<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jerychonka
Podtytuł Powieść
Wydawca Kurjer Warszawski; S. Lewental
Data wyd. 1895
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
IX.[1]

Pewnego dnia Filip wyszedł z domu wieczorem i na noc nie wrócił. Od kilku dni był rozdrażniony, nieswój, prawie do żony się nie odzywał, ciągle miał interesa na mieście, a wieczorami pisał, zamknięty w swoim gabinecie.
Magda, o ile mogła, ukrywała przed siostrą zły stosunek, ale Osiecka oddawna wiedziała, co się święci, i codzień czekała katastrofy.
Gdy tedy rano Magda sama przyszła na śniadanie, spytała niespokojnie:
— Gdzież Filip?
Magda ruszyła ramionami, udając zupełną obojętność.
— Uciekł! — krzyknęła majorowa.
Magda drgnęła. Ta ostateczność już parę razy przychodziła jéj na myśl, ale gdy usłyszała, odczuła cios, jak policzek. Chwilę z brwią ściągniętą patrzała przed siebie, potem opanowała się i odparła:
— Jeżeli tak jest, tośmy były do tego przygotowane.
Infamis! — wybuchnęła Osiecka. — Boże, co ludzie powiedzą? A mówiłam ci, odpraw go. Na co to było potrzebne! Przeklęty człowiek!
— Moja droga, jeszcze nie mamy pewności. Może się zjawi lada chwila...
— Ja wiem, że się nie zjawi! Wziął 10,000 reńskich i poleciał za baronową. Wiesz przecie, że wyjechała przed tygodniem.
Magda nic nie odpowiedziała. Spodziewała się najgorszych rzeczy, ale nigdy się nie spodziewała, że tak gorzko znosić je będzie.
Odeszła do siebie; chciała pracować, i nie mogła. Trapiła ją nieznośna niecierpliwość i chęć pewności. Wyczekiwała jego powrotu, potém wieści. Przecie da znak życia! Poszła do jego gabinetu i przerzuciła papiery na biurku. Nic nie było zamknięte. Wreszcie w jednéj z szuflad znalazła list do siebie. Pociemniało jéj w oczach i drżały ręce, gdy rozdzierała kopertę.
„Chciałem wyjechać bez uwiadomienia cię o celu i powodzie odjazdu, ale pomyślałem, że niepotrzebnie cię mam oszczędzać. Jesteś tak trzeźwa i rozsądna, że możesz usłyszéć prawdę. Kocham tę kobietę nad życie, nad obowiązek, nad wszelkie prawa i zakazy, istniéć bez niéj nie mogę.
„Może-byś mnie była zjednała dla siebie, ale twój chłód, obojętność i zaniedbywanie, oddaliły mnie od ciebie, przykuły do tamtéj. To usposobienie twoje jest mojem wytłómaczeniem, jest zarazem pewnikiem, że nad stratą męża cierpiéć nie będziesz.
„Dowiedziałem się przytém, żeś któregoś wieczora miała schadzkę z Oryżem. Usuwam się z drogi i mniemam, że mnie zbyt ostro sądzić nie będziesz. Jadę do Wenecyi i żegnam cię, życząc pomyślności.“
Magda trzy razy odczytała list, potem go odrzuciła ze wstrętem. Miała go dotąd za lekkomyślnika i za słaby, wrażliwy charakter, a on był samolubem i bezczelnym kłamcą. Skrzywdził ją, wstyd uczynił, a potem oplwał i swemi winami obarczył.
Oparła głowę na rękach, zgnębiona, nieszczęśliwa, nietyle jego stratą, ile ostateczną zagubą swych ideałów, marzeń i nadziei.
Był to kryształowy gmach, a teraz się rozsypywał w drzazgi, w rumowisko, z którego nie zostanie nic na przyszłość, oprócz gorzkiego rozczarowania i żalu, że tyle na to zmarnowała lat i uczuć.
Otrzeźwiała dopiero w téj chwili i poczuła, że serce jéj jest wolne, że go już nie kocha, ani żałuje, że przestał dla niéj istnieć.
I nie bolało jéj to, owszem zdawała się zbudzoną z męczącego snu, przeciągnęła się, jak ptak, gdy zbiera skrzydła do lotu.
Wzięła list i wyszła z gabinetu. Gdy przechodziła przez pracownię, przypadkiem wzrok jéj padł na jerychonkę, która ożyć miała w słońcu i cieple. Ale roślinka była martwa, szara i biedna. Nie ożyła!...
Magda uśmiechnęła się smutnie.
— I ty i ja przeceniłyśmy swą żywotność. Tobie trzeba pustyni może — mnie sztuki. Nie zakwitniemy już ludziom!
I schowała napowrót roślinę do skrzynki.
Osiecka dnia tego nie poszła do szkoły — zbyt była niespokojna o Magdę.
Gdy ją ujrzała z listem w ręku, domyśliła się katastrofy.
— Uciekł? — zawołała.
— Tak, i na pożegnanie to mi zostawił.
Podała list i rzekła gorzko:
— Bardzo rozumnie uczynił. Przynajmniéj od jednego pociągnięcia pióra wykreślił się z mego serca, pamięci, nawet myśli! To gorzkie, ale zdrowe...
Osiecka przeczytała i poczerwieniała z oburzenia.
— Łotr! Obelgi i brudy na ostatnie danie. Niechże mu tamta odda za ciebie. To go nie minie! Boże, ale co teraz świat powie i co my powiemy? Przeklęty dzień, kiedy on ten próg przestąpił!
— Możesz i mnie zarzutami obarczyć. Jam winna! Byłam zarozumiała i lekkomyślna — i poszłam wbrew powołaniu. Ale teraz nie czas na skargi i rozmyślania. Trzeba nam ztąd wyjechać. Nie chcę, by ludzie go sądzili i szkalowali przede mną, a nie chcę téż go bronić i osłaniać. Dość tego! obowiązki podeptał ostatecznie, mnie moje dość długo ciężyły! Jesteśmy znowu wolne. Gdy nas nie będzie, sprawa się nie rozgłosi, a jeśli wezmą mnie ludzie znowu na języki, wolę uniknąć plotek i niby przyjacielskich ubolewań i pociech, bo doprawdy, nie czuję potrzeby pociechy!
Osiecka miała chaos w głowie.
Bardzo praktyczna i przytomna, objęła w jednéj chwili cały bezład, jaki katastrofa ta wywoła w ich życiu, i perspektywa ta zdwoiła jéj oburzenie na Filipa.
— I przez takiego infamisa trzeba cierpiéć, kłamać, uciekać! Bodaj go dobrzy ludzie nie znali! Masz, broniłaś baronowéj, zapłaciła ci za to! Wyjechać: dobrze ci mówić! Na kogoż zdam szkołę, dom? Kto za ciebie Stacye skończy? Gdzie pojedziemy?...
Magda milczała. Po pierwszym wybuchu następowała reakcya nudy, niesmaku i zniechęcenia. Ruszyła wreszcie ramionami.
— Miałam wyjechać na wakacye, odwiedzić Boińską; wyjadę dzisiaj. Ty zostaniesz dni kilka, załatwisz co naglejsze. Tam obmyślimy, dokąd się udać.
— No, a jak mnie obiegną znajomi pytaniami, co mam mówić? Jeśli myślisz, że skłamię i jego oszczędzać będę, to się grubo mylisz.
— Powiedz prawdę. U Malickich sama będę, u Berwińskiéj téż. O resztę mi nie chodzi.
Wróciła do pracowni i spokojnie wzięła się do pakowania swego artystycznego bagażu. Wahała się chwilę, czy nie odpowiedziéć Filipowi; ale po namyśle postanowiła milczeć. Z oburzenia przeszła do wstrętu ku niemu. Zebrała wszystkie po nim pamiątki, nawet ten album włoski, i zrzuciła, jak śmiecie, na spód szafy. Potém ubrała się i poszła na miasto. Miała do załatwienia dwie sprawy. Udała się przedewszystkiem do szarytek i zapowiedziała zwłokę w wykończeniu Stacyi, potém ruszyła do zakładu, gdzie pracowała Berwińska, i zaprosiła ją na wieczór do siebie.
Wracając, wysłała depeszę do Boińskiéj i, wolna już do wieczora, poszła na przechadzkę za miasto. Wolała teraz być samą, niż słuchać narzekań siostry, a wybierała ustronne ulice, by nie spotykać znajomych.
To téż drgnęła z przykrości, gdy nagle o krok przed sobą spostrzegła Sylwestra.
— A to niespodzianka! — zawołał. — Co panią sprowadza w te zaułki? O osobliwość!
— No, ja tu bywam często. Muszę szukać typów, ludzi, ruder, gry cieni... Ale co pan tu porabia? — odparła swobodnie, bez zwykłego jednak uśmiechu.
— Jam tu szperał w spuściźnie po starym emerycie i kupiłem saską skorupkę. Cóż słychać u państwa? Zawsze dobrze?
— O, niezawodnie. Złe i dobre zależy od punktu widzenia i gustu każdego z nas...
— Pan w domu? Może gotuje jaką niespodziankę? Ostatniemi czasy wyglądał natchniony i tajemniczy. A czas-by był, żeby się publiczności przypomniał; ale pani go absorbuje.
Magda zmarszczyła brwi.
— Pan się myli co do osób. Nie absorbowałam go nigdy i nie z mojéj racyi przestał malować. Tego zarzutu nie przyjmuję na siebie.
— Ja téż nie tak myślałem. Gdy się kocha, wszystko inne maleje i niknie!
— Właśnie. Szczególnie, gdy się złe i złych kocha...
— Trzeba mu wiele wybaczyć: natura artystyczna, wrażliwa, krańcowa. Jego nie można mierzyć zwykłą miarą. Jemu wiele wolno!
Miała na ustach ostrą odpowiedź, ale milczała. Już nie miała prawa go sądzić. Pomyślała tylko z goryczą, że zdanie Sylwestra będzie zdaniem ogółu i że ten ogół będzie na jego czyn patrzył pobłażliwie, a ją potępi.
