Kobieta trzydziestoletnia (tłum. Boy-Żeleński)/V

<<< Dane tekstu >>>
Autor Honoré de Balzac
Tytuł Kobieta trzydziestoletnia
Wydawca Biblioteka Boya
Data wyd. 1934
Druk Zakłady Wydawnicze M. Arct S. A.
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł orygin. La Femme de trente ans
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


V
DWA SPOTKANIA

Ex-oficer ordynansowy Napoleona, którego nazwiemy poprostu margrabią albo generałem, a który za Restauracji zaszedł wysoko, przybył na lato do Wersalu, gdzie mieszkał w pałacyku między kościołem a rogatką Montreil, opodal alei wiodącej do Saint-Cloud. Urząd dworski nie pozwalał mu się oddalać od Paryża.
Pałacyk ten, przeznaczony niegdyś na gniazdko dla przelotnej miłostki magnata, rozbudowany był szeroko. Ogrody, w których się chował, dzieliły go zarówno od domów Montreuil jak i od chat wznoszących się w pobliżu rogatki; tak iż, nie będąc nadto odosobnieni, właściciele tej willi kosztowali, o dwa kroki od miasta, słodyczy samotności. Przez osobliwy kaprys, front i brama wychodziły bezpośrednio na drogę, która dawniej była może mało uczęszczana. Przypuszczenie to zyskuje na prawdopodobieństwie, jeśli sobie uprzytomnić, że droga ta kończy się przy rozkosznym domku zbudowanym przez Ludwika XV dla panny de Romans, a nim się tam dojdzie, ciekawi widzą tu i ówdzie niejeden pałacyk, którego wnętrze i ozdoby zdradzają inteligentną rozpustę naszych przodków. Bądź co bądź, w rozpuście, o którą się ich wini, szukali oni cienia i tajemnicy.
W zimowy wieczór, margrabia, jego żona i dzieci, znajdowali się sami w tym odludnym domu. Służbie pozwolono iść do Wersalu na jakieś wesele. Sądząc że święto Bożego Narodzenia, schodzące się z tą uroczystością, będzie dostateczną wymówką wobec państwa, nie robili sobie skrupułów z przeciągnięciem zabawy dłużej niż tego dozwalał domowy regulamin. Ponieważ jednak generał znany był z tego że dotrzymywał nieubłaganie słowa, skoro tedy minęła nakazana godzina, nieposłuszni tancerze doznawali pewnego niepokoju. Jedenasta wybiła, a jeszcze nikt ze służby nie wrócił. Głęboka cisza pozwalała chwilami słyszeć wiatr świszczący w czarnych gałęziach, wyjący wkoło domu, lub hulający po długich kurytarzach. Mróz tak oczyścił powietrze, ściął ziemię i stężył bruk, że każdy odgłos nabierał niesamowitej dźwięczności. Ciężki krok zapóźnionego pijaka, turkot dorożki wracającej do Paryża, rozlegały się głośniej i bliżej niż zwykle. Zeschłe liście wprawione w taniec nagłym podmuchem, drżały na bruku użyczając głosu nocy, gdy chciała zaniemieć. Był to jeden z owych mroźnych wieczorów, które wydzierają naszemu samolubstwu jałowe westchnienie nad biedakiem lub nad podróżnym i umilają nam sąsiedztwo kominka. W tej chwili, rodzina skupiona w salonie nie troszczyła się ani o nieobecność służby, ani o ludzi bez dachu nad głową, ani o poezję jaką iskrzy się noc zimowa. Nie filozofując daremnie, ufne w opiekę starego żołnierza, kobiety i dzieci oddawały się rozkoszy, jaką daje życie rodzinne, kiedy uczucia płyną swobodnie, kiedy szczerość i przywiązanie dają urok rozmowie, spojrzeniom i zabawom.
Generał siedział lub, mówiąc ściślej, tonął w berżerce przy kominku, z którego tęgi ogień rozlewał owo wnikliwe ciepło, oznakę szczególnego zimna na dworze. Oparta o fotel i lekko pochylona, głowa tego poczciwego ojca przybrała pozę głębokiego spokoju, luby wyraz szczęścia. Ręce jego, miękko zwisając z poręczy, podkreślały jeszcze ten wyraz. Spoglądał na najmłodsze z dzieci, na chłopca liczącego ledwie pięć lat, który, wpół nagi, nie pozwalał się rozebrać matce. Chłopiec uciekał przed koszulką i czepeczkiem, któremi matka groziła mu co chwilę. Przytrzymywał rączkami haftowany kołnierzyk, śmiał się do matki kiedy go wołała, widząc że i ona się śmieje z tego dziecięcego buntu. Wówczas zaczynał się na nowo bawić z siostrzyczką, równie naiwną ale sprytniejszą od niego. Dziewczynka mówiła wyraźniej od chłopca, którego paplanie zaledwie było zrozumiałe dla rodziców. Mała Moina, starsza o dwa lata, budziła swemi kobiecemi już zaczepkami ciągłe śmiechy, które strzelały jak race, napozór bez przyczyny; ale, patrząc na ich dwoje, jak się tarzali przed ogniem pokazując bez wstydu swoje pulchne ciałka, swoje białe i delikatne kształty, mięszając pukle jasnych i ciemnych włosów, przyciskając do siebie różowe twarzyczki, w których wesołość żłobiła naiwne dołeczki, z pewnością ojciec, a zwłaszcza matka, rozumieli te małe duszyczki, dla nich już wyraźne, dla nich grające życiem. Te dwa aniołki, żywością wilgotnych oczu, błyszczących policzków, białej cery, gasiły kwiaty puszystego dywanu, pod którym się tułały, wywracały, mocowały, taczały bez niebezpieczeństwa.
Siedząc na kozetce po drugiej stronie kominka, nawprost męża, matka miała wkoło siebie porozrzucane ubranka, i czekała z czerwonym trzewiczkiem w ręku, w swobodnej pozie. Rzekoma jej surowość zamierała w łagodnym uśmiechu. W trzydziestym szóstym roku zachowała jeszcze swą piękność, dzięki rzadkiej doskonałości rysów twarzy, którą ciepło, światło i szczęście rozjaśniały w tej chwili szczególnym blaskiem. Często odwracała oczy od dzieci aby spocząć pieszczotliwym wzrokiem na poważnej twarzy męża. Czasami oczy małżonków, spotykając się, wymieniały nieme uciechy i głębokie refleksje. Generał miał twarz silnie ogorzałą. Na szerokie i szlachetne jego czoło spadało parę kosmyków siwizny. Męski blask błękitnych oczu, odwaga wypisana w zmarszczkach przywiędłych lic, świadczyła, że ciężkim trudem nabył czerwoną wstążeczkę błyszczącą w klapie surduta. W tej chwili, niewinne uciechy dzieci odbijały się na dzielnej i energicznej fizjognomji, z której widniała dobroduszność i poczciwość. Ten stary wódz stał się dzieckiem bez wielkiego wysiłku. Czyż nie znajdzie się zawsze trochę sympatji do dzieci u żołnierzy, którzy dosyć poznali klęsk życia, aby umieć ocenić niedole siły i przywileje słabości?
Dalej, przy okrągłym stole oświeconym lampą, której żywe światło walczyło z mdłym blaskiem świec stojących na kominku, siedział trzynastoletni chłopiec i obracał szybko kartki wielkiej książki. Krzyki rodzeństwa nie przeszkadzały mu, a twarz jego wyrażała młodzieńczą ciekawość. Głębokie to zajęcie usprawiedliwiały cuda Tysiąca i jednej nocy oraz mundur studencki. Siedział w skupionej pozie, z łokciami na stole, z głową wspartą na ręce, której białe palce odcinały się od ciemnych włosów. Światło padające mu na twarz i zostawiające resztę postaci w cieniu, dawało mu podobieństwo do owych ciemnych portretów, w których Rafael odmalował samego siebie, uważnego, pochylonego, myślącego o przyszłości. Między tym stołem a margrabiną, rosła i piękna dziewczyna pracowała przy krosienkach naprzemian pochylając i cofając głowę, której artystycznie ułożone hebanowe włosy połyskiwały w świetle. Helena sama była istnym obrazem. Piękność jej odznaczała się rządkiem skojarzeniem wykwintu i siły. Włosy, mimo że pod czesane w górę i okalające głowę, były tak bujne, iż, buntując się grzebieniowi, kręciły się nad karkiem. Obfite i kształtne brwi odbijały od białego czystego czoła. Górna warga pod doskonale zarysowanym greckim nosem miała znamiona świadczące o odwadze. Ale ujmująca krągłość kształtów, wytworny owal twarzy, zwłaszcza zaś czystość dziewiczego spojrzenia, dawały tej bujnej piękności słodycz kobiecą, czarującą skromność, jakiej żądamy od tych aniołów pokoju i miłości. Nie było tylko nic wątłego w tej dziewczynie; serce jej musiało być równie słodkie a dusza równie silna, jak kształty jej były wspaniałe a twarz pociągająca. Była równie milcząca jak jej brat, widocznie pogrążona w owej niebezpiecznej zadumie dziewiczej, często uchodzącej uwagi ojca a nawet bystrości matek. Niepodobna było rozstrzygnąć, czy należy przypisać grze światła czy też jakimś tajemnym cierpieniom kapryśne cienie, które przesuwały się po jej twarzy niby chmurki po czystem niebie.
I ojciec i matka zapomnieli w tej chwili zupełnie o dwojgu starszych. Jednakże badawcze oko generała kilka razy spoczęło na niemej scenie, która, w głębi, przedstawiała pełne wdzięku ziszczenie nadziei rysujących się w igraszkach dzieci na pierwszym planie tego rodzinnego obrazka. Ilustrując życie ludzkie nieznaczną gradacją, postacie te tworzyły żywy poemat. Bogaty sprzęt salonu, rozmaitość póz, kontrasty kolorów, przeciwieństwa tych twarzy tak wybitnie rozmaitych wiekiem i rysami, wszystko to dawało tym kartom ludzkim owe bogactwa, jakich żądamy od rzeźby, od malarzy, od pisarzy. Wreszcie zimowa cisza, samotność nocy, użyczały swego majestatu temu wzniosłemu i prostemu obrazowi, cudownemu tworowi natury. Życie małżeńskie pełne jest owych świętych godzin, których czar płynie może z jakiegoś wspomnienia lepszego świata. Niebiańskie promienie tryskają zapewne na tego rodzaju sceny, mające odpłacić człowiekowi cząstkę jego zgryzot i pogodzić go z istnieniem. Zdaje się wówczas, że wszechświat jest tu, przed nami, pod uroczą postacią, że roztacza swoje wielkie idee ładu i że życie społeczne przemawia w obronie swoich praw mówiąc nam o przyszłości.
Jednakże, mimo roztkliwionego wzroku jaki rzucała Helena na rozbawionych dzieciaków, mimo szczęścia malującego się ma jej twarzy kiedy spojrzała ukradkiem na ojca, uczucie głębokiej melancholii przebijało się w jej ruchach, pozie, a zwłaszcza w oczach przesłonionych długiemi rzęsami. Białe i silne ręce, przez które przechodziło światło dając im różowość przejrzystą i niemal płynną, drżały. Jedyny raz, przypadkowo, oczy jej spotkały się z oczami matki. Te dwie kobiety porozumiały się wówczas spojrzeniem martwem, zimnem, pełnem szacunku u Heleny, ponurem i grożnem u margrabiny. Helena szybko spuściła oczy na krosienka, żywo pociągnęła igłę i długi czas nie podnosiła głowy, jakgdyby jej była zbyt ciężka. Czy matka była zbyt surowa dla córki i uważała tę surowość za konieczną? Czy była zazdrosna o piękność Heleny, z którą mogła jeszcze rywalizować, ale rozwijając wszystkie powaby tualety? Lub też córka podchwyciła może, jak wiele córek w chwili gdy stają się jasnowidzące, tajemnice tej kobiety na pozór tak święcie strzegącej obowiązków, tajemnice o których matka mniemała iż zagrzebane są w jej sercu jak w grobie?
