Francji.
Na końcu tej gardzieli, liczącej sto kroków długości, drogi do Ronquerolles i do Cerneux tworzą placyk, gdzie zasadzony jest krzyż. Z jednego lub z drugiego zbocza człowiek może zmierzyć do podróżnego i wypalić doń prawie wprost, tem łatwiej iż ta wyniosłość pokryta jest winem: złoczyńca może zatem z łatwością zaczaić się w krzakach głogu. Można zgadnąć, czemu lichwiarz, zawsze ostrożny, nie przejeżdżał nigdy tamtędy w nocy: Thune okrąża to wzgórze nazwane Krzyżowem. Niepodobna sobie wyobrazić lepszego miejsca na jakąś zemstę lub morderstwo, droga bowiem do Ronquerolles biegnie do mostu na Awonie, koło pawilonu myśliwskiego, droga zaś do Cerneux wiedzie poza gościniec królewski, tak iż między czterema drogami do Aigues, do La-Ville-aux-Fayes, do Ronquerolles i do Cerneux, morderca może sobie wybrać ucieczkę i zostawić pościg w niepewności.
— Wysadzę cię koło wsi, rzekł Rigou widząc pierwsze domy Blangy.
— Niby z powodu Anusi, stary tchórzu! wykrzyknęła Marja. Niedługo ją pan odprawi, już będzie trzy lata, jak ją pan trzyma!... To mnie bawi, że pańska stara ma się dobrze... Pan Bóg się mści...
Po gwałtownej scenie wywołanej przez Marję Tonsard i po wyjściu jej z kawiarni, gracze wrócili do bilardu.
Podczas gdy każdy z nich starał się zgnębić rywali i zdobyć pulę, zawiązała się rozmowa odnosząca się jak zawsze do walki z pałacem.
Gdyby Rigou znajdował się jeszcze w tej chwili wśród kawiarnianych gości, niema wątpienia, że stary lichwiarz użyłby wszelkich środków aby podchwycić wymianę zdań przy tej codziennej niemal naradzie.
— Gdyby pan był generałem, jakby się pan wziął do rzeczy? spytał Viollet.
— Och, bardzo poprostu, odparł Amaury biorąc kij bilardowy pod pachę i czekając aż Plissoud skończy. Przedewszystkiem, wybrałbym się do pani Soudry...
— Tego nie zrobi nigdy... wykrzyknął Viollet.
— To głupio, odparł spokojnie Amaury. Wziąłbym tę małpę w kąt, i szepnąłbym jej: „Ty i twój mąż trzymacie z mymi wrogami i chcecie mnie zmusić do sprzedaży...
— Alboż on wie o tem! wykrzyknął znowu Viollet.
— Pozwól mi mówi, podjął Amaury: „Jesteście wspólnikami bandy Rigou, Gaubertina i innych, i judzicie na mnie tysiąc łajdaków, Bonnebaulta, Tonsarda, którzy mnie grabią...”
— I dobrze robią, odparł Bonnebault. Za cóż pan chcesz abym grał tutaj? Zapomina pan, że wy mi tu odbieracie moją zwierzynę już z truflami, drogi panie!...
— Bonnebault, cicho siedź, rzekł Plissoud. Pozwól mówić panu Lupin...
— Zatem, ciągnął Amaury, Montcornet powiedziałby chłodno tej małpie: „Proszę, abyście się zachowywali spokojnie. Co zaś do was, oto mój plan: jeśli nie zaprzestaniecie intryg...“
— No, co za projekt? rzekł Plissoud.
— „Kazałem odszukać jednego ze spadkobierców panny Laguerre i wpakuję was ślicznie do więzienia za kradzież, ponieważ obnosisz pani od dwóch lat przedmioty z pewnością skradzione swojej drogiej pani“. To raz.
Zdumienie odmalowało się na twarzy słuchaczy.
— Nieźle, rzekł Plissoud. A Rigou?
— Rigou? Zagroziłbym mu przez Steingela, że go usmażę żywcem w jego własnym domu, jeśli się nie wyniesie z okolicy.
— A Gaubertin?