Towarzystwo Sylwestra nużyło ją, więc zwróciła się ku domowi i rzekła:
— Śliczna i wczesna wiosna. Cieszę się, że znajdę już na wsi fijołki na skłonach rowów.
— Pani na wieś wyjeżdża? — zdziwił się.
— Tak, na Podole, het, w jary i góry, pod Buczacz.
— I Filip wyjeżdża?
— O, nie tam. On woli ludniejsze miejscowości.
Sylwester zrobił duże oczy, ale nie śmiał więcéj pytać. Jak iskra elektryczna przebiegła go nadzieja, przeczucie skandaliku, ciekawéj nowinki. Tknął go ten Buczacz, przypomniał sobie Boińską, Oryża, wedle swego gustu układał już plotkę.
Magdę, pomimo złego usposobienia i poważnéj chwili, szczery śmiech zdjął. Oczy jego były tak pożądliwe, jakby z duszy jéj wydrzeć chciały tajemnicę. I mało co brakło, żeby mu powiedziała prawdę, by zobaczyć wrażenie, ale jeden wzgląd ją powstrzymał.
„Będzie mi udawał i kłamał przyjaźń i współczucie! Wolę tego nie słyszéć!“ — pomyślała.
U progu mieszkania ledwie się go pozbyła; pobiegł pędem szukać Filipa, by się dowiedziéć prawdy, a ona gorzko się uśmiechnęła, popatrzała za nim i rzekła do siostry szyderczo:
— Ten człowiek trzeci raz z mojéj racyi będzie szczęśliwy. Nakarmi miasto plotkami. Szkoda tylko, że mi za to wdzięczny nie będzie!
— Jeszcze się ciebie koncepty trzymają, i to w takim dniu! — oburzyła się Osiecka. — Miły dzień! Siedzę jak więzień; udaję, że mnie niema; na miasto boję się wychylić. Ale jak tylko wyjedziesz, skorzystam z tych kilku dni i wygadam wszystko, co mam na sercu! O, to mi ulży, bo inaczéj to-bym się rozchorowała! Cały dzień piję wodę sodową!
Tu popatrzała uważnie na siostrę i wyraz gniewu ustąpił z jéj twarzy przed łagodnem zafrasowaniem.
— Aleś mizerna! Nie udawajże przede mną! Żałujesz go, cierpisz! No, mów! Nie trzeba się zacinać. Wolałabym, żebyś zapłakała!
Magda objęła ją serdecznie za szyję.
— Dziękuję ci, ale się nie frasuj! Zapewne, że cierpię, ale nie z miłości. Boli mnie właśnie, że go już nie kocham. Obchodzę dziś pogrzeb uczucia. Chciałam jego dobra i spokoju: poszedł za złem i burzą; a gdy się obejrzy i otrzeźwi, nie znajdzie już mnie na swéj drodze. Szkoda mi marzeń!
— A mnie szkoda, żeś z nim dozgonnie związana. Że nie kochasz — w to wierzę, ale że ci jeszcze nieraz spadnie na barki — to pewna. Ah, żebym wtedy ja przytem była!
— Będziesz, bo przecie nas nic i nikt nie rozłączy — rzekła serdecznie Magda.
Dzwonek się ozwał, więc przeczuwając, że to Berwińska, poszła otworzyć i zaraz na wstępie rzekła:
— Wiesz, mąż uciekł ode mnie.
Berwińska nie okazała zdumienia ni oburzenia. Ze swym niezachwianym spokojem i logiką odpowiedziała:
— Lepsze złe spełnione od spodziewanego.
— To racya! — potwierdziła Osiecka. — A przytem taki infamis im daléj od nas, tém lepiéj.
Magda pociągnęła przyjaciółkę do pracowni i, stając przed nią, rzekła:
— Tak wygląda ideał w praktyce i życiu. Tak wygląda ofiara i duchowe uczucie! Masz, przeczytaj jego pożegnanie.
Berwińska odczytała list, złożyła go starannie i scharakteryzowała lakonicznie:
— Bardzo pouczający dokument.
Pomyślała chwilę i dodała:
— Od wczoraj wiem o tém. Miałam list od Oryża. Przyniosłam z sobą: z kolei ty czytaj.
Magda rozłożyła podaną ćwiartkę grubego papieru, na którym poprzednio ktoś widocznie próbował akwarellowych farb.
„Donoszę pani, że tu jest wcale nieźle. Dostałem robotę na 300 reńskich i ulokowałem się u emeryta bardzo osobliwego, bo mi pozwala pluć, gdzie mi się podoba, palić zły tytuń i gwizdać ad libitum. Zabawię miesiąc, a może potém ruszę do Włoch, bo mi tu jeden kolega opowiada cuda o makaronie i serze.
„Z Krakowa jechałem z baronową, tylko żem jechał za swoje, więc tertią, a że ona na koszt Osieckiego, więc primą. Chciałem mu napluć na głowę, gdy stał na perronie, patrząc za nią, ale pożałowałem śliny. Zresztą mogę to i tu uczynić, bo ma za tydzień zjechać do niéj, do Wenecyi. Tymczasem wczoraj na Ringach spotykam męża baronowéj. Pogrzebał brata i załatwia spadkowe ceregiele, które notabene są tak wstrętne, żem Faustangera wysłuchawszy, Bogu podziękował, iż mnie to nie spotka. Bardzo się mną ucieszył i chciał mnie uraczyć spadkowym sznapsem, alem się wymówił, więc się skończyło na gawędzie. Dowiedział się ode mnie o żonie i Osieckim, i obmyśliliśmy uczynić im mało intermezzo za parę tygodni. To będzie zupełnie oryginalne, więc do czasu tajemnicę chowam za zębami. Ale w swoim czasie opiszę to pani. Jestem jak dojeżdżacz i nawet proponowałem Faustangerowi, aby mi tę posadę dał dożywotnio. Nie wypluł dwuznacznika, zjadł i był ubawiony. Niech mi pani odpisze, co słychać w Krakowie. Czy na plantach zawsze tylko spotkać można psa, bosą babę i księdza? Czy Zygmunt nie dzwonił na wyjazd Osieckiego, czy Sylwestrowi zostanie jeszcze po téj chryi choć szczątek języka, czy się do cna wystrzępi...
„Niech mi téż pani napisze, czy mam służyć za dojeżdżacza Faustangerowi, czy zostawić tych dwoje, żeby się sami pożarli? Na daleką metę wolę miéć kierunek, bo nuż się pomylę i, zamiast po dyszlu, uderzę po koniu? Zresztą niech mi pani wszystko napisze — i basta!“
Magda złożyła list i oddała go Berwińskiéj.
— Odpisz mu, jak chce, niech wie wszystko! — rzekła. — Mnie to już nic nie obchodzi.
— Nic, i ręczysz, że tak zostanie już?
— Tak. Darowałabym mu zdradę, bo człowiekiem jest; darowałabym szał i zapomnienie, bo wrażliwą ma naturę: ale nie daruję błota, którem na mnie cisnął, i zarzutów, któremi siebie chce uniewinnić. Wymazał z mojéj duszy wszelką pamięć, nawet niechęć, niema go już i nie będzie więcéj!
— A jeżeli wróci upokorzony, nieszczęśliwy, błagający łaski?
— Pokażę mu ten list i minę go, jakbym go nie znała.
— Nieprawda. Témbardziéj nim się zajmiesz, gdy nie kochasz. Tego się nie zarzekaj. Znajdzie on twoją dłoń w potrzebie. Jesteś z tych, co dotrwają do końca, tém mężniejsi, o ile to ich więcéj kosztuje. Teraz wyjeżdżasz, i słusznie. Nie chcesz do krytyki, która go spotka, dorzucić ani jednego słowa. Potem nie zechcesz wspomnieć mu nawet o jego nikczemności, i zostaniesz sobą. On cię porównał kiedyś do wody i płomienia. To słowo ukochanego stało się twoją zasadą i dotrzymasz go tembardziéj względem niego samego.
— Przeceniasz mnie! — odparła Magda. — Zresztą zostawiam mu jeszcze tyle honoru, że sądzę, iż do mnie o pomoc i ratunek zwrócić się nie ośmieli.
Berwińska widocznie miała inne wyobrażenie, bo uśmiechnęła się ironicznie.
Osiecka przerwała im rozmowę. Zawsze praktyczna, zajęła się pakowaniem i materyalnemi sprawami, i tak godziny zeszły do odejścia pociągu. Obie przeprowadziły Magdę na dworzec, a przy pożegnaniu Osiecka ulżyła swéj żałości łzami, które dziwnie wyglądały na energicznéj twarzy. Potem, gdy pociąg zniknął w ciemności, Berwińska wróciła do swéj izdebki, a że jéj sen nie brał, usiadła zaraz do pisania listu do Oryża. Opowiedziała mu wyjazd Magdy i jéj spokój w znoszeniu tego ciosu, radziła zostawić Filipa fali, któréj się oddał; potem, po namyśle, zdjęta współczuciem dla biednego cygana, dodała słowo pozdrowienia dlań od Magdy. Było to kłamstwo, ale nie był to grzech. Wiedziała, że to go uszczęśliwi i przez uszczęśliwienie uczyni silniejszym.
Wreszcie, gdy list był gotów, siedziała jeszcze długą chwilę zamyślona, znękana samotnością i pustką, która ją zewsząd ogarniała.
Pierwszy ojciec, potem Oryż, nareszcie Magda.
Została zupełnie samą, ze złą i ciężką dolą, któréj, wiedziała, że kresu nie będzie, aż razem ze śmiercią. Dobyła z szuflady zeszyt pełen cyfr i summowała je po raz setny. Były to z jednéj strony długi jéj brata, z drugiéj ich wypłata. Pięć lat, jak zaczęła płacić. Miała jeszcze na lat piętnaście, a czuła, że płaci je zdrowiem i siłami, i w trwodze rachowała, czy organizm jéj, podkopany złem odżywianiem, nadmierną pracą i zgryzotą, wytrzyma ten termin. Przeżyć go nigdy nie marzyła.