Helena doszła wieku, w którym czystość serca skłania do surowości przekraczającej miarę. W niektórych duszach błędy przybierają rozmiary zbrodni; wyobraźnia oddziaływa wówczas na sumienie; często wówczas młode dziewczyny przesadzają karę, wedle wagi jaką przypisują zbrodni. Helena robiła wrażenie, że nie czuje się godna nikogo. Tajemnica jej dawniejszego życia, może wypadek, niezrozumiały zrazu ale urastający z drażliwością jej inteligencji wyczulonej jeszcze przez religję, poniżyła ją od jakiegoś czasu romantycznie we własnych oczach. Zmiana ta zaczęła się od dnia, w którym przeczytała, w świeżym przekładzie, piękną tragedję Schillera Wilhelm Tell. Połajawszy córkę iż wypuściła książkę z rąk, matka zauważyła, że zamęt, jaki wniosła ta lektura w duszę Heleny, płynie ze sceny, w której poeta stwarza pobratymstwo między Wilhelmem Tellem, wylewającym krew człowieka aby ocalić cały naród, a Janem Ojcobójcą. Helena urobiła się pokorna, nabożna, skupiona; przestała chodzić na bale. Nigdy nie była tak serdeczna dla ojca, zwłaszcza gdy matka nie była świadkiem jej dziewczęcych pieszczot. Mimo to, jeżeli istniała oziębłość w stosunku Heleny do matki, objawiała się ona tak subtelnie, że generał, mimo iż bardzo dbający o harmonję w rodzinie, nie spostrzegł jej. Żaden mężczyzna nie byłby dość bystry aby zgłębić tajnie tych dwóch serc kobiecych; jedno młode i bujne, drugie pełne sprytu i miłości. Jeżeli matka gnębiła córkę zręcznym kobiecym despotyzmem, był on dostrzegalny tylko dla ofiary. Zresztą jedynie wypadki zrodziły ten konflikt nie do rozwiązania. Do owej nocy, żaden błysk oskarżenia nie wydarł się z tych dwóch dusz; ale między niemi a Bogiem z pewnością wznosiła się jakaś posępna tajemnica.
— No, Ablu, wykrzyknęła matka, chwytając moment gdy Mina i Abel, zmęczeni i cisi, uspokoili się: chodź, synku, prędko, trzeba spać... I patrząc nań stanowczym wzrokiem, wzięła go na kolana.
— Jakto, rzekł generał, już wpół do jedenastej, a służba jeszcze nie wróciła? A, nicponie! Guciu, dodał zwracając się do syna, dałem ci tę książkę jedynie pod warunkiem że ją odłożysz o dziesiątej. Powinieneś był ją sam zamknąć o oznaczonej godzinie i iść spać, jak mi przyrzekłeś. Jeśli chcesz być wybitnym człowiekiem, winieneś uczynić ze swego słowa drugą religję i strzec go jak swego honoru. Fox, jeden z największych mówców angielskich, odznaczał się zwłaszcza pięknością charakteru. Wierność w dotrzymywaniu słowa, była jedną z głównych jego zalet. Kiedy był jeszcze dzieckiem, ojciec jego, Anglik starej daty, dał mu lekcję, która na zawsze wyryła się w umyśle dziecka. Będąc w twoim wieku, Fox przyjeżdżał zawsze na wakacje do ojca, który, jak wszyscy bogaci Anglicy, posiadał rozległy park dokoła zamku. Był w tym parku stary kiosk, który miano rozebrać i zbudować z powrotem w innem miejscu, gdzie był wspaniały widok. Dzieci lubią bardzo patrzeć na burzenie. Mały Fox pragnął przedłużyć o kilka dni wakacje, aby być świadkiem zburzenia kiosku; ale ojciec życzył sobie, aby wrócił do szkoły na dzień oznaczony. Stąd nieporozumienie między ojcem a synem. Matka, jak wszystkie mamusie, trzymała stronę chłopca. Ojciec przyrzekł wówczas uroczyście synowi, ze zaczeka ze zwaleniem kiosku do następnych wakacyj. Fox wrócił do kolegjum. Ojciec sądził, że przy książce chłopiec zapomni o tej sprawie; kazał rozebrać kiosk i odbudować go gdzieindziej. Uparty chłopak myślał tylko o kiosku. Kiedy przybył do domu, pierwszą myślą było obejrzeć stary budynek. Wrócił na śniadanie bardzo smutny i rzekł: „Oszukałeś mnie, ojcze“. Stary szlachcic odrzekł z pomięszaniem i godnością zarazem: „To prawda, synu, ale naprawię błąd. Trzeba dbać o swoje słowo więcej niż o majątek; bo wierność słowu daje majątek, żaden zaś majątek świata nie zmazę plamy, jaką zostawia chybienie słowu“. Ojciec kazał odbudować stary kiosk jak był wprzódy, poczem, odbudowawszy, kazał go zwalić w oczach syna. Niech ci to, Guciu, posłuży za naukę.
Gustaw, który słuchał ojca uważnie, zamknął natychmiast książkę. Nastała chwila ciszy. Generał wziął na ręce Moinę, która mocowała się ze snem, i posadził ją sobie na kolanach. Mała osunęła bezwładną główkę na piersi ojca i usnęła, zawinięta w złote pukle ślicznych włosów. W tej chwili rozległy się na ulicy szybkie kroki i trzy nagłe stukania zbudziły echa domostwa. Te przeciągłe stukania miały wymowę równie jasną, co krzyk człowieka w niebezpieczeństwie życia, Pies podwórzowy zaszczekał gwałtownie. Helena, Gustaw, generał i jego żona zadrżeli; ale Abel, którego matka kończyła czesać, i Moina nie rozbudzili się.
— Komuś tam pilno, mruknął generał, kładąc córkę na berżerce.
Wyszedł szybko, nie słysząc próśb żony.
— Mój drogi, nie chodź...
Margrabia wszedł do sypialni, wziął parę pistoletów, zapalił ślepą latarkę, skoczył na schody, zbiegł z szybkością błyskawicy, i niebawem znalazł się przy drzwiach, dokąd syn podążył za nim nieustraszenie.
— Kto tam? spytał.
— Otwórzcie, odparł głos niemal zduszony gwałtownym oddechem.
— Przyjaciel?
— Tak, przyjaciel.
— Czy sam?
— Tak, ale otwórzcie, bo oni idą!
Człowiek wślizgnął się do bramy z fantastyczną szybkością cienia, skoro tylko generał uchylił drzwi. Uprzedzając wszelki opór, nieznajomy zatrzasnął drzwi kopnięciem nogi, poczem oparł się o nie, jakgdyby broniąc aby ich nie otwarto znowu. Generał, który nagłym ruchem podniósł pistolet i latarkę na wysokość piersi nieznajomego, aby go trzymać na wodzy, ujrzał człowieka średniego wzrostu, zawiniętego w obszerne i wlokące się futro, takie jakie noszą starcy, widocznie robione nie na jego miarę. Czy przez ostrożność, czy przypadkiem, czoło zbiega było całkowicie zasłonięte kapeluszem, który mu spadał na oczy.
— Panie, rzekł do generała, niech pan opuści ten pistolet. Nie mam zamiaru zostać tu bez pańskiego pozwolenia, ale jeśli wyjdę, śmierć czeka mnie u rogatki. I co za śmierć! Odpowiedziałby pan za nią przed Bogiem. Proszę pana o gościnę na dwie godziny. Niech pan zrozumie, iż, mimo że błagam cię o to, muszę rozkazywać z całym despotyzmem rozpaczy. Żądam gościny na sposób arabski. Muszę być dla pana święty, inaczej umrę. Trzeba mi tajemnicy, schronienia i wody. Och, wody! rzekł chrapliwym głosem.
— Kto pan jesteś? spytał generał, uderzony gorączkową szybkością, z jaką przemawiał nieznajomy.
— A, kto jestem? Więc dobrze, otwórz pan, odchodzę, odparł ów człowiek z wyrazem piekielnej ironji.
Mimo zręczności, z jaką generał manewrował latarką, mógł ujrzeć jedynie dolną część twarzy; nic w niej nie przemawiało na korzyść tej tak osobliwie żądanej gościny. Blade policzki drżały, rysy były kurczowo ściągnięte. W cieniu kapelusza oczy błyszczały jak dwie lampy, od których gasło niemal wątłe światło świecy. Jednakże trzeba było odpowiedzieć.
— Panie, rzekł, mowa pańska jest tak dziwna, że na mojem miejscu pan sam...
— Rozporządza pan mojem życiem, przerwał straszliwym głosem nieznajomy.
— Dwie godziny, rzekł margrabia z wahaniem.
— Dwie godziny, powtórzył tamten.
Ale naraz zerwał z głowy kapelusz gestem rozpaczy, odsłonił czoło, i jakgdyby chciał próbować ostatniego środka, objął generała spojrzeniem, którego blask przeszył gospodarza nawskroś. Ten rzut inteligencji i woli podobny był do błyskawicy, był miażdżący jak piorun; są chwile, w których ludzie posiadają niepojętą siłę.
— Więc dobrze, kimkolwiek jesteś, jesteś bezpieczny pod moim dachem, odparł poważnie pan domu, idąc za bezwiednem uczuciem, którego człowiek nie zawsze umie sobie wytłumaczyć.
— Niech panu Bóg odpłaci, rzekł nieznajomy z głębokiem westchnieniem.
— Czy pan ma broń? spytał generał.
Za całą odpowiedź, obcy, zaledwie dając mu czas na sprawdzenie, rozchylił płaszcz i zapiął go szybko z powrotem. Był najwidoczniej bez broni, W stroju młodego człowieka który wraca z balu. Mimo iż rzut oka podejrzliwego wojaka trwał krótko, ujrzał dosyć, aby wykrzyknąć:
— Gdzież, u licha, tak się pan ochlapał w taki suchy czas?
— Znowu pytania! odparł tamten wyniośle.
W tej chwili margrabia ujrzał syna i przypomniał sobie swoją lekcję o ścisłem przestrzeganiu słowa; zrobiło mu się tak przykro, że rzekł gniewnie:
— Co ty, smarkaczu, tutaj, zamiast leżeć w łóżku?
— Myślałem, że mogę się ojcu przydać w niebezpieczeństwie, odparł Gustaw.
— No, idź do swego pokoju, rzekł ojciec ułagodzony. A pan, zwrócił się do nieznajomego, proszę za mną.
Stali się niemi, jak dwaj gracze, nieufający sobie wzajem. Generał zaczął mieć złe przeczucia. Nieznajomy ciężył mu już jak zmora; ale związany słowem, poprowadził go przez korytarze, przez schody, i wpuścił go do wielkiej izby na drugiem piętrze, nad salonem. Ta niezamieszkała izba służyła w zimie za suszarnię i nie łączyła się z innym pokojem. Cztery pożółkłe ściany nie miały żadnej ozdoby, prócz lichego lusterka, zostawionego na kominku przez poprzedniego właściciela, oraz wielkiego lustra, które, nie mogąc go nigdzie umieścić w chwili gdy margrabia się wprowadzał, postawiono mawprost kominka. Podłogi tego obszernego poddasza nie zamiatano nigdy, powietrze było tam lodowate, a dwa stare wygniecione krzesła stanowiły całe umeblowanie. Postawiwszy latarkę na kominku, generał rzekł:
— Pańskie bezpieczeństwo wymaga, abyś przyjął za schronienie tę nędzną izbę. A ponieważ masz pan moje słowo że ci dochowam tajemnicy, pozwolisz, że cię tu zamknę.
Nieznajomy schylił głowę na znak zgody.
— Prosiłem jedynie o schronienie, o tajemnicę i o wodę, dodał.
— Przyniosę panu, odparł margrabia, który aa mknął starannie drzwi i zeszedł po omacku po świecę, aby poszukać w kredensie karafki.
— Co się tam stało, mężu? spytała żywo margrabina.
— Nic, moja droga, odparł obojętnie.
— Ależ słyszałyśmy wyraźnie, że ojciec prowadził kogoś na górę...
— Helenko, rzekł generał, spoglądając na córkę która podniosła nań oczy, pamiętaj, że honor ojca zależy od twej dyskrecji. Powinnaś nic nie słyszeć.
Młoda dziewczyna odpowiedziała znaczącem skinieniem. Margrabina milczała, dotknięta sposobem, jakiego użył mąż, aby jej nakazać milczenie.
Generał poszedł po karafkę i szklankę i udał się do pokoju, w którym znajdował się więzień. Zastał go opartego o ścianę, przy kominku, z gołą głową; kapelusz rzucił na krzesło. Nie spodziewał się zapewne, że go oświecą tak silnie. Czoło jego zmarszczyło się, twarz spochmurniała, kiedy oczy jego spotkały przenikliwy wzrok generała; ale niebawem złagodniał i przybrał uprzejmą minę, aby podziękować swemu zbawcy. Kiedy ten postawił karafkę i szklankę na kominku, nieznajomy, objąwszy go jeszcze raz płomiennem spojrzeniem, przerwał milczenie:
— Panie, rzekł łagodnie, głosem wolnym już od poprzedniej chrypki, ale zdradzającym mimo to wewnętrzne drżenie, to o co poproszę, zdziwi pana, wydam się panu dziwakiem. Niech pan daruje konieczności. Jeśli pan zostanie w pokoju, proszę niech mi się pan nie przygląda, gdy będę pił.
Nierad że musi wciąż słuchać człowieka który mu się niepodobał, generał odwrócił się szybko. Obcy wydobył białą chustkę i owinął nią sobie prawą rękę; następnie chwycił karafkę i wypił jednym tchem całą jej zawartość. Nie myśląc łamać obietnicy, margrabia spojrzał machinalnie w lustro; gra dwóch luster pozwoliła mu całkowicie ujrzeć nieznajomego. Spostrzegł, jak chustka zczerwieniła się nagle od jego rąk pełnych krwi.
— A, patrzałeś pan, wykrzyknął ów człowiek, kiedy, wypiwszy i zawinąwszy się w płaszcz, zmierzył generała podejrzliwem spojrzeniem. Jestem zgubiony. Oni idą, już są tutaj.
