Historya o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Historya o Janaszu Korczaku i o pięknej miecznikównie
Podtytuł powieść z czasów Jana Sobieskiego
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1875
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Wedle zapowiedzi Cześnikowicza Sieniuty, który z samopałem, wąsa nastrzępiwszy jechał przodem, mila tylko już pozostawała do Gródka... kraj coraz się stawał dzikszym, piękniejszym, górzystszym, a droga coraz gorszą. Na tę jedną milę parę godzin dnia pozostałych nie było za wiele, gdyż wlec się musiano niemal noga za nogą. Powymywane ścieżyny, któremi tylko dwukołowe arby czasem się przewlókły, na kolebkę za ciasne, pełne kamieni i dołów, niezmiernie utrudniały drogę, tak że powóz to z jednej to z drugiej strony ludzie podtrzymywać musieli i prawie na rękach unosić, aby się nie wywrócił... Zaroślami okryte wzgórza puste się zdawały i nieme. Ptactwa nawet, co je ożywiało latem, większa część odleciała. Kiedy niekiedy orzeł się majestatycznie podnosił do góry, płynął powoli, stawał w powietrzu i zdawał rozglądać po ziemi... W krzakach czasem zaszeleściało, jakby zwierz pomknął spłoszony... i znowu cisza do koła... uroczysta... a smętna...
Miecznikowa i Jadzia ciekawie wyglądały z powozu obie.... Po drodze żywej nie spotkano duszy. Zrana tego dnia jak przez brudne mrówisko przejechali obronną ręką przez obóz cygański. Rzuciła się ta dzicz pod pozorem żebraniny, a w rzeczy samej dla kradzieży, na powozy i ludzi. Miecznikowa garść groszaków sypnęła, aby się pozbyć, a ludzie musieli do szabli się później brać, aby łapiących konie za uzdę przepłoszyć. Jednego luźnego, co się uląkłszy oderwał, już byli cyganie pochwycili i gnali z nim w las, gdy Sieniuta dopędził ich, dał ognia na wiatr, płazem kilku poczęstował i konia odzyskał.
Od tej pory człowieka, ani zwierza, ani mieszkania ludzkiego już nie spotkali. Kilka spalonych węgłów i osmalonych kominów stały nad drogą. Na jednem takiem rumowisku popasać musieli, korzystając z tego, że w blizkości dobra dla koni była woda i pasza, bo o sianie już i mowy nie było.
Kraj jednak dziwnie był piękny, jakby na ludzi czekał z bogactwy swojemi. Wszystko rosło bujnie, wysoko, gęsto. Ale dawniej uprawne pola leżały odłogami, a wśród nich ledwie gdzie zdziczałe żyto co się samo siało, dawało świadectwo o przeszłości. Na wzgórzach widać było czasem nagie ściany zamków obalonych, które chwasty i zarośla na pół okrywały.
Ku wieczorowi droga, którą Sieniuta prowadził, wcisnęła się między góry i wąwozy. Rzadko gdzie zazieleniała dolina. Dębina krzywa pokrywała wzgórza i zarośla tak gęsto, że oko o krok nic dopatrzeć nie mogło.
Janaszek jechał już teraz z Sieniutą, bo przy powozie miejsca nie było. Czasami tylko dobiegł do drzwiczek, aby coś powiedzieć, o coś spytać, w oczy spojrzeć Jadzi, i z nich odgadnąć, czy czego nie pragnie. Dziewczę ciągle główkę wychylało dziwując się bożemu światu. Wieczór był złociście piękny, niebo jasne, a gdzie promień padł słoneczny jakby złotogłowiem wysłał drogę. Nad drogą — choć późna jesień była, gdzieniegdzie spóźniony kwiatek oczy i ręce nęcił. Stał jakby zdziwiony w pośród łodyg suchych, gość nieproszony a smutny. Niektóre drzewa jeszcze były zielone, inne żółte inne rumiane, na niewielu wiatr zimny wysuszył liście i otrząsł. Wśród tej ciszy, gdy powóz się zatrzymał, aby obmyśleć jaką przeprawę, słychać było szmer strumieni, które z gór, bełkocząc, płynęły spienione w dolinę.
Sieniuta jechał rozglądając się bacznie z powagą hetmańską, którą starej krwi swej przypisywał; za nim Janasz oczyma biegając ciekawemi po górach. Ludzie nie śmieli się odzywać, ale wielce się im ten piękny kraj pustynny, z jego drogami piekielnemi kląć chciało. Ksiądz Żudra na wozie, dobywszy brewiarz pacierze odmawiał, a Boga wielbił. Na drugim Franka, jedyna niewiasta do posług wzięta, którą ciągle rozbójnikami straszono, z trwogi, blada, ręce łamała.
