Król Henryk VI. Część II (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/Akt IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Król Henryk VI. Część II
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom II
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
AKT CZWARTY.
SCENA I.
Kent. Wybrzeże niedaleko Dover.
(Słychać strzały na morzu. Wchodzą ze statku: kapitan, sternik, jego pomocnik Walter Whitemore i inni; z nimi Suffolk i inni panowie jako jeńcy).

Kapitan.  Jasny, wrzaskliwy dzień i niespokojny
Już się do morskich zaczołgał przepaści,
A teraz wilki głośnem budzą wyciem
Smoki ciągnące rydwan nocy czarny,
Które leniwem, śpiącem biją skrzydłem
Umarłych groby, z paszczy ich wilgotnej
Zatrutą ciemność wieją na powietrze.
Wielki czas naszych wprowadzić już jeńców,
A gdy nasz okręt stoi na kotwicy,
Tu się o okup swój muszą ugodzić,
Lub swą krwią piasek nadbrzeżny zrumienić.
Tobie, sterniku, jeńca tego daję,
Pomocnikowi twojemu tamtego,
A ten, (wskazując na Suffolka)
Walterze Whitemore, jest dla ciebie.
1 Szlach.  Powiedz, sterniku, jaki mam dać okup?
Sternik.  Dasz tysiąc koron, lub położysz głowę.
Pomocnik.  Ty dasz to samo, albo koniec z tobą.
Kapitan.  Co? dwa tysiące koron jest za wiele,
A chcecie jednak za szlachtę uchodzić?
Więc gińcie; gardła łotrom poderżnijcie.
Czy życia naszych w tym boju poległych

Może tak drobna wynagrodzić summa?
1 Szlach.  Zostaw mi życie, dam ci, czego żądasz.
2 Szlach.  I ja natychmiast o mój okup piszę.
Whitem.  (do Suffolka). Przy nawy szturmie oko utraciłem,
A ty mi za nie twą zapłacisz głową,
Jak tamci, gdyby to w mej było mocy.
Kapitan.  Nie bądź tak żartki, przestań na okupie.
Suffolk.  Ja szlachcic, spojrzej na mego Jerzego;
Zapłacę okup, jaki sam oznaczysz.
Whitem.  I ja nim jestem; zwię się Walter Whitemore.
Czemu się wzdrygasz? czy się śmierci boisz?
Suffolk  Twoje mnie straszy imię; śmierć w niem słyszę.
Mądry astrolog mój skreślił horoskop,
Wróżył, że Walter moją będzie zgubą[1].
Nie bądź jednakże okrutny dlatego,
Bo imię twoje dobrze wymówione
Jest Gualtier.
Whitem.  Mniejsza, Gualtier czyli Walter.
Mój ród honoru każdą dotąd plamę
Ostrzem swojego zacierał pałasza;
Gdybym jak kramarz zemstą mą frymarczył,
Złam moją szablę, zamaż moje herby,
A mnie po całej ziemi ogłoś tchórzem (chwyta Suffolka).
Suffolk.  Stój, stój, Whitemorze! jeniec twój jest księciem,
Księciem Suffolku, Wilhelmem de la Pole.
Whitem.  Co? książę Suffolk w łachmany owity?
Suffolk.  Lecz te łachmany nie są księcia cząstką.
Jowisz czasami przebrany wędrował,
A jabym nie mógł?
Kapitan.  Ale Jowisz nigdy
Zabitym nie był, kiedy ty nim będziesz.
Suffolk.  Chłystku, krew króla twojego Henryka,
Czysta Lancastrów krew się nie wytoczy
Przez podobnego tobie masztelarza.

Albożeś mego nie trzymał strzemienia,
Nie galopował pieszo przy mym koniu,
Uszczęśliwiony głowy mojej ruchem?
Ileż mi razy puhar napełniałeś?
Jadłeś me resztki, na kolanach służył,
Gdym z Małgorzatą królową ucztował?
Niech cię wspomnienie tego upokorzy,
Niech twoją dumę niewczesną przydusi.
Czy zapomniałeś, jak w mym przedpokoju
Na wyjście moje czekałeś cierpliwie?
Ręka, co nieraz w twej pisała sprawie,
I dziś twój język śmiały zaczaruje.
Whitem.  (do kapitana). Czy każesz zakłuć tego opętańca?
Kapitan.  Niech moje słowa wprzódy go zakłują.
Suffolk.  Tępe twe słowa jak ty sam, nędzniku.
Kapitan.  Wiedź go na okręt a tam na pokładzie
Utnij mu głowę.
Suffolk.  Nie będziesz śmiał tego.
Kapitan.  Zobaczysz, Polu.
Suffolk.  Polu?
Kapitan.  Tak jest, Polu,
Sir Polu[2], lordzie, kale i rynsztoku
Mącący błotem swojem srebrne źródło,
Z którego Anglia gasi swe pragnienie.
Zamknę ci teraz twą rozwartą paszczę,
Która połknęła skarby naszej ziemi;
Te usta, które niegdyś całowały
Królowę Anglii, lizać będą ziemię.
Śmiałeś się, słysząc o śmierci Humphreya,
W daremnej teraz zgrzytać będziesz złości
Na wiatr nieczuły, który ci z pogardą
Świstem na twoje odpowie, zgrzytania.
Idź czarownice piekielne poślubić
Za to, że śmiałeś potężnemu panu
Wyswatać córkę niegodnego króla,