— Gaubertin? Zagroziłbym mu innym handlarzem drzewa.
— I czy pan wiesz, coby się stało po tych figlach? rzekł Bonnebault.
— No co? spytał synek rejenta.
— Na zakręcie jakiej aleji hrabia de Montcornet spotkałby kulkę, któraby mu strzaskała jego heroiczną i zgniłą łepetę!...
— Tak się mówi, ale się tego nie robi, odparł Amaury.
— To jednak jest okropne, rzekł Viollet, widzieć jak cała okolica zawzięła się na człowieka, który czyni jej tylko dobrze. Kradną go, łupią gdzie się da, i dziwują się strasznie, gdy on się broni!
— Och, on jest dobrze spętany, odparł Plissoud. Sibileta umieszczono tam z ramienia tej bandy.
— Oto, drogi Plissoud, posadka która nadałaby ci się jak ulał, wykrzyknął synek rejenta, I, na twojem miejscu... Jesteśmy między swymi, bo Bonnebault byłby łajdakiem i ze wszystkimi nami miałby do czynienia, gdyby powtórzył bodaj słowo z tego co się mówi przy bilardzie...
— To święte, odparł Bonnebault zaszczycony że go dopuszczono do tej arystokratycznej sosjety. I, myśląc się posłużyć nimi, ten kogut awoński udawał oddanego przyjaciołom.
— Wygrane! wykrzyknął Bonnebault. Mam pulę! Cztery i pół franka.
— Płacisz swoje słodkie wino? rzekł gruby Socquard, zjawiając się nagle.
— Alboż się płaci dzisiaj? rzekł Bonnebault. Przecież to ani piętnasty, ani trzydziesty.
— Zawsze trzydziesty dla ciebie, rzekł Socquard uderzając Bonnebaulta po ramieniu i przygważdżając go na miejscu.
Ta żelazna ręka, która ciężyła jak kowadło, warta była tyleż co pozew Bruneta. Bonnebault oddał cztery franki, zachowując sobie dziesięć su.
— Bywajcie, przyjaciele! rzekł hulaka skacząc przez okno na drogę.
— Marja zapłaci to wszystko, rzekł Viollet, patrząc na pozostałych graczy.
— Tem lepiej, rzekł Amaury, bo przyjdzie może któregoś dnia poprosić mnie o pięć franków, i przyniesie mleczka.
— Idziecie do mnie? rzekł Plissoud. Zrobimy partyjkę.
Viollet, Amaury, Vallet, udali się z mężem Eufemji. Widząc że wyszli, gruby kawiarz — na prowincji bowiem szynkarzy nazywa się jeszcze kawiarzami a ich żony kawiarkami — zaczął gasić lampy i zamykać drzwi i okna, gdy jego córka płakała po scenie wywołanej przez Marję Tonsard.
— Dalej, bierz kapelusz, ja włożę surdut, i chodź na resztę wieczora do pani Plissoud, rzekł ojciec. Spotkasz tam młodego Vattebled, który lepszy byłby dla ciebie na męża od tego bandyty Bonnebault. Młody Vattebled może, przy pomocy ojca i mojej, kupić od pana Lupin kancelarję; byłabyś żoną rejenta, to więcej warte niż być kawiarką.
Dom pana Plissoud, położony koło koszar żandarmerji, był typem małych mieszkań na prowincji: brukowany dziedzińczyk, dokąd wchodziło się przez bramę, której jedno skrzydło było zawsze otwarte, ale która była zamknięta sztachetową furtką. W tym dziedzińcu, zdobnym olbrzymią starą lipą, wznosiła się licha budowla z kamienia spojonego czerwonawym cementem. Na pierwszem piętrze okna oprawne były w cegłę. Na dole znajdowały się kwiaty w przegniłych skrzyniach. Parter składał się z jednej sali, oddzielonej od kuchni klatką schodową z drewnianą poręczą. Na pierwszem piętrze były trzy pokoje; dwa okienka zwiastowały strych, gdzie sypiała służąca. Z tyłu rozciągał się ogródek warzywny, gdzie rosły goździki, tymianek, lawanda, w kącie zaś figa oraz pospolite róże. Kancelarja była na rogu; wejście do niej po prawej od bramy. Naprzeciwko stajnia, i wozownia. Zielono malowana brama zdobna była z jednej strony godłem, z drugiej dwoma drewnianemi szyldami, na których się czytało: Agencja zastępstw do wojska. — Kompanja Fenix. — Dyrekcja wzajemnych ubezpieczeń; powyżej zaś wielkiemi literami: Komisarz-taksator. Koło godła widniało parę żółtych afiszów sprzedaży, sporządzonych na rachunek Bruneta, który w pewnych okolicznościach nie mógł działać osobiście.