Godzinę się już tak coraz ciemniejszemi wąwozami wleczono, słońce skryło się za górami, choć jeszcze nie było zaszło, zaczynało się robić ciemno, i Sieniuta dla złych dróg radził pośpieszać.
Miecznikowa widząc się już niemal u portu, tryumfowała potrosze, że się próżnym strachom odwieźdź od swego zamiaru nie dała. — Gródka tylko co nie było widać.
Jadzię bawiło wszystko, a wiele rzeczy zdały się jej całkiem nowemi. Kraj w istocie cale różną przybierał postać; aż do skał i kamieni nieznane to były istoty.
Zmierzch padał, gdy Janaszek do drzwi przyskoczył, że wąwóz ostatni się kończy, i że zamek gródecki za chwilę zobaczą.
Nie było już sposobu miecznikowej i Jadzi w powozie utrzymać, którego firanki widok zasłaniały. Kazały stanąć i wysiadły. W istocie wąwóz szeroko otwarty, dozwalał spojrzeć na ciasną dolinę, wśród której na cyplu, oświecony odblaskiem łuny zachodniej, szary zameczek się wznosił.
Miecznikowa odmawiała modlitewkę dziękczynną. Jadzia także. Oczy jej promieniały.
Znać się jednak po zamku czegoś innego spodziewać musiała, wydał się jej ponurą ruiną, bo szepnęła matce.
— Dzikie to — matuniu i — smutne.... Jeszcze nędzniej od zamku wydawało się miasteczko ze swemi domowstwy z chróstu i gliny i karczmami, pozapadanemi w ziemię. Wszyscy ludzie patrzali też na zamek ciekawie, ale nie wesołemi oczyma. W istocie podobny był do niemieszkalnej ruiny. Z jednego komina trochę się dymu wiło do góry.
Powozy i konie stały tak chwilę, wydobywając się z wąwozu, aż Sieniuta zakomenderował, że czas jechać, bo mrok potem nagle chwyci. W istocie, im niebo czyściejsze, a chmur mniej, które, jak zwierciadła, resztki światła dłużej ku ziemi odbijają, tem noc nadchodzi naglej. Ruszyli więc powoli, bo już nie było pół godziny drogi do zamku.
Miasteczko coraz wyraźniej się pokazywało. W niektórych oknach czerwone zabłyskiwały światełka. Już się ku niemu zbliżali, gdy pędem na koniu nadbiegł jeździec. Zbliżył się ku powozowi, czapkę do góry uniósł i okrzykiem radosnym witał. Był to Nikita, który zdala u wąwozu dostrzegłszy kawalkadę, konia dosiadł i wybiegł panią powitać. Okrzykiem też go przywitała Miecznikowa.
— Jest gdzie przenocować? — zapytała.
Nikita ramionami ruszył.
— A juścić — rzekł — ale nie na gody pani tu jedzie, a no, o tem potem, dobrze że szczęśliwie i zdrowo.
Pocałował w rękę. — Jeszcze z panem Janaszem słówko mam do pogadania.
I odbiegłszy na konia siadł, aby przodem jadącego dognać.
Sieniuta z samopałem u siodła składał straż przednią, można więc było rozmówić się swobodnie. Janaszka lubili wszyscy.
— Paniczu — szepnął, doganiając go Nikita — długo by gadać, com ja tu zastał, powiem jednem słowem: źle się święci, trzeba się mieć dzień i noc na baczności i z oka nie spuszczać Dorszaka.
— Już nas po trosze uprzedzono — rzekł Janasz — ale ja serca przez to nie tracę... Zamek ty znasz dobrze?
— Wszystkie kąty schodziłem, w każdą dziurę zajrzałem — rzekł Nikita.
— Ludzi on tam swoich dużo ma? — pytał Korczak.
— Tego tam niema co i liczyć, ale z kim on się wącha, Bóg jeden wie. Zamek dwojaki: dolny i górny. Oprócz kolebki i koni, które muszą bodaj zostać na dolnym, nam ani popasać, tylko wszystek górny zająć samym i nikogo tam więcej nie puszczać. Prawda, że się wrota nie zamykają, alem ja je opatrzył, jak my się weźmiemy do nich, muszą się zawrzeć.
— Nie odchodź-że odemnie i bądź mi do pomocy — szepnął Janasz — na ciebie liczę, jak na siebie samego.