Bez skarbów, berła, ziemi i poddanych.
Dyabelską sztuką do wielkości wzrósłeś,
Twej własnej matki zakrwawione serce
Chciwie pożarłeś, jak ambitny Sylla.
Sprzedałeś Francy i księstwa Maine i Anjou,
Za twą przyczyną fałszywy Normandczyk
Podniósł bunt, nasze zwierzchnictwo odrzucił,
Wymordowała Pikardya swych rządców,
Rannych żołnierzy wygnała w łachmanach.
Książęcy Warwick i wszyscy Nevile,
Których miecz nigdy na próżno nie błyszczał,
Przez wstręt ku tobie zbrojno się podnieśli,
A dom Yorków, odarty z korony
Przez niewinnego króla śmierć okrutną,
I przywłaszczenie dumnego tyrana,
Zemstą goreje; już jego sztandary
Zwycięstwo wróżą słońcem na pół mglistem
Pod którem stoi; Invitis nubibus[3].
Cały lud Kentu do rokoszu stanął,
Gdy hańba, nędza na domiar wszystkiego
Do królewskiego wczołgały się zamku;
Wszystko przez ciebie. Precz z nim! niechaj ginie.
Suffolk.  Gdybym piorunem jak Bóg mógł wystrzelić
Na tych nikczemnych, podłych niewolników!
Nędzników lada pomyślność nadyma:
I on, że lichej dowódcą jest szkuty,
Przemawia do mnie groźniej niż Bargulus[4],
Potężny niegdyś korsarz Iliryjski.
Truteń miód kradnie, lecz orlej krwi nie ssie.
Nie, być nie może, abym tu miał zginąć
Z ręki nizkiego tak jak ty wasala.
Nie strach twe słowa lecz wściekłość mą budzą.
Do Francyi płynę z poselstwem królowej;
Rozkaz ci daję, byś mnie wolno puścił.
Kapitan.  Walterze —

Whitem.  Idźmy, gdzie śmierć na cię czeka.
Suffolk.  Pene gelidus timor occupat artus
Ciebie się boję.
Whitem.  Że słusznie się boisz,
Dam ci dowody, nim się rozstaniemy.
Zmięknąłeś teraz; czy się upokorzysz?
1 Szlach.  Błagaj go, panie; przemów doń uprzejmie.
Suffolk.  Język Suffolka twardy jest i dumny,
Nie do próśb przywykł ale do rozkazów.
Nie myślę prośbą pokorną zaszczycać
Podobnych jemu; niech głowę mą raczej
Na pień poniosę, nim ugnę kolano
Chyba przed Bogiem jednym i mym królem.
Niech wprzód ta głowa na palu zawiśnie,
Nim ją odkryję przed mym masztelarzem.
Prawdziwy szlachcic śmierci się nie boi:
Więcej ja mogę znieść, niż ty wykonać.
Kapitan.  Weź go co prędzej i zamknij mu gębę.
Suffolk.  Pokażcie całe wasze okrucieństwo,
By śmierć ma była na wieki pamiętną.
Wielki mąż nieraz z ręki ciury zginął:
Rzymski bandyta i junak nikczemny
Zamordowali słodkiego Tuliusza;
Bękarcia ręka Brutusa przebiła
Cezara serce; od dzikich wyspiarzy
Zginął Pompejusz Wielki; niechże teraz
I książę Suffolk z rąk korsarzy ginie.

(Wychodzą: Suffolk, Whitemore i inni).

Kapitan.  Wolą jest naszą, by puścić jednego
Z tych panów, których przyjęliśmy okup.
Więc spiesz się; inni zostaną tu z nami.

(Wychodzą wszyscy prócz pierwszego szlachcica).
(Wchodzi Whitemore z ciałem Suffolka).

Whitem.  Niech głowa jego i kadłub tu leżą,
Aż je kochanka królowa pogrzebie (wychodzi).
1 Szlach.  O, jak okrutne, krwawe widowisko!
Ja ciało jego poniosę do króla;

On go, lub jego pomszczą przyjaciele,
Albo królowa, której tak był drogim (wychodzi z ciałem).

SCENA II.
Blackheath.
(Wchodzą: Jerzy Bevis i Jan Holland).

Jerzy.  Śpiesz się! Uzbrój się w cokolwiek, choćby w kawałek żerdzi; już dwa dni, jak powstali.
Jan.  To tem bardziej snu dziś potrzebują.
Jerzy.  Powiadam ci, że Jack Cade, sukiennik, postanowił ustroić królestwo, przenicować je, i nową dać mu barwę.
Jan.  I dobrze zrobi, bo bardzo już przechodzone. Moje to zdanie, że radość uciekła z Anglii od czasu, jak szlachta wzięła górę.
Jerzy.  O, czasy opłakane! Nikt nie zważa na cnotę w rzemieślniku.
Jan.  Panom zdaje się hańbą chodzić w skórzanych fartuchach.
Jerzy.  A ja ci powiem więcej: niema w królewskiej Radzie jednego dobrego rzemieślnika.
Jan.  To prawda. Powiedziano jednak: Pracuj w twojem powołaniu, co się znaczy: niech rajcy będą robotnikami, a stąd wypada, że my rzemieślnicy powinniśmy zostać rajcami.
Jerzy.  Trafiłeś w sedno; bo niema lepszego znaku dobrej głowy, jak twarda ręka.
Jan.  Widzę ich! widzę ich! Patrz, to syn Besta garbarza z Wingham.
Jerzy.  Damy mu skóry naszych nieprzyjaciół, żeby je na psie skóry wygarbował.
Jan.  I Dick, rzeźnik.
Jerzy.  To grzech będzie jak wół zabity, a niesprawiedliwość zarżnięta jak cielę.
Jan.  I Smith, tkacz.
Jerzy.  Ergo, nić ich żywota wysnuta.
Jan.  Żwawo, żwawo! przyłączmy się do kupy.

(Przy odgłosie bębna wchodzą: Cade, Dick rzeźnik, Smith tkacz, i inni w wielkiej liczbie).