Jutro właśnie wypadał dzień wypłaty procentu i drobnéj cząstki kapitału; zebrała pieniądze i przerachowała je po raz setny.
Był to atom, a ile dla niéj znaczył?...
Położyła się i starała nie myśléć, — zasnąć i zapomnieć. Ale było to trudnem. Wyjazd Magdy odbierał jéj ostatni promyk w życiu; więc z duszy jéj podnosiła się skarga i porywała ją niezgłębiona rozpacz.
Była skazańcem za cudze winy na dożywotnie ciężkie roboty. Nad taką dolą wolno bohaterowi nawet czasami boléć i wzdragać się przed samym sobą.
List jéj poszedł do Oryża, ale nie osiągnął zgody. Oryż w wolnych chwilach od roboty bywał znowu gościem Faustangera i we dwóch układali plan kampanii przeciw baronowéj.
Myślała ona zdobyć męża; ale on ją lepiéj znał i czuł teraz swoją wyższość.
Była to drapieżna, dzika natura. Obok instynktów pierwotnych miał téż wyrafinowane okrucieństwo i zimną krew, gdy szło o zemstę. Z całym cynizmem spowiadał się Oryżowi:
— Kobietę tę kochałem, jak bóstwo. Ona sama zabiła we mnie ten kult. Ludzie ją mają za rozpustnicę, i pozór to stwierdza. Ale to tylko pozór. Jéj szał jest pozorem, jéj kokieterya, uczucie, czułość — to komedya. Ona zawsze, w każdéj chwili, rachuje. To już u nich we krwi, to wrodzone! Gdym zrozumiał i pojął, byłem jak wściekły, żem takiego potwora ukochał. I znienawidziłem! Wstręt mi został i ohyda, potem pogarda, wreszcie chęć odwetu. Teraz mam ją w ręku. Pomyśl, jak ona się wścieka, rachując moje miliony w objęciach tamtego. Niechże pocierpi!
I śmiał się, szczerząc zęby białe i ostre, jak kły drapieżnika, a Oryż, patrząc nań, cieszył się z odkrycia tak ciekawego okazu.
Potem, podniecony winem, Faustanger rozpowiadał swoje plany, a oczy jego zwężały się i błyszczały złowieszczo wyrafinowanem okrucieństwem.
— Damy jéj miesiąc trwogi i niepokoju. Potem pojedziemy téż do Wenecyi, a że to miasto pełne eleganckiego towaru, sprawię sobie szyk-przyjaciołkę i będę szalonym zbytkiem ją afiszował w oczach tamtéj. Potém, gdy czara jéj rozpaczy będzie pełna, pójdę do niéj i zażądam rozwodu. Mam za sobą wszelkie racye i powody. Wtedy będzie mi u nóg się tarzała i włosami ziemię zamiatała, i wtedy wezmę ją, jak niewolnicę, i oddam jéj wszystkie poniewierki, lekceważenie, któremi mnie karmiła, gdym był ubogi i rozkochany. Wtedy ona szaleć będzie, a ja — rachować. Zobaczysz!
— Tylko ostrożnie, by ci te złote włosy i ramiona znowu nie splątały stryczka czy arkanu, na którym się jeńców wodzi!
Śmiech dziki krzywił orle rysy Faustangera, który głosem ochrypłym od zaciekłości mówił:
— Po włosach będę deptał, a ramionami będzie mi obejmowała kolana, a ja na nią będę miał garść złota w jednéj ręce, a pięść ściśniętą z drugiéj. Te dwa argumenty dadzą jéj rady i nawet ją uszczęśliwią. Tymczasem nic nie nagli. Mogę czekać!...
Czekał i, aby celu z myśli nie stracić, szukał już w Wiedniu przyjaciółki. Długoletni przymus i niedostatek wetował sobie teraz, rzucając pieniądze, jak tylko potrafi barbarzyniec, łupami obciążony.
Oryż, patrząc na to bezmyślne marnotrawstwo, nabierał do pieniędzy codzień większego wstrętu a do życia hulaszczego — niesmaku.
Był nawrócony już zupełnie, nie szydził z siebie, ani plwał na cnotę; pracował pilnie i żył jak muich, a towarzyszył Faustangerowi, nie dla własnéj przyjemności, ale w przypuszczeniu, że tém Magdzie usłuży. To téż, gdy rotmistrz zaproponował mu wspólną do Wenecyi podróż, Oryż zapakował farby, pożegnał kolegę, z którym mieszkał, rzucił robotę i pojechał.
Przybyli na maj i rozstasowali się w hotelu tym samym, gdzie mieszkał Osiecki z baronową, tylko że Faustanger zajął lokal najdroższy, a tamci zadawalniali się skromném mieszkaniem z widokiem na boczny kanał.
Subretka baronowéj wnet jéj tę wieść przyniosła, wraz ze śniadaniem. Filip wyszedł był dla niéj po kwiaty.
Baronowa drgnęła i płomień przeszedł po jéj twarzy.
— Przyjechał po mnie? O! nareszcie! — pomyślała z westchnieniem ulgi.
Był wielki czas, aby wybawienie nastąpiło. Oddawna baronowa się przekonała, że zmieniając towarzystwo matki na Osieckiego, zrobiła zły interes. Matka była skąpa, ale cierpiąc z jéj racyi niedostatek, znosząc obrzydliwe skąpstwo i oszczędność, miała, jako wynagrodzenie, stosunki ze światem, była wszędzie przyjmowana w towarzystwach. Teraz Osiecki dawał jéj zbytek, spełniał wszelkie zachcianki i fantazyę; ale ona była osamotnioną i duma jéj cierpiała tortury w tém położeniu dwuznacznem, które ją stawiało na równi z półświatkiem.
Baronowa zaś miała dwa ideały, które stanowiły dla niéj szczyt szczęśliwości: bogactwo i świetne stosunki. A to dwoje mógł jéj teraz dać tylko mąż milioner i magnat. Więc na wieść subretki duch w nią wstąpił i zaczęła rozpytywać o szczegóły.
Wtedy się dowiedziała, że pan baron nie był sam, ale z całym dworem. Miał hajduka, kamerdynera i jakąś bardzo piękną damę z sobą. Przyjechał téż z nim jakiś drugi pan, czarny i chudy, z którym czytali listę gości w hotelu i bardzo się śmieli.
Dama? Co znaczyła dama? Kto to być może? Baronowa posłała subretkę na zwiady, a sama kipiała z niecierpliwości.
Subretka przyniosła od szwajcara kartę damy, a od swoich koleżanek jéj rysopis.
Nazywała się: Mademoiselle Lili Fanchon; była to mała, szczupła brunetka, z pieprzykiem na brodzie, i mówiła na barona: Albert.
Baronowa ze szczytu świetnych nadziei spadła w otchłań rozpaczy. Na tę chwilę wrócił Filip z pękiem róż, rozpromieniony i wesół. Cały zły humor spadł na niego. Odrzuciła róże i wściekła wygnała go z pokoju, zapowiadając migrenę i nakazując, aby jéj się na oczy nie pokazywał aż do wieczora.
W ten sposób pozbyła się go i mogła spokojnie obmyślić plan działania.
Przedewszystkiem chciała go się pozbyć: więc, gdy wyszedł, zaraz wysłała do matki obszerną depeszę, żądając pieniędzy conajrychléj; potém postanowiła, że do czasu powinna go użyć dla wzbudzenia zazdrości Faustangera: należało być zatem serdeczną i afiszować się conajwięcéj. Wreszcie pocieszyła się nadzieją, że baron, gdy ją ujrzy, złoży broń.
Ale wyobrażała go sobie takim, jakim był, gdy się rozstali, więc myliła się mocno. Spotkali się tegoż wieczora przy obiedzie i przypadek zdarzył, że siedzieli naprzeciw siebie. Filip na widok barona poczerwieniał i zbladł. Dzikie oczy Faustangera objęły go z niezmierną pogardą i lekceważeniem, potem spoczęły na baronowéj i zamigotały zjadliwem szyderstwem. Następnie zwrócił się do Lili Fanchon. Zaczęli mówić z sobą o pałacu na Canale Grandę, który dziś oglądali, i do którego się mieli nazajutrz przenieść, znajdując mieszkanie w hotelu trop mesquin.
Baronowa zrozumiała wtedy, że do osiągnięcia celu było bardzo daleko, i popatrzała z nienawiścią na Filipa.
Gdyby go nie było, jutro tamten byłby u jéj stóp; albo ona, silna swojem prawem, wygnałaby francuzkę.
Teraz sama sobie odebrała to prawo.
Filip, na dobitkę swojéj porażki, przez cały obiad był milczący i nie swój, gubił się do reszty w jéj opinii: wydał jéj się głupim, małym, nędznym filistrem, którego uczucie umiało tylko żebrać lub dziękować, nigdy rozkazywać i zmuszać.
W nim zaś rósł wstyd, upokorzenie, żal nieokreślony i chęć ucieczki z przed oczu człowieka, którego okradał i krzywdził.
Był pewien, że gra rolę ważną, i ani przeczuwał, że jest narzędziem zemsty, pionem na szachownicy.
Po obiedzie baronowa odzyskała równowagę i zalotnie zwróciła się do Filipa:
— Popłyniemy o księżycu. Dostań dobrego śpiewaka. Będziemy marzyć!...
Na schodach przed hotelem, z nogami o cal od wody, z talerzem krewetek na kolanach, siedział Oryż, otoczony zgrają próżniaków.
Było mu tu zupełnie dobrze, bardziéj nawet swojsko, niż w Krakowie, gdzie przecie nawet jemu nie pozwolonoby jadać na ulicy.
Miał téż minę tak szczęśliwą, że wypluwając skorupy w kanał, zaprzysięgał sobie, nigdy Włoch nie opuścić.
Dzień się kończył, a noc nadchodziła, ścieląc się pod staremi murami. Słońce jeszcze świeciło po wieżycach kościołów, a naprzeciw Oryża, za kanałem, San Giorgio wychodził z oparów i cieni białawych, złotawo-czerwony, jak widziadło w gloryi nadziemskiéj.