— O! musiemy się krzepko trzymać, chcemy-li wyjść cało — mruknął Nikita. — Dorszak nie głupi, będzie pewno pani nadskakiwał i udawał wiernego sługę, ale panią ostrzedz należy.
— Oh! oh! — rzekł Janasz — odgadnie ona go przez skórę...
Tak rozmawiając zbliżali się do miasteczka, a że z niego na dolinę był widok odkryty i ludzie powozy łatwo dojrzeli, wysypała się cała ludność na targowicę. Zbierana to była drużyna, po większej części osiedlone włóczęgi: wołochy, rusiny, ormianie, niewiadomego pochodzenia ludzie, powierzchowności dzikiej i niewiele uderzającej. Stali w koszulach, w narzuconych na ramionach świtach, w kurtach, jedni z głowy pogolonemi, drudzy z włosami długiemi na ramionach, jedni z odkrytemi, drudzy w czapkach baranich i krymkach tatarskich, dzikiemi patrząc oczyma, ponuro i groźnie. Przed karczmami stali żydzi, żydówki i dzieci.
Miecznikowa i Jadzia spoglądały z ciekawością. Powóz zwolna sunął się ku mostowi zamkowemu. Tu dojechawszy, Nikita skoczył radząc pani, aby wysiadła, bo most był nie bardzo pewny i życzył też konie przeprowadzić, a kolebkę przepchnąć. Z drugiej strony, za mostem, już widać było Dorszaka, który, choć mu się twarz od złości i gniewu krzywiła, stał ubrany paradnie — żupanik jedwabny, kontusz czarny aksamitny, szabla u boku, żółte buty, czapka pod pachą — a na ręku trzymał na półmisku chleb i sól.
Starał się widocznie przybrać jak najłagodniejszą twarz, jak najpokorniejszą postawę. Niewiadomo czy sama z siebie, czy z jego rozkazu, wyszła też i stała po za nim pani Dorszakowa w czarnej sukni i kaftaniku tureckim, głowa jedwabną piękną chustką zawinięta. Twarz jej wschodniego typu, mimo wynędznienia uderzała dumnemi resztkami dawnego wdzięku. Po za niemi parobcy, Tatiana, dziewczę małe, cała nędzna załoga zamkowa.
Miecznikowa, która nigdy Dorszaka nie widziała, zdala już idąc, przypatrywać mu się zaczęła bacznie. Nie podobała się jej twarz, ale tego po sobie znać nie dała, owszem wesoły przybrała wyraz. Jadzia spoglądała na mury, ludzie przypatrywali się też ciekawie tej ruinie. Wszyscy zaraz z siodeł skoczyli i szli pieszo konie prowadząc. Dorszak, choć najwięcej się wpatrywał w Miecznikową, liczył też siły jej towarzyszące i ludziom się przypatrywał. Marsowe i spokojne oblicza, nie zbyt mu się pewnie podobały. Piękny Janasz idący przodem, kilka razy zwrócił na siebie jego oko. Znać w nim było dowódcę.
Przestroga Nikity okazała się bardzo dobrą, gdyż most pod ciężarem kolebki uginać i chwiać się począł, konie i ludzi przeprowadzono też z osobna.
Gdy się pani Zboińska zbliżyła do Podstarościego, ten postąpił kilka kroków na powitanie.
— Wielkie to i niespodziewane dla nas szczęście, że do nas jasna pani zawitać raczyła — rzekł z wymuszonym uśmiechem — daj Boże, abyśmy ją tylko dobrze przyjąć mogli.
— Aby dobrem sercem, ja na resztę zważać nie będę — odezwała się Miecznikowa — nawykłam do wszystkiego. Prowadź nas, panie Dorszak, na górny zameczek.
Zdziwił się i zwrócił aż, posłyszawszy o górnym, pan Dorszak nie sądził, aby tak Miecznikowa już oświadomioną była.
— A! proszę jaśnie pani, to pustka! Ja bym życzył u nas na dolnym się rozłożyć, tam będzie nie wygodnie, bo to od wieków nie zamieszkane i... to tam tylko szczury, nietoperze i puchacze.
Janasz spojrzał oczyma dając znać, aby Miecznikowa stała przy swojem, a ta dodała wnet:
— My sobie z niemi radę damy, ja Wacpaństwu — rzekła, kłaniając się żonie Dorszaka, która ją pozdrowiła — ja Wacpaństwu nie chcę być zawadą i wolę tam być sama ze swoim dworem.