Cade.  My, Jan Cade, tak nazwani po naszym domniemanym ojcu —
Dick  (na stronie). A raczej po ukradzionej kadzi śledzi.
Cade.  Zważywszy, że nasi nieprzyjaciele powalą się przed nami, powołani natchnieniem bożem do wytępienia królów i książąt — nakazujemy milczenie.
Dick.  Milczenie!
Cade.  Moim ojcem był Mortimer.
Dick  (na stronie). Był to uczciwy człowiek i doskonały strycharz.
Cade.  Moja matka Plantagenet.
Dick  (na stronie). Znałem ją dobrze, była akuszerką.
Cade.  Żona moja wiodła ród z domu Lacies.
Dick  (na stronie). To prawda, bo była córką siciarza i sprzedawała lasy.
Smith  (na stronie). Ale od pewnego czasu nie zdolna wędrować, siedzi w domu i ługuje.
Cade.  Tak więc z uczciwego wychodzę domu.
Dick  (na stronie). Zgoda. Pole, rzecz to uczciwa, a tam się urodził pod płotem, bo ojciec nigdy nie miał innego domu jak ciupę.
Cade.  Jestem waleczny.
Smith  (na stronie). Ktoby wątpił; głodny kija się nie boi.
Cade.  Mogę wytrzymać wiele.
Dick  (na stronie). Byłem tego świadkiem; widziałem, jak go przez trzy dni targowe chłostano.
Cade.  Nie boję się ani żelaza ani ognia.
Smith  (na stronie). Czemużby miał bać się żelaza, gdy ma dobrze wygarbowaną skórę.
Dick  (na stronie). Powinienby jednak bać się ognia, boć mu ogniem piętnowano rękę za skradzione barany.
Cade.  Bądźcie przeto waleczni, bo waleczny wódz wasz, a ślubuje wam reformę. Odtąd dostaniesz w Anglii za grosz siedm półgroszowych kukiełek; kwartowa miara będzie mierzyła garniec, a wedle praw moich, gardłem odpowie, kto się odważy pić półpiwek. Całe królestwo będzie wspólną wszystkich własnością, a na Cheapside będzie się pasł mój rumak. Skoro zostanę królem — a królem zostanę —
Wszyscy.  Boże, zachowaj nam króla!
Cade.  Dziękuję wam, dobrzy ludzie — w mojem królestwie nie będzie pieniędzy; wszyscy będą jedli i pili na mój rachunek; wszystkich ustroję w jedną barwę, aby wszyscy żyli zgodnie jak bracia, a czcili mnie, swojego pana.
Dick.  Na początek zabijmy wszystkich prawników.
Cade.  To moją myślą. Czy to rzecz nie opłakana, że ze skóry niewinnego jagnięcia fabrykują pergamin? że ten pergamin zabazgrany może zrujnować człowieka? Powiadają ludzie, że pszczoła kłuje, ale ja powiadam, że to wosk pszczoły, bo tylko raz jeden przyłożyłem pieczęć, a nigdy już odtąd sam do siebie nie należałem. (Wchodzi kilku, prowadząc pisarza z Chatham). A co tam nowego?
Smith.  To pisarz z Chatham, który umie czytać, pisać i rachować.
Cade.  O, zgrozo!
Smith.  Zeszliśmy go, jak pisał wzory dla dzieci.
Cade.  A to mi łajdak.
Smith.  Miał w kieszeni książkę z czerwonemi literami.
Cade.  To niezawodnie czarownik.
Dick.  Umie prócz tego układać kontrakty i kopiować wyroki.
Cade.  Bardzo mnie to smuci. Człowiek ten dobrą ma minę, na uczciwość, i bylem nie znalazł go winnym, nie zginie. Zbliż się tu, mopanku, niech cię wyegzaminuję. Jak się nazywasz?
Pisarz.  Emmanuel.
Dick.  Zwykle piszą to ludzie na nagłówkach listów. Krucho z tobą.
Cade.  Nie przerywaj. Czy masz zwyczaj sam pisać swoje nazwisko, czy też masz znak sobie właściwy jak prosty a uczciwy człowiek?
Pisarz.  Byłem, panie, dzięki Bogu, dość dobrze wychowany, abym mógł sam moje nazwisko podpisać.
Wszyscy.  Sam wyznał; precz z nim! To hultaj i zdrajca.
Cade.  Precz z nim! i ja tak mówię. Powieście go z piórem i kałamarzem u szyi.

(Wyprowadzają pisarza. — Wchodzi Michał).

Michał.  Gdzie nasz wódz?
Cade.  Jestem. Co za nowiny mi przynosisz, mój zuchu?
Michał.  Uciekaj! uciekaj! uciekaj! Sir Humphrey Stafford i brat jego o kilka stąd kroków z królewskiem wojskiem.
Cade.  Stój, łotrze, stój! albo cię zakolę. Spotka się on tu z mężem jak on dobrym. Wszak on tylko jest rycerzem, czy nie prawda?
Michał.  Prawda.
Cade.  Aby mu zostać równym, będę się natychmiast sam na rycerza pasował. Wstań, sir John Mortimer! A teraz, hejże na niego!

(Wchodzą: sir Humphrey Stafford i brat jego Wilhelm przy odgłosie bębnów na czele wojska).

H. Staff.  Złóż broń, motłochu, buntownicza zgrajo,
Na szubienicę tłuszczo piętnowana;
Wracaj do domu, opuść tego łotra,
A król się jeszcze zlituje nad tobą.
W. Staff.  Ale w upornych krwi kąpać się będzie.
Więc się poddajcie, lub zginiecie marnie.
Cade.  O tych bławatnych nie troszczę się panków,
Do ciebie, zacny przemawiam narodzie,
Nad którym będę niebawem królował,
Bo jestem prawym korony dziedzicem.
W. Staff.  Nędzniku, ojciec twój był wapiennikiem,
A ty, czyś nie był prostym postrzygaczem?
Cade.  Jak ogrodnikiem Adam.
W. Staff.  A co potem?
Cade.  Słuchaj: Mortimer Edmund, hrabia Marchii,
Księcia Klarencyi córkę wziął za żonę,
Czy prawda?
W. Staff.  Prawda.
Cade.  Miał z niej dwóch bliźniaków.
W. Staff.  Wierutne kłamstwo.
Cade.  To właśnie pytanie;

Ty mówisz: kłamstwo, a ja mówię: prawda.
Starszy z tych synów, na mamki oddany,
Był ukradziony przez starą żebraczkę,
A nieświadomy swego pochodzenia
Został strycharzem, gdy wyrósł na męża:
Ja synem jego; zaprzecz, jeśli możesz.
Dick.  To święta prawda, i królem też będzie.