Niby jedząc krewetki i słuchając gwaru gondolierów i przekupniów, Oryż wsłuchany był w daleką jakąś melodyę własnéj duszy, przejęty pięknem, skupiony w sztuce.
W téj chwili baronowa z Osieckim stanęli tuż obok niego. Gondolier Paolo, który im stale służył, rozpychał kolegów, a Filip pertraktował z nim o śpiewaka.
Chwilę zatrzymali się na schodach, czekając, aż im go sprowadzą, i wtedy Filip spostrzegł Oryża. Poczerwieniał, przypomniał sobie scenę na dworcu krakowskim i poczuł nieprzepartą chęć zemsty.
— Aa, pan Oryż tutaj? Powodzenia, pieczeniarzu! — ozwał się szyderczo.
Oryż, nie przestając jeść, popatrzał na niego zezem.
— Dziękuję. Jak spadek przegwiżdżesz, rekomenduję ci mego patrona. Zresztą znasz go, potrosze już używasz jego własności.
Zwrócił oczy na baronową i obejrzał ją impertynencko od stóp do głowy.
Filip uczynił ruch, jakby go chciał laską uderzyć, ale powstrzymał go niecierpliwy głos towarzyszki:
Allons donc! jeśli masz ochotę rozpoczynać burdy z ulicznikami, to proszę beze mnie.
Spojrzał na nią, przelękły tym tonem, który po raz drugi już słyszał. Wtedy nastąpiło zerwanie; teraz co będzie?
Śpiewak nadszedł, więc wsiedli do gondoli i wypłynęli na środek kanału.
Baronowa była milcząca. Rozłożyła się wygodnie, a Filip, siedząc u jéj stóp, wpatrzony, rozkochany, myślał, że rozdrażnienie jéj wywołali ludzie, że teraz w ciszy marzy o nim i że, gdy się odezwie, powie mu gorące słowo.
Wtem podniosła głowę i rzekła:
— Czy ty myślisz długo mnie jeszcze trzymać w hotelu?
— Jakto? Chcesz wyjechać?
— Nie, ale dłużéj znieść nie mogę tego, co mnie dziś przy obiedzie spotkało.
— Chcesz zmienić hotel?
— Hotel! hotel! Może mi zaproponujesz jakieś albergo na smrodliwym zaułku! Przyznaj się, żeś dotąd podróżował tylko z subretkami. Myślałam, że zrozumiesz sam, iż w Wenecyi ludzie z towarzystwa wynajmują pałace, a hotele zostawiają bankrutom i biedakom! Ten pałac oto — pewnie do wynajęcia? Eh, gondoliere?
Zawołała i spytała o nazwę pałacu. Podobał się jéj i goniła za nim wzrokiem. Filip rękę jéj do ust podniósł. Śpiew go upajał, namiętność ogarniała coraz potężniéj.
— Moja pani będzie jutro miała pałac — szepnął. — Dlaczegoś wcześniéj nie zażądała? Ty wiesz, żem niepoczytalny. Ni myśléć, ni zająć się czém inné nie zdołam — tylko tobą.
Uradowała ją obietnica. Raczyła się uśmiechnąć i wesoło dawała resztę poleceń.
— Jeśli ten nieumeblowany, pozwalam ci wybrać inny; byle tu niedaleko i byle mi było wygodnie. Służbę sama dostanę, ale gondolę powinniśmy miéć własną, — całe gospodarstwo nasze. Nam tu tak dobrze: zostańmy, ale bądźmy jak w domu!
— A wśród służby ja będę! Wybierzesz mnie, czy mam się wprosić gwałtem? — rzekł, obejmując ją ramieniem.
— Będziesz, będziesz majordome! — odparła zalotnie.
Zgoda zapanowała. Cały wieczór była rozkoszna, uszczęśliwiona, że może zbytkowi męża pokazać swój zbytek.
Nazajutrz Filip puścił się na poszukiwania. Znalazł pałac, jak sobie życzyła, ale naznaczono cenę bajeczną. Śpieszył do niéj, nie chciał się targować, bał się, że go w najmie ktoś uprzedzi: więc cenę przyjął, kontrakt zawarł i zapłacił półroczną dzierżawę.
Zaledwie wracając do hotelu, zastanowił się, że popełnił szaleństwo, obrachował swój zapas gotówki.
Ale był w stanie takim, w którym opamiętanie jest niemożliwém. Wrócił — za zadowolenie zachcianki otrzymał zapłatę w pocałunkach, i tegoż dnia przenieśli się na własne gospodarstwo. I szczęśliwy był, patrząc na jéj uciechę.
Na drugi dzień znowu ją rozczulił nabyciem ślicznéj gondoli; i tak chwilowo chmura zebrana przez przyjazd Faustangera była zażegnana.
Ale zapas gotówki malał codzień. Filip rachować nie chciał: czerpał i rzucał jéj złoto pod nogi, rad, że chce po niém deptać, że go widocznie uważa za swego, że się już nie krępuje i nie wzdraga.
Nadszedł przecie dzień, że Filip zajrzał do swego pugilaresu i policzył. Wtedy przez sekundę przeraził się i zdumiał. Z tysięcy zostały tylko setki.
Ale zastanowienie trwało bardzo krótko. Napisał do kolegi w Krakowie, by sprzedał całe umeblowanie jego mieszkania i przesłał mu pieniądze — i daléj o to się nie troszczył.
Kolega, otrzymawszy list, poszedł z nim do Osieckiéj, ale jéj nie zastał. Wyjechała niewiadomo dokąd, zabierając z sobą klacze od mieszkania.
Z odpowiedzią się nie kwapił, oczekując lada dzień powrotu majorowéj; nie przypuszczał, by bogaty Osiecki potrzebował pieniędzy.
Tymczasem topniały setki Filipa. Szczęśliwość jego począł psuć niepokój i oczekiwanie sukursu. Pierwszy raz musiał odmówić baronowéj kosztownéj jakiejś zachcianki, tłómacząc, że mu pieniędzy z kraju nie nadesłano. Piękna pani popatrzała na niego ze zdumieniem, potém z pogardą, i rzecz szczególna, to nie ona się wstydziła wyzysku, ale on — odmowy. Zaraz wyprawił depeszę do kolegi i niecierpliwie wyglądał odpowiedzi.
Przyszła — niepomyślna. Osiecka wciąż była nieobecna, lokal pod jéj kluczem, ale kolega posyłał przekaz do bankiera na sporą kwotę, którą Sylwester założył do chwili załatwienia interesu z meblami. Chciał je nabyć.
Filip odetchnął. Burza była znowu zażegnana; mógł znowu dogadzać fantazyom baronowéj. Ale ona od pewnego czasu była w niełaskawym humorze — rozdrażniona, kapryśna, sto razy na dzień zmienna, niestała w żądaniach nawet. Nie kryła przed nim, że się nudzi, że jéj nic nie bawi, że jego towarzystwo jéj nie wystarcza, że ją męczy dwuznaczna pozycya.
Faustangera spotykali prawie codzień w gondoli, w teatrze, na Lido, po kościołach i galeryach, zawsze w towarzystwie francuzki. Nigdy nie okazał nawet, że poznaje żonę. Był dla swojéj towarzyszki uprzedzająco grzeczny. Przepych jego pałacu i zbytek zwracały ogólną uwagę i podziw.
Rzadko kiedy Oryż był z nimi. Tego można było spotkać po zaułkach charakterystycznych, po ciemnych kościołach, lub na piasku, na Lido, pogrążonego w próżniaczéj ekstazie. Jeśli towarzyszył Faustangerowi, to chyba jako cicerone, bo po tygodniu już Wenecyę znał na pamięć i umiał pokazać, co godne było widzenia.
Razu pewnego spotkali się tak w pięcioro wśród małéj gromadki Anglików, w pałacu dożów. Filip umyślnie chciał tamtych wyprzedzić lub wyminąć; ale bądź wypadek, bądź złośliwość Faustangera lub baronowéj sprawiły, że spotykali się co chwila.
Filip, jak zwykle, pochłonięty szałem, miał tylko dla niéj oczy i uszy, i zmęczony przymusem, jak automat przechodził z sali do sali. Tamci się bawili wyśmienicie, bo Oryż im wykładał po swojemu historyę Wenecyi i jéj sztuki. Jego oryginalne zdania i uwagi zajęły nawet baronową. W jednéj z sal usunęła się trochę od Filipa, znudzona jego małomównością i czułemi spojrzeniami. Słuchała Oryża i chciała spotkać wzrok męża; czuła, że taktyka jéj dotychczasowa była niepraktyczną.
Przeszli tak cały pałac, zatrzymali się na podwórzu. Baronowa zwróciła się do Filipa:
— Zaczekam tu na ciebie. Idź, przynieś mi róż lub fijołków!
Ruszył bez słowa, jak dobrze wytresowany pies, a ona poprowadziła go wzrokiem; potém powoli zbliżyła się do studni, przy któréj stał sam Faustanger. Francuzka z Oryżem byli jeszcze na galeryi.
Eh bien, baron! — szyderczo rzekła piękna pani. — Czy udajesz, że mnie nie znasz, abym nie zażądała rozwodu!
Faustanger obojętnie ruszył ramionami.
— Bez żądania i prośby mogę go miéć i wezmę, kiedy mi się podoba. Rychło! A gdybym poznawał panią, to-bym musiał się bić z tym chłystkiem. Znajduję zaś, że szpada lub pistolety... za dobre dla was i za was!
— Cóż znaczył list i depesza o śmierci Ludwika, jeśli się znać nie mamy? — rzuciła z widoczném rozdrażnieniem.
— Chciałem uspokoić panią, a szczególnie kochaną teściową, że wam na kark nigdy już nie spadnę. Mogę kupić sobie dzisiaj dzięsięć takich, jak wasz, majątków i miéć sto kochanek od pani piękniejszych. Zresztą, wspomniała pani o rozwodzie. Mam w téj kwestyi trochę do pomówienia. Proszę mnie wezwać do siebie, bylem nie zastał téj lali. Nie lubię patrzéć na głupców.