— Pani tego pożałuje — przerwał Dorszak — to rudera są...
Nie było na to odpowiedzi, weszli właśnie w pierwsze podwórze, które też nie bardzo świeżo wyglądało. Budynek w głębi tak zakrywał wnijście na górny zameczek, że aż Jadwisia spytała:
— A którędyż droga dalej?
— Otóż to, proszę jaśnie pani — rzekł Dorszak — że tu nawet dostać się na górny zamek trudno, a co dopiero tam żyć.
Nikita wyrwał się przodem, pokazując drogę, szli więc wszyscy za nim, szedł i Dorszak, ale widocznie gniewny, pod nosem mrucząc.
Kolebkę kazano wypakowywać na pierwszym dziedzińcu i rzeczy znosić na górę. Podstarości sprobował jeszcze nawrócić Janasza, w którym się domyślał dowódcy, lecz chłopak odparł mu od razu, że wola Miecznikowej spełnić się musi.
— No, to ja za nic nie odpowiadam — krzyknął Dorszak — jak mi Bóg miły, tam i dach na głowy się obalić gotów, ale co mnie do tego.
Ciasnym przejściem po za budynkiem szły obie kobiety, po kamieniach i ostach, co w Jadzi podskakującej śmiech i wesołość obudzało. Doszli tak do wrót i spojrzeli na starą wieżę.
— A! — odezwała się pani Zboińska — jeszcze to nie tak bardzo źle wygląda.
Drzwi stały otworem. Nikita już tam się, jak umiał, zagospodarował. Pełniąc rozkazy pani, chciał koniecznie wieżę wyporządzić, do czego Dorszak, złoszcząc się, wszelkiej odmówił pomocy, a ze swej strony przygotowywał obok siebie pokoje. Nikita, który kłócić się nie chciał, najął sobie ludzi z miasteczka, sprzęt pozbierał u Żydów, wyszorować go kazał i jako tako wieżę zagospodarował. Smutne to było, lecz z biedy, na krótki czas, za przytulisko służyć mogło.
Miecznikowa nie mówiła nic. Jadzia biegła przodem, dziwując się pięknemu widokowi z tej wyżyny. W istocie okryte lasami góry, zielone łąki, rzeczułka płynąca po skałach, szare gdzie niegdzie ściany głazów, mimo wieczornego mroku, stanowiły krajobraz bardzo wdzięczny. Lecz rozpatrywać się w nim nie było czasu. Nikita już izby poprzeznaczał w myśli dla dworu i czeladzi. Dół zajmować miały kuchnię i straż. Szli tedy na górę. Dorszak chmurny nie mówił nic.
Pierwsze piętro jako tako obmyte, oczyszczone, opatrzone w ławy i stoły, z ogniem na kominach, nie przeraziło bardzo przybyłych. Zaszły kobiety aż do kaplicy, gdzie Nikita też o ile umiał, trochę zrobił porządku. Nawet obraz rozdarty, który wisiał na pół, przybił, obmył i okazał się Chrystus na krzyżu, starego greckiego znać malowania, a pod nim Jan Ś-ty i Matka Boża. Nie było to pewnie arcydzieło sztuki, lecz wielka idea ofiary biła i z tego starego obrazu i wszyscy przed nim na modlitwę poklękli. Ksiądz Żudra przesunąwszy się na przód, zajął swe miejsce na wschodku i litanią odmawiać począł głośno.
Mrok wdzierający się przez szyby wązkich okien, nadawał tej scenie nieprzygotowanej, dziwnej, charakter poważny i tajemniczy. Podróżni ci w ubraniach pyłem okrytych, w ubiorach zmiętych, z twarzami zmęczonemi, rozpoczynali życie na pustkowiu tem u kresów, od modlitwy.
Dorszak nie wchodząc do kapliczki za niemi, bo ledwie kilka osób pomieścić mogła, zdala od progu, przypatrywał się z twarzą chmurną i posępną.
Dopiero po ukończeniu litanii, wstawszy, Miecznikowa się odezwała do Podstarościego:
— Widzisz waszmość, nie jest tu tak źle, a jeszcze i kapliczka w dodatku. Jutro nam ksiądz Żudra będzie mógł Mszę świętą odprawić, bo portatil z sobą mamy, jeśli go tu nie znajdziemy.
Wrócili więc znowu do wielkiej izby, gdzie już szybko, pod dozorem Nikity, znoszono rzeczy, tłómoki i kufry. Janasz pobiegł na dół zamek oglądać i ludźmi rozporządzić. Sieniuta też był czynny.