Smith.  Wybudował, panie, komin w chałupie mojego ojca, a cegły do dziś dnia żyją i mogą poświadczyć; nie przecz więc daremnie.
W. Staff.  I wy wierzycie temu nicponiowi,
Który sam nie wie, co wam rozpowiada?
Wszyscy.  Wierzymy wszyscy; idźże sobie z Bogiem.
W. Staff.  Jacku Cade, książe York tego cię nauczył.
Cade  (na stronie). Kłamie, bo sam to wszystko wymyśliłem. (Głośno). Wracaj więc, mopanku, a powiedz ode mnie królowi, że przez pamięć na jego ojca Henryka Piątego, za którego czasów chłopięta grywały w dołki francuskiemi koronami, pozwolę mu panować, ale będę jego protektorem.
Dick.  A prócz tego domagamy się głowy lorda Say za to, że sprzedał księstwo Maine.
Cade.  I macie racyę, bo to jest powodem, że Anglia ochromiała i musiałaby chodzić o kulach, gdyby jej nie podpierała moja potęga. Bracia królowie, powiadam wam, że lord Say wytrzebił rzeczpospolitą i zrobił z niej rzezańca. Ale co jeszcze ważniejsza, lord Say mówi po francusku, a więc jest zdrajcą.
H. Staff.  Co za gruba, co za opłakana ciemnota!
Cade.  Więc mi odpowiedz, jeśli możesz: Francuzi są naszymi nieprzyjaciółmi, pytam się przeto, czy ten, co mówi językiem naszych nieprzyjaciół, może być dobrym rajcą? Może, czy nie może?
Wszyscy.  Nie może! nie może! Musimy też mieć jego głowę.
W. Staff.  Gdy dobre słowa nic nie mogą wskórać,
Z królewskiem wojskiem czas na nich uderzyć.
H. Staff.  A ty, heroldzie, idź po wszystkich miastach

Stronników Cade’a ogłosić zdrajcami.

Choć który umknie przed końcem rozprawy,
W oczach swej żony, swoich własnych dzieci,
Na szubienicę pójdzie dla przykładu.
A teraz, za mną, kto króla przyjaciel!

(Wychodzą dwaj Staffordowie i wojsko).

Cade.  A za mną, każdy narodu przyjaciel!
Pokażcie męstwo, tu o wolność sprawa.
Nie zostawimy jednego szlachcica;
Nie szczędźcie, tylko tych, co noszą łapcie,
Bo to uczciwy lud i gospodarny,
I przez strach tylko z nami się nie łączy.

Dick.  Już wszyscy stanęli do porządku i posuwają się ku nam.
Cade.  My wtedy tylko w najlepszym porządku, gdyśmy w największym nieporządku. Więc dalej! naprzód!

(Wychodzą).
SCENA III.
Inna część Blackheath.
(Alarm. Wchodzą dwie armie walczące. Oba Staffordowie giną).

Cade.  Gdzie Dick, rzeźnik z Ashford?
Dick.  Jestem, panie.
Cade.  Padali przed tobą jak barany albo woły, a ty sprawiłeś się, jakbyś we własnym był szlachtuzie, za to więc tak cię wynagrodzę: Post będzie dwa razy dłuższy niż teraz, a ty będziesz miał wyłączny przywilej rzezania bydła na lat sto mniej jeden.
Dick.  Nie żądam więcej.
Cade.  A prawdę mówiąc nie zasłużyłeś na mniej. To będę nosił na pamiątkę mojego zwycięstwa (przywdziewa zbroję Stafforda). Trupy zaś te powlokę za moim koniem aż do Londynu, gdzie każemy nieść przed sobą miecz lorda mera.
Dick.  Jeżeli chcemy, aby się dobrze działo, zróbmy sami dobry uczynek, otwórzmy więzienia i puśćmy na wolność uwięzionych.

Cade.  Nie troszcz się o to; rachuj na mnie. A teraz dalej ku Londynowi. (Wychodzą).
SCENA IV.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: król Henryk, czytając suplikę, z nim książe Buckingham i lord Say, a w odległości królowa Małgorzata, płacząc na widok głowy Suffolka).

Małgorz.  Słyszałam nieraz, że zbytek boleści
Łagodzi duszę i hart jej odbiera;
Myśl więc o zemście, a skończ próżne żale.
Lecz patrząc na to, kto płakaćby przestał?
Głowa ta może na mem spocząć łonie,
Lecz gdzie jest ciało, bym je uścisnęła?

Bucking.  Jaka jest odpowiedź waszej królewskiej mości na suplikę buntowników?

Król Henr.  Wyprawię do nich świętego biskupa,
By ich miarkował, bo uchowaj Boże,
By miecz prostaczków tylu miał wytępić!
Sam raczej wolę z Jackiem Cade traktować,
Niż ich zagładę widzieć w krwawym boju.
Ale raz jeszcze odczytam suplikę.
Małgorz.  Ha, krwawi zbójcy! to piękne oblicze
Mogło mną rządzić jak błędna planeta,
A nie zbudziło litości w nędznikach
I spojrzeć na nie raz jeden niegodnych!
Król Henr.  Cade się twej głowy, lordzie Say, domaga.
Lord Say.  Myślę, że wprzódy swoją ci da, panie.
Król Henr.  Jakto, królowo? Ciągłe narzekania,
Ciągła żałoba po śmierci Suffolka?
Lękam się, droga, by po moim zgonie
Nie tak głęboką twoja była żałość.
Małgorz.  Bo nie łzy moje, lecz krewbym wylała.

(Wchodzi posłaniec).

Król Henr.  Co mi przynosisz? co pośpiech ten znaczy?
Posłaniec.  Uciekaj, królu! Cade już w Southwark stanął
I Mortimerem lordem się ogłasza,
Prawym książęcia Klarencyi dziedzicem;

Przywłaszczycielem publicznie cię zowie,
A zapowiada, że na swoje skronie
Idzie koronę włożyć w Westminsterze.
Armia się jego składa z obszarpańców,
Z nieokrzesanych i srogich parobków.
Śmierć dwóch Staffordów dodała im serca;
Cała też banda śmiało się posuwa,
By mądrych, szlachtę, prawników i dworzan
Jak gąsienice pod nogami zdeptać.
Król Henr.  O, grzeszni ludzie! nie wiedzą co robią.
Bucking.  Łaskawy panie, schroń się do Killingworth,
Póki potrzebnej siły nie zgromadzim.
Małgorz.  Gdyby żył Suffolk, z jakąby łatwością
Ten ruch kentyjskich buntowników stłumił!
Król Henr.  Lordzie Say, śpiesz się ze mną do Killingworth,
Bo jesteś zdrajców nienawiści celem.
Lord Say.  Widok mój, królu, buntownikom wstrętny
Mógłby powiększyć twe niebezpieczeństwo.
Tu wolę zostać, i w jakiem ukryciu
Szukać schronienia zagrożonej głowie.