— Nie słyszę nic, rzekł margrabia.
— Nie ma pan interesu w tem, aby, jak ja, słyszeć każdy szelest.
— Czy pan miał pojedynek, że tak jesteś okryty krwią? spytał generał, poruszony widokiem czerwonych plam na odzieży gościa.
— Tak, pojedynek, właśnie, powtórzył obcy z gorzkim uśmiechem.
W tej chwili rozległ się w oddali galop, ale odgłos ten był tak słaby, jak brzask poranka. Wprawne ucho generała poznało krok koni wojskowych.
— To żandarmerja, rzekł.
Spojrzał na swego więźnia w sposób zdolny rozproszyć obawy wywołane mimowolną niedyskrecją, wziął światło i wrócił do salonu. Ledwie położył klucz od suszami na kominku, kiedy tentent stał się głośniejszy i zbliżył się do domu z szybkością, która przyprawiła generała o drżenie. W istocie, konie zatrzymały się u bramy. Wymieniwszy kilka słów z towarzyszami, jeden z jeźdźców zsiadł z konia i zapukał ostro, tak że generał musiał iść otworzyć. Na widok sześciu żandarmów, których srebrne galony połyskiwały w świetle księżyca, nie mógł opanować wzruszenia.
— Ekscelencjo, spytał wachmistrz, czy pan nie słyszał niedawno człowieka, biegnącego ku rogatce?
— Ku rogatce? Nie.
— Czy nie otwierał pan nikomu?— Alboż ja mam zwyczaj sam otwierać bramę?
— Ależ... przepraszam pana generała, zdaje mi się, że w tej chwili...
— Cóż to? wykrzyknął margrabia z gniewem, ozy pan sobie żarty ze mnie stroi? Jakiem prawem to...
— Nic, nic, Ekscelencjo, odparł łagodnie wachmistrz. Niech pan wybaczy naszej gorliwości. Wiemy dobrze, że par Francji nie będzie ukrywał u siebie mordercy o tej godzinie; ale chęć uzyskania jakiejś wiadomości...
— Mordercy! wykrzyknął generał, a kogóż...
— Barona de Mauny zabito przed chwilą siekierą, odparł wachmistrz. Pościg jest bardzo pilny. Jesteśmy pewni, że morderca musi być w okolicy i złowimy go. Niech pan daruje, panie generale...
Żandarm mówił to siadając już na konia, tak że na szczęście nie mógł widzieć twarzy generała. Nawykły wszystko przypuszczać, wachmistrz byłby może powziął podejrzenie na widok tej szczerej fizjognomji, na której wzruszenia odbijały się tak przejrzyście.
— Czy znane jest nazwisko mordercy? spytał generał.
— Nie, odparł żandarm. Zostawił sekretarzyk pełen złota i banknotów, nietknięty.
— To jakaś zemsta, rzekł margrabia.
— Och! na tym starcu!... Nie, nie; łotr nie miał poprostu czasu się z tem załatwić.
I żandarm pognał za towarzyszami, którzy już galopowali daleko. Generał stał chwilę w miejscu, miotany zrozumiałem! uczuciami. Niebawem usłyszał służbę, która wracała kłócąc się tak głośno, że głosy rozlegały się aż w Montreuil. Skoro przybyli wreszcie, gniew generała, który potrzebował jakiegoś pozoru, spadł na nich jak piorun. Dom trząsł się od jego krzyku. Potem uspokoił się nagle, kiedy najśmielszy i najsprytniejszy ze służby kamerdyner usprawiedliwił spóźnienie, mówiąc że ich zatrzymali przy rogatce żandarmi oraz agenci policyjni szukający mordercy. Generał umilkł nagle. Następnie, przypominając sobie pod wpływem tych słów obowiązki swej niezwykłej roli, rozkazał sucho swoim ludziom natychmiast iść spać, zostawiając ich zdumionych łatwością, z jaką przyjął za dobrą monetę kłamstwo kamerdynera.
Ale gdy te wypadki działy się w dziedzińcu, fakt dość błahy napozór zmienił położenie innych osób biorących udział w tem zdarzeniu. Ledwie generał wyszedł, margrabina, spojrzawszy na klucz od strychu i na Helenę, szepnęła nachylając się do córki.
— Heleno, ojciec zostawił klucz na kominku.
Młoda dziewczyna zdziwiona podniosła głowę i spojrzała lękliwie na matkę, której oczy iskrzyły się ciekawością.
— Więc co, mamo? odpowiedziała niepewnym głosem.
— Chciałabym wiedzieć, co się tam dzieje na górze. Jeżeli ktoś tam jest, nie mógł się jeszcze ruszyć. Idź tam...
— Ja? rzekła dziewczyna przestraszona.
— Boisz się?
— Nie, mamo, ale zdaje mi się, że słyszałam kroki mężczyzny.
— Gdybym mogła iść sama, nie prosiłabym ciebie o to, Heleno, rzekła matka ozięble i z godnością. Gdyby ojciec wrócił a nie zastał minie, szukałby mnie może; twojej nieobecności nie zauważy.
— Jeśli mama każe, pójdę, odparła Helena, ale stracę szacunek ojca.
— Co znowu! rzekła margrabina z ironją. Ale, skoro bierzesz serjo to co było żartem, teraz ja ci każę iść zajrzeć kto tam jest na górze. Masz tu klucz. Nakazując ci milczeć o tem co się dzieje w tej chwili w domu, ojciec nie zabronił ci iść do tego pokoju. Idź, i wiedz, że dziecko nigdy nie powinno sądzić matki...
Wyrzekłszy te ostatnie słowa z całą surowością obrażonej kobiety, margrabina wzięła klucz i podała go Helenie, która wstała bez słowa a wyszła.
— Matka zawsze potrafi uzyskać przebaczenie, ale ja będę zgubiona w oczach ojca. Czy ona chce mnie pozbawić jego serca, wygnać mnie z domu?
Takie myśli zrodziły się nagle w jej głowie, kiedy szła bez światła przez korytarz, w głębi którego znajdowały się drzwi do tajemniczej izby. Kiedy tam doszła, była nieprzytomna. W tym zamęcie skłębiło się w niej tysiąc uczuć dławionych dotąd w sercu. Nie wierząc już może w szczęśliwą przyszłość, w tej chwili do reszty zwątpiła o życiu. Drżała konwulsyjnie wkładając klucz; wzruszenie jej wzmogło się tak, że zatrzymała się chwilę. Przycisnęła rękę do serca, jakgdyby chcąc uśmierzyć jego silne i głośne bicie. Wreszcie otwarła drzwi. Skrzyp zawiasów nie obudził mordercy z zadumy. Mimo że miał słuch bystry, stał nieruchomo, przylepiony do ściany, zatopiony w myślach. Krąg rzucony przez latarnię oświecał go słabo; w tej strefie bladego światła podobny był do posępnych posągów, stojących w niszy czarnego grobowca gotyckiej kaplicy. Krople zimnego potu spływały po jego smagłem i szerokiem czole. Szaleńcza odwaga błyszczała w silnie ściągniętych rysach. Płomienne oczy, nieruchome i suche, zdawały się oglądać walkę w ciemności przed sobą. Burzliwe myśli przebiegały szybko po tej twarzy, której męska i stanowczy wyraz zwiastował niepospolitą duszę. Ciało jego, postawa, kształty, były w harmonji z jego dziką naturą. Ten człowiek był cały siłą i potęgą; patrzał w ciemność jako w widzialny obraz swej przyszłości.
Nawykły oglądać junackie fizjognomje olbrzymów którzy się tłoczyli koło Napoleona, zajęty problemem duchowym, generał nie zwrócił uwagi na fizyczne cechy tego niezwykłego człowieka; Helenę natomiast, wrażliwą jak wszystkie kobiety na zewnętrzne szczegóły, uderzyło to skojarzenie światła i cienia, potęgi i namiętności, poetyczny chaos, który dawał nieznajomemu podobieństwo do Lucyfera podnoszącego się z upadku. Naraz, burza malująca się na tej twarzy uśmierzyła się jakby czarem; nieokreślona potęga, której nieznajomy był — bezwiednie może — źródłem i wyrazem, rozlała się dokoła niego jak powódź. Strumień myśli spłynął z jego czoła, w chwili gdy rysy jego odzyskały naturalną postać. Urzeczona tem dziwnem spotkaniem, tajemnicą w której krąg weszła, dziewczyna mogła podziwiać w tej chwili zajmującą i pełną słodyczy fizjognomję. Stała w milczeniu i zachwycie, ogarnięta wzruszeniem nieznanem dotąd jej młodej duszy. Czy Helena krzyknęła lub poruszyła się, czy morderca, wracając ze świata marzeń do rzeczywistości, usłyszał obcy oddech, dość że zwrócił głowę ku wchodzącej i ujrzał niewyraźnie w cieniu cudną twarz oraz wspaniałe kształty istoty, którą musiał wziąć za anioła, widząc ją nieruchomą i mglistą jak zjawisko.
— Panie! rzekła zdławionym głosem.
Morderca zadrżał.
— Kobieta! wykrzyknął zcicha. Czy podobna? Oddal się pani, dodał. Nikt nie ma prawa litować się nademną, rozgrzeszać mnie lub potępiać. Muszę żyć sam. Idź, dziecię, dodał z królewskim ruchem; źlebym odpłacił gościnę w tym domu, gdybym pozwolił komu z jego mieszkańców oddychać tem samem powietrzem co ja. Trzeba mi się poddać prawom świata.
Ostatnie słowa wyrzekł półgłosem. Ogarniając intuicją zgryzoty jakie zbudziła ta melancholijna refleksja, objął Helenę spojrzeniem działającem jak spojrzenie węża i poruszył w sercu tej niezwykłej dziewczyny świat myśli uśpiony dotąd. Było to niby światło, które jej oświeciło nieznane krainy. Spojrzenie to ujarzmiło jej duszę; nie miała siły bronić się jego magnetycznej mocy, mimo iż działanie to było mimowolne. Zawstydzona i drżąca, wyszła. Wróciła do salonu na chwilę przed powrotem ojca, tak że nic nie mogła powiedzieć matce.
Generał, z założonemi na piersiach rękami, przechadzał się w zamyśleniu od okien wychodzących na ulicę do okien od ogrodu. Żona siedziała przy uśpionym Ablu. Moina, ułożona w berżerce jak ptak w gniazdku, drzemała spokojnie. Starsza siostra trzymała w jednej ręce kłębek, w drugiej igłę, i patrzała w ogień. Głęboką ciszę panującą w salonie, na dworze i w całym domu, przerywały jedynie leniwe kroki służby udającej się na spoczynek, to jakiś zduszony śmiech, ostatnie echo weselnej zabawy, wreszcie trzask drzwi które otwierali i zamykali za sobą. Głuche szmery dochodziły jeszcze od ich łóżek. Jakieś krzesło przewróciło się. Kaszel starego woźnicy zadźwięczał słabo i zamilkł. Ale niebawem posępny majestat uśpionej natury rozpostarł się nad wszystkiem. Jedynie gwiazdy błyszczały. Jedynie ogień szumiał, jakgdyby poto aby pogłębić wymowę tej ciszy.
Zegar w Montreuil wybił pierwszą. W tej chwili lekkie kroki rozległy się na piętrze. Margrabia i jego córka, pewni że zamknęli zbrodniarza, myśleli że to któraś z pokojówek i bez zdziwienia usłyszeli iż drzwi od przyległego pokoju otwierają się. Naraz, morderca ukazał się wśród nich. Osłupienie margrabiego, żywa ciekawość matki i zdumienie córki pozwoliły mu posunąć się w głąb salonu, poczem rzekł do generała dziwnie spokojnym i melodyjnym głosem:— Proszę pana, dwie godziny mijają.
— Pan tutaj! wykrzyknął generał. Jakim cudem!
I groźnem spojrzeniem zadał to samo pytanie żonie i dzieciom. Helena stanęła cała w ogniu.
— Pan, powtórzył wojskowy, pan wśród nas! Okryty krwią morderca tutaj! Plami pan ten obraz! Wyjdź pan! Wyjdź pan! dodał gwałtownie.
Na to słowo morderca, margrabina wydała krzyk. Co się tyczy Heleny, słowo to zdało się rozstrzygać o jej życiu. Twarz jej nie zdradziła żadnego zdziwienia. Można było mniemać, że oczekiwała tego człowieka. Odmęt jej myśli wyjaśnił się. Kara, jaką niebo przeznaczało jej winie, ziściła się. Uważając się za taką samą zbrodni arkę jak ten człowiek, dziewczyna patrzała nań pogodnem okiem: była jego towarzyszką, siostrą. Dla niej w zdarzeniu tem objawiał się nakaz Boga. W kilku lat później rozsądek wziąłby górę nad wyrzutami, ale w tej chwili przyprowadziły ją one do szaleństwa. Obcy stał nieruchomy i zimny. Uśmiech wzgardy odmalował się na jego twarzy i na szerokich czerwonych wargach.
