Król Henryk VI. Część II (Shakespeare, tłum. Ulrich, 1895)/całość

<<< Dane tekstu >>>
Autor William Shakespeare
Tytuł Król Henryk VI. Część II
Pochodzenie Dzieła dramatyczne Williama Shakespeare (Szekspira) w dwunastu tomach. Tom II
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1895
Miejsce wyd. Kraków
Tłumacz Leon Ulrich
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KRÓL HENRYK VI. CZĘŚĆ II.



KRÓL HENRYK VI.
CZĘŚĆ II.

W

W dwu ostatnich częściach Henryka VI znać już dobitniej daleko rękę Szekspira, a choć one też raczej ze scen luźnych niż z obmyślanego następstwa wypadków się składają, choć konieczność historyczna więcej panuje nad niemi niż dramatyczna rachuba, czuć już tu mistrza, co myślą jedną przesnuł najróżnorodniejsze wypadki i charakterami je powiązał.

Za życia jeszcze poety, część druga i trzecia wydane zostały osobno, bez pierwszej, i zwały się częścią pierwszą i drugą dramatu króla Henryka VI. — Ale wydanie to wykradzione, bez wiedzy autora wykonane, popsute, zmienione niegodziwie, dziś się może cenić chyba jako ciekawy dowód, czem się naówczas czytająca publiczność i teatra zadawalniały.
Połączone te dwie części wydał Tomasz Millington, w roku 1594, jak się domyślają, z rękopismu spisanego ze słuchania przedstawień na scenie, dopełnionego nieudolnie. Współzawodnicy teatru Globus, nie mogąc dostać oryginału, nasyłali pisarzy na przedstawienia, którzy spisywali niedokładnie ustępy, jakie pochwycić mogli, i z notat tych, jako tako polepionych, drukowano sztuki dla małych teatrów. Millingtona wydania powtarzały się w latach 1600 i 1619, z dodaniem na tytule imienia Szekspira. Poprawniejszy text, z rękopismu autora ukazał się dopiero w wydaniu arkuszowem Heminga i Condella.
Pierwotna edycya nosi tytuł: „Pierwsza część walki pomiędzy dwoma sławnemi domami Yorków i Lancastrów, ze śmiercią dobrego księcia Humphreya, (wygnanie a zgon księcia Suffolka, i tragiczny koniec dumnego kardynała Winchester, z pamiętnym buntem Jack’a Cade), księcia Yorku pierwsze pokuszenie się o koronę“[1].
Co do wewnętrznej wartości, część ta tak niezmiernie przechodzi poprzedzającą, iż ich z sobą porównać, ani zestawiać niepodobna. Jak pierwsza tak i ta, jest bezwątpienia przerobioną z dawniejszego dramatu, ale poeta dojrzalszym był, gdy nad nią pracował i daleko śmielej sobie postąpił z pierwowzorem. Malon, którego popiera Hallam, oryginał ów pierwotny części drugiej przypisuje Marlowowi. Kollier sądzi że jest Greena.
Narzekania te na plagiatorów, na przywłaszczycieli, które umierający w nędzy Green, jako testament po sobie zostawił, mogłyby się właśnie stosować głównie do przerobienia śmiałego przez Szekspira tej części drugiej Henryka VI. Kollier opiera się na jednym szczególe, który poniekąd usprawiedliwia przypuszczenie jego, iż Green był autorem dramatu. W wydaniu Millingtona 1595 roku wspomniony jest „Abradas książe macedoński“, którego Szekspir w wydaniu 1623 roku zmienił na „Bargulus’a, potężnego zbójcę morskiego, Illiryjczyka“. O tym zaś Abradasie nie słychać nigdzie więcej, oprócz dramatu „Płótno Penelopy“, w którym go Green wyprowadza na scenę.
Czyimkolwiekbądź był ten Henryk VI, Greena czy Marlowa, pod ręką Szekspira przetworzył się on na dramat pełen życia i scen po mistrzowsku pojętych; król Henryk VI ze swą dobrocią, słodyczą, pobożnością i niedołęstwem; Małgorzata Andegaweńska ze swym charakterem namiętnym, gwałtownym, nieoględnym, występują tu w takich barwach, jakie im intuicya wielkiego poety nadać mogła. Twórcza tylko siła umie z drobnego rysu wysnuć całą a żywą postać, wskrzesić ją i spotęgować w kilku momentach całe jej życie. Nie mówiąc o innych pięknościach dramatu, z jakąż trafnością maluje Szekspir powstanie Cade’a i lud ów, któremu on przewodził. Po trzechset latach jeszcze się dziś w tem zwierciedle przeglądać mogą niedojrzałe tłumy. Jest to historya wiecznie prawdziwa! niestety! Nie byliżeśmy świadkami podobnych planów i programów za dni niedawnych?
Dzieje zamknięte w tej części drugiej, ciągną się od roku 1445 do 1455; od wylądowania Małgorzaty Andegaweńskiej, do bitwy pod St. Alban’s. Była to pierwsza Lancastrów klęska, pierwsze Yorków zwycięstwo. Poeta dla odmalowania tem dobitniej całej okropności losu Gloucesterów, wciągnął ten, jako potrzebny mu dla dramatu, dawniejszy wypadek, obwinienie o czary i wyrok na księżnę Gloucester. Sąd na nią w istocie o lat cztery wyprzedził przybycie nowej królowej. Upadek zaś samego owego „dobrego księcia Humphrey’a“, jak go zowie tradycya ludowa, nastąpił później daleko. Obwinionego o zdradę stanu, parlament nakazał uwięzić. Później znaleziono go w łóżku umarłym czy też uduszonym poduszkami.
Ten rodzaj śmierci naówczas dosyć był zwyczajnym, gdy chciano dopełnić morderstwa bez krwi rozlewu; Szekspir gdzieindziej się niemi posłużył. Tak samo uduszono Edwarda dzieci. O udziale w zabójstwie Gloucestera kardynała Beaufort wspomina tylko kronika Hall’a. Charakterystyka też jego zaczerpnięta z tego samego źródła.
Niektórzy krytycy ustępowi z kroniki Halla przypisują, że poddał myśl do przedśmiertnego monologu kardynała; chociaż jest on innej treści. — Książe Suffolk, faworyt królowej Małgorzaty, po Gloucesterze opanował władzę całą, ściągając na siebie taką nienawiść, iż się ona przyczynić mogła do wyrobienia u ludu Gloucesterowi przydomku „dobrego“. Utrata francuskich zdobyczy, oddanie księstw Andegaweńskiego i Maine, łaski królowej uczyniły go znienawidzonym... Przypisywano mu wszystkie klęski, począwszy od samego królewskiego małżeństwa.
Cała ta część jest jakby pasowaniem się z mściwą ręką nieuniknionego losu; klęski przychodzą jedna po drugiej, coraz nowe, coraz groźniejsze. Henryk VI przeciwko nim stawi tylko łzy, rezygnacyę i modlitwy; królestwo jego mącą u góry stronnictwa magnatów niespokojnych i władzy chciwych, dołem podmywają je fale buntu chłopskiego, który Szekspir odwzorował tak przewybornie, ze wszystkiemi zachciankami, rodzącemi się ze zbytniej niewoli. Malując Cade’a, Szekspir odgadł wszystkich jego potomków, komunistów i socyalistów, usiłujących świat odtworzyć tym niezmiernie prostym sposobem, ażeby wszyscy robili jak najmniej, a jak najwięcej używali.
Dziedzic zwycięzcy pod Agincourt wiedzie żywot złożony z pasma utrapień i niedoli, traci posiadłości we Francyi, odpadają prowincye lenne, Normandya cała, w roku 1450 jedno Calais zostaje w ręku Anglików. Suffolk jest u władzy, jemu przypisuje Anglia klęski swe i straty, obwiniają go o zdradę, oskarżają o przedajność; królowa chcąc jego życie ocalić, łagodzi karę na pięcioletnie wygnanie. Ale na morzu chwytają go królewskie okręty i Suffolk pada ofiarą powszechnej nienawiści. Kilku majtków sądzi go i wyrok wykonywa.
Śmierć Suffolka przyśpiesza gotowy już wybuch buntu chłopskiego pod wodzą Johna Cade’a, odegrywającego rolę Samozwańca. Cade udaje i przezywa się Mortimer’em, usiłując w ten sposób ściągnąć ku sobie mnogich rodu tego przyjaciół. W owej epoce cywilizacya nie kładła jeszcze tak wybitnych różnic pomiędzy klasami społeczeństwa; przebiegły i śmiały Cade, prosty rzemieślnik, mógł uchodzić za Mortimer’a. To powstanie ludu szczegółowo opisuje kronika Halla.
Cade przyobiecywał ludowi uwolnienie od wszelkich podatków i danin, zupełną swobodę i t. p. Zebrane przez niego tłumy w początkach tryumfowały nad wojskami królewskiemi, pobiły wysłanego przeciw nim Stafford’a, a kraj cały taki paniczny strach opanował, iż król z dworem uciekł z Londynu do Kenilworth, a dla układania się z buntownikami wysłał arcybiskupa Canterbury i księcia Buckingham.
Hall pisze: „Posłowie znaleźli Johna Cade’a w rozmowie trzeźwym, rozumnym w rozprawach, w sercu umiarkowanym, w przekonaniach niewzruszonym i namówić go nie mogli do rozpuszczenia swych wojsk, pókiby król osobą swą do nich nie przybył i na ich wymagania się nie zgodził“.
Cade po ucieczce króla, wpadł do Londynu bezbronnego, gdyż w Tower tylko zostawiono załogę, i w zbroję Stafforda ubrany nazajutrz wjechał do City. Tu uderzył mieczem w stary kamień miejski[2], który na pamiątkę lat dawnych przechowywano i zawołał: „Mortimer jest miasta panem“. Padli ofiarą: Lord Sny ścięty bez sądu i Kromer. O ich dwu głowach wetkniętych na piki i zmuszonych całować się z sobą, wspomina kronika.
Zwycięstwo tego motłochu pociągnęło za sobą rabunek i okrucieństwa. Cade ścinał i wieszał wszystkich, co mu się opierać śmieli. Mieszczanie londyńscy przywiedzeni do rozpaczy, rzucili się wreszcie do oręża, ale dany im za dowódcę z Tower, niejaki Gough, padł w potyczce na moście londyńskim i ledwie się udało dalszy pochód Cade’a powstrzymać, ograniczając go na zajętym południowym Tamizy brzegu. City ocalała. Tymczasem nadeszło przebaczenie królewskie wszystkim, którzy opuszczą Cade’a, i wojsko, jakby cudem, rozpraszać się zaczęło. Nałożono cenę na głowę buntownika, którego błąkającego się w ucieczce zabił szlachcic z hrabstwa Kent, Iden.
Zaledwie to powstanie chłopskie uśmierzone zostało, gdy nowe skargi i narzekania wybuchły przeciwko faworytom królowej. Król się modlił — Małgorzata środkami surowymi usiłowała grożące odwrócić niebezpieczeństwo. Mianowanie naczelnym dowódzcą Somerset’a, który powrócił z Francyi, i znany był jako przyjaciel i pomocnik Suffolka, było hasłem nowego niepokoju. York, namiestnik irlandzki, skorzystał z tego usposobienia i chwili dla siebie przyjaznej, występując przeciwko rządom Somerseta i królowej, a w istocie jako pretendent do korony.
Z nim szli najpotężniejsi panowie, magnaci, wassalowie, rodzina Nevilów, z którą York przez małżeństwo był połączony. Królowej wojska były słabe i nie przygotowane do stawienia im czoła; chociaż walka nie poszła w istocie tak szybko i łatwo jak w dramacie poety.
Historya opowiada to nieco odmiennie; zwycięstwo Yorków przychodzi po dłuższym oporze królowej i jej stronnictwa, po upadku i podźwignięciu się Somerseta. Ta bitwa pod St. Alban’s, zbliżona została dla wymagań scenicznych, a poeta musiał jej nadać większe niż miała znaczenie, łącząc ją z bitwą pod Northampton o pięć lat późniejszą, gdzie ostatecznie dopiero rozbito wojska królowej. Pod St. Alban’s walczyło 2000 ludzi ze strony Lancastrów, Somerset, Buckingham, Northumberland, Clifford przeciwko 3000 ludziom Yorków i Nevilów. Gwałtowny napad Warwicka, po długiej walce, rozstrzygnął o zwycięstwie.
Nadzwyczaj ciekawe jest porównanie wydania pierwotnego tej części Henryka VI, z późniejszem poprawionem przez Szekspira.
Całe ustępy są powykreślane, zmienione, poprzerabiane, i Malone wyrachował, że z pierwszego textu w poprawnem zostało tylko 1771 wierszy, zmieniono 2373, dodano nowych 1899. Każde tu dotknięcie widoczną nosi cechę kunsztmistrza.
W pierwszej edycyi, wygnany Suffolk kilku słowami zimnemi się żegna; w drugiej są one zupełnie zmienione, gorętsze i natchnione uczuciem głębokiem. Tam stoi tylko:
„Więc biedny Suffolk dziesięćkroć wygnany:
Raz jest przez króla, a dziewięć przez ciebie“.
Sławna scena zgonu kardynała Beaufort tak się naprzód zarysowuje w kronice Halla:
Kardynał woła na łożu śmierci:
„Dlaczegóż mam umierać? ja, co tyle bogactw posiadam? Gdyby królestwo całe życie mi uratować mogło, jestem w stanie albo je przez politykę zdobyć, lub kupić za skarby moje. Pfe! Śmierć nie daż się przekupić?
Czyż złoto już nic nie może?“
W pierwszem wydaniu:
„Jak to? czyż (Gloucester) nie umarł w łóżku? a cóżem ja miał na to radzić? alboż to w mojej mocy, bym ludzi zmuszał do życia?... Przyjacielu! pójdź przynieś truciznę, którą mi przysłał aptekarz... A! patrzcie! widmo ks. Humphreya wstaje... patrzy mi w oczy... patrzcie! patrzcie! Przygładźcie mu włosy... Otóż znikło znowu... O! o! —“
W drugiem wydaniu:

„Wszak w swojem łożu umarł, gdzież miał umrzeć?
Mogęż nakazać konającym życie?

Nie męcz mnie dłużej, całą wyznam prawdę.
Co? żyje znowu? prowadź mnie do niego.
By raz nań spojrzeć, tysiąc dam ci funtów.
On źrenic nie ma, żwir wyjadł mu oczy.
Przyczesz mu włosy, patrz tylko, jak wstają,
Niby gałązki lepem namazane,
Aby skrzydlatą moją schwycić duszę...
Daj mi pić, rozkaż też aptekarzowi...
Przynieść kupioną u niego truciznę...“

Gdy Warwick na polu bitwy ranny kona, zaklinają go, aby uchodził, ręcząc, iż zwycięzcą powróci; należy porównać, co odpowiada w dramacie Szekspira, a jak nieforemnie się tłómaczy w pierwszem wydaniu:

„Choćby tak było, nie uszedłbym przecie,
Jak nie uchodzę teraz. Wszak Herkules
Upaśćby musiał pod wrogów natłokiem.
Te razy liczne, które we mnie biły,
Liczniejsze jeszcze, któremim im płacił,
Silnym mym członkom wszelką moc wydarły...
I mimo wszystko śmierci uledz muszę“.

Podobnych zmian jest bardzo wiele, w scenie lady Gloucester z tłumem, Bolingbroka i Jourdain, w scenie gdy Gloucester żegna żonę, dla której nierównie jest surowszym, w końcu sceny wyświecenia lady Eleonory i t. p. W pierwszem wydaniu Gloucester jest zabity na scenie; przerobiona też bardzo pięknie scena, w której król omdlewa i t. p.
Wszystkie te zmiany, ustępy całe, tok dramatu podnoszą go nierównie wyżej nad część poprzedzającą i w tej już udział Szekspira, a raczej autorstwo jego, żadnej nie ulega wątpliwości.




OSOBY:

Król Henryk VI.
Humphrey książę Gloucester (Gloster), jego stryj.
Kardynał Beaufort (Bofor), Biskup Winchester, prastryj króla.
Ryszard Plantagenet, książę Yorku.

Edward,   jego synowie.
Ryszard,
Książe Somerset,   ze stronnictwa króla.
Książe Suffolk,
Książe Buckingham,
Lord Clifford,
Młody Clifford, jego syn.
Hrabia Salisbury,   ze stronnictwa Yorków.
Hrabia Warwick,

Lord Scales (Skals), gubernator Toweru.
Lord Say.
Humphrey Stafford i jego brat Wilhelm.
Sir John Stanley.
Kapitan okrętu, Sternik, Majtek.
Walter Whitmore (Huajtmor).
Dwaj Szlachcice, uwięzieni z Suffolkiem.
Herold Vaux (Wo).
Hume (Hium) i Southwell (Susuell), księża.
Bolingbroke, czarownik i Duch przez niego wywołany.
Tomasz Horner, płatnerz i Piotr, jego czeladnik.
Pisarz z Chatham.
Mer z Saint Alban’s.
Simpcox, oszust.
Dwaj mordercy.
Jack Cade (Ked), buntownik.