(Wchodzi drugi posłaniec).

2 Posłan.  Już i londyński most Jack Cade zajmuje,
Trwożni mieszczanie z domów uciekają,
Gdy na rabunek łakome pospólstwo
Do zdrajców ciągnie i z nimi przysięga
Rabować miasto i pałac królewski.
Bucking.  Bez straty czasu, królu, na koń siadaj.
Król Henr.  Bóg mą nadzieją. Idźmy Małgorzato.
Małgorz.  Dla mnie już niema nadziei, on umarł.
Król Henr.  (do lorda Say). Bądź zdrów. Nie ufaj kentyjskim powstańcom.
Bucking.  Lękaj się zdrajców, nie ufaj nikomu.
Lord Say.  W mej niewinności ufność moja leży,
Jestem więc śmiały i gotów na wszystko.

(Wychodzą).
SCENA V.
Londyn. — Tower.
(Wchodzą: lord Scales i inni na murach; na dole kilku mieszczan).

Scales.  Jakie przynosicie nowiny? Czy Jack Cade zabity?
Obywat.  Nie, milordzie, i daleko mu do tego, bo tłum most opanował, wyciął w pień stawiających opór. Lord mer błaga o pomoc z Tower, aby miasto od buntowników ratować.
Scales.  Co będzie można, poślę mu natychmiast,
Chociaż sam w wielkim jestem tu kłopocie,
Bo się o Toweru kusili zdobycie.
Idźcie na Smithfield, zbierajcie orężnych,
A tam się z wami Mateusz Grough złączy.
Walczcie za króla, ojczyznę i siebie.
Żegnam was teraz, bo chwile są drogie. (Wychodzą).

SCENA VI.
Londyn. — Cannon-Street.
(Wchodzi Jack Cade na czele buntowników. Uderza buławą w słup londyński).

Cade.  Mortimer jest teraz panem tego miasta, i tu, zasiadając na londyńskim słupie, polecam i rozkazuję, aby kosztem miasta wszystkie pompy płynęły francuskiem winem przez cały rok pierwszy naszego panowania. Od tej chwili będzie zdrajcą, kto się poważy nazywać mnie inaczej jak lordem Mortimer.

(Wbiega żołnierz).

Żołnierz.  Jacku Cade! Jacku Cade!
Cade.  Zakłujcie mi go natychmiast. (Zabijają go).
Smith.  Jeśli ten hultaj ma choć trochę sensu w głowie, nie nazwie cię Jackiem Cade raz drugi; zdaje mi się, że dobrą dostał przestrogę.
Dick.  Milordzie, zebrało się wojsko na Smithfield.
Cade.  Więc idźmy je atakować, ale wprzódy śpiesz i spal most londyński, a jeśli możesz, spal także i Tower. Naprzód! (Wychodzą).

SCENA VII.
Londyn. — Smithfield.
(Alarm. Wchodzą: z jednej strony Cade na czele swoich, z drugiej mieszczanie i wojsko królewskie pod dowództwem Mateusza Gough. Bitwa. Mieszczanie pierzchają. Gough ginie).

Cade.  Tak, mości panowie. Teraz niech jedni idą burzyć dom Sabaudzki, a drudzy szkołę prawa; nie zostawcie kamienia na kamieniu.
Dick.  Mam prośbę do waszej książęcej mości.
Cade.  Choćbyś prosił o księstwo, będziesz je miał za takie słowo.
Dick.  Tylko o to proszę, żeby angielskie prawa wychodziły z waszej gęby.
Jan  (na stronie). To na uczciwość, zajątrzone będą prawa, bo dostał dzidą w gębę, a rana jeszcze się jątrzy.
Smith  (na stronie). Nie Janie, to będą śmierdzące prawa, bo oddech jego śmierdzi od pieczonego sera.
Cade.  Myślałem już o tem i tak będzie. Więc dalej! Spalcie wszystkie archiwa królestwa; moja gęba będzie parlamentem Anglii.
Jan  (na stronie). To będziemy mieli kąsające statuta; chyba, że mu powyrywają zęby.
Cade.  Odtąd wszystko będzie wspólne. (Wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Jeniec, jeniec milordzie! Oto lord Say, który sprzedał miasta we Francyi, który nałożył na nas podatek dwudziestu pięciu piętnastych i szyling od funta.

(Wchodzi Jerzy Bevis, prowadząc lorda Say).