— Źle pan odpłaca szlachetność mego postępowania, rzekł wolno. Nie chciałem dotknąć rękami szklanki, w której mi pan podał wodę dla ugaszenia pragnienia. Nie pomyślałem nawet o tem, aby obmyć zakrwawione ręce pod pańskim dachem. Wychodzę stąd, zostawiając ze swojej zbrodni (przy tem słowie wargi jego się ściągnęły) jedynie cień; starałem się przejść nie zostawiając śladu. Nie pozwoliłem nawet pańskiej córce...
— Moja córka! wykrzyknął generał spoglądając na Helenę ze zgrozą. Ha! nieszczęśliwy, wychodź albo cię zabiję.
— Dwie godziny nie minęły. Nie może mnie pan ani zabić ani wydać, nie tracąc szacunku własnego, i — mojego.
Na to ostatnie słowo, zdumiony wojskowy próbował spojrzeć na zbrodniarza, ale musiał spuścić oczy, niezdolny wytrzymać blasku spojrzenia, które drugi raz miażdżyło mu duszę. Bał się zmięknąć jeszcze, czując że wola jego już słabnie.
— Zamordować starca! Więc pan nigdy nie widziałeś rodziny? rzekł wreszcie, wskazując mu ojcowskim ruchem żonę i dzieci.
— Tak, starca, powtórzył nieznajomy, którego czoło zmarszczyło się lekko.
— Uciekaj! krzyknął generał, nie śmiejąc spojrzeć na swego gościa. Nasza umowa skończyła się. Nie zabiję pana. Nie! nie będę nigdy oprawcą. Ale wyjdź stąd, przejmujesz mnie wstrętem.
— Wiem o tem, odparł morderca z rezygnacją. Niema kawałka ziemi we Francji, gdziebym mógł bezpiecznie stawić nogę; ale gdyby sprawiedliwość umiała, jak Bóg, zważyć każdą okoliczność; gdyby raczyła badać, kto jest istotnym potworem, morderca czy ofiara, pozostałbym z dumą wśród ludzi. Czy pan nie zgaduje dawnych zbrodni człowieka, którego zarąbano siekierą? Uczyniłem się sędzią i katem, zastąpiłem niedołężną sprawiedliwość ludzką. Oto moja zbrodnia. Żegnam pana. Mimo goryczy, jaką pan zaprawił swą gościnę, zachowam jej wspomnienie. Znajdę jeszcze w duszy uczucie wdzięczności dla człowieka, a tym człowiekiem będzie pan... Ale wolałbym, żebyś był szlachetniejszy.
Postąpił ku drzwiom. W tej chwili, młoda dziewczyna pochyliła się ku matce i szepnęła jej coś do ucha.
— Och!...
Ten krzyk, który się wydarł jego żonie, wstrząsnął generałem tak, jakgdyby ujrzał Moinę umarłą. Helena stała wyprostowana, a morderca odwrócił się instynktownie, jakby zaniepokojony o tę rodzinę.
— Co tobie, moja droga? spytał margrabia.
— Helena chce iść za nim, odparła.
Morderca zarumienił się.
— Skoro matka tak źle tłumaczy wykrzyknik prawie mimowolny, rzekła Helena cicho, spełnię jej życzenia.
Rzuciwszy w koło spojrzenie dzikiej niemal dumy, dziewczyna spuściła oczy i stała w postawie cudownej skromności.
— Heleno, rzekł generał, tyś była na górze, w pokoju gdzie umieściłem...
— Tak, ojcze.
— Heleno, spytał głosem zmienionym od konwulsyjnego drżenia, czy pierwszy raz widziałaś tego człowieka?
— Tak, ojcze.
— Nie jest zatem naturalne, abyś chciała...
— Jeżeli nie naturalne, to w każdym razie prawdziwe, ojcze.
— Och, córko!... rzekła margrabina cicho, ale tak że mąż ją usłyszał. Heleno, zadajesz kłam wszystkim zasadom skromności, honoru, cnoty, jakie starałam się rozwinąć w twem sercu. Jeżeli wszystko było w tobie kłamstwem do tej nieszczęsnej godziny, w takim razie niema cię co żałować. Czy to wartość moralna tego człowieka cię oczarowała? Czy siła, niezbędna temu kto popełnia zbrodnię?... Zbyt wysoko cię cenię, aby przypuścić...
— Och, może pani przypuszczać wszystko, odparła Helena zimno.
Ale, mamo siły charakteru jakiej dawała dowód w tej chwili, płomień jej oczu z trudnością strawił łzy, które się w nich zakręciły. Nieznajomy domyślił się słów matki z łez młodej dziewczyny; zmierzy orlim wzrokiem margrabinę, którą, ta nieprzeparta potęga zmusiła do tego, aby spojrzeć na straszliwego uwodziciela. A kiedy oczy tej kobiety spotkały się z jego jasnemi i błyszczącemi oczami, uczuła w duszy dreszcz podobny temu, jakiego doznajemy na widok płaza lub za dotknięciem lejdejskiej butelki.
— Mężu, krzyknęła, to szatan! On zgaduje wszystko...
Generał wstał, aby pociągnąć za taśmę dzwonka.
— Gubi pana! krzyknęła Helena do mordercy.
Nieznajomy uśmiechnął się, uczynił krok, powstrzymał rękę margrabiego i paraliżując go spojrzeniem wyzuł go z wszelkiej energji.
— Zapłacę pańską gościnność, rzekł; będziemy skwitowani. Oszczędzę panu hańby, wydając sam siebie. Ostatecznie, co mi pozostało w życiu?
— Skrucha, żal, odparła Helena rzucając mu owo pełne nadziei spojrzenie, jakie błyszczy jedynie w oku młodej dziewczyny.
— Nie będę żałował nigdy, rzekł morderca dźwięcznym głosem, podnosząc dumnie głowę.
— Jego ręce zbroczone są krwią, rzekł ojciec do córki.
— Obetrę je, odparła.
— Ale, rzekł generał nie ośmielając się wskazać nieznajomego, nie wiesz nawet, czy on chce ciebie?
Morderca zbliżył się do Heleny. Piękność jej, mimo iż tak czysta i skupiona, płonęła w tej chwali światłem, którego odblask barwił i uwypuklał niejako najdelikatniejsze jej rysy. Rzuciwszy na tę czarującą istotę słodkie ale jeszcze straszliwe swym ogniem spojrzenie, rzekł ze wzruszeniem:
— Czyż nie dowiodę że cię kocham dla ciebie samej i czy nie spłacę dwóch godzin istnienia, jakie mi sprzedał twój ojciec, jeśli odtrącę twą ofiarę?
— Więc i ty mnie odpychasz! krzyknęła Helena z akcentem, który rozdarł wszystkie serca. Żegnajcie tedy wszyscy, idę umrzeć.
— Co to znaczy? wykrzyknęli wraz ojciec i matka.
Zamilkła i spuściła oczy, zapytawszy margrabiny wymownem spojrzeniem. Od chwili gdy generał i jego żona próbowali zwalczyć, słowem lub czynem, dziwny przywilej, jaki banita zdobył sobie zostając wśród nich, i odkąd nieznajomy zwrócił na nich oszałamiający blask swoich oczu, owładnęła mmi dziwna niemoc. Zdrętwiały rozsądek próżno silił się odeprzeć nadprzyrodzoną siłę, pod którą się uginali. Powietrze stało się im ciężkie, z trudnością oddychali nie mogąc winić tego który ich tak dławił, mimo iż jakiś wewnętrzny głos mówił im że ten potężny człowiek jest przyczyną ich niemocy. Wśród tej agonji moralnej, generał zrozumiał, że pierwszem jego zadaniem jest wpłynąć na chwiejący się rozsądek córki: ujął ją wpół i odciągnął od mordercy.
— Drogie dziecko, rzekł zcicha, jeżeli jakaś dziwna miłość zrodziła się nagle w twem sercu, twoje niewinne życie, twoja czysta i pobożna dusza za wiele dały mi dowodów twego charakteru, abym nie wierzył że masz w sobie na tyle siły, aby pokonać to szaleństwo. Musi być w tem jakaś tajemnica. Słuchaj, moje serce jest pełne pobłażania, możesz mu wszystko wyznać. Gdybyś je nawet miała rozedrzeć, potrafię, dziecko, zdławić swoje cierpienia i dochować ci niezłomnego sekretu. Powiedz, czy jesteś zazdrosna o nasze przywiązanie do braci lub do młodszej siostry? Czy kochasz nieszczęśliwie kogo? Czy ci źle tutaj? Mów, wytłumacz mi przyczyny, które ci każą opuścić rodzinę, porzucić ją, pozbawić ją jej największego uroku, opuścić matkę, braci, siostrzyczkę.
— Ojcze, odparła, nie jestem zazdrosna o nikogo, ani nie kocham się w nikim, nawet w twoim przyjacielu panu de Vandenesse.
Margrabina zbladła. Córka, która patrzała na nią, umilkła.
— Czy nie mam prędzej lub, później przejść pod opiekę mężczyzny?
— Zapewne.
— Czyż my wiemy kiedy, ciągnęła, z kim łączymy swoje losy? Ja wierzę w tego człowieka.
— Dziecko, rzekł generał podnosząc głos, nie myślisz o cierpieniach jakie cię czekają.
— Myślę o jego cierpieniach.
— Co za życie! rzekł ojciec.
— Życie kobiety, szepnęła córka.
— Jesteś bardzo uświadomiona, wykrzyknęła margrabina odzyskując głos.
— Pani, odpowiadam tylko na pytania, ale jeśli sobie życzysz, będę mówiła wyraźniej.
— Powiedz wszystko, moja córko, jestem matką.
Tu córka spojrzała na matkę, a pod tem spojrzeniem margrabina zamilkła.
— Heleno, raczej zniosę twoje wyrzuty, jeśli chcesz mi je czynić, niżbym miała patrzeć na to że idziesz za człowiekiem, od którego świat ucieka ze zgrozą.
— Widzisz więc, matko, że bezemnie byłby sam.
— Dosyć, żono, wykrzyknął generał, mamy już tylko jedną córkę!
I spojrzał na Moinę, która spała ciągle.
— Zamknę cię w klasztorze, dodał zwracając się do Heleny.
— Dobrze, ojcze, odpowiedziała z rozpaczliwym spokojem. Więc umrę. Odpowiesz za moje życie i za jego duszę jedynie przed Bogiem.
Zapadło milczenie. Widzowie tej sceny, w której wszystko obrażało normy życia społecznego, nie śmieli na siebie spojrzeć. Naraz, margrabia spostrzegł swoje pistolety. Chwycił, odwiódł szybko kurek i wymierzył w nieznajomego. Na szczęk kurka, obcy odwrócił się, zwrócił spokojny i przenikliwy wzrok na generała, którego ramię, zdjęte niemocą, opadło ciężko. Pistolet potoczył się na dywan...
— Córko, orzekł wyczerpany tą straszliwą walką, jesteś wolna. Uściskaj matkę, jeśli ci pozwoli. Co do mnie, nie chcę cię już widzieć ani słyszeć...
— Heleno, rzekła matka do dziewczyny, pomyśl że będziesz w nędzy.
Chrapliwy śmiech wydarł się z piersi mordercy i skierował nań wszystkie spojrzenia. Wyraz wzgardy malował się na jego twarzy.
— Gościnność, jakiej panu użyczyłem, kosztuje mnie drogo! wykrzyknął generał wstając. Zabiłeś przed chwilą tylko jednego starca, tu mordujesz całą rodzinę. Cobądź się stanie, nieszczęście weszło w ten dom.
— A jeśli pańska córka będzie szczęśliwa? spytał morderca patrząc bystro na generała.
— Jeśli będzie szczęśliwa z panem, odparł ojciec czyniąc niesłychany wysiłek, nie będę jej żałował.
Helena uklękła nieśmiało przed ojcem i rzekła pieszczotliwie:
— Ojcze, kocham cię i czczę, czy na mnie zlewasz skarby swej dobroci czy srogość niełaski. Ale błagam cię, niechaj ostatnie twoje słowa nie będą słowami gniewu.
Generał nie śmiał spojrzeć na córkę. W tej chwili, nieznajomy zbliżył się. Patrząc na Helenę z uśmiechem, w którym było równocześnie coś piekielnego i coś niebiańskiego, rzekł.
— Ty, którego morderca nie przeraża, aniele miłosierdzia, pójdź, skoro trwasz przy tem aby mi oddać swe życie.
— To niepojęte! wykrzyknął ojciec.
Margrabina spojrzała dziwnie na córkę i otworzyła ramiona. Helena rzuciła się w nie płacząc.
— Żegnaj, matko, żegnaj!
Helena dała śmiało znak nieznajomemu, który zadrżał. Ucałowała rękę ojca, uścisnęła szybko ale bez czułości Moinę i Abla, i znikła z mordercą.
— Którędy oni idą? wykrzyknął generał wsłuchując się w kroki zbiegów. Wiesz, dodał zwracając się do żony, zdaje mi się że śnię. Ta przygoda kryje jakąś tajemnicę. Ty musisz coś wiedzieć.