Jerzy,  z jego bandy.
John,
Dick,
Smith (Smiz), tkacz,
Michał,

Aleksander Iden, szlachcic z Kent.
Małgorzata, żona Henryka VI.
Eleonora, księżna Gloucester.
Margery Jourdain (Żurdę), czarownica.
Żona Simpcoxa.
Panowie, Panie, Służba, Petycyonaryusze, Aldermani, Bedel, Szeryf, Oficerowie, Obywatele, Czeladnicy, Sokolnicy, Straż, Żołnierze, Posłańcy i t. d.




KRÓL HENRYK VI.
CZĘŚĆ II.

AKT PIERWSZY.
SCENA I.
Londyn. Uroczysta sala w Pałacu.
(Odgłos trąb, później obojów. Wchodzą z jednej strony: król Henryk, książę Gloucester, Salisbury, Warwick i kardynał Beaufort; z drugiej; królowa Małgorzata prowadzona przez księcia Suffolka; York, Somerset, Buckingham i inni).

Suffolk.  Królu, posłuszny danym mi rozkazom
W chwili mojego do Francyi odjazdu,
Abym poślubił księżnę Małgorzatę
Jak pełnomocnik królewskiej osoby,
W murach Tours, sławnem mieście starożytnem,
W obec monarchów Francyi i Sycylii,
Książąt Kalabryi, Burgundyi, Alençon
I Orleanu, dwunastu baronów,
I siedmiu hrabiów, trzydziestu biskupów,
Danych mi zleceń wiernie dopełniłem.
Teraz, pokorne zginając kolana,
W obliczu Anglii, dostojnych jej parów,
Przychodzę prawa moje do królowej
W Waszej Królewskiej Mości złożyć ręce,
Która jedyną jest rzeczywistością,
Gdy ja jej wielkim byłem tylko cieniem.
Równego daru nigdy markiz nie dał,

Ni król piękniejszej nie przyjął królowej.
Król Henr.  Powstań, Suffolku. Witaj nam królowo,
Dać ci nie mogę czulszego zadatku
Mojej miłości jak ten pocałunek.
O, wielki Boże, co mi życie dałeś,
Daj mi i serce wdzięcznością brzemienne!
Dałeś mi bowiem z tem pięknem obliczem
Świat błogosławieństw ziemskich duszy mojej,
Jeśli sympatya złączy nasze myśli.
Małgorz.  Dobry mój panie, wielki królu Anglii,
Długie rozmowy moje w wyobraźni,
We dnie i w nocy, na jawie i we śnie,
Przy mych modlitwach, na dworskich zebraniach,
Z tobą, nad życie droższy mi monarcho,
Dają mi śmiałość, aby cię pozdrowić
Słowami, jakie mogę w mym dowcipie
I w sercu szczęściem przepełnionem znaleźć.
Król Henr.  Jej blask zachwycił, lecz urok jej mowy,
Słowa ubrane w majestat mądrości,
Me oczy łzami szczęścia zalewają,
Tak przepełnione serce me radością.
Panowie, głosem wszyscy jednozgodnym
Pozdrówcie miłość moją.
Wszyscy  (klękając).Niechaj żyje,
Królowa, szczęście Anglii, Małgorzata!
Małgorz.  Dzięki wam za to. (Trąby).
Suffolk.  Lordzie protektorze,
Oto przyjęte warunki pokoju
Między monarchą naszym a Karolem
Królem Francuzów, obowiązujące
Na ośmnaście miesięcy następnych.

Gloucest.  (czyta). Imprimis, stanęła umowa między królem Francyi, Karolem a Wilhelmem de la Pole, posłem Henryka króla Anglii, że tenże Henryk pojmie za żonę damę Małgorzatę, córkę Reigniego, króla Neapolu, Sycylii i Jerozolimy, i ukoronuje ją królową Anglii przed dniem trzynastym miesiąca maja. — Item, że księstwo Anjou i hrabstwo Maine będą opuszczone przez angielskie załogi a oddane królowi jej ojcu —

Król Henr.  Co ci jest, stryju?
Gloucest.  Przebacz mi, mój królu,
Lecz jakieś mdłości nagle mnie porwały,
Ćmi mi się w oczach i nie mogę czytać!
Król Henr.  Więc skończ czytanie stryju Winchesterze.

Kardynał  (czyta). Item, stanęła następnie umowa między nimi, że księstwa Anjou i Maine będą opuszczone przez angielskie załogi a oddane królowi jej ojcu; ona zaś sama odbędzie podróż kosztem króla Anglii bez żadnego posagu.

Król Henr.  Zgoda na wszystko. — Uklęknij markizie,
Pierwszym cię księciem, Suffolku, mianuję,
Ten miecz do twego przypasuję boku.
Kuzynie York, uwalniam cię teraz
Od obowiązków namiestnika Francyi,
Aż minie termin ośmnastomiesięczny.
Składam wam dzięki, stryju Winchesterze,
Gloucesterze, Yorku, Somerset, Buckingham
I Salisbury, i wszystkim wam razem
Za mej królowej przyjęcie uprzejme.
A teraz idźmy, i bez straty czasu
Jej koronacyi przygotujmy święto.

(Wychodzą: król, królowa i Suffolk).

Gloucest.  Parowie Anglii, ziemi tej filary,
Przed wami całą mą wyleję boleść,
I waszą boleść, boleść całej Anglii.
Na toż poświęcił brat mój Henryk młodość,
Odwagę, skarby i krew swoich ludów,
Na toż za łoże twardą wybrał ziemię,
Wśród mrozów zimy i wśród lata skwarów,
Aby dziedzictwo swoje, Francyę podbić?
Na toż poświęcił mądrość swą brat Bedford,
Aby zachować podboje Henryka?
Na toż wy także: Somerset, Buckingham,
York, Salisbury, zwycięski Warwicku,
Normandzkie pola krwią zlaliście waszą?
Lub na toż stryj mój Beaufort, ja nakoniec,

Z całą królestwa tego radą mądrą,
We dnie i w nocy, długiem rozmyślaniem,
Ciągiem szperaniem szukaliśmy środków,
Jak w posłuszeństwie kraj trzymać francuski?
Na toż niemowlę Henryk był w Paryżu
Koronowany, wrogom na przekorę,
Aby prac naszych zmarniał dzisiaj owoc?
Jakto? Więc wszystkie podboje Henryka,
Czujność Bedforda, wasze bohaterstwo,
I nasze rady przepaść dzisiaj mają?
Parowie Anglii, hańbą jest ten pokój!
Ślub ten fatalny! on waszą ćmi chwałę,
Z ksiąg wymazuje pamięci imiona,
Waszej dzielności zaciera napisy,
Podboju Francyi rozwala pomniki,
I wszystko niszczy, jakby nic nie było!
Kardynał.  Jakie znaczenie tej namiętnej mowy,
Takiej goryczy w twojem domówieniu?
Francya jest naszą i naszą zostanie.
Gloucest.  Byleśmy mogli w ręku ją utrzymać,
Co mi się teraz zdaje niepodobnem.
Nasz pan obecnie, Suffolk, nowy książę,
Dał dobrowolnie księstwa Maine i Anjou
Biednemu Reignier, którego tytuły
Z chudą nie bardzo kwadrują kaletą.
Salisbury.  Na mękę Tego, co za wszystkich umarł,
Kluczem Normandyi dwa te były księstwa —
Lecz czemu płacze syn mój dzielny Warwick?
Warwick.  Płaczę po stracie niepowetowanej.
Gdyby nadzieja była odzyskania,
Krewby lał miecz mój, a nie łzy me oczy.
Toć ja dwa piękne księstwa Maine i Anjou
Tą moją niegdyś podbiłem prawicą,
A dzisiaj, miasta krwią moją kupione
Z pokoju słowem do wroga wracają!
York.  Bodaj ten Suffolk sufokacyą zginął,
Gdy splamił honor wyspy tej rycerskiej!
Francyaby wprzódy serce me wydarła,