Cade.  Będzie za to dziesięć razy ścięty. A ty sajowy, ty szarżowy, ba, ty drelichowy lordzie, dostałeś się nakoniec pod naszą królewską juryzdykcyę. Co możesz odpowiedzieć naszej królewskiej mości za wydanie Normandyi panu Basimekiu, Delfinowi Francyi? Dowiedz się w tej dostojnej obecności, w obecności samego lorda Mortimera, że jestem miotłą, która oczyści dwór ze wszystkich podobnych tobie śmieci. Jak najobrzydliwszy zdrajca popsułeś młodzież królestwa, budując szkoły; a gdy za starych czasów przodkowie nasi nie znali innych książek jak karby i nacięcia, ty zaprowadziłeś drukarnie, i z krzywdą króla, jego korony i godności wystawiłeś papiernię. Będzie ci w oczy dowiedzione, że otoczyłeś się ludźmi, którzy bez ustanku prawią o rzeczownikach i słowach i innych równie sprośnych rzeczach, których żadne chrześcijańskie ucho nie może słuchać bez zgrozy. Poustanawiałeś sędziów pokoju, aby wołali przed siebie biednych ludzi w sprawach, za które nie byli w stanie odpowiedzieć. Co większa, zamykałeś ich po turmach, a że nie umieli czytać, wieszałeś ich, choć dlatego właśnie byli żyć najgodniejsi. Wszak jeździsz na czapraku? czy nie prawda?
Lord Say.  Cóż stąd?
Cade.  Co stąd? Nie powinieneś odziewać konia płaszczem, gdy uczciwsi od ciebie chodzą tylko w hajdawerach i sukmanach?
Dick.  A dotego pracują w koszulach, jak ja naprzykład, co jestem rzeźnikiem.
Lord Say.  Wy, ludzie Kentu —
Dick.  Co mówisz o Kencie?
Lord Say.  Nic, jak że to bona terra, mala gens.
Dick.  Precz z nim! precz z nim! on mówi po łacinie.
Lord Say.  Słuchajcie wprzódy, zabijcie mnie potem.
Cezar nazywa Kent w swych komentarzach
Najokrzesańszą całej wyspy częścią.
Kraj to rozkoszny, w bogactwa obfity,
Lud pracowity, dzielny i szlachetny.
Więc i litości nie może być obcy.
Nie ja Maine sprzedał, lub Normandyę stracił,
Choć dałbym życie, aby je odzyskać.
Zawszem sumiennie sprawiedliwość mierzył,
Czuły na prośby i łzy, nie na dary.
Jeżelim kiedy z waszych skarbon czerpał,
To na obronę króla i ojczyzny.
Dla mądrych ludzi grosza nie szczędziłem,
Bom sam nauką króla względy zyskał.
Bom się przekonał, że nieumiejętność
Jest Bożą klątwą, a nauka skrzydłem,
Które do nieba człowieka unosi.
Jeśli dyabelski duch was nie opętał,
Żaden z was ręki nie podniesie na mnie.
Język ten nieraz waszej sławy bronił
Po obcych dworach.
Cade.  Ba, a kiedyż to choć jeden dałeś sztych na placu boju!
Lord Say.  Daleko sięga dłoń wielkiego męża:
Nieraz ja trupem człowieka położył,
Choć go me oczy nigdy nie widziały.
Jerzy.  A ty tchórzu obrzydliwy! Z tyłu ludzi napadać?
Lord Say.  Twarz ta pobladła czuwając nad wami.
Cade.  Daj mu policzek, a wróci mu rumieniec.
Lord Say.  W sprawach biednego ludu długie roki
Przed czasem moje skołatały zdrowie.
Cade.  Dostaniesz za to konopny ulepek i siekierzaną papkę.
Dick.  Cóż to? Drżysz, człowieku?
Lord Say.  Nie trwogi ale paraliżu skutkiem.
Cade.  Kiwa na nas głową, jakby chciał powiedzieć: jeszcze my się obrachujemy. Zobaczę, czy głowa jego będzie się prościej trzymała na palu. Wyprowadźcie go i utnijcie mu głowę.
Lord Say.  Powiedzcie, proszę, w czem mój grzech największy?
Czym do honorów, czym do bogactw wzdychał?
Czym kufry moje łupieżą napełnił?
Patrzcie, czy ubiór mój od złota kapie?
Kogom pokrzywdził, by śmierci mej pragnął?
Krwią się niewinną dłoń ma nie splamiła,
Ani to serce myślą nieuczciwą.
Żyć mi pozwólcie.
Cade.  Jego słowa budzą we mnie litość: lecz ją okiełznam; umrze, choćby tylko za to, że tak dobrze swojego bronił życia. Precz z nim! Ma pod językiem złego ducha, bo nie mówi: w imię Boże. Precz z nim! powtarzam. Utnijcie mu głowę natychmiast, a potem wpadnijcie do domu jego zięcia, sir Johna Cromera, utnijcie mu także głowę i przynieście mi tu obie na dwóch palach.
Wszyscy.  Stanie się po twojej woli.
Lord Say.  Rodacy, gdyby na wasze modlitwy
Bóg tak był głuchy, jak wy na me prośby,
Jaki los będzie dusz waszych po śmierci?
Miejcie więc litość, darujcie mi życie.
Cade.  Precz z nim! i wykonajcie moje rozkazy. (Wychodzi lord Say pod strażą). Najdumniejszy par królestwa nie upilnuje głowy na barkach, jeśli mi nie zapłaci haraczu; żadna dziewka nie pójdzie za mąż, jeśli mi wprzódy nie zapłaci pozwolenia dziewictwem; mężowie mają mi podlegać in capite, a polecam i rozkazuję, żeby ich żony były tak wolne, jak może serce zapragnąć, a język wypowiedzieć.
Dick.  A kiedy, milordzie, pójdziemy na Cheapside brać towary na rachunek?
Cade.  Rozumie się, natychmiast.
Wszyscy.  Prześlicznie!

(Wchodzą buntownicy z głowami lorda Saya i jego zięcia).

Cade.  A to czy nie prześliczniej? Niech się pocałują; wszak się kochali za życia. Rozłączcie ich teraz, żeby się nie porozumieli względem wydania reszty miast we Francyi. Żołnierze, odłóżcie rabunek miasta do nocy, bo myślą jest naszą objechać ulice z temi głowami na czele zamiast buław; a niech się na każdym rogu całują. Naprzód! (Wychodzą).

SCENA VIII.
Southwark.
(Alarm. Wchodzi Cade z całą swoją zgrają).

Cade.  Przez Fish-street, do rogu Świętego Magnusa! Bić, mordować wszystko! trupy do Tamizy! (Słychać trąbkę parlamentarską, potem sygnał odwrotu). Co się to znaczy? Kto się waży dawać znak traktowania lub odwrotu, kiedy ja mordować rozkazuję?

(Wchodzą: Buckingham i stary Clifford na czele wojska).