Dorszak jakiś czas stał niby na rozkazy wyczekując, bąkając ni to ni owo, wreszcie zobaczywszy, iż się bez niego rozporządzają i obchodzą łatwo, wybiegł gniewny. Postrzegł już był wprzódy Sieniutę między dworem, ale sobie tylko w oczy popatrzyli i Dorszak brwi ściągnął strasznie. Teraz zbiegłszy na dół, znalazł go na krzywych nogach stojącego u drzwi, jak na straży i kręcącego wąsa.
— A waszmości tu jakie licho przyniosło i po co? żeby więcej gąb do żywienia na zamku było? — krzyknął na pół żartobliwie.
— Ale tego — odchrząknął Sieniuta wcale nie zmięszany przywitaniem — nie czyni to ujmy honorowi szlacheckiemu i krwi, mosanie, Sieniutów, iż pod czas jestem we dworze JW. Miecznikowej. Ot co!
Dorszak ramionami ruszając, zbliżył mu się niemal do ucha.
— Kat cię tu wniósł! stary wygo — rzekł sierdzisto — pewnieś tam paplał.... a no.... byleś tego nie żałował...
Pogroził mu na nosie.
— Mosanie, ten — rzekł nieulękniony Sieniuta — kto ma czyste sumienie, ten się języków nie lęka, a jam nie dziecko, aby mnie kto nauki dawał.
Dorszak słuchał jednym uchem, a drugie zdawał się niespokojnie nastawiać, bo Janasz już rozkazy wydawał, co do koni i ludzi, a właśnie się do nich przybliżał.
Namarszczył brwi.
— Za pozwoleniem — wtrącił — ja tu nie wiem, co za rolę będę grał! Myślałem, że rozporządzenia należą do mnie, albo że się ze mną choć rozgadacie, a widzę, że ja tu na gracyalistę wyjdę. Kto tu z nas rządzi?
Janasz mu się lekko skłonił.
— Na teraz — rzekł — dopóki pani Miecznikowa na zamku, ja jestem z ręki Miecznika dowódcą i ja sam rozkazuję.
Dorszak zczerwieniał cały.
— Dobrze wiedzieć — odparł krótko. Wnet jakby się namyśliwszy i spojrzawszy na młokosa złagodniał znowu.
— No, niema tu tak dalece co robić — rzekł — chodźcie do mojej żonki, wypoczniecie u nas, dereniak mam sławny. Ludzie sobie rady dadzą, jest tu ten wszędobylski Nikita, to i dosyć.
— Bardzo panu za gościnność dziękuję — wesoło odezwał się Janasz — ale dziś niema czasu, muszę sam dopilnować wszystkiego, ludziom stanowiska oznaczyć, konie pomieścić, broń opatrzyć.
— Oj! oj! a cóż to, wojna! — rozśmiał się Dorszak — po co tu tak wielkie ostrożności. Cha! cha!
— A no, nie zawadzi ludzi czujnymi trzymać — rzekł Janasz — u nas w drodze taki zwyczaj. Darujesz Waszmość.
Skłonił się i odszedł, bo Nikita mu znaki dawał.
Dorszak stał jak wkuty, chciał zda się odejść i nie mógł, patrzał za odchodzącym, a po chwili zwrócił się do Sieniuty.
— Co to za jeden? — spytał.
— To, słyszę wychowanek i faworyt Miecznika, tęgi — ale tęgo, mosanie, chłop i pałka zdrowa i ręka silna.
Pokiwał głową, poprawił czapki.
— A waszmość, panie Sieniuta, na dereżniaczek do mojej baby.
— Bóg zapłać, ja też mam moje funkcye, dziękuję.
Dorszak się zakręcił — niespokojny. Mrok coraz silniejszy padał. Zapalono w zacisznych przymurkach pochodnie, a służba się ciągle krzątała. Podstarości zdawał się ich oczami liczyć, a usta mu się skrzywiły jakby na śmiech, gdy postrzegł broń i amunicye które z wozów znoszono na dół do wieży. Kiwał głową, potem krokiem powolnym, pociągnął na pierwsze podwórze. Miał już bramę przechodzić, gdy trafił właśnie na to, jak się z nią i ze staremi zawiasami mocowali ludzie, usiłując ją zamknąć. Nikita i Janasz stali przy tem. Dorszak się śmiać począł mocno i stanął.
— Cóż to jest? po co? na co? pół wieku się te wrota nie zamykały, jeszcze komu na kark się obalą i przybiją! Wrota są w pierwszym dziedzińcu, po cóż te?