Nimbym podobne podpisał przymierze.
Czytałem w dziejach, że królowie Anglii
Zawsze w posagu wielkie brali summy,
A król nasz Henryk własne daje ziemie,
By pojąć żonę, co nic nie przynosi.
Gloucest.  Żart doskonały, jeszcze niesłychany,
Całej piętnastej domaga się Suffolk
Na jej podróży koszta i wydatki!
Alboż nie mogła we Francyi pozostać
I z głodu umrzeć, nim —
Kardynał.  Lordzie Gloucesterze,
Zbyt w zapał wpadasz; taka była wola
Króla i Pana.
Gloucest.  Lordzie kardynale,
Myśl twą przenikam; nie moje to słowa
Niechęć twą budzą, lecz moja obecność
Miesza ci szyki. Skryty gniew wybucha,
Dumny prałacie, na twojem obliczu
Wściekłość twą czytam; gdybym dłużej został
Znówbyśmy dawne odnowili kłótnie.
Żegnam, parowie; dajcie mi świadectwo,
Gdy mnie nie będzie, iż prorokowałem,
Że w krótkim czasie postradamy Francyę (Wychodzi).
Kardynał.  I tak protektor z wściekłością odchodzi.
Wiecie, panowie, że moim jest wrogiem,
Co więcej, wszystkich was nieprzyjacielem,
A niezbyt wielkim przyjacielem króla.
Rozważcie teraz, że krwi swojej prawem
Jest domniemanym korony dziedzicem.
Gdyby w posagu Henryk wziął cesarstwo,
Wszystkie bogate zachodu królestwa,
I takby jeszcze znalazł powód żalu.
Bądźcie więc baczni; nie dajcie się zwodzić
Cukrowym słówkom; powtarzam: ostrożność!
Bo choć mu motłoch sprzyja, choć mu daje
Nazwisko „Humphrey, dobry książę Gloucester“,
Choć klaszcząc w ręce wniebogłosy wrzeszczy;
„Waszą książęcą mość zachowaj Chryste!

Dobrego księcia w opiekę weź, Boże!“
Mimo tych pochlebstw, wkrótce się pokaże,
Jak niebezpieczny dla nas to protektor.
Bucking.  Mażli się dłużej królem opiekować,
Gdy król już dojrzał, by sam sobą rządził?
Połącz się ze mną, kuzynie Somerset,
A wszyscy razem z Suffolka pomocą,
Łatwo Humphreya z siodła wysadzimy.
Kardynał.  Tak ważna sprawa nie cierpi odwłoki:
Idę natychmiast do księcia Suffolka (Wychodzi).
Somerset.  Chociaż nam duma Humphreya dolega
I jego wielkość, kuzynie Buckingham,
I kardynała z oka nie spuszczajmy.
Bo nieznośniejsze jest jego zuchwalstwo
Od pychy wszystkich książąt naszej ziemi.
On protektorem będzie po Gloucesterze.
Bucking.  Ty, Somersecie, albo ja nim będę,
Mimo Humphreya, mimo kardynała.

(Wychodzą: Buckingham i Somerset).

Salisbury.  Za śladem dumy wychodzi ambicya.
Gdy oni gonią za własną wielkością,
To my pracujmy dla publicznej sprawy.
Nigdym nie dostrzegł, aby książę Gloucester
Z drogi honoru szlacheckiego zboczył,
Lecz częstom słyszał, jak dumny kardynał
(Raczej rajtara wzorem nie kapłana,
Tonem jakgdyby wszystkiego był panem),
Klął jak poganin, a rządził się w sposób
Niegodny władcy wielkiego narodu.
Starego ojca podporo, Warwicku!
Twe czyny, szczerość, twe domowe cnoty,
Wszelkiego ludu zjednały ci miłość,
Jesteś w ich sercach pierwszym po Humphreyu;
Bracie Yorku, twe prace w Irlandyi,
By tam ustalić porządek i prawo,
Twoja waleczność na francuskiej ziemi,
Gdy tam królewskim byłeś namiestnikiem,
Dały ci w Anglii honor i powagę:

Dla publicznego połączmy się dobra,
Wedle sił naszych zarzućmy wędzidło
Na kardynała i Suffolka dumę,
A na ambicyę księcia Somerseta
I Buckinghama; wspierajmy Humphreya,
Póki dla dobra kraju działać będzie.
Warwick.  Niechaj Warwicka tak Bóg wspierać raczy,
Jak on ojczyzny swojej szczęścia pragnie!
York.  York dla ważnych potwierdza to przyczyn.
Salisbury.  A dobrej sprawie pomóż, Boże! Amen.
Warwick.  Amen, mój ojcze? Już Maine straciliśmy,
Maine, które niegdyś Warwick szablą zdobył,
Gotów był bronić, póki krwi mu stanie.
Twe: amen, ojcze, Maine mi przypomniało,
Które odzyskam, albo legnę z chwałą.

(Wychodzą: Warwick i Salisbury).

York.  I Maine i Anjou oddane Francuzom,
Stracony Paryż, a po tylu klęskach
Na słabej nitce i Normandya wisi.
Co przyjął Suffolk, dzisiaj potwierdzili
Parowie Anglii; Henryk oddał chętnie
Dwa piękne księstwa za piękną księżniczkę.
Trudno ich ganić, bo cóż im to znaczy?
Moje to ziemie trwonią a nie swoje.
Jak łatwo szastać zdobyczą piratom,
Kochanki albo przyjaciół kupować,
Do ostatniego po pańsku żyć grosza!
A niechaj głupi tymczasem właściciel
Krwawe łzy leje, załamuje ręce,
I głową kiwa i drży na ustroniu.
Gdy oni jego dzielą się włościami,
On woli umrzeć z głodu, niż wziąć swoje.
Tak York siedzi i w język się kąsa,
Gdy oni jego frymarczą królestwem.
Zda mi się Anglia, Francya i Irlandya
Tak są z mem życiem i krwią skojarzone,
Jak z Meleagra niegdyś była sercem
Fatalna głownia Altei płonąca.

I Maine i Anjou oddane Francuzom!
Gorzka wiadomość, bom na Francyę liczył,
Jak się spodziewam żyznych łanów Anglii.
O swoje kiedyś York się upomni.
Dziś się z Nevilów stronnictwem połączę,
Zwiodę Humphreya udaną miłością,
A gdy sposobna pora się nadarzy,
Po moją własność, po koronę sięgnę,
Bo to cel złoty, do którego strzelam.
Praw mych Lancaster sobie nie przywłaszczy,
W dziecinnej ręce berła nie utrzyma,
Ani na głowie korony, do której
Popie narowy niezdolnym go robią.
Milcz więc, Yorku, aż godzina przyjdzie;
Gdy inni drzemią, ty nie śpij, ty czuwaj,
Ty myśl, jak stanu tajemnice zbadać,
Czekaj, aż Henryk, swej miłości syty,
Z młodą a drogo kupioną królową,
Humphrey z parami Anglii się poróżni;
Wtedy ja mleczną mą podniosę różę,
Słodką jej wonią zaleję powietrze,
Na mych chorągwiach wzniosę herb Yorków,
Z domem Lancastrów bój na śmierć rozpocznę,
By wyrwać berło z ręki bakałarza,
Co popim rządem Anglię upokarza (wychodzi).

SCENA II.
Londyn. Sala w pałacu księcia Gloucester.
(Wchodzą: Gloucester i Księżna).