Salon Eufemji i przylegający doń salonik tworzyły pierwsze piętro, osobne królestwo tej gwiazdy Soulanges. Widząc ją jak idzie w towarzystwie ojca i matki, ludzi z twarzy i wzięcia niezmiernie pospolitych, nikt nie domyśliłby się jej pochodzenia. Podobna była do współczesnych greczynek, których oczy mają żar wschodu złagodzony sztuczną melancholją, płynie ona bowiem nietyle z duszy, ile z kształtu powiek i rzęs. Eufemja miała cerę matowo białą jak cera dziewcząt, które ołówek naszych malarzy tak lubi kopiować. Była to piękność skończona, ale cały jej dowcip polegał na tej boskiej piękności. Ciało było w harmonji z doskonałością głowy. Ta wspaniała istota, pośród tych drobnych mieszczan w Soulanges, tworzyła dziwny kontrast. Ale tkwiła w tem mieszczaństwie swoim strojem, który osłabiał po części działanie jej wdzięków, że posłużymy się językiem pisarza przy sądzie pokoju. Odziana była w pospolitą materję, w suknię szytą w Soulanges; kapelusik przywieziony przez Lupina z ostatniej jego podróży do Paryża, miał dwa lata a kwiaty na nim były straszliwie zwiędłe.
Przybycie pana domu z Amaurym i Valletem, wszystkich trzech cuchnących fajką i winem, ożywionych grubą wesołością, nie zdziwiło nikogo, przeciwnie powitano oklaskiem te posiłki.
— Brawo, partyjka będzie gorąca! wykrzyknął Bonnac.
Bonnac był to rosły dwudziestopięcioletni chłopak, brunet z obfitem uwłosieniem i z bujnemi faworytami, słowem to co się nazywa na prowincji piękny mężczyzna.
W chwili gdy zjawił się sukurs w osobie Socquarda i jego córki, rozległ się wybuch wesołości, właściwy ludziom którzy się nie krępują z sobą. Belunia skorzystała z tego, aby się osunąć na Bonnaca, niby to niemogąc się utrzymać na nogach. Wesołość doszła szczytu, wywołana lichym kalamburem pana Plissoud:
— Czerwień czy wino? Ja wolę wino, zwłaszcza słodkie.
— Słusznie, rzekł Amaury.
— Wracaj do siebie, Socquard! wykrzyknął Vattebled, i przynieś nam co najlepszego.
Na propozycję wina, kobiety wymieniły spojrzenia, dowodzące że druga klasa Soulanges miała do tego napoju słabość nie mniejszą niż chłopi.
Socquard wyszedł, oszacowawszy kupieckiem spojrzeniem pojemność czcigodnego towarzystwa. Partyjka zaczęła się na nowo z ożywieniem jakie wnoszą nowi gracze pomnażając liczbę tych, którzy, czując się niby w rodzinie, rozmawiają zamiast oddać się demonowi gry.
Wszyscy znają grę w dwadzieścia jeden, grę hazardowną, bez kombinacji, zrodzoną z lancknechta, spokrewnioną z bakaratem i makao.
Tego rodzaju gry są bez ograniczenia, niema tam małej stawki. Szanse bankiera są większe niż szanse graczy. W zamian kry ją też więcej ryzyka.
Ale wróćmy do pana Rigou, który, z chwilą gdy się pozbył Marji Tonsard, czemprędzej pospieszył do siebie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoré de Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.