Nikita nie odpowiedział nic. Janasz także, ludzie dalej swoje robili.
— Ale to boki zrywać! mówił Dorszak, co wam się śni? tu żadnego niebezpieczeństwa nie ma? po co śmiech z siebie robicie?
— A co wam to szkodzi? — odparł Janasz spokojnie.
Widząc że już tu ich nie przemoże — Podstarościc rzucił jakieś przekleństwo pół cicho i poszedł do mieszkania. Wszedł do izby drzwiami rzucając. Żonę już zastał na sofie jak zawsze. Nie chętnie z nią rozmawiał, tym razem jednak ze ścianami by się był wdał w rozmowę, tak w piersi miał pełno.
— Poszaleli ci ludzie! krzyknął! to ten Sieniuta musiał im nagadać. Ledwie mi głową Miecznikowa kiwnęła, a gadać prawie nie chce i sami tu się rozporządzają, jak we własnym domu. Ale ja tego nie ścierpię.
— Milczałbyś — odezwała się Agafia — dosyć było twojego panowania.
— Jeszcze to nie koniec! syknął Dorszak, zobaczemy, niech się sztyftują jak chcą.... kanalije....
Żona śmiać się zaczęła, co go jeszcze większym gniewem napełniło. Nie mówił nic tak aby go zrozumieć było można, mruczał i chrapał jak zwierz rozzłoszczony, niekiedy pięść wyciągając ku górze. To znowu oknem wyglądał na krzątających się ludzi, którzy nie pytając go, przestawiali, nosili, zabierali, łamali jedno, ustawiali drugie.
Parobek przyszedł mrucząc i w głowę się drapiąc.
— Oni nas tu wygonią, co tu robić! oni tu gospodarują jak w domu.
— Niech ich czarci rwą — rzekł Dorszak, niech wszystko do góry nogami wywracają co zechcą — nie długo tu będzie ich panowania.
Milczeć.... rozumiesz....
Parobek wyszedł.
Janasz tymczasem niezmiernie był czynnym, obchodził z Nikitą wszystkie kąty i zakątki. Gdy dla Miecznikowej podróżną gotowano wieczerzę, a dla dworu krupnik z półgąsków, on z Nikitą, jakby na obozowisku, stał przed nieprzyjacielem, opatrywał się i nie tracąc chwili ład zaprowadzał wojskowy.
Zameczek górny, pomimo opuszczenia, samem położeniem swem, dosyć był obronny, przeciwległą ścianę od wnijścia, na urwisku wzniesioną, oblewał staw, tak że przystęp ztąd był prawie niepodobieństwem: w prawo i w lewo woda nie dochodziła do góry, a szczególniej z jednej strony dosyć suchego było gruntu. Z małą garścią jednak bronić się tu było można i odeprzeć napaść wszelką.
Najsłabszą była ściana dzieląca zameczek od dolnego. Mur ten nie wysoki, porozbijany, na który wdrapać się było łatwo, zamykała brama stara, słabo trzymająca się na zawiasach, którą ledwie zatrzasnąć zdołano. Ale żelaztwo z niej poopadało, drzewo było popruchniałe, zgniłe, dziur wiele. Furty nawet niegdyś należącej tu i uzupełniającej ją — brakło. — Tę miano w nocy zbić z desek, które Nikita w pierwszem podwórzu napatrzył wcześnie. Tam na dole jak najmniej chciano zostawiać rzeczy, a ludzi ściągnąć na górę do jednego. Nikita się ofiarował straż po drugiej stronie wrót odbywać. Janasz był już na obu basztach, a Nikita mu odkrył po za jedną z nich tajemną wycieczkę. Pod murami szły zarzucone na pół gruzem lochy, które dawniej cały znać zamek otaczały i miały różne wyjścia i rozgałęzienia. Miecznikowa z Jadzią i kapelanem posilały się na górze i rozmawiały cicho, a Janasza doczekać się nie mogły. Czynił swoją powinność. Dopiero postawiwszy straże, dawszy rozkazy ludziom, zbierał się iść sobie kąta szukać na drugie piętro, gdy na wschodach zobaczył Miecznikównę....
Dziewczę ze świecą w ręku, patrzało w głąb szukając go oczyma. Nie spostrzegłszy zrazu Jadzia wołała.
— Wołać pana Korczaka.
— Panno Miecznikówno! jam tu! — odparł śmiejąc się chłopak.