Księżna.  Czemu tak zgięty jak kłos zbyt dojrzały
Gnie się pod darów Cerery ciężarem,
Czemu potężny książę czoło marszczy,
Jakgdyby świata łaskami pogardzał?
Czemu wzrok spuszczasz, w to utkwiwszy oczy,
Co twe spojrzenie zdaje się zachmurzać?
Coś tam zobaczył? Czy Henryka berło

Wszystkiemi świata honorami strojne?
Jeśli tak, ciągle chyl ku ziemi głowę,
Dopóki na nią korony nie włożysz.
Wyciągnij rękę, chwyć to chlubne złoto,
Jeśli za krótka, moja ją przedłuży,
A gdy ją wspólną uchwycimy pracą,
Wtedy ku niebu podniesiemy czoła,
I nigdy źrenic nie spuścim tak nizko,
By ziemię jednem zaszczycić spojrzeniem.
Gloucest.  O Nelly, Nelly! jeśli kochasz męża,
Raka ambicyi wygnaj z twoich myśli!
Niech zła myśl pierwsza, która mnie podszczuje
Na mego króla, mojego synowca,
Będzie zarazem myślą mą ostatnią!
Sen niespokojny wywołał mój smutek.
Księżna.  O czem marzyłeś? powiedz; ja nawzajem
Moich cię marzeń pocieszę weselem.
Gloucest.  Laskę tę, znamię mej dworskiej godności,
Widziałem we śnie na dwoje złamaną,
Przez kogo, nie wiem; ale mi się zdaje,
Przez kardynała; na dwóch tych ułamkach
Widziałem głowy Edmunda Somerset
I księcia Suffolk, Wilhelma de la Pole.
Co sen ten znaczy, Bóg wie chyba jeden.
Księżna.  Znaczy wyraźnie, że kto się odważy
W Gloucestera gaju uciąć sobie laskę,
Głową za swoje zuchwalstwo zapłaci.
Snu teraz mego słuchaj, drogi książe:
Ja w westminsterskiej zasiadłam katedrze
W koronacyjnem królów Anglii krześle,
A Henryk, klęcząc z żoną Małgorzatą,
Złotą koronę na głowę mi wkładał.
Gloucest.  Eleonoro, strofować cię muszę,
Eleonoro, wyrodna niewiasto!
Czyś nie jest drugą w królestwie kobietą,
A ukochaną protektora żoną?
Masz na rozkazy więcej świata uciech,
Niźli ich możesz w wyobraźni znaleźć,

A przecież zdradę w myślach twoich kujesz;
Czyliż chcesz siebie i małżonka strącić
Z honorów szczytu w upodlenia przepaść?
Precz stąd! Niech więcej twoich słów nie słyszę.
Księżna.  Jakto, mój mężu, możeszli się gniewać
Za to, że moje sny ci opowiadam?
Odtąd sny moje dla siebie zachowam,
By sobie takich oszczędzić wyrzutów.
Gloucest.  Gniew mój już minął i ty się nie gniewaj.

(Wchodzi Posłaniec).

Posłaniec.  Jego królewskiej mości jest życzeniem,
Abyś pośpieszył, lordzie, do Saint Alban’s,
Gdzie iść z sokołem na pole zamierza.
Gloucest.  Śpieszę. Czy chcesz mi, żono, towarzyszyć?
Księżna.  Chętnie i wkrótce pośpieszę za tobą.

(Wychodzą: Gloucester i Posłaniec).

Za tobą! pierwsza bowiem iść nie mogę,
Póki się twoja myśl tak nizko czołga.
Ach! gdybym była księciem, krwią najbliższym,
Znieśćbym umiała wszystkie te zawady,
Moją wyrównać drogę ich głowami.
Lecz choć niewiasta, na fortuny harcach
Myślę odegrać należną mi rolę.
Sir John! gdzie jesteś? możesz wejść bez trwogi,
Jesteśmy sami i nikt nas nie słyszy. (Wchodzi Hume).
Hume.  Waszej królewskiej mości niech Bóg strzeże!
Księżna.  Co mówisz? tylkom książęcą jest mością.
Hume.  Lecz bożą łaską a Huma radami
Książęcy tytuł w królewski urośnie.
Księżna.  Co mówisz, człeku? Czyś się już naradził
Z Margery Jourdain, chytrą czarownicą,
I czarodziejem Rogerem Bolingbroke?
Czy mi usługę zechcą tę wyświadczyć?
Hume.  W twej obecności przyrzekli mi, pani,
Wywołać ducha z ziemi bezdenności,
Co na twe wszystkie odpowie pytania.
Księżna.  To dobrze; moje pytania ułożę,
A za powrotem z Saint Alban’s, bez zwłoki,

Pomyślim, jakby rzecz tę uskutecznić.
Weź tę nagrodę, ze sprzymierzeńcami
W tej ważnej sprawie uciesz się, mój księże.

(Wychodzi).

Hume.  Księżniczki złotem Hume się ma ucieszyć?
Więc hulaj duszo! Lecz baczność, sir Johnie!
Niech z ust twych nic się oprócz cyt! nie wymknie,
Bo tajemnica potrzebna tej sprawie.
Płaci, bym do niej przywiódł czarownicę:
Złoto jej dobre, choćby dyabłem była.
Lecz złoto jeszcze z innych płynie brzegów;
Nie śmiem powiedzieć, że z rąk kardynała
I potężnego książęcia Suffolka.
Jednak to prawda; bo podejrzywając
Eleonory ambitne zachcenia
Płacą mi drogo, żeby ją podkopać,
I czarów szałem głowę jej zamącić.
Mówią, że hultaj obrotny faktora
Nie potrzebuje, ja przecie Suffolka
I kardynała zostałem faktorem.
Humie, ostrożność! boś gotów powiedzieć,
Że to jest para obrotnych hultajów.
Tak stoją rzeczy, i bardzo się lękam,
Że księżna Huma utonie hultajstwem,
A z jej upadkiem Humphrey także zginie:
Cobądż wypadnie, mnie złoto nie minie (wychodzi).

SCENA III.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: Piotr i inni, z prośbami).

1 Suplik.  Mości panowie, trzymajmy się w gotowości, milord protektor wejdzie za chwilę, będziemy mu mogli wręczyć nasze supliki.
2 Suplik.  Niechże go Bóg proteguje! bo dobry to człowiek. Błogosław mu, Chryste Panie!

(Wchodzą: Suffolk i królowa Małgorzata).
1 Suplik.  Zdaje mi się, że to on nadchodzi, a z nim królowa: będę pierwszy, to pewna.

2 Suplik.  Cofnij się, waryacie, to książe Suffolk a nie lord protektor.
Suffolk.  Co tam nowego, przyjacielu? czy masz mi co do powiedzenia?
1 Suplik.  Przebacz mi, milordzie, wziąłem cię za lorda protektora.
Małgorz.  (czytając adres). „Do lorda Protektora“. Zanosicie prośby do lorda protektora? Zobaczmy, o co idzie w twojej?
1 Suplik.  Moja suplika, z przeproszeniem waszej królewskiej mości, jest to skarga na Jana Poczciwca, sługę kardynała, który mi zabrał dom, ziemię, żonę i wszystko.
Suffolk.  I żonę także? Jest się o co skarżyć, nie przeczę. — A twoja? (czyta). Cóż to? „Skarga na księcia Suffolka za ogrodzenie gminnych pastwisk w Melford“. Co się to znaczy, hultaju?
2 Suplik.  Ach, jaśnie panie, jestem tylko biednym suplikantem w imieniu całej gminy.
Piotr  (oddając swoją suplikę). Skarga na mojego majstra, Tomasza Hornera za to, iż powiedział, że książę York jest prawym dziedzicem tronu?
Małgorz.  Co mówisz? Książe York powiedział, że on był prawym dziedzicem tronu?
Piotr.  Że był mój majster? Nie, tego nie powiedział. Mój majster powiedział, że on był prawym dziedzicem tronu, a że król był przywłaszczycielem.
Suffolk.  Hola! (wchodzą słudzy). Weźcie tego człowieka, a wyślijcie natychmiast sierżanta po jego majstra. Rozpatrzymy się dokładniej w tej sprawie w obecności króla. (Wychodzą słudzy z Piotrem).

Małgorz.  Wy, co pod skrzydłem lorda protektora
Przyśliście szukać opieki, na nowo
Nieście mu wasze pisane supliki (drze je).
Precz stąd, urwisze! Odpraw ich, Suffolku.
Wszyscy.  Zmykajmy! (wychodzą).
Małgorz.  Lordzie Suffolku, powiedz, toż jest zwyczaj,
Toż jest bieg rzeczy na angielskim dworze?