Bucking.  Są jeszcze ludzie, co słuchać cię nie chcą.
Wiedz, że przychodzim w królewskiem imieniu
Do ludu, który podstępem uwiodłeś,
Wszystkim zupełne niosąc przebaczenie,
Byle do domów wrócili spokojnie.
Clifford.  Rodacy, czas się jeszcze upamiętać,
Ofiarowaną przyjmujecież łaskę?
Czy z buntownikiem przenosicie ginąć?
Kto króla kocha, a łaskę przyjmuje
Niech czapkę rzuci w górę, niech zawoła:
Boże, zachowaj nam naszego króla!
Kto nienawidzi, nie czci jego ojca,
Swojego króla Henryka Piątego,
Który siał postrach na francuskiej ziemi,
Niech szablę wzniesie, na stronę odejdzie.
Wszyscy.  Boże, zachowaj króla! Boże, zachowaj króla!
Cade.  Jak to, Buckinghamie i Cliffordzie, skąd wam tyle odwagi? A wy, nikczemne chłopy, wy im wierzycie? Czy gwałtem chcecie wisieć z waszym pardonem na szyi? Czy na to miecz mój wyrąbał sobie drogę przez bramy londyńskie, żebyście mnie opuścili pod Białym Jeleniem w Southwark? Myślałem, że nie złożycie broni, póki nie odzyskacie waszej starej wolności, ale widzę, że jesteście tylko bandą bisurmanów i tchórzy, że wam miło być niewolnikami szlachty. Niechże łamią wam krzyże pod ciężarami, niech z waszych własnych wypędzają was domów, zabierają wam żony i córki pod waszym nosem; co do mnie, wiem, jak się ratować, a tak, niech boże przekleństwo na was spadnie!
Wszyscy.  Pójdziem wszyscy za Cadem! pójdziem wszyscy za Cadem!
Clifford.  Czy Cade Henryka Piątego jest synem,
Że wszyscy chcecie za wodza go przyjąć?

Czy was na ziemię francuską powiedzie,

By najbiedniejszym hrabstwa dać i księstwa?
Ach, on sam nie ma głowy gdzie przytulić,
On z tego tylko żyje, co przemocą
Nam albo waszym wydrze przyjaciołom.
Co za wstyd, jeśli wśród waszych rosterek
Francuz, co niegdyś drżał na wasze imię,
Przeskoczy morza, by was tu zwyciężyć!
Zda się, że jego widzę już zastępy
Rozpanoszone na naszych ulicach,
Chamem każdego z was nazywające.
Niech raczej tysiąc nędznych zginie Cade’ów,
Niżbyście mieli przed Francuzem klęknąć.
Do Francyi, raczej, do Francyi! odzyskać,
Coście w domowej utracili wojnie!
Ach, nad ojczystą zlitujcie się ziemią!
Henryk ma skarby, a wy macie serca,
Bóg z nami trzyma, zwycięstwo jest pewne.
Wszyscy.  Niech żyje Clifford! pójdziemy za królem i Cliffordem!

Cade.  Czy widział kto puch tak łatwo na wszystkie strony pomiatany jak to pospólstwo? Imię Henryka Piątego wabi ich do tysiąca nieszczęść, skłania ich do opuszczenia mnie tu w utrapieniu. Widzę już, jak się naradzają, aby mnie podejść; ale szabla moja otworzy mi drogę, bo chwili dłużej nie mogę tu zostać. Na przekór dyabłom i piekłu przez sam środek wasz przejdę, a niebo i honor biorę na świadków, że nie brak rezolucyi z mojej strony, ale moich towarzyszów podła i haniebna zdrada do ucieczki mnie zmusza.

(Wychodzi).

Bucking.  Uciekł? Niech za nim część w pogoń się puści;
Kto głowę jego przyniesie królowi,
Ten tysiąc koron dostanie w nagrodę.

(Wychodzi część ludu).

Za mną żołnierze! Znajdziemy sposoby,
Jak was pojednać z królem jegomością.

(Wychodzą).
SCENA IX.
Zamek Kenilworth.
(Wchodzą na taras zamkowy: król Henryk, królowa Małgorzata i Somerset).

Król Henr.  Byłże król kiedy, co na tronie zasiadł,
A mniej ode mnie szczęścia miał na rozkaz?
W dziesiątym mego żywota miesiącu
Jeszcze w kolebce przywdziałem koronę.
Nigdy poddany tronu tak nie pragnął,
Jak ja dziś wzdycham, by poddanym zostać.

(Wchodzą: Buckingham i Clifford).

Bucking.  Błogie ci, królu, przynosim nowiny.
Król Henr.  Co? Buckinghamie, czy Cade jest pojmany?
Lub czy się cofnął, by sił nowych szukać?

(Pokazuje się u stóp tarasu wielka liczba stronników Cade’a, ze stryczkami na szyjach).

Clifford.  Uciekł, stronnicy jego broń złożyli,
Z stryczkiem na szyi, w pokornej postawie,
Na twe skinienie żyć będą, lub zginą.
Król Henr.  Otwórz więc, niebo, twoje wieczne bramy,
Ażeby moje przyjąć dziękczynienia!
Życie wam dzisiaj ocalił ten dowód
Waszej miłości dla króla i Anglii.
Wytrwajcie tylko w tem postanowieniu,
A Henryk, chociaż niedolą gnieciony,
Wierzajcie, nigdy niewdzięcznym nie będzie.
Przebaczam wszystkim, i wszystkim dziękując,
Do waszych domów wrócić wam pozwalam.
Wszyscy.  Boże, naszego zachowaj nam króla!

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Przybywam, królu, by cię uwiadomić,
Że książę York z Irlandyi powrócił;
Na czele silnej armii Galloglasów
I dzielnych Kernów spiesznie się posuwa;
Po miastach, które przechodzi, ogłasza,
Że zbrojno żąda tylko oddalenia

Księcia Somerset, zdrajcą go mianując.
Król Henr.  Cade albo York, oto moja dola;
Jak okręt, który wśród burzy ocalał,
Pirata w nagiej atakuje ciszy.
Ledwo Cade pierzchnął, jego tłum się rozbiegł,
A już na jego miejscu stanął York.
Idź, Buckinghamie, i zapytaj księcia,
Jaki mu powód oręż podał w rękę.
Powiedz, że poślę Edmunda do Tower;
Tam, Somersecie, będziesz moim więźniem,
Póki zaciągów swoich nie rozpuści.
Somerset.  Chętnie, mój królu, do murów więzienia,
I na śmierć pójdę dla dobra mej ziemi.
Król Henr.  Lecz w każdym razie słowa swoje miarkuj,
Bo dumny ostrych nie zniesie wymówek.
Bucking.  Bądź pewny, królu, że za moją sprawą
Wszystko na twoją obróci się korzyść.
Król Henr.  Królowo, lepiej musimy się rządzić,
Bo nieszczęśliwe moje panowanie
Przeklinać tylko dotąd może Anglia. (Wychodzą).