Filip wynurzał się z pod arkady. Baronowa rzuciła tylko: „Jutro w południe!“ i odeszła.
Wzięła kwiaty, ale ręce jéj drżały i z jego spojrzenia poznała, że widział jéj rozmowę z mężem, więc uprzedzając pytanie, rzekła:
— Mój ex-mąż raczył mnie poznać. Powiedziałam mu, że doskonale bez znajomości się obejdę.
Filip podziękował jéj wzrokiem i odeszli, przytuleni do siebie, jak para szczęśliwych.
Jednakże, pomimo całego panowania nad sobą, baronowa była roztargniona przez dzień cały. Filip ani przypuszczał, że układała program na dzień jutrzejszy bez niego.
Wreszcie wieczorem rzekła:
— Mój drogi, musisz jutro zrobić ofiarę z siebie. Wrócisz do Palazzo Ducale i zdejmiesz mi szkic z owego Tryumfu Wenecyi Weroneza — ale drobny, ot na ćwiartce papieru listowego. Napiszę na niéj list do Lidyi — wiész, ta moja koleżanka w Paryżu. Obiecałam jéj oryginalną pamiątkę z Wenecyi.
— Od wielu miesięcy nie trzymałem już ołówka w ręce. Zrobię coś niemożliwego! — zaprotestował.
— Ach, co mi do tego, bylem obietnicy dotrzymała! Pójdziesz tam rano i zaczekasz na mnie. Przyjdę po ciebie i pojedziemy na Lido.
Filip uśmiechnął się na tę dziecinną zachciankę, ale nawet nie próbował odmówić. Zresztą była serdeczna, jak rzadko, więc gotów był iść do Pallazzo choćby zaraz.
Rano, gdy się baronowa zbudziła, nie było go już w domu. Uśmiech zadowolenia i szyderstwa mignął po jéj twarzy, zamruczała:
— Ano, kto mu winien, że głupi!
Układała plan rozmowy z mężem i oczekiwała go niecierpliwie, nasłuchując na każdy ruch w domu. Nie wstawała, ani myślała o ubraniu się, tylko raz wraz spoglądała w lustro, przybierając rozkoszne pozy i spojrzenia.
Punktualnie w południe zjawił się Faustanger.
Gdy go wezwano do sypialni, zawahał się sekundę, potem ręką machnął i poszedł za subretką, która mu otworzyła drzwi i za nim je natychmiast zamknęła. Rotmistrz już odzyskał swobodę. Obejrzał pokój urządzony zbytkownie i rzekł, siadając bez ceremonii na krześle, jak na konia:
— Tém tempem jadąc, prędko swojemu gachowi uszyjesz torbę. Wiész co? dla takiego kiełbia szkoda się kompromitować. Mocnom ci obowiązany, że nie używasz mojego nazwiska: a to-bym się musiał wstydzić!
— Nie ciekawam pana uwag i komentarzy. Zdaje się, że nie mamy sobie nic do wyrzucenia wzajemnie. Pańska towarzyszka równie nie warta tylu zachodów. Można taką taniéj dostać! Ale do rzeczy. Miała być mowa o rozwodzie.
— Właśnie. Teraz pora na to! Mogę go udzielić z całą przyjemnością.
— Może, aby poślubić pannę Lili Fanchon?
— A choćby! Nie będę miał żadnych złudzeń, ani rozczarowań.
I zaczął gwizdać przez zęby.
Baronowa przeciągnęła się ruchem rozkosznym i, uśmiechając się, rzekła:
— O, co za poza niezręczna! Nie udawaj, bo ci to nie do twarzy. Chodź bliżej: możesz pocałować.
Faustanger skoczył jak rozjuszony tygrys.
— Ja? Chodź bliżej! Cha, cha! Dobra sobie! To ty mi do nóg i na kolana! Zapominasz, że się role zmieniły! Pisałem ci, żebyś gachów przegnała na cztery wiatry. Nie spełniłaś: teraz cierp! Ja tyle dbam o ciebie, co o robaka pod nogą. Rozdepcę i daléj pójdę.
— Albert! — krzyknęła.
— Milcz. Łaski proś i rozkazy spełniaj. Byłem ci sługą, kochankiem, mężem — deptałaś mnie. Teraz, jeśli chcesz pana i kata, to nim mogę być. Niczém inném! Jesteś nędznicą bez czci i wiary; ale że moje nazwisko nosisz i dużo mi od ciebie się należy, więc cię przyjąć mogę, tylko zanim się na to zdecydujesz, dobrze się namyśl, bo ci oddam za wszystko. Pamiętaj!
Oczyma jéj groził i, — smagał; pochylony naprzód, miał ruch tygrysa, gotowego do skoku.
Baronowa wzroku z niego nie spuszczała; dyszała, jakby ją ten szał upajał.
— Czegóż żądasz? — spytała namiętnym tonem.
— Żebyś wobec swego gacha i matki na kolanach prosiła mnie o łaskę i przebaczenie, i wyznała mi swą miłość.
— Oszalałeś! To niemożliwe. Powiedz mi, gdzie mam się udać do twoich dóbr, a jutro tam ruszę!
— Doprawdy? — zaśmiał się ironicznie. — I to ci chodzi po głowie! Chcesz być co rychléj kasztelanką, a mnie przedstawić jako głupca i naiwnego. Zapóźno! Zrobisz tak, jak ci każę, albo dostaniesz rozwód. Rozumiész, że dadzą mi go bez wielkiego starania. Ułatwiłaś mi interes swém prowadzeniem się, i to dowodzi, żeś nie tak sprytna, jak się wydajesz.
Roześmiał się i wstał.
— Zresztą jak sobie chcesz. Dla mnie teraz świat cały otwarty; dla ciebie coraz ciaśniéj: więc pomyśl i rozważ. Jutro wyjeżdżam do Monaco. Jeśli się zdecydujesz, daj mi znać. Będę czekał dwa tygodnie.
Baronowa umilkła i magnetyzowała go wzrokiem.
Faustanger oczu nie spuszczał, ale czuł, że długo nie wytrzyma, więc, nadrabiając miną, ukłonił się zdaleka i wyszedł. Na schodach odetchnął głęboko i otarł czoło i oczy.
— Szatan kobieta! — zamruczał. — Już drugi raz nie pójdę do niéj na trzeźwo. Musi mi Oryż poddać rezonu. A to — gotówem przegrać!
Ale Oryża nie zastał. Od rana siedział i on w pałacu dożów i szkicował ten sam obraz, co Filip patrząc ze złośliwą radością, jak tamtemu robota nie szła.
Rzeczywiście Osiecki zupełnie stracił wprawę i oko; przytém roztargniony był i czém inném zajęty, coraz bardziéj tracąc cierpliwość w miarę upływających godzin. Nareszcie mniéj więcéj szkic ukończył i ruszył do domu.
Baronową zastał w łóżku, rozgrymaszoną i kwaśną.
Skarżyła się na wilgoć i newralgię, na nudy i ciszę. Chciała zmiany; na szkic ledwie spojrzała i odrzuciła go.
— Mam dosyć Wenecyi. Chcę innego życia! Wszystko tu mi obmierzło. Żałuję, żem wyjechała od matki! Miałam tam towarzystwo.
— Możemy ludzi poszukać; świat wielki! — zaproponował natychmiast.
Uśmiechnęła się wesoło.
— Tyś idealny człowiek. Kocham cię, uwielbiam za poczciwość! Jedźmy na Riwierę. Tam tak cudnie, tak wesoło.
— Jedźmy, ale gdzie?
— Do Nicei. Tam najtaniéj i najwygodniéj. O, ja się robię oszczędną! Zobaczysz, jak umiem byle czém się obchodzić.
Wierzył we wszystko, co mówiła, uśmiechając się i pieszcząc. Znał ją taką, jaką sobie wymarzył, widział to, co sam czuł.
Nie dała mu zresztą czasu do namysłu. Gorączkowo zaczęła się pakować, śpieszyć, naglić do wyjazdu. Nie chciała czekać następnego dnia. Wyjechali tegoż wieczora, zostawiając pałac na opiece obcéj służby, a rachunki — przepłacone skutkiem pośpiechu.
Mniejsza o takie drobiazgi; ale baronowa postawiła na swojém — uprzedziła męża w Monaco. Mogła się pochwalić, że to on ją ściga, gdy w parę dni spotkali w domu gry Faustangera z francuzką.
Tydzień widywali się codziennie. Szczęście w grze nie sprzyjało baronowéj, nie rachowała, ile przegrywała, czerpała z portmonetki Filipa, roznamiętniona widokiem męża, który, przeciwnie, ciągle wygrywał i obojętnie odsuwał wygraną francuzce.
Nareszcie pewnego wieczora Filip frasobliwie się zamyślił, westchnął, stęknął i po długiém milczeniu rzekł:
— Będę musiał opuścić cię na tydzień!
Zadrżała z radości, ale się wnet opamiętała.
— Nie chcę! — zawołała kapryśnie.
— Wolałbym ciężką chorobę, ale muszę! — odparł desperacko. — Muszę do Krakowa pojechać, oswobodzić się z pod kurateli tych bab. W ich ręku zostawiłem nieopatrznie swój kapitał. Naturalnie, teraz nie dają znaku życia: ja się im przypomnę!
— I zostaniesz! — rzuciła z doskonale udanym niepokojem i zazdrością.
— Ja? — roześmiał się, obejmując ją gorejącemi oczyma. — Jeśli prawdą jest, że duch po śmierci jeszcze błądzi po ziemi, to i po śmierci jeszcze ja ciebie nie opuszczę, cieniem twym będę.
Wzdrygnęła się nieznacznie. Nie wątpiła, że zabrała mu wszystko i przykuła go do siebie; że zdradę jéj on życiem przypłaci: i to widmo, o którém mówił, mignęło w jéj oczach, nie wyrzutem, ale strachem. Była to zapowiedź, że nie pozbędzie się go łatwo i że niewolnik może się stać szaleńcem. Ale po chwili uspokoiła się. Obroni ją wtedy Faustanger!...