Toż się nazywa rządem Wysp Brytańskich?
To panowaniem króla Albionu?
Zawszeż król Henryk zostanie studentem
Pod surowego Gloucestera dozorem?
Ja tylko będę królową z nazwiska,
W rzeczywistości poddanką książęcia?
Słuchaj, Suffolku, gdym cię w Tours widziała,
Dla mej miłości w szrankach walczącego
I dam francuskich kradnącego serca,
Myślałam sobie, że podobnym tobie
Był Henryk męstwem, grzecznością i duchem;
On tylko myśli o świątobliwości,
O swej koronce, swoich Zdrowaś Marya;
Apostołowie jego rycerzami,
A mieczem pisma świętego maksymy;
Jego szrankami kaplica, kochanką
Posągi świętych kanonizowanych.
Niech go co prędzej wybierze konklawe
I na papieża powoła do Rzymu,
Ukoronuje potrójną koroną:
To pobożności jego tytuł godny.
Suffolk.  Cierpliwość, pani! Jak byłem przyczyną,
Że na angielską przyjść raczyłaś ziemię,
Tak moją sprawą na tej znajdziesz ziemi
Zaspokojenie wszystkich twoich życzeń.
Małgorz.  Prócz protektora, Somerset, Buckingham,
Dumny kardynał York w ciągłych dąsach,
Rządzą tu nami; najmniejszy z tych panków
Większą od króla Anglii ma tu władzę.
Suffolk.  Najpotężniejszy z nich jednak nie może
Przewodzić w Anglii więcej od Nevilów.
Nie zwyczajnymi są parami Warwick
I Salisbury.
Małgorz.  Ale wszyscy razem
O pół mi tyle nie są dokuczliwi,
Co dumna pani, żona protektora.
W dam swoich kole na dwór występuje
Nie jak księżniczka lecz jak cesarzowa;

Każdy ją obcy za królowę bierze,
Bo na swym grzbiecie księstw nosi dochody,
W sercu naszemu urąga ubóstwu:
Czyliż się nigdy zemsty nie doczekam?
Toć ta łajdaczka nikczemnego rodu
W swych faworytów śmiała wyrzec kole,
Że jeden ogon jej najgorszej sukni
Droższy od wszystkich ziem był mego ojca,
Nim mu za córkę dał Suffolk dwa księstwa.
Suffolk.  Już na nią rózgę lepem namazałem,
A nasadziłem takiego wabika,
Że sama spadnie, a nigdy nie wzleci,
Aby cię dłużej, pani, niepokoić.
Zostaw ją tylko na chwilę, a teraz
Usłuchaj rady, którą dać się ważę;
Do kardynała choć nie mamy serca,
Z nim i z lordami musim się połączyć,
Aż się nam uda obalić Humphreya.
Ostatnia skarga nie wielką przysługę
Księciu Yorku na dworze tym odda;
A tak, kolejno, wszystkich wyplewimy,
Aż ster szczęśliwy w twoje wpadnie ręce.

(Wchodzą: król Henryk, rozmawiając z Yorkiem i Somersetem; książę i księżna Gloucester, kardynał Beaufort, Buckingham, Salisbury i Warwick).

Król Henr.  Rzecz to jest dla mnie bardzo obojętna,
Wszystko mi jedno York czy Somerset.
York.  Jeśli we Francyi York źle się sprawił,
To namiestniczej odmów mu godności.
Somerset.  Jeśli Somerset nie wart jej dostąpić,
Chętnie uchyli czoło przed Yorkiem.
Warwick.  Nie o to idzie, książę, czyś jej godny
Czyli niegodny, lecz York godniejszy.
Kardynał.  Lepszym od siebie zostaw głos, Warwicku.
Warwick.  W boju nie lepszy ode mnie kardynał.
Bucking.  Warwicku, wszyscy lepsi tu od ciebie.
Warwick.  Może się Warwick czasów tych doczeka,
W których najlepszym ze wszystkich tu będzie.

Salisbury.  Skończ, synu. Powiedz, proszę, Buckinghamie,
Czemu pierwszeństwa Somerset godniejszy?
Małgorz.  Czemu? Bo taka królewska jest wola.
Gloucest.  Król dość jest stary, by sam sąd swój wyrzekł.
Nie rzecz kobieca sprawa tej natury.
Małgorz.  Jeśli dość stary, z jakichże powodów,
Jeszcześ jest, książę, jego protektorem?
Gloucest.  Królestwa tylko jestem protektorem;
Urząd mój złożę na jego rozkazy.
Suffolk.  Więc złóż; zuchwalstwu twemu połóż koniec.
Od pierwszej chwili twego panowania
(Bo któż jest królem tutaj oprócz ciebie?)
Publiczna sprawa do upadku dąży.
Delfin zwyciężył na francuskiej ziemi,
A tu, parowie i angielska szlachta
Niewolnikami władzy twojej byli.
Kardynał.  Lud zubożyłeś, a przez twoje zdzierstwa
Schudła, ścieńczała kapłańska skarbona.
Somerset.  Ubiór twej żony, pyszne twe pałace
Do dna publiczny skarb już wyczerpały.
Bucking.  Wszelkie granice prawa przekroczyło
Twe okrucieństwo w karaniu występnych,
I ciebie teraz pod sąd daje prawa.
Małgorz.  Sprzedaż urzędów, sprzedaż miast we Francyi,
Jeśli się sprawdzą nasze podejrzenia,
Wnet ci bez głowy skakaćby kazała.

(Wychodzi Gloucester; królowa upuszcza wachlarz).

Podaj mi wachlarz; nie możesz, kochanko?

(Daje policzek księżnie).

Ah, to ty, pani? o, przebacz mi, proszę.
Księżna.  To ja, ja byłam, ja, dumna Francuzko.
Gdybym twych wdzięków memi paznokciami
Mogła dosięgnąć, na twojejbym twarzy
Dziesięć przykazań moich wypisała.
Król Henr.  Przebacz jej, ciotko, czyn to mimowolny.
Księżna.  Czyn mimowolny? Póki czas, daj baczność!
Ona i ciebie jak dziecko spowija.
Choć na tym dworze pan w spódnicy chodzi,

To uderzenie płazem jej nie ujdzie (wychodzi).

(Wchodzi Gloucester).

Gloucest.  Teraz, panowie, gdym z gniewu ochłonął
W krótkiej przechadzce po zamkowym placu,
Przychodzę radzić o publicznej sprawie.
Co do fałszywych, potwarczych zarzutów,
Złóżcie dowody, a skarci mnie prawo;
Lecz niechaj duszę moją Bóg tak sądzi,
Jak kocham króla mego i mą ziemię!
Teraz do rzeczy; powtarzam więc, panie,
Że York wszystkie posiada przymioty,
By namiestnikiem twoim być we Francyi.
Suffolk.  Nim padnie wybór, niech mi będzie wolno
Złożyć dowody niepośledniej wagi,
Że to najgorszy z wszystkich kandydatów.
York.  A ja ci powiem, dlaczego najgorszy:
Naprzód, nie umiem dumie twojej schlebiać,
Powtóre, jeśli godność tę otrzymam,
Tak mnie tam długo zostawi Somerset
Bez amunicyi, wojska i pieniędzy,
Aż Delfin panem całej będzie Francyi.
Wszak już poprzednio, jego tylko sprawą,
Poddać się musiał Paryż ogłodzony.
Warwick.  I ja to stwierdzam; haniebniejszej zbrodni
Nigdy się zdrajca kraju nie dopuścił.
Suffolk.  Hardy Warwicku, radziłbym ci milczeć.
Warwick.  Czemu mam milczeć, ty obrazie dumy?

(Wchodzą słudzy Suffolka prowadząc Hornera i Piotra).

Suffolk.  Bo tu o zdradę jest ktoś oskarżony;
Bodaj się York mógł usprawiedliwić!
York.  Czy kto o zdradę Yorka oskarża?
Król Henr.  Co chcesz powiedzieć? Co to są za ludzie?
Suffolk.  Oto jest człowiek, miłościwy panie.
Co swego majstra oskarża o zdradę.
Miał on powiedzieć: Ryszard, książę York,
To prawy dziedzic angielskiej korony;
Ty, królu, tylkoś jest przywłaszczycielem.
Król Henr.  Wyznaj, człowieku, czy to powiedziałeś?

Horner.  Najjaśniejszy panie, nigdy nic takiego ani powiedziałem, ani pomyślałem. Bóg mi jest świadkiem, że jestem fałszywie oskarżony przez tego łotra.

Piotr.  (podnosząc ręce). Na te dziesięć kości przysięgam, najjaśniejszy panie, że mi to powiedział jednej nocy, gdyśmy na poddaszu szorowali pancerz księcia Yorku.

York.  Nikczemny łotrze, głową mi zapłacisz
Za twoje słowa zdradą przepełnione!
Niech wedle całej prawa surowości
Odpowie za to, błagam, rozkaż, królu.

Horner.  Ach, najjaśniejszy panie, powieś mnie, jeśli kiedykolwiek słowa te wyrzekłem. Mój oskarżyciel jest moim czeladnikiem. Kiedym go ostatnią razą chłostał za jakieś przewinienie, klęknął i ślubował, że mi odda wet za wet. Postawię na to wiarogodnych świadków. Proszę cię więc, królu, nie chciej gubić uczciwego człowieka na oskarżenie łotra.