Margrabina zadrżała.
— Od jakiegoś czasu, odparła, Helena stała się nadzwyczaj romansowna i dziwnie egzaltowana. Mimo moich starań aby zwalczyć to usposobienie...
— To nie jest jasne...
Naraz, zdało się generałowi, że słyszy w ogrodzie kroki córki i nieznajomego. Przerwał, aby szybko otworzyć okno.
— Heleno! krzyknął.
Głos ten zgubił się w nocy jak daremne proroctwo. Wymawiając to imię, któremu nic już nie odpowiadało w świecie, generał jakgdyby odczarował zły urok, jakim spętała go szatańska siła. Jakiś dech powiał mu przez twarz. Ujrzał jasno scenę, która się rozegrała i przeklął własną słabość, której nie rozumiał. Gorący dreszcz przebiegł mu od serca do głowy, do nóg; ocknął się, stał się znów sobą, groźny, łaknący zemsty. Wydał straszliwy krzyk.
— Na pomoc! na pomoc!
Rzucił się do dzwonków, szarpał je tak iż potrzaskał je, napełniwszy wprzód dom dziwnym szczękiem. Cała służba zbudziła się nagłe. On krzyczał ciągle, otworzył okna, wołał żandarmów, znalazł pistolety, wystrzelił z nich aby szybciej ściągnąć pomoc, zwołać służbę i sąsiadów. Psy poznały głos pana i zaczęły szczekać, konie rżały i parskały. Okropny hałas napełnił tę cichą noc. Zbiegając po schodach aby pędzić za córką, generał ujrzał wystraszonych ludzi, którzy śpieszyli ze wszystkich stron.
— Moja córka! Porwano Helenę. Idźcie do ogrodu! Pilnujcie ulicy! Otwórzcie żandarmom! Morderca!
Wściekłym ruchem przerwał łańcuch, na którym był uwiązany wielki pies.
— Helena Helena! rzekł doń.
Pies skoczył jak lew, zaszczekał wściekle i rzucił się w ogród tak chyżo, że generał nie mógł mu nadążyć. W tej chwili tentent rozległ się na ulicy, generał pośpieszył sam otworzyć.
— Panie wachmistrzu, wykrzyknął, odetnij pan drogę mordercy pana de Mauny. Uciekają moim ogrodem. Prędko otoczcie ścieżki na wzgórzu. A wy, rzekł do swoich ludzi, pilnujcie ulicy i rozstawcie się od rogatki aż do Wersalu. Naprzód, wszyscy!
Chwycił fuzję, którą mu przyniósł kamerdyner, i skoczył w ogród krzycząc na psa: „Szukaj!“ Straszliwe szczekania odpowiedziały mu w oddali, podążył w kierunku skąd dochodziły rzężenia psa.
O siódmej rano poszukiwania żandarmerji, generała, jego ludzi i sąsiadów okazały się daremne. Pies nie wrócił. Wyczerpany znużeniem, już postarzały od zgryzoty, margrabia wszedł do salonu, który wydał mu się pustynią, mimo że było tam jeszcze troje jego dzieci.
— Byłaś zawsze bardzo zimna dla córki, rzekł spoglądając na żonę. Oto więc, co nam zostało po niej, dodał pokazując krosienka, na których widniał zaczęty kwiatek. Była tu przed godziną, a teraz stracona, stracona!
Płakał, ukrył głowę w dłoniach i trwał tak chwilę, nie śmiejąc spojrzeć na ten salon, który niedawno przedstawiał obraz rodzinnego szczęścia. Brzask jutrzenki walczył z gasnącemi lampami; papier płonął u wypalonych świec, wszystko było zgodne z rozpaczą tego ojca.
— Trzeba to zniszczyć, rzekł po chwili pokazując krosienka. Nie mogę patrzeć na nic, co mi ją przypomina...
Straszliwa noc Bożego Narodzenia, w czasie której margrabia i jego żona postradali najstarszą córkę, bezsilni wobec szczególnej władzy jej mimowolnego wydziercy, była jakby ostrzeżeniem losu. -Bankructwo agenta giełdowego zrujnowało generała. Obdłużył dobra żony, aby się rzucić w spekulację, której zyski mogły przywrócić rodzinie poprzedni dostatek; ale to zrujnowało go do reszty. Chwytając się z rozpaczy ostatecznych środków, generał opuścił ojczyznę. Sześć lat upłynęło od jego wyjazdu. Mimo że rodzina rzadko otrzymywała odeń wieści, na kilka dni przed uznaniem niepodległości republik amerykańskich przez Hiszpanję oznajmił swój powrót.
Zatem, pewnego pięknego poranka, kilku kupców francuskich, którym pilno było wrócić do ojczyzny z bogactwami nabytemi za cenę mozołów i niebezpieczeństw, bądź w Meksyku, bądź w Kolumbji, znalazło się o kilka mil od Bordeaux na statku hiszpańskim. Mężczyzna przedwcześnie postarzały trudami i zgryzotą, stał wsparty o parapet, obojętny na widok pasażerów na pomoście. Uszedłszy niebezpieczeństw przeprawy i znęceni piękną pogodą, wszyscy wyszli na pomost, jakby chcąc powitać ziemię rodzinną. Ten i ów silił się już rozpoznać w oddali latarnie morskie, budynki, wieżę korduańaką, spływające się z fantastycznemi kształtami białych chmur na widnokręgu. Gdyby nie srebrne frendzle piany igrające przed statkiem, gdyby nie szybko znikająca bruzda którą statek kreślił za sobą, podróżni mogliby myśleć, że stoją nieruchomo na Oceanie, tak morze było spokojne. Niebo było cudownie czyste. Ciemne tony jego sklepienia zlewały się z błękitem wody linją błyszczącą tak jasno jak światło gwiazd. Słońce połyskiwało miljonem iskierek w olbrzymiej fali morza, także rozległy step wodny bardziej może lśnił niż przestwory nieba. Łagodny wiatr wzdymał żagle; białe jak śnieg płótna, żółte bujające flagi, labirynt lin, wszystko to rysowało się z nieporównaną dokładnością na błyszczącem tle powietrza, nieba i Oceanu, bez żadnej plamki prócz bladych cieniów rzucanych przez żagle. Piękny dzień, ożywczy wiatr, widok ojczyzny, spokojne morze, melancholijny szum, wdzięczny samotny żaglowiec, sunący po Oceanie jak kobieta na schadzkę — był to obraz pełen harmonji, scena w której dusza ludzka mogła ogarnąć niewzruszone przestrzenie, wychodząc z punktu gdzie wszystko jest ruchem. Był to zdumiewający kontrast pustki i życia, ciszy i zgiełku: nie wiedziało się niemal gdzie jest zgiełk i życie, a gdzie nicość i cisza; toteż żaden ludzki głos nie mącił tego niebiańskiego czaru. Kapitan Hiszpan, majtkowie, Francuzi, stali albo siedzieli, pogrążeni w pełnym wspomnień zachwycie. Było w powietrzu jakieś lenistwo. Rozjaśnione twarze świadczyły o zapomnieniu minionych niedoli; ci ludzie kołysali się na tym cichym statku jak w złotym śnie.
Jednakże, od czasu do czasu, stary pasażer oparty o parapet patrzał na widnokrąg z wyrazem niepokoju. Niedowierzanie odbijało się w jego rysach; możnaby rzec, iż się lęka, że nigdy dość wcześnie nie dotknie stopą francuskiej ziemi. Ten człowiek, to był margrabia. Fortuna nie okazała się głucha na krzyk i wysiłki jego rozpaczy. Po pięciu latach starań i mozołów, doszedł do znacznego majątku. Pragnąc najrychlej ujrzeć ziemię ojczystą i przynieść szczęście rodzinie, poszedł za przykładem kilku francuskich kupców z Hawany, siadając z nimi na statek hiszpański do Bordeaux. Mimo to, wyobraźnia jego, znużona przewidywaniem złego, kreśliła mu najrozkoszniejsze obrazy szczęścia. Widząc zdała ciemną linję ziemi, miał uczucie, że patrzy na żonę i dzieci. Był u siebie, przy kominku, czuł jak go ściskają, pieszczą. Wyobrażał sobie Moinę, wyrosłą, imponującą jak duża panna. Skoro ten marzony obraz nabrał niemal rzeczywistości, łzy zakręciły mu się w oczach; wówczas, jakgdyby chcąc ukryć wzruszenie, wpatrzył się w wilgotny horyzont, na wprost ciemnej linji zwiastującej ziemię.
— To on, rzekł, jedzie za nami.
— Kto taki? wykrzyknął hiszpański kapitan.
— Okręt, szepnął generał.
— Widziałem go już wczoraj, odparł kapitan Gomez.
Spojrzał na Francuza, jakby chcąc go wybadać.
— Cały czas gonił za nami, szepnął do ucha generała.
— I nie wiem czemu nas nie dogonił, odparł stary wojskowy, bo szybszy jest od pańskiego przeklętego Świętego Ferdynanda.
— Musiał mieć jakieś uszkodzenia, może wodę.
— Dogania nas! wykrzyknął Francuz.
— To korsarz kolombijski, rzekł mu do ucha kapitan. Jesteśmy jeszcze o sześć mil od ziemi, a wiatr słabnie.
— On nie płynie ale leci, jakgdyby wiedział że za dwie godziny zdobycz mu się wymknie. Co za zuchwalstwo!
— On! krzyknął kapitan. Och! niedarmo nazywa się Otello. Niedawno zatopił hiszpańską fregatę, chociaż ma tylko trzydzieści dział! Bałem się tylko jego, bo wiedziałem że krąży w Antyllach...
— Ha, ha! dodał po pauzie, patrząc na żagle swego statku, wiatr się podnosi, dopłyniemy. Musimy, bo Paryżanin byłby bez miłosierdzia.
— I on także dopływa! odparł margrabia.
Otello był już ledwie o trzy mile. Mimo że załoga nie słyszała rozmowy margrabiego z Gomezem, pojawienie się żagla ściągnęło większość marynarzy i pasażerów; ale prawie wszyscy, biorąc bryk za statek handlowy, przyglądali mu się z zaciekawieniem. Nagle, jeden majtek krzyknął w swojem wymownem narzeczu:
— Na świętego Jakóba, odwaliliśmy kitę... to Paryżanin.
Na to straszne imię, przerażenie zapanowało na statku, wszczął się nieopisany zamęt. Kapitan zdołał tchnąć w majtków chwilową energję. Świadom niebezpieczeństwa, chcąc dobić do lądu za wszelką cenę, spróbował rozwinąć wszystkie żagle aby poddać pędowi wiatru całą przestrzeń płótna jaką rozporządzał. Ale manewr ten wykonano mozolnie, brak mu było owego cudownego zgrania, które tak zachwyca na okręcie wojennym. Mimo że Otello, dzięki nastawieniu swoich żagli, leciał jak jaskółka, zyskiwał wszakże napozór tak mało, że nieszczęśni Francuzi kołysali się słodkiem złudzeniem. Po niesłychanych wysiłkach, Święty Ferdynand nabrał nowego rozpędu, dzięki zręcznym manewrom, które Gomez sam wspomagał gestem i głosem. Naraz, fałszywem i zapewne umyślnem skręceniem rudla, sternik postawił statek w poprzek wiatru. Żagle, uderzone wiatrem z boku, pochyliły się, liny i wiązania trzasły, statek okulał zupełnie. Kapitan stał się z wściekłości bielszy od swoich żagli. Jednym skokiem rzucił się na sternika i ugodził go wściekle sztyletem. Chybił, ale go zepchnął w morze. Poczem chwycił ster i starał się naprawić rozpaczliwy nieład, jaki zapanował na dzielnym i odważnym statku. Łzy rozpaczy kręciły się w jego oczach; zdrada bowiem, niwecząca rezultat osiągnięty talentem, boli więcej niż grożąca śmierć. Ale, im więcej kapitan klął, tem mniej sprawa posuwała się naprzód. Sam wystrzelił z działa na alarm, spodziewając się że go usłyszą z lądu. W tej chwili korsarz, który nadbiegł ze straszliwą chyżością, odpowiedział wystrzałem armatnim. Kula wpadła w morze o dziesięć sążni od Świętego Ferdynanda.
— Do kroćset, wykrzyknął generał, to jak wycelowane. Muszą mieć specjalne armatki.
— Och, jak ten gada, to trzeba być cicho, odparł jeden z majtków. Paryżanin nie zląkłby się angielskiego okrętu...
— Wszystko stracone, wykrzyknął z rozpaczą kapitan, który, wycelowawszy lunetę, nie ujrzał nic od strony lądu... Jesteśmy dalej od Francji niż przypuszczałem.
— Czemu rozpaczać? odparł generał. Wszyscy pańscy pasażerowie to Francuzi, oni najęli pański statek. Ten korsarz, to Paryżanin, jak pan powiada; wywieś pan zatem białą chorągiew i...
— I on nas zatopi, odparł kapitan. Czyż on nie jest, w miarę okoliczności, wszystkiem czem trzeba, kiedy chce zagarnąć bogatą zdobycz?