Więc odpowiedziała spokojnie, prawie żartobliwie:
— No, prawda! Pojechać musisz. Będę cierpliwa i wyrozumiała. Jeśli mi się tu znudzi bez ciebie, wyjadę na spotkanie do Wenecyi. Tylko nie siedź tam długo. Przywykłam tak do ciebie, że gotowam tęsknić.
Potem nieznacznie nagliła go do wyjazdu.
— Jeśli co przykrego ma się stać, raczéj rychło. Oczekiwać przyjemności — ciężko, témbardziéj — przykrości. Jedź i wracaj prędko.
Towarzyszyła mu na dworzec i zachowała po mistrzowsku okolicznościową pozę, ale gdy pociąg ruszył, odetchnęła z rozkoszą.
— Teraz spróbujemy swych sił, panie baronie — myślała, wracając do hotelu.
Filip tymczasem śpieszył do Krakowa.
Kuryerskie pociągi wydawały mu się powolnemi, przestanki męczarnią. Liczył godziny ze wstrętem, że tyle ich przeżyć musi bez niéj!
Nareszcie stanął u celu i wprost z dworca ruszył do mieszkania Magdy i Osieckiéj.
Gotów był na skandal: rozdrażniła go tęsknota.
Służąca na jego widok przelękła się i nie wiedziała, co rzec.
— Pani w domu? — spytał ostro.
— W domu. Onegdaj przyjechała, jutro odjeżdża.
— Powiedz, że mam pilny interes i chcę ją widziéć natychmiast.
Wyszła, zostawiając go w przedpokoju, i rzecz dziwna, śmiałość go zupełnie odbiegła.
Czul się tu tak obcym, tak wrogim, że nawet się nie ośmielił wejść do salonu.
Myślał, że Magda tu jest, przez ścianę, i lęk go ogarnął przed jéj spojrzeniem.
Służąca wróciła po chwili i wręczyła mu spory pakiet.
— Pani majorowa kazała to panu oddać i powiedziéć, że jest zajęta, przyjąć nie może, lecz prosi, aby pan się udał do doktora Malickiego.
Filip zajrzał do koperty. Pełna była bankowych biletów. Na razie nie wiedział, co rzec służącéj, która patrzała nań z niechęcią.
— Podziękuj pani majorowéj! — wykrztusił wreszcie. — A młoda pani jest w domu?
— Nie! Wyjechała już dawno.
Nie było tedy co robić. Najdrażliwszy interes poszedł gładko, niespodziewanie: obeszło się bez sceny. Wyszedł, myśląc, czy warto iść do Malickiego. I tych oczu się bał, i szorstkiéj prawdomówności starego.
W hotelu przeliczył pieniądze. Były w porządku; ale postanowił skończyć odrazu wszystko, aby nie potrzebował już nigdy tutaj wracać.
Po południu poszedł do Malickiego.
Doktor, na jego widok, ręce schował do kieszeni i, uprzedzając powitanie, zawołał:
— Ha, zjawiłeś się przecie! No, mam tu dla ciebie pieniądze, osiągnięte ze sprzedaży ruchomości. Stach mi to zostawił, wyjeżdżając nad morze! Poszło wszystko za pół darmo, ale żeś tyle już stracił, to i materyalną stratę zniesiesz stoicznie.
— A cóżem stracił, profesorze? — zagadnął Filip, nadrabiając miną.
— Ano, jak dla jednéj osoby, to dosyć. Straciłeś talent, sumienie i poczucie etyczne. Fundusz za tém pójdzie, a może i życie. Przyznaj, że gdybyś był dość przytomnym, by zestawić swój moralny bilans, tobyś już nie czekając na moje zdanie, ogłosił się bankrutem.
Filip się cynicznie roześmiał.
— Wolno mi bankrutować, bo nie pociągam za sobą obcych kapitałów. No, i co do sądu o sobie jestem pełnoletni.
— Pełnoletni, ale niepoczytalny chyba, jeśli masz siebie za niewinnego. Ostatecznie nie myślę moralizować cię, ani przekonywać, tylko wiedz, co o tobie sądzą ludzie normalni. Wolno ci miéć romans z awanturnicą; ale nie wolno, wskutek kłótni z nią, żenić się z uczciwą dziewczyną, nie wolno, przyjąwszy obowiązki dojrzałego człowieka, rzucać ich i deptać i żyć w skandalu!
— Pan zapomina, że gdym się żenił, opinia Magdy nie była świetną. Dałem jéj swoje nazwisko i rehabilitacyę.
— Chyba dla gawiedzi, bo kto ją znał, ten ofiary twojéj wcale nie potrzebował. Zresztą dalszy ciąg téj opieki okazał, czém była. Trzeba rozróżniać tłum od ludzi, mój drogi! Pierwszy krzyczy i idzie za pozorem, drudzy myślą i szukają treści. Ty możesz mieć wielu obrońców i towarzyszy; twoja żona będzie miała przyjaciół. Zresztą nie jéj wyrządziłeś krzywdę, ale sobie!
— Wierzę! — szyderczo rzekł Filip. — Musiała być rada, gdy się mnie pozbyła, i pewnie się nie skarżyła. O, żeby ona była inną, nie straciłaby mnie!
— Być może. Ale ty, znając swoją naturę, powinieneś był szukać innéj. Teraz wyglądasz fatalnie i żyjesz, nie zdrowiem, ale podnieceniem nerwów. Źle skończysz; to pewna! Ale cóż robić? Tego, co ci zalecę, nie spełnisz, ani nie uwierzysz w to, co ci z doświadczenia powiem. Jaka to szkoda, że człowiek nie pierwéj nabiera rozumu, aż sam sobie przyzna, że był głupi! No, lada dzień się o tém przekonasz. Oto masz pieniądze. Fink i Sylwester obłowili się na tobie; ale toć zawsze tak: Vae victis!
— Czy żona moja nie poleciła panu załatwienia ze mną pewnych rachunków?
— Nie. Żadnych pretensyj nie rości ani do ciebie, ani do twego funduszu.
— Pan raczy jéj oznajmić, że w razie chęci otrzymania rozwodu, z mojéj strony na opór nie trafi.
— Wątpię, czy jéj co na tém zależy i czy będzie miała chęć do powtórzenia sakramentu małżeństwa.
Doktor widocznie powiedział wszystko, co mu leżało na sercu, bo odpowiadał już z roztargnieniem, co chwila na zegar spoglądając.
Filip przeliczył pieniądze, kwit wypisał i wstał, aby się pożegnać.
Miał przykre wrażenie, że doktor może mu nie podać ręki: więc się tylko zdaleka ukłonił i wyszedł, pełen niesmaku i jakby po porażce zawstydzony.
Udał się na obiad do restauracyi i tam, naturalnie, spotkał Sylwestra.
Ucieszyli się wzajemnie i przywitali serdecznie.
— Figlarz z ciebie, figlarz — groził mu stary, mrugając filuternie i pobłażliwie zarazem.
— Cóż tu piorunują bardzo na mnie? — odparł Osiecki, rad, że przecie nie trafił na morały.
— A no pewnie! — rozłożył ręce Sylwester. — Dużo jest tych, co zazdroszczą, więc krytykują. Ale, co gorsza, inni dowodzą, że cię baronowa spłucze i wróci do męża! Jakże? nie słychać tam nic o nim?
— Lada dzień na rozwód się zgodzi.
— Cóż z tego! Zapóźno!
— Jakto! Sądzę, że i moja żona mnie uwolni! Gdzie ona bawi?
— Różnie mówią. Jedni, że krąży incognito po Włoszech za tobą, drudzy, że podróżuje z Oryżem, trzeci, że gdzieś odbywa rekollekcye. Niéma jéj tutaj, to fakt:
— Szkoda, rozmówiłbym się ostatecznie.
— Długo zabawisz?
— Do wieczora.
— Tak ci pilno?
— Do szczęścia zawsze pilno. Gdzież radczyni?
— Wyjechała do Sokolina. Ta się pewnie o córkę nie upomni: bądź spokojny.
— Tak dalece, że na listy nawet nie raczy odpowiadać.
— Teściowa wygodna, ani słowa! Tylko nie żądajcie od niéj pieniędzy — zaśmiał się Sylwester.
— Podobna do mojéj żony: wygodna, tylko nie żądajcie od niéj miłości! — odparł Filip.
— Taak? A no, to się nawet nie dziwię. Mój drogi, ja miałem rozum, żem się nie dał złapać na sakrament. Osiecka, która ciebie oczerniła, jak kominiarza, o tém nie raczyła wspomnieć! To tak?...
I kiwał głową z porozumieniem.
Filip, podniecony sympatyą, rozgadał się o swojém szczęściu obecném i niedoli poprzedniego pożycia, a Sylwester, z wprawą plotkarza, dobywał z niego coraz nowe zwierzenia.
Gdy się rozeszli, wrażenie rozmowy z Malickim było najzupełniéj zatarte i Filip miał przekonanie, że postąpił logicznie, naturalnie i prawnie, i że Sylwester był najrozsądniejszym człowiekiem w Krakowie.
Jednakże dzień ten wydał mu się nieznośnie długim a miasto pustem. Zaledwie doczekał wieczora i odetchnął z ulgą w wagonie.
Teraz pędź, goń — do szczęścia!...
W Monte Carlo stanął o południu. Udał się wprost do mieszkania, serce mu biło, promieniała twarz. Mieszkanie zastał zamkniętem. Nie obudziło to w nim żadnych podejrzeń. Gdy nie ujrzał jéj na dworcu, myślał, że zaspała; gdy drzwi zastał zamknięte, nie stukał nawet długo, ale zbiegł na dół i wstąpił do portyera, zapytać: w którą stronę poszła na spacer?
Portyer popatrzał nań zdziwiony.
Oh! madame est partie — odparł.
— Wyjechała? Dokąd? Nie zostawiła listu?
— Nie. To jest, owszem, mam coś do tego numeru. Depesza.