— A! dobrze, chodź waszmość burę wziąść od jejmości. Gdzież się dziewasz! Poszedł i przepadł. Minkę zrobiła groźną, ale się śmiała do niego.
Janasz zbliżył się i za rękę ją wziął, całując z uszanowaniem.
— Jaka panna Jadwiga dziś straszna — zawołał — a cóż kiedy ja się nie boję!
— Chodźże waszmość jeść, a to nam dowódca armii z głodu umrze! — przerwała Jadzia.
— Wolne żarty — rzekł Janasz ocierając pot z czoła, a tu, doprawdy, nie ma z czego przedrwiewać. Kraj jak stworzony dla rozbójników (zniżył głos) a Dorszak jakby na dowódcę urodzony.
— Ale kraj na dziwo piękny! — zawołała Miecznikówna podnosząc oczy do góry — pusto, cicho, zdaje się że od niebios głos aniołów dopłynie. W duszy się robi dziwnie słodko, patrząc na tę opuszczoną ziemię, czekającą na rękę człowieka, aby żyć — coś tak, jakby się na kolebkę patrzało, w której uśmiechająca się spoczywa dziecina.
Stali na wschodach, ona o kilka stopni wyżej, on przed nią zapatrzony na zarumienioną jej twarzyczkę.
— Tak! tak! zawołał — wszystko to dziś piękne, bo nowe i świeże, ale mieszkać tu bez ludzi w wiekuistej trwodze?
— Jakiej? czego? podchwyciła Jadzia, ramionami ruszając — całą drogę nas straszyli nadaremnie i nic się przecie nie stało! E! wszyscyście tchórze, nie wyjmując was, nawet, mości hetmanie.
— Prawda, że się boimy, panno Miecznikówno, ale wierzcie mi, nie o siebie.
— O kogóż?
— O was, o skarb nam powierzony! W drodze szczęśliwie się udało ujść niebezpieczeństwa, tu — Bóg wie, co da. Patrząc na Podstarościego rozumiem dla czego nas nim straszono.
Jadzia pokiwała główką.
— Nie piękny, prawda, ale....
— Co to — nie piękny? — przerwał Janasz. Szkoda mówić, żeby i Sieniuta był do malowania — ale mu poczciwie z oczów patrzy, a temu. I — rudy! szepnął Korczak.
— Dosyć tej rozmowy na wschodach.... matka musi być niespokojną, zrywając się biedz poczęła Jadzia, waćpan mnie bałamucisz! chodź, ja za niego burę dostanę.
Wyprzedzając go wbiegła na górę wesoło.
— Prowadzę jeńca! — zawołała.
Miecznikowa siedziała za stołem.
— Gdzieżeś się waszmość dziewał? — zapytała.
— Musiałem naprzód obozowisko opatrzeć, rozśmiał się Janasz, straże postawić, rzeczy poumieszczać.
— A teraz siadaj i jedz — co Bóg dał.
Podsunięto mu miski, Jadzia gospodarowała.
— Jeszcze nic nie wiem co tu można dostać i czem będziemy żyli — jutro pójdziemy na zwiady — rzekła Miecznikowa.
— Z przeproszeniem pani — odezwał się Janasz, na zwiady nikt bezemnie nie pójdzie.
— Ani ja? — spytała Miecznikowa.
— Pani najmniej?
— Dla czego?
— Bo.... bo.... jesteśmy na skraju od nieprzyjaciela, a ja szyją moją odpowiem za drogie ich osoby.
— Ze strachu wielkie oczy! ruszając ramionami, poczęła Miecznikowa. Miała się rozmowa wytoczyć, gdy do drzwi zbliżyły się kroki; wszedł Dorszak, czerwony na twarzy i widocznie zburzony. U progu ledwie głową kiwnął, jedną rękę miał założoną za pas, fantazya zmieniona. Stał czas jakiś sapiąc w milczeniu, a nikt też go zaczepiać nie śpieszył.
Wpatrując się w twarz łatwo było dostrzedz jak się mieniła, gwoli myślom, które się w nim ucierały. Można było sądzić, że wybuchnie... potem chłódł, stygnął, rozważył, pomiarkował się, rękę od pasa odjął i spuścił, twarz potarł nią, jakby z niej ślady wzburzenia chciał zetrzeć.
— Przyszedłem, rzekł — ochrypłym nieco głosem — czy jaśnie pani co nie rozkaże?
— Dziękuję waszmości, panie Podstarości, z powagą podnosząc się z krzesła i podchodząc ku niemu, mówiła Miecznikowa, rozkazów dziś jeszcze żadnych do dania nie mam, ale pytaćbym go o wiele mogła, nic tu jeszcze nie znam.