— A, więc to pirata!
— Pirata! odparł któryś majtek z gniewem. Oho! on jest zawsze w porządku, umie się urządzić.
— A więc, zawołał generał wznosząc oczy do nieba, trzeba się pogodzić z losem.
I miał jeszcze na tyle siły aby powstrzymać łzy.
Kiedy domawiał tych słów, druga kula armatnia, lepiej wymierzona, przeszyła Świętego Ferdynanda.
— Zwinąć żagle, rzekł smutno kapitan.
Ów majtek, który bronił uczciwości Paryżanina, pomógł bardzo zręcznie do tego rozpaczliwego manewru. Załoga przetrwała śmiertelne pół godziny, pogrążona w największym lęku. Święty Ferdynand wiózł w plastrach cztery miljony, stanowiące majątek pięciu pasażerów; część generała wynosiła miljon sto tysięcy franków. Wreszcie, Otello, który znajdował się w tej chwili na dziesięć strzeleń z fuzji, pokazał wyraźnie groźne paszcze dwunastu armat gotowych do strzału. Zdawało się, że go niesie wiatr, który djabeł dmie umyślnie dla niego; ale oko biegłego marynarza odgadywało łatwo tajemnicę tej chyżości. Wystarczało popatrzeć na wygięcie bryka, na jego podłużnę formę, na wąski korpus, na wysokość masztów, krój żagli, cudowną lekkość drabin; na swobodę, z jaką rój jego majtków, zgodny jak jeden człowiek, czuwał nad obrotami białej powierzchni którą przedstawiały te żagle. Wszystko zwiastowało nadzwyczajną świadomość siły w tem smukłem drewnianem stworzeniu, równie inteligentnem jak wyścigowy koń lub ptak drapieżny. Załoga korsarza czekała w milczeniu, gotowa w razie oporu połknąć biedny statek kupiecki, który, szczęściem dla siebie, stał spokojnie, niby uczeń złapany na gorącym uczynku przez nauczyciela.
— Mamy armaty! wykrzyknął generał ściskając dłoń kapitana.
Ten rzucił na starego wojaka spojrzenie pełne wraz męstwa i rozpaczy i rzekł:
— A ludzie?
Margrabia spojrzał na załogę Świętego Ferdynanda i zadrżał. Czterej kupcy stali bladzi i drżący, gdy majtkowie, skupieni dokoła jednego ze swoich, naradzali się widocznie w jaki sposób stanąć po strome Otella i spoglądali na korsarza z łakomą ciekawością. Jedynie kapitan, porucznik i margrabia wymieniali spojrzenia nacechowane odwagą.
— Ach, kapitanie, żegnałem się niegdyś z krajem i rodziną z sercem pełnem goryczy; czyż trzeba znów się z niemi pożegnać w chwili gdy przynoszę radość i szczęście swoim dzieciom?
Generał odwrócił się, aby uronić w morze łzę wściekłości, i ujrzał sternika płynącego ku korsarzowi.
— Tym razem, odparł kapitan, pożegna się pan z niemi zapewne na zawsze.
Francuz przeraził Hiszpana osłupiałym wzrokiem jakim nań spoglądał. W tej chwili dwa okręty stykały się prawie; na widok nieprzyjacielskiej załogi generał uwierzył w złowróżbne proroctwo Gomeza. Po trzech ludzi stało przy każdej armacie. Widząc ich atletyczne postacie, ich wyraziste rysy, nagie i żylaste ramiona, wzięłoby się ich za posągi z bronzu. Śmierć zabiłaby ich, ale nie obaliła. Majtkowie, dobrze uzbrojeni, czynni, zwinni i mocni, stali nieruchomo. Wszystkie te męskie twarze były spalone słońcem, stwardniałe od trudu. Oczy błyszczały jak ogniste skry i zwiastowały tęgie inteligencje, piekielne temperamenty. Głębokie milczenie, panujące na tym pomoście, czarnym od ludzi i od kapeluszy, świadczyło o nieubłaganej karności, w jakiej potężna wola trzyma tych wcielonych czartów.
Wódz stał u stóp masztu, z założonemi rękami, bez broni; jedynie siekiera znajdowała się u jego stóp. Miał na głowie, dla ochrony od słońca, kapelusz filcowy z wielkiem rondem, którego cień zasłaniał mu twarz. Podobni psom leżącym u nóg pana, kanonierzy, żołnierze i majtkowie zwracali kolejno oczy na swego kapitana i na statek kupiecki. Kiedy dwa bryki się zderzyły, wstrząśnienie wyrwało korsarza z zadumy; szepnął parę słów młodemu oficerowi, stojącemu o dwa kroki.
— Haki! wykrzyknął porucznik.
I Otello zahaczył Świętego Ferdynanda z cudowną chyżością. W myśl rozkazu wydanego cicho przez korsarza, a powtórzonego przez porucznika, ludzie wyznaczeni do każdej czynności szli, niby klerycy na mszę, na pomost wziętego statku, aby wiązać ręce majtkom, pasażerom, i zagarnąć skarby. W jednej chwili beczki pełne piastrów, żywność i załogę Świętego Ferdynanda przeniesiono na pokład Otella. Generał miał uczucie że śni, kiedy się znalazł ze związanemi rękami, rzucony na jakiś worek, jakgdyby sam był towarem. Odbyła się narada między korsarzem, jego porucznikiem oraz majtkiem który widocznie pełnił funkcję wachmistrza. Skoro dyskusja, która trwała krótko, się skończyła, majtek zagwizdał na ludzi. Na rozkaz, jaki wydał, skoczyli wszyscy na Świętego Ferdynanda, wdrapali się na liny i zaczęli zdzierać reje, żagle i drabinki, równie zwinnie jak żołnierz rozbiera na polu bitwy zabitego towarzysza, którego buty i płaszcz były przedmiotem jego pożądań.
— Jesteśmy zgubieni, rzekł spokojnie do margrabiego kapitan hiszpański, który śledził z pod oka trzech naradzających się dowódców oraz ruchy majtków, dopełniających regularnej grabieży jego bryku.
— Czemu? również spokojnie spytał generał.
— Cóż pan chcesz, aby poczęli z nami? odparł Hiszpan. Doszli widać do przekonania, że niełatwo przyszłoby im sprzedać Świętego Ferdynanda w jakim francuskim lub hiszpańskim porcie. Zatopią go, aby nie mieć kłopotu. Co do nas, czy pan myśli, że wezmą sobie na kark trud żywienia nas, kiedy nie wiedzą dokąd zawinąć?
Ledwie kapitan dokończył tych słów, kiedy generał usłyszał okropny krzyk, a po nim głuchy plusk, spowodowany upadkiem kilku ciał strąconych w morze. Obrócił się i nie ujrzał już czterech kupców. Ośmiu kanonjerów o groźnych twarzach kołysało jeszcze rękami w chwili gdy wojskowy spojrzał na nich ze zgrozą.
— Nie mówiłem? rzekł zimno kapitan.
Margrabia podniósł się szybko. Morze uspokoiło się już, tak że nie mógł nawet dojrzeć miejsca, gdzie zatonęli nieszczęśliwi towarzysze. Płynęli w tej chwili ze związanemi rękami i nogami pod wodą, o ile ich już nie pożarły ryby. O kilka kroków od niego, zdradziecki sternik oraz majtek ze Świętego Ferdynanda, ów który niedawno wychwalał potęgę paryskiego kapitana, bratali się z korsarzami i wskazywali palcem marynarzy, których uznali za godnych wcielenia do załogi Otella. Co się tyczy innych, majtkowie wiązali im nogi, mimo rozpaczliwych zaklęć. Po dokonanym wyborze, ośmiu kanonjerów chwyciło skazanych i rzuciło ich bez ceremonji do morza. Korsarze obserwowali ze złośliwą ciekawością sposób w jaki ci ludzi spadali, ich miny i ostatnie męczarnie; ale twarz ich nie zdradzała ani drwin, ani zdziwienia; byli snadź przyzwyczajeni. Najstarsi woleli patrzeć z ponurym i łakomym uśmiechem na baryłki pełne piastrów, złożone u stóp masztu. Generał i kapitan Gomez, siedząc na jakimś pakunku, porozumiewali się martwem niemal spojrzeniem. Niebawem oni jedni pozostali przy życiu ze Świętego Ferdynanda. Siedmiu majtków, wybranych przez szpiegów z załogi hiszpańskiej, już się przeobraziło radośnie w Peruwiańczyków.
— Cóż za łajdaki! wykrzyknął generał, w którym szlachetne oburzenie stłumiło ból i rozwagę.
— Poddają się konieczności, odparł zimno Gomez. Gdybyś pan gdzie spotkał którego z nich, czybyś go nie przebił bez namysłu?
— Kapitanie, rzekł porucznik zwracając się do Hiszpana, Paryżanin słyszał o panu. Pan jest, powiada, jedyny człowiek, który zna dobrze strefę Antyllów i wybrzeża Brazylji. Czy chce pan...
Kapitan przerwał młodemu porucznikowi wykrzykiem wzgardy i odparł:
— Umrę jak marynarz, jak wiemy Hiszpan, jak chrześcijanin. Rozumiesz?
— W morze! krzyknął młody człowiek.
Na ten rozkaz, dwóch kanonjerów chwyciło Gomeza.
— Jesteście podli! krzyknął generał wstrzymując korsarzy.
— Mój stary, rzekł porucznik, nie unoś się zanadto. Jeśli twoja czerwona wstążeczka robi pewne wrażenie na naszym kapitanie, ja sobie z niej kpię. Rozmówimy się za chwilę.
W tej chwili głuchy plusk, któremu nie towarzyszyła żadna skarga, dał znać generałowi, że dzielny Gomez umarł jak marynarz.
— Mój majątek albo życie! wykrzyknął w straszliwej furji.
— A, jesteś rozsądny, odparł korsarz śmiejąc się. Teraz możesz być pewny, że coś od nas otrzymasz...
Zaczem, na znak porucznika, dwaj marynarze jęli wiązać nogi Francuzowi; ale ten, odtrąciwszy ich, wydobył nieoczekiwanym gestem szablę, którą porucznik miał przy boku, i zaczął nią wywijać gracko, jak przystało na generała kawalerji znającego swoje rzemiosło.
— A łajdaki, nie wrzucicie jak ostrygę do wody starego napoleończyka.
Strzały pistoletowe, wypalone zbliska w opornego Francuza, ściągnęły uwagę Paryżanina, dozorującego właśnie przenoszenia przyborów, które kazał zabrać ze Świętego Ferdynanda. Nie przejmując się zbytnio, chwycił z tyłu dzielnego generała, podniósł go lekko, pociągnął na burt i gotował się go wrzucić w morze jak wysortowany ładunek. W tej samej chwili generał spotkał się z płowem okiem człowieka, który mu wydarł córkę. Ojciec i zięć poznali się odrazu. Kąpitan, dając swemu rozmachowi przeciwny kierunek, tak jakgdyby margrabia nie ważył nic, zamiast go wrzucić w morze, postawił go opodal wielkiego masztu. Szmer rozległ się na pomoście, ale korsarz spojrzał tylko na swoich ludzi: natychmiast zapanowała najgłębsza cisza.
— To ojciec Heleny, rzekł kapitan dźwięcznym i stanowczym głosem. Biada temu, ktoby go nie uszanował.
Radosny okrzyk rozległ się na pokładzie i wzbił się w niebo jak modlitwa kościelna, jak pierwszy akord Te Deum. Chłopcy okrętowi zakołysali się na linach, majtkowie wyrzucili czapki w górę, kanonjerzy zatupali nogami, wszystko machało rękami, wyło, gwizdało, klęło. Ten wybuch fanatycznej radości zaniepokoił i zasępił generała. Sądził, iż kryje się w tem jakaś straszliwa tajemnica; toteż pierwszym jego krzykiem, skoro odzyskał mowę, było: „Moja córka! gdzie moja córka?“ Korsarz rzucił na generała owo głębokie spojrzenie, które, niewiadomo czemu, przejmowało drżeniem najodważniejszych; nakazał mu gestem milczenie, ku zadowoleniu majtków, uszczęśliwionych że władza ich kapitana rozciąga się na wszystkie istoty; powiódł go ku schodom, sprowadził go w dół do drzwi kajuty i otworzył je żywo, mówiąc:
— Oto ona.