Filip spojrzał, coraz mniéj pojmując. Była to jego depesza, wysłana z drogi wczoraj. Co to znaczy?
Tymczasem portyer, jakby sobie powoli tę sprawę przypominał, rzekł:
— Pani wyjechała nagle i na czas krótki zapewne bo kufry zostały w mieszkaniu.
— Proszę o klucz zatem! — odetchnął Filip.
Poszedł do mieszkania. Zdradzało ono rzeczywiście wyjazd niespodziewany, jakby ucieczkę: kufry otwarte, ubranie porozrzucane, pościel zmięta.
Nigdzie jednak listu, ani słowa jednego.
Oszołomiony, z chaosem myśli, tracąc głowę, chodził z pokoju do pokoju, od sprzętu do sprzętu, jak manijak, wciąż szukając kartki, jakiegoś znaku wytłómaczenia.
Wreszcie padł na fotel, począł zbierać zmysły, kombinować i nagle myśl jedna, jak wyzwolenie, wzbiła się nad chaos.
— Uciekła od Faustangera! Ten bydlak może jéj ubliżył, może napadł, może groził? Uciekła biedna! A gdzie? Naturalnie, do Wenecyi! A ja, waryat, tyle czasu nie mogłem tego się domyśléć!
Roześmiał się i zupełnie uspokojony zawołał służącą.
— Proszę to upakować — rozkazał, biorąc się téż do zbierania manatków.
Teraz rozczulony był jéj niedolą, niespokojny, czy nie przechoruje przykrości i strachu, zły na siebie, że ją opuścił, naraził na to utrapienie.
Byle prędzéj stanąć w Wenecyi, uspokoić ją, utulić, upieścić, pocieszyć!
Palił go grunt pod stopami. Kufry polecił wysłać za sobą i pierwszym pociągiem ruszył w pogoń za swojém bóstwem.
Był wczesny ranek, gdy stanął u celu.
Przed ich pałacem gondola stała nieruchoma, firanki zapuszczone, żadnego ruchu w domu. Zadzwonił. Odźwierny długo kazał czekać na siebie. Gdy go ujrzał, przeraził się.
— Pani śpi? — spytał Filip.
— Pani? Niéma pani.
Filip zbladł i oparł się o ścianę.
— Niéma pani! — powtórzył głucho. — Ale była tu temi dniami?
— Nie było nikogo — odrzekł włoch, patrząc z ciekawością i zdziwieniem.
Nagle Filip poczerwieniał, zatoczył się i upadł na posadzkę sieni. Świat wirował mu w oczach, potém uczuł jakby zgrozę śmierci i stracił zupełnie przytomność.
Gdy przyszedł do siebie, ujrzał obcego człowieka, który go trzeźwił. Był to lekarz, którego odźwierny sprowadził, przerażony wypadkiem.
Pierwsza myśl nieszczęsnego była o niéj. Oburącz za głowę się objął i zajęczał.
— Niema jéj, niéma! Zdradziła!
Żadnéj iluzyi nie miał, żadnéj nadziei, i żyć nie chciał. Odtrącił doktora, który mu podawał jakąś miksturę, zerwał się, rzucił do drzwi.
Pochwycono go, odprowadzono do łóżka. Wtedy kląć zaczął:
— Precz ztąd, szakale! Zdrów jestem, nie potrzebuję nikogo. Bodaj was piekło pochłonęło!
Potém rozpacz go porwała znowu. Zwinął się jak robak, twarz ukrył w dłonie, zajęczał.
— Atak mózgowy — zdecydował doktor, pisząc drugą receptę.
A Filip, dysząc nierówno, drżał na całém ciele. Prawdzie strasznéj, co mu druzgotała życie, chciał w oczy zajrzéć i nie mógł jeszcze.
— Boże, Boże! Com ja jéj zawinił? Za co mnie opuściła? To być nie może!
Uczepił się, jak topielec, téj wątpliwości.
— To być nie może! Pojechała gdzieindziéj, może na parodniową wycieczkę. Wróci!
Oprzytomniał, odzyskał cokolwiek równowagi, mocy nad sobą.
Przemówił do doktora, podziękował za staranie, opłacił go po królewsku, powiedział, że zemdlał wskutek zmęczenia, że mu się to często zdarza, i po godzinie pozbył się nareszcie nieznośnego świadka, poczém i odźwiernego za drzwi wyrzucił.
Otucha wracała, zbrojna w argumenty.
Dlaczego zaraz przypuszczał najgorsze, dlaczego ją posądzał, dlaczego koniecznie miała być w Wenecyi? Mogła równie dobrze wyjechać na dni parę do Florencyi, Rzymu, San Remo, byłe gdzie... Teraz może już jest z powrotem w Monte Carlo i dziwi się jego postępkowi!...
Coraz bardziéj wierzył w swoje nadzieje, odzyskiwał spokój. Ubrał się i wyszedł. Wysłał do niéj depeszę, a potém, aby czas zabić, ruszył na plac św Marka. Na Piazzeccie, u stóp św. Teodora, ujrzał Oryża.
Z albumem na kolanach, szkicował ruchliwy tłum na wybrzeżu i gwizdał przez zęby. Dlaczego Filip go zaczepił? To było niczem niewytłómaczone, nielogiczne, niepotrzebne.
Zatrzymał się, nie rezonując, ani myśląc; spojrzeli na siebie, i Osiecki spytał:
— Cóż to? Patron cię wygnał, żeś za nim nie pociągnął na Rivierę, mości panie malarzu?
Oryż przestał gwizdać i rysować. Łokcie na kolanach wsparł i odrzekł pierwszy raz w życiu bez szyderstwa i złośliwości:
— Baron Faustanger pojechał nad Rivierę, żeby żonę odzyskać, a że ja tego bagażu nie posiadam, więc nie miałem po co tam jeździć.
Filip chwilę patrzał na niego błędnie, potem skoczył naprzód, jakby go zadławić chciał.
— Kłamiesz! — krzyknął ochrypłym głosem.
Oryż ramionami ruszył.
— Nie należę do tak zwanego „towarzystwa“, więc nie zadaję sobie fatygi kłamać. Pisał do mnie wczoraj, że się z żoną pogodził i że jadą do Sokolina, do teściowéj. Myślałem, że pan już wiesz o tém. Jeślim pierwszy to oznajmił, to mocno żałuję.
Filip stał jak skamieniały. Teraz miał całą prawdę — nagą, zimną, nieubłaganą, jak śmierć; musiał jéj w oczy patrzéć, zwyciężyć lub uledz.
Taka straszna nędza i rozpacz odmalowała się na jego twarzy, że go nawet Oryż pożałował: zapomniał, że go nienawidzi, że z jego racyi on podobnież cierpiał.
Wstał, słuchając pierwszego porywu litości, pod ramię go wziął i rzekł:
— Chodź pan ztąd!
Filip się nie opierał. Machinalnie dał się prowadzić, wsadzić do gondoli, wieźć, nie pytając dokąd.
Oryż zawiózł go do mieszkania, chciał zostawić samego, ale się bał pierwszego wybuchu po znieczuleniu, więc pozostał. Filip upadł na fotel, odrzucił głowę na poręcz i patrzał mgławo w próżnię. Oryż stanął u okna i, spoglądając zamyślony na barwny i ruchliwy kanał, z pod oka go obserwował.
„Może wyjść, zostawić go? — rozmyślał. — Jak go ból do cna przejmie, to w łeb sobie palnie! Naprawdę, co on lepszego ma do zrobienia? Mosty spalił; ta hydra wyssała z niego już duszę. Długie lata żyć takiemu — po co! Ale gdybym go nie dopilnował, gdyby on się zabił, Magda-by pomyślała, żem taki, jak wszyscy. No, nie! Oryż nie był i nie będzie podobny do reszty. Byłem całe życie gorszy, głupszy, podlejszy; teraz będę lepszy. Żeby on mnie miał ztąd wyrzucać, plwać, kląć — zostanę. Ale co, u licha? Gadać do niego czy milczéć?“
Filip sam go wybawił z kłopotu. Ocknął się, jak ze snu, i nieswoim głosem spytał:
— Więc pan miałeś list od Faustangera onegdaj? Żebym ja go mógł przeczytać!
— I owszem. Mam go przy sobie. Czytaj pan i pociesz się po stracie, bo szkoda dla takiéj żalu. Człowiek po zdradzie myśli, że nie przeżyje, ale to furda! Żaden płaz nie ma tak twardego życia, jak człowiecze serce.
Filip nie słyszał nic. Wziął list, otworzył: „Mój przyjacielu, dziś rano miałem odwiedziny Alicyi. Ostatecznie twoje przypuszczenia były trafne; musiałem dla niéj trochę ustąpić ze swych wymagań — darowałem scenę przeprosin wobec amanta, którego nota bene nie było w téj chwili pod ręką. Mniejsza o to: jest zupełnie upokorzona i podbita, a liczę, że dosyć posiada arytmetyki, żeby mi się nie narażać w przyszłości. Wyjeżdżamy dzisiaj wprost do teściowéj, do Sokolina. Wyobrażam sobie słodkie oczy ropuchy na mój widok. No, tedy interes załatwiony. Polecam ci sprzedaż moich ruchomości w Wenecyi. Ile za to weźmiesz, odeślij Lili do Paryża. A pamiętaj, że masz przyjaciela na całe życie. Faustanger.“
Filip się zerwał, cisnął list w stronę Oryża.
— Więc pan tu pozostał, aby czatować na mnie i zobaczyć skutek téj intrygi? Może tu jesteś z polecenia mojéj żony? Tryumfujecie teraz! Precz ztąd!
Był blady, wściekły, bez kropli krwi na wargach. Rzucił się na Oryża, chciał bić, szarpać, deptać go, w swym szale niepoczytalny.
Nagle chwycił go zawrót głowy, przez sekundę widział jakby przepaść pod nogami, strach, zgrozę — zatoczył się, rękami uderzył w próżnię, i Oryż pochwycił go, gdy już padał nieprzytomny.