SCENA X.
Kent. Ogród Idena.
(Wchodzi Cade).

Cade.  Wstyd ambicyi i wstyd mnie samemu, co mam oręż, a przecie z głodu umieram! Ostatnie dni pięć kryłem się w tych lasach, i nie śmiałem wytknąć głowy, bo cały powiat na mnie czatuje. Ale teraz tak jestem głodny, że choćby mi ofiarowano tysiącletnią dzierżawę mojego życia, nie mógłbym dłużej tam zostać. Więc przez mur wdrapałem się do tego ogrodu spróbować, czy nie potrafię jeść trawy, czy nie znajdę jakiego liścia sałaty: przednia to jarzyna na ochłodzenie ludzkiego żołądka w takim upale. Myślę, że sałata urodziła się głównie dla mojego dobra. Gdyby nie sałata[5], już dawno halabarda byłaby mi czuprynę rozstrzaskała; nieraz znużonemu spiesznym pochodem sałata służyła za dzbanek, teraz musi mi służyć za pokarm. (Wchodzi Iden ze sługami).
Iden.  Ktoby na królów chciał dręczyć się dworze,
Mając na rozkaz tak wdzięczne chłodniki,
Mały ten kącik, dziedzictwo po ojcu,
Dla mego serca stoi za królestwo.
Nie pragnę rosnąć na drugich ruinie,
Ni skarbów zbierać pod zazdrości okiem;
Żyć tu uczciwie z tem możem, co mamy,
I nie odpędzić biednego od bramy.
Cade.  To właściciel gruntu; przychodzi mnie aresztować jako wagabundę, który śmiał stanąć na jego ziemi bez pozwolenia. Ha, łotrze, chcesz mnie zdradzić i zarobić tysiąc koron u króla, niosąc mu moją głowę. Ale ja cię nauczę, nim się rozstaniemy, jeść żelazo jak struś, a połykać mój pałasz jak szpilkę.
Iden.  Nie znam cię wcale, surowy mopanku,
Nie wiem, kto jesteś, czemużbym cię zdradzał?
Czy ci już niedość, żeś mój ogród naszedł,
Przez moje mury jak złodziej się wdrapał
Zapewne, żeby me grzędy rabować,
Jeszcze śmiesz do mnie przemawiać tak hardo?
Cade.  Czy śmiem? Śmiem, klnę się na najlepszą krew, co była kiedykolwiek wytoczona, nie tylko śmiem mówić, ale śmiem i wyzwać. Przyjrzyj mi się dobrze; nie włożyłem do ust kawałka mięsa od dni pięciu, a przecie, zbliż się tylko z twojemi pięcioma pachołkami, a jeśli nie zostawię was tu wszystkich umarłych jak ćwieki, to niech mi Bóg nigdy już więcej nie da jeść trawy.
Iden.  Nie, póki Anglia stoi, nikt nie powie,
Że Alexander Iden, szlachcic z Kentu,
Nie śmiał na równo z głodnym walczyć człekiem.
Spróbuj, czy zdołasz wlepioną źrenicą
Zmnusić mnie, oczy me do ziemi spuścić;
Porównaj członki nasze; jesteś słabszy;
Twa ręka ledwo palcem jest mej pięści;
Twe nogi kijkiem przy takiej maczudze;
Siła mej stopy równa twojej wszystkiej;
A bylem ramię to podniósł do góry,
Już grób dla ciebie stoi wykopany.
Ale słów dosyć; niecb teraz ten oręż
Dopowie, czego słowom moim braknie.
Cade.  Na moje męstwo, nie słyszałem jeszcze doskonalszego rycerza. Stali, jeźli twoje ostrze zwichniesz, a nie posiekasz tego kościstego chłopa na płatki wołowiny, nim wrócisz spać do pochwy, proszę Jowisza na kolanach, żebyś się zmieniła na hufnale. (Walczą; Cade pada). Zginąłem! Głód mnie zabił nie co innego. Niech dziesięć tysięcy dyabłów przeciw mnie stanie, daj mi tylko dziesięć jedzeń, których byłem pozbawiony, a wyzwę wszystkich na rękę. Uschnij, ogrodzie! bądź odtąd cmentarzem dla wszystkich mieszkańców tego domu, bo niezwyciężona dusza Cade’a uleciała.
Iden.  Zabiłem Cade’a, potwornego zdrajcę?
Będziesz mi odtąd świętą moja szablo,
Na moim grobie zawiesić cię każę.
Tej krwi nie otrę nigdy z twego ostrza,
Będziesz ją nosić niby płaszcz herolda
Twojego pana honor głoszącego.
Cade.  Idenie, bądź zdrów! Pysznij się z twojego zwycięstwa! Powiedz Kentowi w mojem imieniu, że stracił swojego najlepszego męża; radź wszystkim zostać tchórzami, bo ja, co nigdy nikogo się nie zląkłem, byłem zwyciężony przez głód nie przez męstwo.

(Umiera).

Iden.  Jak mię skrzywdziłeś, niechaj Bóg osądzi.
Konaj, nędzniku, klątwo twojej matki!
Jak miecz w wnętrznościach twoich utopiłem,
Takbym chciał duszę twą utopić w piekle!
Za nogi stąd cię wyciągnę i rzucę

Na gnojowisko, co twym grobem będzie,
Tam twoją głowę utnę obrzydliwą,
Do mego króla w tryumfie poniosę,
A na żer krukom tułub twój zostawię.

(Wychodzi, ciągnąc za sobą trupa).







  1. W akcie pierwszym, duch zapytany: Księcia Suffolka jaka będzie przyszłość? Odpowiedział: Przez wodę zginie, tam koniec go czeka. Widać że za czasów Szekspira Walter wymawiało się Water (woda), stąd igraszka stów, której niepodobna wytłómaczyć.
  2. Nowa igraszka słów z Pole i Poole (Pul) (kałuża) nie podobna do wytłumaczenia.
  3. Alluzya do dewizy Edwarda III, słońca z chmur się wymykającego.
  4. Bergulus, Illyrius latro. Cic. de Off. II, 11.
  5. Sallet, znaczy: sałata i szyszak, z hiszpańskiego (celada), igraszka słów naturalnie niepodobna do wytłómaczenia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.