Dorszak stał niby pokorny, ale z oczów mu błyskały jak iskry gniewu. Pan samowładny przez czas tak długi, schodził na sługę....
— Do granicy tureckiej daleko? — spytała Miecznikowa.
Namyślał się z odpowiedzią.
— Turcy tu mają, w sąsiedztwie kilka zamków zajętych — rzekł — ot i Bar, ale my z niemi jako tako żyjemy. Paszowie są ludzcy.
— A Tatarzy?
— Tatarzy — oczy błysnęły Dorszakowi — zwyczajnie dzicz, to tam nikogo nie słucha — ale teraz o żadnych napaściach nie wiemy. Siedzą spokojnie. Czasem trzodę jaką porwą nad granicą, albo chłopów parę, ale to tam nic.
— Bóg da, że się my z tego sąsiedztwa uwolniemy, poszedł król nasz pod Wiedeń, pociągnęły wojska wielkie, jak ich tam zbiją, to i Podole się oswobodzi.
Uśmiechnął się Dorszak złośliwie.
— Ale jak ich nie zbiją, to się na nas mścić będą — mruknął.
— Ja — dodała zmieniając rozmowę Miecznikowa, gdy nieco spocznę i rozpatrzę się tutaj — radabym i po włościach i ziemiach się przejechać, granice zobaczyć, osady, jakie są.
— Pustka to jaśnie wielmożna pani — rzekł po chwili namysłu Dorszak, któremu oczy zajaśniały jakąś radością niedobrze ukrytą — ale zawsze obejrzeć warto. Ziemi nie zasadzonej szmat. Byłoby na czem de cruda radice wsie i miasta zakładać, gdyby się ludzie naleźli. A kto tu zechce pod strachem Bożym mieszkać i z samopałem na pole jeździć!
Namyślił się i dodał ciszej:
— Gdyby jasna pani tylko, raczyła zawczasu dzień oznaczyć — posłałoby się trochę zarośla przetrząść i drogi naprzód opatrzeć. Ja muszę koniecznie, choć na dwa razy dwadzieścia cztery godziny wprzódy wiedzieć kiedy to nastąpi.
— Słusznie, panie Dorszak, ja to waćpanu oznajmię — a teraz, spocząć pora. Dobranoc waćpanu.
Już miał odchodzić, gdy Miecznikowa, jakby coś sobie przypomniała, zatrzymała go.
— Poczekaj waszmość — rzekła — i szepnęła coś Jadzi, która do drugiego pokoju wybiegła. Po chwili wyniosła pudełko, które Miecznikowa otworzyła, dobywając z niego coś skrzętnie.
— Mąż mój niechciał, abym tu z próżnemi rękami przybyła, starym obyczajem, gościniec się przywozi.
Przyjm waszmość dobrem sercem tę drobnostkę — rzekła — podając mu złoty pektoralik w dwóch kopertach, rzecz naówczas cenioną i piękną. Potem dobyła złotego łańcuszka.
— A to dla jego żony — dodała.
Dorszak rad nie rad, zmięszany trochę do kolan się schylił, mrucząc jakieś podziękowanie. Zaczem skłonił się raz jeszcze i wyszedł.
Milczenie panowało chwilę. Janasz też wstał, poszedł w rękę pocałować Miecznikowę, Jadzi się pokłonił, księdzu Żudrze także i zniknął.
Na górze Nikita mu posłanie przysposobił, wprawdzie bez łóżka, bo tych nie stało, a nawet tapczana nie było z czego zbić, lecz słomy poddostatkiem. Janasz wprzódy się jednak spuścił na dół, ludzi zobaczyć, czy w miejscu byli i czujni, chociaż Sieniuta, który się też na pod-hetmana wyswatał, uczynił to przed nim jeszcze. Niektórzy spali już po podróży, inni czuwali mając się mieniać godzinami. Noc była chłodna, spokojna i dosyć jasna, za górami łuna blada zwiastowała księżyc. Białe obłoczki przebiegały po niebiosach. Z okna sypialnego pokoju, gdy obchodził do koła wieżę, wyjrzała główka z rozpuszczonemi na ramiona włosami, w ciemnościach znać domyśliła się Janasza, i po nad nim jak szmer wietrzyka.... jak liść spadający na ziemię.... zaszeleściało słówko:
— Dobranoc.
Janasz podniósł oczy, w górze nikogo nie było.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.