Poczem znikł, zostawiając starego żołnierza — zdumionego widokiem, jaki przedstawił się jego oczom. Słysząc jak drzwi otwierają się nagle, Helena wstała z kanapy, na której spoczywała; ujrzała margrabiego i wydała krzyk zdumienia. Była tak zmieniona, że trzeba było oczu ojca aby ją poznać. Podzwrotnikowe słońce opaliło jej białą twarz, dając jej cudowny koloryt, który miał coś poetycznego. Była w niej jakaś wielkość, majestat, głębokie uczucie, które musiało przeniknąć do najpospolitszej duszy. Długie i bujne włosy, spadające puklami na szlachetnie zarysowaną szyję, dodawały jeszcze siły tej dumnej twarzy. W pozie, w geście Heleny, przebijała świadomość własnej potęgi. Tryumfujące zadowolenie wzdymało lekko jej różowe nozdrza: spokojne szczęście znaczyło się w każdym szczególe jej piękności. Był w niej i wdzięk dziewiczy i duma właściwa istotom bardzo kochanym. Była to wraz niewolnica i pani; chciała słuchać, bo mogła panować. Była ubrana z pełnym wdzięku i wykwintu przepychem. Suknię miała z indyjskiego muślinu; ale kanapa i poduszki były kaszmirowe; dywan perski zaścielał obszerną kajutę; czworo jej dzieci bawiło się u jej stóp budując dziwne zamki ze sznurów pereł, z cennych klejnotów, kosztownych cacek. Kilka wazonów z sewrskiej porcelany malowanych przez panią Jaquotot, zawierało rzadkie pachnące kwiaty, jaśmin meksykański, kamelje; wśród nich, małe amerykańskie ptaszki bujały swobodnie, wyglądając niby żywe rubiny, szafiry, złoto. W salonie tym znajdował się przytwierdzony fortepian, na ścianach zaś, obitych żółtym jedwabiem, widać było obrazki małych rozmiarów, ale najlepszych pendzli: Zachód słońca Gudina znajdował się tam przy Terburgu; Madonna Rafaela walczyła na poezję ze szkicem Girodeta; Generał Dow zaćmiewał Drollinga. Na stoliku z chińskiej laki znajdował się złoty talerz pełen soczystych owoców. Słowem, Helena była niby królowa wielkiego mocarstwa w tym buduarze, w którym jej ukoronowany kochanek zebrał najprzedniejsze rzeczy z całej ziemi. Dzieci zwróciły na swego dziadka wzrok pełen przenikliwej żywości; nawykłe żyć wśród walk, burz i zgiełku, podobne były do owych małych Rzymianiątek, ciekawych krwi i wojny, które Dawid odmalował w swoim Brutusie.
— Jak to być może? wykrzyknęła Helena, chwytając ojca, jakgdyby chciała się przekonać o prawdzie tego widoku.
— Heleno!
— Ojcze!
Padli sobie w ramiona, a uścisk starca był jeszcze gorętszy i tkliwszy niż uścisk córki.
— Byłeś, ojcze, na tym statku?
— Tak, odparł smutno siadając na kanapie i patrząc na dzieci, które, skupione w koło, spoglądały nań z naiwnem zaciekawieniem. Byłbym zginął, gdyby...
— Gdyby nie mój mąż, przerwała, rozumiem.
— Ach, wykrzyknął generał, i czemuż trzeba, abym cię odnalazł w ten sposób, Heleno, ciebie którą tyle opłakiwałem! Będę więc jeszcze musiał biadać nad twym losem!
— Czemu, spytała z uśmiechem. Czy nie będziesz rad dowiedzieć się, że jestem kobietą najszczęśliwszą w świecie?
— Szczęśliwą? wykrzyknął zrywając się zdumiony.
— Tak, mój dobry ojcze, odparła chwytając jego ręce, całując je i przyciskając do bijącego serca, oraz podkreślając jeszcze te słowa wymową oczu błyszczących radością.
— Jakim cudem? spytał ciekaw życia córki i zapominając o wszystkiem wobec tej promiennej twarzy.
— Słuchaj, ojcze, mam za kochanka, za męża, za niewolnika, za pana, człowieka, którego dusza jest równie wielka jak to bezbrzeżne morze, równie żyzna w słodycz jak niebo; słowem, boga. Od siedmiu lat nigdy nie wymknęło mu się słowo, uczucie, gest, któreby mogło stanowić najlżejszy rozdźwięk z boską harmonją jego mowy, jego pieszczot, miłości. Ilekroć spojrzał na mnie, zawsze miał uśmiech na ustach, a promień radości w oczach. Tam na górze jego grzmiący głos góruje często nad rykiem burzy i zgiełkiem bitwy, ale tu jest słodki i melodyjny jak muzyka Rossiniego, którego dzieła otrzymuję tutaj. Wszystko, co może wymyślić kaprys kobiety, mam od niego. Czasem nawet przewyższa moje życzenia. Słowem, panuję na morzu i mam posłuch jak istna królowa. Och, szczęśliwa, dodała po pauzie, szczęśliwa, to słowo nie może wyrazić mego szczęścia. Posiadłam to, o czem marzą wszystkie kobiety! Czuć miłość, czuć poświęcenie, oddanie bez miary tego którego się kocha, spotkać w jego sercu nieskończone uczucie, w którem dusza kobiety gubi się na zawsze, powiedz, ojcze, czy to tylko szczęście? Wchłonęłam już tysiąc istnień. Tu jestem sama, tu rozkazuję. Nigdy inna kobieta nie stąpiła nogą na ten szlachetny okręt, gdzie Wiktor jest zawsze o kilka kroków odemnie. Nie może odejść dalej niż na długość, pokładu, dodała filuternie. Siedem lat! miłość, która oparła się siedem lat nieustannemu szczęściu, każdogodzinnej próbie, czy to miłość? Nie, och, nie! to więcej niż wszystko co znam w życiu... mowa ludzka nie ma wyrazu na określenie niebiańskiego szczęścia.
Strumień łez trysnął z rozpłomienionych oczu. Dzieci wydały żałosny krzyk i zbiegły się jak kurczęta do matki; najstarszy chłopiec uderzył generała, spoglądając nań groźnie.
— Ablu, dziecko moje, ja płaczę z radości.
Wzięła go na kolana, dziecko pieściło ją poufale obejmując rączkami wspaniałą szyję Heleny, niby młody lewek bawiący się z matką.
— I nie nudzisz się? wykrzyknął generał oszołomiony egzaltacją córki.
— Owszem, rzekła; na lądzie, kiedy się tam znajdziemy; ale i tam nigdy nie rozstaję się z mężem.
— Ale ty lubiłaś zabawy, bale, muzykę?
— Muzyka, to jego głos; zabawy, to stroje które obmyślam dla niego. Kiedy jakaś suknia mu się podoba, czyż to nie jest tak, jakby cały świat mnie podziwiał? Dlatego jedynie nie rzucam w morze tych djamentów, tych naszyjników i djademów, tych bogactw, kwiatów, arcydzieł sztuki któremi mnie obsypuje. „Heleno, mówi, skoro nie możesz bywać w świecie, chcę aby świat przyszedł do ciebie“.
— Ależ na tym statku są mężczyźni, ludzie zuchwali, groźni, których namiętności...
— Rozumiem cię, ojcze, rzekła z uśmiechem. Uspokój się. Nigdy cesarzowa nie była otoczona większą czcią. Ci ludzie są zabobonni, wierzą że ja jestem opiekuńczym duchem statku, wypraw, powodzenia. Ależ on jest ich bogiem! Jednego dnia, jeden raz, majtek pewien uchybił mi... w słowach, dodała śmiejąc się. Nim Wiktor zdążył się o tem dowiedzieć, załoga sama rzuciła go w morze, mimo mego przebaczenia. Kochają mnie jak swego dobrego anioła, pielęgnuję ich w razie choroby, miałam szczęście ocalić kilku od śmierci, czuwając nad nimi z oddaniem kobiety. Ci biedni ludzie to wraz olbrzymy i dzieci.
— A kiedy przychodzi do bitwy?
— Przywykłam, odparła. Drżałam jedynie pierwszy raz... Teraz dusza moja nawykła do tych niebezpieczeństw... a nawet... Jestem twoją córką, kocham je.
— A gdyby on zginął?
— I jabym zginęła.
— A twoje dzieci?
— Są dziećmi oceanu i burz, dzielą życie rodziców. Nasza dola jest jedna i nie da się rozdzielić. Żyjemy wszyscy jednem życiem, zapisani na jednej karcie, żeglujący na jednej łodzi, wiemy o tem.
— Zatem kochasz go tak, że przekładasz go nad wszystko.
— Nad wszystko. Ale nie zgłębiajmy tej tajemnicy. Patrz, ojcze, to drogie dziecko, to jeszcze on!
Poczem, tuląc Abla z całych sił, okrywała drapieżnemi pocałunkami jego lica, włosy...
— Ale, wykrzyknął generał, niepodobna mi zapomnieć, ze on wrzucił przed chwilą w morze dziewięć osób.
— Tak było trzeba zapewne, odparła, bo on jest ludzki i szlachetny. Stara się wylać jaknajmniej krwi dla bezpieczeństwa i interesów małego światka który ma w swojej pieczy i dla dobra świętej sprawy której broni. Pomów z nim o tem co ci się wydaje złe, a zobaczysz że cię przekona.
— A jego zbrodnia? rzekł generał jakby sam do siebie.
— A gdyby ta zbrodnia była właśnie cnotą? odparła ze spokojną godnością.
— Gdyby ziemska sprawiedliwość nie była zdolna go pomścić?
— Mścić się samemu? A czemże jest piekło, spytała, jeśli nie wieczną pomstą za grzechy jednego dnia?
— Och, tyś zgubiona. On cię urzekł, zatruł cię. Mówisz od rzeczy.
— Zostań tu przez dzień, ojcze, a jeśli zechcesz go słuchać, patrzeć nań, pokochasz go.
— Heleno, rzekł poważnie generał, jesteśmy o kilka mil od Francji...
Zadrżała, spojrzała przez okno, ukazała morze toczące swe olbrzymie zielone obszary.
— Oto mój kraj, odparła trącając nogą dywan.
— I nie przybędziesz odwiedzie matki, siostry, braci.
— Och, tak, rzekła ze łzami w głosie, jeśli on zechce i jeśli będzie mógł przybyć ze mną.
— Więc nie masz już nic, Heleno, odparł surowo generał, ani kraju, ani rodziny?...
— Jestem jego żoną, odparła z dumą, z akcentem niezrównanej szlachetności. Oto, od siedmiu lat, pierwsze szczęście nie płynące od niego, i oto pierwszy wyrzut jaki usłyszałam.
— A twoje sumienie?
— Moje sumienie! Ależ to on.
To mówiąc, zadrżała gwałtownie.
— Idzie! rzekła. Nawet wśród walki poznaję jego krok między wszystkiemi innemi na pomoście.
Naraz rumieniec zabarwił jej policzki, rozjaśnił jej rysy, rozpłomienił oczy, twarz stała się matowo biała... Szczęście i miłość widne były w jej muskułach, w błękitnych żyłkach, w mimowolnem drżeniu całej istoty. Ten dreszcz uczucia wzruszył generała. Jakoż niebawem wszedł korsarz, usiadł na fotelu, wziął na kolana najstarszego syna i zaczął się z nim bawić. Zapanowało milczenie. Generał, pogrążony w półsennej zadumie, patrzał na tę wykwintną kajutę, podobną do gniazda zimorodka, w którem ta rodzina żeglowała po oceanie od siedmiu lat, między niebem a falą, na wiarę jednego człowieka, prowadzona przezeń w niebezpieczeństwach wojny i burz, jak w życiu prowadzi rodzinę ojciec wśród niedoli świata... Spoglądał z podziwem na córkę, na ten fantastyczny obraz boginki morskiej, jaśniejącej urodą, na córkę bogatą w szczęście, gaszącą wszystkie otaczające ją skarby skarbami swej duszy, błyskawicami swych oczu, oraz nieopisaną poezją bijącą od jej postaci. Było w tem coś, co go zdumiewało; cud uczucia i logiki miażdżący utarte pojęcia. Zimne i ciasne kombinacje towarzyskie rozpadały się wobec tego obrazu. Stary żołnierz odczuł to wszystko; zrozumiał również, że nigdy córka nie opuściłaby życia tak bujnego, tak bogatego w kontrasty i wypełnionego tak szczerą miłością. Przytem, raz zakosztowawszy niebezpieczeństw i nie uląkłszy się ich, nie mogła wrócić do drobiazgów świata.
— Przeszkadzam? spytał korsarz przerywając milczenie i patrząc na żonę.
— Nie, odparł generał. Helena powiedziała mi wszystko. Widzę, że jest stracona dla nas...
— Nie, odparł żywo korsarz. Jeszcze kilka lat, a przedawnienie pozwoli mi wrócić do Francji. Kiedy sumienie jest czyste i kiedy, depcąc wasze prawa, człowiek był posłuszny...
Zamilkł, nie racząc się usprawiedliwiać.
— I nie czuje pan, przerwał generał, wyrzutów z powodu nowych morderstw, których dokonano w moich oczach?
— Nie mamy żywności, odparł spokojnie korsarz.
— Ależ, wysadzając tych ludzi na ląd...
— Postaraliby się o to, aby nam jakiś okręt przeciął drogę, i nie dostalibyśmy się do Chili.
— Zanimby, przerwał generał, z Francji mieli czas uprzedzić admiralicję hiszpańską...
— Ale Francja mogłaby mieć za złe, że człowiek, który podpada jeszcze pod jej sądy, zagarnął bryk wynajęty przez kupców z Bordeaux. Zresztą, czy panu nie zdarzyło się kiedy na polu bitwy dać o kilka strzałów armatnich za wiele?