Teraz nie był to atak chwilowy; była to śmiertelna choroba. Do wieczora leżał już bez pamięci i czucia, w boju o śmierć lub życie, z zapaleniem mózgu.
Oryż wezwał trzech lekarzy i zasiadł u jego łóżka, z troskliwością niańki doglądając go, jakby mu był najbliższym.
Chciał telegrafować do Magdy, ale po namyśle zawiadomił tylko Berwińską.
— Kobiety zawsze lepiéj jedna drugą rozumieją, niż my. Kto je tam zgadnie! — zdecydował.
Chory zajmował mu teraz dnie i noce.
Leżał w malignie, zrywał się, rzucał, gadał od rzeczy, lub zamierał, tak strawiony gorączką, że do żywego już nie był podobnym.
Bywały chwile szału, że Oryż mu podołać nie mógł, wołał służbę do pomocy. Bywały inne, iż ledwie mógł oddech usłyszeć, rozeznać, że w tém zniszczonem ciele duch jeszcze tli.
Straszne téż były czasem w ciszy nocnéj jego widziadła, jego monologi, z dna duszy dobyte męty i gorycze. Słuchając, Oryż zestawiał go z sobą:
„On dostał wszystko, czego ja nigdy miéć nie będę! Ha, może to zdrowo? Licho wie, byłbym może jak on rozbity... Podła rzecz tak przeżyć same pomyślności odrazu! Lepiéj ich wcale nie znać... Co mu zostanie? Uh! zgrał się jak skrzypce. Jednakże ze złych numerów na loteryi życia chyba najgorszy — kobieta! Ba, albo najlepszy? Ta moja wyciągnęła mnie z błota za uszy! Ta moja!! Ha — może ona i jego jeszcze wyciągnie. Jeśli wyżyje, ma do kogo wrócić, i zapomną mu wszystkiego, i przebaczą, i rozczulać się nad nim będą!! Alboż jest sens na świecie? Jednakże ja-bym się z nim nie pomieniał, i w oczy Magdy w jego roli patrzeć-bym nie chciał! Brr — za nic! — Lepiej-bym umarł! Ale ba — alboż to wstyd także umrzeć nie może, razem ze wszystkiem? On go może dawno pogrzebał.“

. . . . . . . . . . . . . . . .

Przyszedł przecież dzień, gdy Filip spojrzał przytomnie. Był uratowany. Oryż odetchnął i zdecydował, że może się od obowiązku uwolnić. Zostawił przy chorym dozorczynię zakonnicę, polecił go doktorom i z uczuciem spełnionéj ciężkiéj próby opuścił pałac.
Codzień dowiadywał się u odźwiernego, ale nie odwiedzał rekonwalescenta. Minęło parę tygodni. Oryż interesa Faustangera załatwił, pracował pilnie, wysyłał regularnie swemu wydawcy zamówione illustracye, tekę swą napełniał szkicami, żył wedle swego gustu — przeważnie na ulicy — i marzył, by jesienią odwiedzić Kraków. Było mu dobrze pewnego popołudnia nad morzem, na Lido, gdyż, leżąc, snuł plany, tak różne z niedawną przeszłością. Zamyślony, wpatrzony w błękitną nieskończoność wody i nieba, pół śnił, pół marzył.
Ku niemu od zakładu kąpielowego ktoś szedł powoli, odpoczywając co chwila.
Gdy stanął tuż przed nim, dopiero go Oryż spostrzegł i poznał. Był to Filip, tak zmieniony, że znowu litość ogarnęła malarza i przemogła wszelkie inne uczucie. Podniósł się żywo:
— O, zuch z pana! — rzekł. — Już na nogach, to dobrze!
— A już — odparł Osiecki jakimś dziwnym, tępym tonem. — Sił jeszcze mało, usiądę! Ledwiem odnalazł pana, a chciałem koniecznie spotkać i pomówić.
Usiadł i umilkł. Miał wyraz człowieka roztargnionego, który się gwałtem odrywa od jakiéjś sobie tylko wiadoméj myśli, a z nikim podzielić się nią nie chce, choć ona go absorbuje, odbiera mu prawie przytomność.
— Pięknie tu! — zagaił obojętnie rozmowę Oryż, wskazując morze.
Filip ani spojrzał, ani potwierdził.
— Mówiono mi, że gdyby nie pan, tobym umarł — rzekł po chwili. — To dziwna ta troskliwość... Indyanie czerwonoskórzy pielęgnują tak wrogów przed dokonaniem zemsty. Dlatego nie chcę dziękować! Rozumiem pana!
Oryż głową potrząsnął.
— Ale ja pana nie. Za cóż się mścić mam?
— Za to, żem panu Magdę odbił!
— Pan, mnie? To się pan myli.
— Po co się zapierać? Kochałeś ją pan!
Twarz Oryża skurczyła się trochę; ale wnet spokojnie i poważnie odparł:
— Nie kochałem, lecz kocham. Ale mi jéj nikt odebrać nie mógł: ani pan, ani śmierć nawet, bom jéj nigdy nie pożądał. To wielka różnica! Nie może mi pan zakryć słońca, ani zabronić, bym się modlił. Kobietę pan pojąłeś, ale mój ideał we mnie został, wybrałem zaś taki, który mnie nie zdradzi, ani méj wiary nie zawiedzie. Jestem spokojny i nikomu nie zazdroszczę, nawet panu!
— Powiedz pan: najmniéj mnie, będzie słuszniéj — wtrącił gorzko Filip.
— Owszem. Bo ona pana kocha.
Osiecki roześmiał się pogardliwie.
— Cóż mi z tego! Panu się zdaje to szczytem szczęścia, a mnie głupstwem. Zresztą wszystko jest głupstwem i blagą. Ludzie są stadem; powymyślano im różne sztandary i wmówiono, że takie płachty i łachmany są czemś szczytnem. Idą, depcą jeden drugiego, dają się deptać i zabijać, krzywdzić i oszukiwać, a gdy już stracą wszystko i przekonają się, że purpura to szmata bez wartości, szych i blaga: wtedy... nie gadajcie im więcéj o sztandarach, wtedy wiedzą lepiéj od was, co to warte.
— Bo sami są wtedy już nic nie warci! — przerwał Oryż żywo. — Człowiek rad plwa na to, co z własnéj winy utracił, by się nie zdradzić, że cierpi.
— A jeśli już nie cierpi?
— To powinien nanowo odżyć, i lepiéj.
— A jeśli już nie pragnie?
— To powinien zmusić się do pracy i myśli.
— A jeśli nie chce?
Oryż umilkł, a po chwili ze złością dodał:
— Ziemia jest dla żyjących i dla zdrowych. Kto czuje, że umarł, niech ludziom nie cuchnie. Kto jest chory, niech idzie do szpitala. Ale największe głupstwo jest mieć siebie za najnieszczęśliwszego i najbardziéj skrz3ywdzonego. „Wszystko już było“ — mówi Ben Akiba.
Filip słuchał cierpliwie, bez obrazy. Myśl jego błądziła gdzieindziéj. Nagle spytał:
— Pan dobrze zna Faustangera? Co to za człowiek?
— Ano, zdrowe zwierzę!
— Ciekawym, czy on może cierpieć?
— Wątpię! — odparł Oryż, patrząc badawczo na towarzysza. Zaczęło mu w głowie świtać, że taki spokój i obojętność u nerwowego człowieka jest nienormalnym objawem. — Czy pan myśli tu długo pozostać? — zagadnął.
— Może tydzień, póki do sił zupełnie nie wrócę. Potém jadę do znajomych. Mam należności do odebrania, rachunki. Trzeba skończyć!
Twarz jego, zaostrzona przez chorobę, przybrała jeszcze twardszy wyraz. Kąty ust drżały.
— Jestem jeszcze zasłaby na robotę, co mi pozostała. W każdym razie wdzięczny jestem panu, żeś mi pan przed czasem umrzeć nie dał. Otrzyma pan ode mnie nagrodę rychło, i pomimo tego, com od pana słyszał, sądzę, że jéj pan rad będzie. Jak rzadko człowiek wie, co mu potrzeba i jakim jest sam!
Wstał ciężko z ziemi i, skinąwszy głową, odszedł krokiem opieszałym, człowieka, któremu do niczego już nie pilno. Oryż ścigał go wzrokiem i rozmyślał:
„Nie chciałbym siedzieć w skórze baronowéj. Obyż strzelał z rewolweru, bo to broń do pudłowania jedyna. No, jéj to na sucho nie ujdzie, przeciągnęła strunę. Co on mi da za nagrodę? To już zupełne majaczenie! W każdym razie napiszę o tém wszystkiem do Magdy.“
Na list wysłany tegoż wieczora otrzymał w tydzień potém depeszę: „Pilnuj go pan, nie dopuść do katastrofy. Błagam na wszystko, ufam panu.“
— Masz dyable tabakę! — zamruczał Oryż, odczytawszy.
Zdało mu się, że w depeszy brzmi rozpacz i trwoga serdeczna. Zabolało go to nieznośnie.
„Pilnuj! Niech go sama pilnuje! — mruknął, mnąc papier ze złością. — Jam ze siebie dosyć zrobił, aż nadto. Może mam go teraz do niéj doprowadzić, a w nagrodę każą mi piec na rożnie tłustego cielca, na ucztę dla niego!“
Jeszcze tak burczał, a już schodził po brudnych schodach swego albergo na dół, do gondoli i kazał się wieźć do pałacu Filipa.
Długo dzwonił, zanim się odźwierny ukazał.
— Pan w domu?
— Wczoraj wyjechał.
— Dokąd?
— Zupełnie. Pałac na sprzedaż, pusty.
Oryż zagwizdał przeciągle.
— Wczoraj. Ja mogę ledwie o północy. Uprzedzi mnie o dwie doby. Aż nadto czasu, żeby urządzić parę trupów, albo kilku rannych! A tu — „pilnuj!“ właśnie w porę! Pojadę jednakże...








  1. Przypis własny Wikiźródeł Brak rozdziału VIII.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.