Król Henr.  Jak tę rzecz prawo rozstrzyga, mój stryju?
Gloucest.  Oto jest wyrok: Niech książę Somerset
Będzie we Francyi króla namiestnikiem,
Gdy podejrzenie na Yorka padło.
Tym dwom wyznaczyć dzień i miejsce trzeba,
Gdzie pojedynek sprawę ich rozstrzygnie,
Skoro ma świadków przeciw swemu słudze
Tak prawo mówi i tak Humphrey sądzi.
Somerset.  Waszej królewskiej mości składam dzięki.
Horner.  A ja przyjmuję chętnie pojedynek.

Piotr.  Ach, najjaśniejszy panie! bić się nie mogę. Przez miłość Boga ulituj się nade mną! Zawziętość tego człowieka przemogła. O, panie, bądź mi miłosierny! Nie potrafię nigdy jednego dać ciosu. O panie! moje serce!

Gloucest.  Bij się, hultaju, albo będziesz wisiał.
Król Henr.  Zamknąć ich w Tower, aż bój się odbędzie
Na dniu ostatnim przyszłego miesiąca.
Chodź, Somersecie, podróż twoja nagli.

(Wychodzą).
SCENA IV.
Londyn. Ogród księcia Gloucester.
(Wchodzą: Margery Jourdain, Hume, Southwell, Bolinghroke).

Hume.  Dalej, panowie, księżna czeka na spełnienie waszych obietnic.
Bolingbr.  Jesteśmy gotowi. Czy księżna chce widzieć i słyszeć nasze zaklęcia?
Hume.  Bez wątpienia; czemu nie? Nie trwóżcie się o jej męstwo.
Bolingbr.  Słyszałem, że ma to być pani nieustraszonego ducha. Byłoby jednak dobrze, mości Hume, żebyś był przy niej tam na górze, gdy my będziemy zajęci tu na dole. Proszę cie więc, idź z Bogiem, a zostaw tu nas samych. (Wychodzi Hume). Matko Jourdain, padnij jak długa i tarzaj się po ziemi, a ty Janie Southwell, czytaj; czas już wziąć się do roboty. (Pokazuje się Księżna w oknie na górze).

Księżna.  Bardzo dobrze, mości panowie, witajcie mi wszyscy!
Teraz do rzeczy; im prędzej tem lepiej.
Bolingbr.  Cierpliwość! Czas swój znają czarownicy:
Noc ciemna, czarna, noc głucha, milcząca,
Godzina, w której podpalono Troję,
W której psy wyją, a hukają sowy,
W której upiory ze swych wstają grobów,
Do czarów naszych najlepsza to pora.
Nie trwóż się, pani, bo duch wywołany
Nie wyjdzie z koła zaczarowanego.

(Zakreślają koło i dopełniają zwykłych obrzędów: Bolingbroke lub Southwell czyta „Conjuro te“ i t. d. Straszne grzmoty i błyskawice, pokazuje się Duch).

Duch.  Adsum.
Jourdain.  Asmath.
Przez tego Boga, na którego imię
Drżysz, odpowiadaj na moje pytania,
Bo cię nie puszczę, póki nie odpowiesz.
Duch.  O co chcesz, pytaj, bylem prędzej skończył.

Bolingbr.  (czyta). „Naprzód o królu: Jaki los go czeka?“
Duch.  Książe ten żyje, co Henryka strąci,
Który gwałtowną zginie potem śmiercią.

(W miarę jak mówi Duch, Southwell notuje odpowiedzi).

Bolingbr.  „Księcia Suffolka jaka będzie przyszłość?“
Duch.  Przez wodę zginie, w niej koniec go czeka.
Bolingbr.  „A z Somersetem księciem co się stanie?“
Duch.  Niechaj się strzeże zamków; bezpieczniejsze
Będą dla niego piaszczyste równiny
Od miejsc basztami zamków najeżonych.
Skończ! bom już dłużej niezdolny wytrzymać.
Bolingbr.  Stąd do ciemności i jezior ognistych,
Fałszywy dyable, precz stąd!

(Grzmoty i błyskawice. Duch znika. — Wbiegają York i Buckingham ze strażą i inni).

York.  Trzymajcie zdrajców, zabierzcie ich graty.
Dobrze na oku miałem cię, kumoszko.
I ty tu, pani? Król i cała Anglia
Będą ci wdzięczni za te twoje trudy,
A lord protektor pewno twe zasługi
Wedle ich całej wartości zapłaci.
Księżna.  Mniej one straszne od czynów twych, książe,
Co mi śmiesz grozić, gdzie niema powodów.
Bucking.  To prawda, żadnych. (Pokazując papiery).
A to, jak nazywasz.
Do turmy z nimi, zamknąć ich osobno,
I ty nam, pani, musisz towarzyszyć.
Wiedź ją, Staffordzie, do twego pałacu.

(Księżna oddala się z okna).

Wasze tu wszystkie przetrząśniem rupiecie;
Do turmy z nimi. (Wychodzi straż z Bolingbrokiem i t. d.).
York.  Lordzie Buckingham, dobrze czatowałeś;
Wyborny spisek, jest na czem budować.
Zobaczmy teraz dyabelskie pisanie.
(Czyta). „Książe ten żyje, co Henryka strąci,
Który gwałtowną zginie potem śmiercią“.
Odpowiedź jasna; prawie słowo w słowo:
Aio te, Aeacida, Romanos vincere posse.

Co potem idzie?
„Księcia Suffolka jaka będzie przyszłość?
Przez wodę zginie, w niej koniec go czeka. —
A z Somersetem księciem co się stanie?
Niechaj się strzeże zamków; bezpieczniejsze
Będą dla niego piaszczyste równiny
Od miejsc basztami zamków najeżonych“.
Idźmy, panowie, bo te odpowiedzi
Trudny sens mają, choć trudno nabyte.
Król do Saint Alban’s właśnie teraz dąży
Razem z małżonkiem tej miluchnej damy;
Wieść tę galopem trzeba im wyprawić;
Dla protektora liche to śniadanie.
Bucking.  Pozwól mi, książe, grać rolę posłańca,
Bo drogo takie płacą się nowiny.
York.  Zrób, jak chcesz. Hola! (Wchodzi sługa).
Lordów Salisbury
I Warwick zaproś jutro na wieczerzę. (Wychodzą).




AKT DRUGI.
SCENA I.
Saint Alban’s.
(Wchodzą: król Henryk, królowa Małgorzata, Gloucester, Kardynał i Suffolk, z nimi sokolnicy nawołując).

Małgorz.  Lat siedm przynajmniej jak mnie polowanie
Na wodne ptactwo tak nie ubawiło.
Lecz trzeba wyznać, że wiatr był gwałtowny;
Dziesięć za jeden, że stara Joanna,
Przy takim czasie, wzbićby się nie chciała.
Król Henr.  (do Gloucestera). Ale twój sokół, lordzie, jak wystrzelił!
Jak nieskończenie nad inne wybujał!
W wszystkich stworzeniach Bóg działa jednako:

Tak ptak jak człowiek chętnie pnie się w górę.
Suffolk.  Nic w tem dziwnego, najjaśniejszy panie,
Że tak góruje sokół protektora,
Wie, że pan jego lubi szczytnie bujać,
I nad sokoła wybiega swą myślą.
Gloucest.  Podły to umysł, milordzie Suffolku,
Co nie potrafi nad ptaka wylecieć.
Kardynał.  Wiem, żeby pragnął nad chmurami pływać.
Gloucest.  Zapewne; a ty, lordzie kardynale,
Czybyś nie pragnął do nieba zalecieć?
Król Henr.  Do tej skarbnicy wiecznego wesela!
Kardynał.  Na ziemi twoje niebo; oczy twoje
I twoje myśli krążą bez ustanku
Koło korony, skarbu twego serca,
Ty niebezpieczny, zgubny protektorze,
Co króla twego i kraj twój tak zwodzisz.
Gloucest.  Jakże kardynał nasz się zacietrzewił!
Tantane animis coelestibus ira?
Ksiądz tak gorący? Skryj lepiej złość twoją,
Z tylą świętości łatwo ci to będzie.
Suffolk.  Niema tu więcej złości, jak przystoi
Tak dobrej sprawie, tak złemu parowi.
Gloucest.  Jak kto, milordzie?
Suffolk.  Jak ty, protektorze,
Jeśli pozwolisz prawdę mi powiedzieć.
Gloucest.  Twoje zuchwalstwo całej znane Anglii.
Małgorz.  Jak i Gloucestera znana jest ambicya.
Król Henr.  Dobra królowo, nie podniecaj, proszę,
Ognia niezgody w moich wściekłych parach:
Błogosławiony, kto przynosi pokój.
Kardynał.  Niechajże będę ja błogosławiony
Za pokój, który z dumnym protektorem
Pragnę skojarzyć ostrzem mego miecza.
Glouc.  (na str. do Kard.). Na honor, święty stryju, jakże pragnę,
Aby do tego przyszło!
Kardynał  (na stronie).Kiedy zechcesz.
Gloucest.  (na stronie). Tylko nie szukaj mnogich popleczników,
Lecz sam za swoje odpowiedz zuchwalstwo.