Onieśmielony spojrzeniem korsarza, generał zamilkł, a córka spoglądała nań wzrokiem, który wyrażał tyleż tryumfu co melancholji...
— Generale, orzekł korsarz poważnie, postawiłem sobie zasadę, aby nic nie wyłączać z łupu. Ale pewne jest, że moja część będzie większa niż pański majątek. Niech mi pan pozwoli zwrócić go sobie w innej monecie...
Wyjął z szuflady w fortepianie plik banknotów, i nie licząc paczek podał generałowi miljon.
— Rozumie pan, że nie mogę się zabawiać oglądaniem pasażerów na gościńcu francuskim... Otóż, o ile cię nie skusiły niebezpieczeństwa naszego cygańskiego życia, cudy południowej Ameryki, podzwrotnikowe noce, nasze bitwy i rozkosz walczenia za sztandar młodego narodu lub za imię Szymona Boliwara, trzeba nam się rozstać... Szalupa i oddani ludzie czekają na ciebie. Ufajmy, że trzecie nasze spotkanie będzie już zupełnie szczęśliwe...
— Wiktorze, ja chciałabym widzieć ojca jeszcze chwilę, rzekła Helena z nadąsaną minką.
— Dziesięć minut zwłoki może nam ściągnąć na kark jaką fregatę. Niech i tak będzie, zabawimy się trochę. Moi ludzie się nudzą.
— Och! jedź, ojcze, krzyknęła żona marynarza. I zanieś siostrom, braciom... matce, dodała, te dowody mojej pamięci.
Wzięła garść drogich kamieni, naszyjników, pereł, zawinęła je w kaszmirowy szal i podała nieśmiało ojcu.
— I co im powiem od ciebie? spytał uderzony wahaniem, z jakiem Helena wymówiła imię matki.
— Och! czy możesz wątpić o mem sercu! codzień modlę się za ich szczęście.
— Heleno, odparł starzec patrząc na nią bystro, czy już nigdy cię nie ujrzę? Nigdy nie dowiem się powodów twojej ucieczki?
— Ta tajemnica nie należy do mnie, odparła poważnie. Gdybym nawet miała prawo, może nie wyznałabym ci jej dziś jeszcze. Cierpiałam dziesięć lat niewysłowione męki...
Urwała i podała generałowi podarki dla rodziny. Generał, nawykły z czasu wojny do dość szerokich pojęć o zdobyczy, przyjął podarki, zadowalając się myślą, że, pod natchnieniem duszy tak czystej i podniosłej jak dusza Heleny, kapitan paryski pozostał uczciwym człowiekiem, prowadząc wojnę z Hiszpanami. Zwyciężyła w nim sympatja dla junaków. Pomyślawszy, że byłoby śmieszne okazywać zbytnie skrupuły, uścisnął krzepko rękę korsarza, ucałował Helenę, swą jedyną córkę, z żołnierską serdecznością, i uronił łzę na tę dumną i dzielną twarz, która uśmiechała się do niego. Wzruszony marynarz podał mu dzieci, z prośbą by je pobłogosławił. W końcu pożegnali się wszyscy raz ostatni długiem i serdecznem spojrzeniem.
— Bądźcie szczęśliwi! rzekł generał śpiesząc na pokład.
Na morzu czekał go osobliwy widok. Święty Ferdynand, wydamy ma pastwę ognia, płonął jak olbrzymi stóg siana. Marynarze, którym poruczono zatopienie bryku, stwierdzili, że na statku znajduje się wielka ilość rumu, którego to napoju Otello miał poddostatkiem; zrobili sobie tedy zabawkę, aby zapalić tę ogromną wazkę ponczu na pełnem morzu. Można było wybaczyć tę rozrywkę ludziom którzy w momotonji morskiego życia chwytali każdą sposobność urozmaicenia swej doli. Wsiadając z bryku do szalupy, na której znajdowało się sześciu dzielnych marynarzy, generał mimowoli dzielił swą uwagę między pożar statku a córkę, wspartą na korsarzu i stojącą z nim opodal steru. W obliczu tylu wspomnień, na widok białej sukni Heleny, bujającej na wietrze jak żagiel, widząc na oceanie tę wyniosłą postać, dość imponującą aby panować mad wszystkiem, nawet nad morzem, generał zapomniał z żołnierską beztroską, że płynie po grobie dzielnego Gomeza. Słup dymu unosił się jak ciemna chmura, a promienie słońca, przebijając ją miejscami, rzucały na nią swoje blaski. Było to drugie niebo, ciemna kopuła pod którą błyszczały jakby świeczki, a nad którą rozpościerał się niezmącony lazur firmamentu, tysiąc razy piękniejszy dzięki temu kontrastowi. Dziwne barwy tego dymu, naprzemian żółte, płowe, czerwone, czarne, pokrywały statek, który trzeszczał, pryskał i syczał. Płomień świstał kąsając liny i biegł po statku jak zbuntowany lud po ulicach miasta. Rum palił się błękitnym ogniem, który drgał, jakby duch morza podsycał ten szalony napój, tak samo jak ręka studenta podsyca radosny płomień ponczu w czasie hulanki. Ale słońce, zazdrosne snąć o ten zuchwały blask, ćmiło go potęgą swych promieni. Ten pożar był niby siatka, niby szarfa, igrająca wśród potoków słonecznej powodzi.
Otello schwycił do ucieczki odrobinę wiatru, która mogła mu być po myśli, i pochylał się to w jedną to w drugą stronę, niby latawiec kołyszący się w powietrzu. Piękny bryk posuwał się ku południowi: to znikał oczom generała kryjąc się za kolumną, której cień kładł się fantastycznie na wodzie, to pokazywał się podnosząc się z wdziękiem i umykając w dal. Ilekroć Helena mogła dojrzeć ojca, machała chustką aby go jeszcze pozdrowić.
Niebawem, Święty Ferdynand zatonął, tworząc wir, nad którym rychło zamknął się ocean. Z całej sceny została jedynie chmura kołysana wiatrem. Otello był daleko, szalupa zbliżała się do lądu, chmura stanęła między tą wątłą łodzią a brykiem. Generał ujrzał ostatni raz córkę przez szczelinę w bujającym dymie. Proroczy obraz! Jedynie biała chustka i suknia odcinały się na ciemnem tle. Między zieloną wodą a niebieskiem niebem nie było widać nawet statku. Helena była już tylko niedostrzegalnym punktem, delikatną i wdzięczną linją, aniołem w niebie, myślą, wspomnieniem.

Odbudowawszy swą fortunę, margrabia umarł wyczerpany trudami. W kilka miesięcy po jego śmierci, w r. 1833, margrabinie wypadło zawieść Moinę do wód w Pirenejach. Rozkapryszona dziewczyna chciała zwiedzić te góry. Wróciła do wód, a za jej powrotem rozegrała się następująca okropna scena.
— Mój Boże, mówiła Moina, źleśmy zrobiły, mamo, żeśmy nie zostały kilka dni w górach! Było tam o wiele lepiej niż tutaj. Czy słyszałaś te ustawne jęki przeklętego dzieciaka i bredzenie nieszczęśliwej kobiety, która pewnie mówi jakąś gwarą, bo nie zrozumiałam ani słowa? Co za sąsiedztwo! To najokropniejsza noc jaką przeżyłam.
— Ja nic nie słyszałam, odparła margrabina, ale pójdę, drogie dziecko, do gospodyni i najmę sąsiedni pokój. W ten sposób będziemy same i nikt nam nie będzie hałasował. Jak się czujesz dziś rano? Czyś zmęczona?
To mówiąc, margrabina wstała i podeszła do łóżka Moiny.
— Jakże ci, rzekła chcąc ująć rękę córki.
— Och, zostaw mnie, mamo, odparła Moina, masz zimne ręce.
Młoda dziewczyna wtuliła głowę w poduszki z dąsem, ale tak pełnym wdzięku, że niepodobna było matce się obrazić. W tej chwili, cicha i przeciągła skarga, której akcent musiał rozedrzeć serce kobiety, rozległa się w przyległym pokoju.
— Ależ, jeśli słyszałaś te jęki całą noc, czemu mnie nie obudziłaś? Byłybyśmy...
Głośniejszy jęk przerwał margrabinie, która wykrzyknęła:
— Ależ tam ktoś umiera!
I wybiegła żywo.
— Przyślij mi Paulinę! krzyknęła Moina, chcę się ubierać.
Margrabina zeszła szybko i znalazła gospodynię na dziedzińcu, z kilkoma osobami, które słuchały jej pilnie.
— Pani gospodyni, umieściła pani koło nas osobę, która widocznie jest bardzo cierpiąca...
— Och, niech mi pani nie mówi o niej, wykrzyknęła gospodyni; właśnie posłałam po mera. Niech sobie pani wyobrazi, ta nieszczęśliwa przyszła tu wieczorem pieszo z Hiszpanji; jest bez paszportu i bez grosza. Niosła na grzbiecie umierające dziecko. Nie mogłam jej odmówić przyjęcia. Dziś rano sama poszłam zajrzeć do niej, bo wczoraj, kiedy tu przybyła, strasznie mi jej było żal. Biedna kobiecina! leżała obok dziecka i oboje walczyli ze śmiercią. „Pani, rzekła do mnie ściągając pierścionek z palca, mam już tylko to, weź to pani jako zapłatę; to wystarczy, nie będę tu długo bawić. Biedne maleństwo, umrzemy razem“, rzekła spoglądając na dziecko. Wzięłam pierścionek i spytałam kto ona jest, ale za nic nie chciała mi powiedzieć nazwiska... Posłałam właśnie po lekarza i po pana mera.
— Niechże pani, wykrzyknęła margrabina, da jej wszystko, czego jej potrzeba. Mój Boże, może jeszcze da się ją uratować! Zapłacę wszystko.
— Ba, paniusiu, ona ma minę strasznie dumną, nie wiem czy zechce...
— Pójdę do niej.
I margrabina udała się do nieznajomej, nie myśląc o wrażeniu, jakie może na umierającej sprawić jej widok, bo jeszcze była w żałobie. Na widok konającej, margrabina zbladła. Mimo straszliwych cierpień, które zmieniły twarz Heleny, poznała najstarszą córkę. Na widok kobiety czarno odzianej, Helena siadła na łóżku, wydała krzyk grozy i opadła zwolna na łóżko poznając siwą matkę.
— Moja córka! rzekła pani d’Aiglemont. Czego ci trzeba? Paulino! Moino!
— Nie trzeba mi już nic, odparła Helena gasnącym głosem. Miałam nadzieję ujrzeć jeszcze ojca, ale twoja żałoba mówi mi...
Nie dokończyła; przycisnęła dziecko do piersi jakgdyby chcąc je ogrzać, ucałowała je w czoło i objęła matkę spojrzeniem, w którem czytało się jeszcze wyrzut, mimo że złagodzony przebaczeniem. Margrabina nie chciała widzieć tego wyrzutu: zapomniała, że Helena była dzieckiem poczętem niegdyś we łzach i w rozpaczy, dzieckiem obowiązku, dzieckiem które było przyczyną jej największych nieszczęść: zbliżyła się łagodnie do najstarszej córki, pamiętając tylko, że Helena pierwsza dała jej poznać rozkosze macierzyństwa. Oczy matki napełniły się łzami; ściskając córkę, wykrzyknęła:
— Heleno! dziecię moje...
Helena milczała. Właśnie przyjęła ostatnie tchnienie swego ostatniego dziecka.
W tej chwili weszła Moina, za nią pokojówka, gospodyni i doktór. Margrabina trzymała w rękach lodowatę rękę córki i patrzała na nią ze szczerą rozpaczą. Oszołomiona tem nieszczęściem, wdowa po marynarzu, która uratowała się z rozbicia ocaliwszy z całej swej pięknej rodziny tylko jedno dziecię, rzekła do matki okropnym głosem:
— Wszystko to jest twoje dzieło! Gdybyś była dla mnie tem, czem...
— Moino, wyjdź, wyjdźcie wszyscy! krzyknęła pani d’Aiglemont, głusząc słowa Heleny.
— Przez litość, córko, rzekła, nie wznawiajmy bolesnych sporów...
— Będę milczeć, odparła Helena z nadludzkim wysiłkiem. Jestem matką, wiem to, czego Moina nie powinna... Gdzie moje dziecko?
Weszła Moina, powodowana ciekawością.
— Siostro, rzekła rozpieszczona dziewczyna, doktór powiedział...
— Wszystko napróżno, odparła Helena. Ach czemuż nie umarłam mając szesnaście lat, wówczas gdy chciałam się zabić! Nie da się znaleźć szczęścia wbrew prawom. Moino... ty...
Umarła schylając głowę na główkę swego dziecka, które ścisnęła konwulsyjnie.
— Siostra chciała ci z pewnością powiedzieć, Moino, rzekła pani d’Aiglemont wróciwszy cała we łzach do swego pokoju, że młoda panna nie znajdzie nigdy szczęścia w życiu romansowem, sprzecznem z przyjętemi pojęciami, a zwłaszcza zdala od matki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoré de Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.