Kardynał.  (na str.). Wiem, żeś ubogi w serce; gdy śmiesz jednak,
Na wschodniej lasu krawędzi, dziś w wieczór.
Król Henr.  Cóż to za sekret?
Kardynał  (głośno).Gdyby twój sokolnik,
Lordzie Gloucesterze, nie był ptaka zwabił,
Nasza zabawa potrwałaby dłużej.
(Na str.) A przyjdź z dwuręcznym mieczem.
Gloucest.  (na stronie).Jak chcesz, stryju.
Kardynał  (na stronie). Tylko pamiętaj, wschodnia lasu krawędź.
Gloucest.  (na str.). Nie trwóż się; znajdziesz mnie tam, kardynale.
Król Henr.  O czem na stronie mówisz z nim, Gloucesterze?
Gloucest.  Tylko o moim sokole, mój królu.
(Na stronie) Chyba, żem mojej zapomniał szermierki,
Jeśli ci za to głowy nie postrzygę.
Kardynał  (na stronie). Medice, te ipsum;
Sam się proteguj, lordzie protektorze.
Król Henr.  Jak namiętności wasze, wiatr się wzmaga;
Sercu to memu niemiła muzyka,
Gdzie taki rozstrój, jak harmonię znaleźć?
Zróbcie mnie waszym rozjemcą, panowie.
Człowiek  (wbiega wołając): Cud! cud!
Gloucest.  Co znaczą te głośne okrzyki?
O jakim cudzie mówić chcesz, człowieku?
Człowiek.  Cud! cud!
Suffolk.  Więc zbliż się do króla i powiedz,
Co za cud?
Człowiek.  Panie, pół godziny temu,
Od urodzenia ślepy człowiek przejrzał
Sprawą relikwii świętego Albana.
Król Henr.  Dzięki ci, Boże, żeś dał wiernym duszom
Światło w ciemnościach, pociechę w rozpaczy!

(Wchodzą: Mer Saint Alban’s i jego bracia, za nim Simpcox niesiony przez dwóch ludzi na krześle, za nim jego żona i tłum ludzi).

Kardynał.  Procesyonalnie nadchodzą mieszczanie
Aby ci, królu, przedstawić człowieka.
Król Henr.  Wielka jest jego na ziemi pociecha,
Choć grzechy jego wzrok może rozmnożyć.
Gloucest.  Otwórzcie drogę, zbliżcie go do króla,

Który z nim pragnie mówić osobiście.
Król Henr.  Dobry człowieku, opowiedz nam wszystko,
Byśmy za ciebie chwalić mogli Pana.
Więc byłeś ślepy, dziś wzrok odzyskałeś?
Simpcox.  Urodziłem się ślepy, z przeproszeniem waszej królewskiej mości.
Żona.  Oj, że ślepy, to prawda.
Suffolk.  Co to za kobieta?
Żona.  Jego żona, wielmożny panie.
Gloucest.  Godniejsze wiary byłoby świadectwo,
Gdyby nie żoną lecz matką mu była.
Król Henr.  Gdzie się rodziłeś?
Simpcox.  W Berwick, na północy.
Król Henr.  Wielkie okazał Bóg ci miłosierdzie;
Niechże pamięci twej będzie przytomne,
We dnie i w nocy, Pańskie zmiłowanie.
Małgorz.  Powiedz mi teraz, czyś przybył przypadkiem,
Czy na pielgrzymkę do świętego grobu?
Simpcox.  O, na pielgrzymkę, Pan Bóg mi jest świadkiem,
Bo święty Alban ze sto razy we śnie
Wzywał mnie, mówiąc: „Przybywaj Simpcoxie,
W moich relikwiach znajdziesz pokrzepienie“.
Żona.  To czysta prawda, bo nieraz ja także
Słyszałam w nocy głos ten wołający.
Kardynał.  Czyś i kulawy?
Simpcox.  Tak, pomóż mi, Boże!
Suffolk.  Skąd ta ułomność?
Simpcox.  Spadłem z drzewa, panie.
Żona.  Ze śliwy zleciał.
Gloucest.  Od jak dawnaś ślepy?
Simpcox.  Od urodzenia.
Gloucest.  A wlazłeś na drzewo?
Simpcox.  Raz w mojem życiu, kiedym był wyrostkiem.
Żona.  To prawda, drogo też za to zapłacił.
Gloucest.  Nie lada byłeś śliwek miłośnikiem,
Gdyś śmiał to zrobić.
Simpcox.  Ach, wielmożny panie,
Żonie się mojej zachciało węgierek;

Z niebezpieczeństwem życia się wdrapałem.
Gloucest.  Subtelny hultaj: lecz próżne wybiegi.
Pokaż mi oczy; zmruż je; otwórz teraz;
Mem zdaniem, jeszcze niezbyt dobrze widzisz.
Simpcox.  O, jak dzień jasno, dzięki panu Bogu
I Albanowi świętemu.
Gloucest.  Tak mówisz?
Więc powiedz, jaki płaszcza tego kolor?
Simpcox.  Czerwony, panie, jakby krew czerwony.
Gloucest.  To prawda. Jakiż kolor mojej sukni?
Simpcox.  Czarny, o, czarny jak węgiel lub gagat.
Król Henr.  A więc wiesz, jaki jest gagatu kolor?
Suffolk.  Nigdy go przecie, jak myślę, nie widział.
Gloucest.  Lecz widział sukni i płaszczów niemało.
Żona.  Nigdy do dzisiaj w całem swojem życiu.
Gloucest.  Powiedz mi, hultaju, jak się nazywam?
Simpcox.  Ach, wielmożny panie, nie wiem.
Gloucest.  A ten pan jak się nazywa?
Simpcox.  Nie wiem.
Gloucest.  A tamten?
Simpcox.  I tego nie wiem, wielmożny panie.
Gloucest.  A ty sam jak się nazywasz?
Simpcox.  Saunder Simpcox, z przeproszeniem wielmożnego pana.

Gloucest.  Więc siadaj tu, Saundersie, ty najkłamliwszy łotrze w całem chrześcijaństwie. Gdybyś się urodził ślepym, byłoby ci równie łatwo wiedzieć wszystkich nas imiona, jak znać różne kolory naszych sukni. Wzrok może rozeznać kolory, ale znać odrazu wszystkie ich nazwiska, to niepodobna. Panowie, święty Alban cud ten tu zrobił, ale co myślicie, czy nie wielka byłaby potęga, któraby przywróciła nogi temu chromemu?
Simpcox.  O wielmożny panie, gdyby to było w twojej mocy.
Gloucest.  Panowie rajcy Saint Albańscy, czy niema w waszem mieście bedela i instrumentu zwanego batogiem?
Mer.  I owszem, milordzie.
Gloucest.  Więc poślijcie po niego natychmiast.
Mer.  Ruszaj po bedela i wracaj z nim co prędzej.

(Wychodzi sługa).
Gloucest.  Przynieście mi tu ławę. (Przynoszą ławę). Słuchaj hultaju, jeśli chcesz uniknąć batogów, przeskocz mi przez tę ławę i zmiataj.

Simpcox.  Ach, wielmożny panie, nie mogę utrzymać się na nogach o własnych siłach; chcesz męczyć mnie na próżno. (Wchodzi sługa z Bedelem).
Gloucest.  Musim jednak znaleźć lekarstwo na twe kalectwo. Bedelu, ćwicz mi tego łotra, póki przez tę ławę nie przeskoczy.
Bedel.  Zaraz, milordzie. No, mopanku, zdejm mi natychmiast twoją katankę.
Simpcox.  Co ja mam tu począć, wielmożny panie? Nie mogę stać o własnych siłach. (Po pierwszem razie Bedela skacze przez ławę i ucieka. Lud za nim biegnie wołając: Cud!)
Król Henr.  Widzisz to, Boże, a cierpisz tak długo!
Małgorz.  Śmiech było widzieć, jak hultaj ten zmykał.
Gloucest.  Schwytajcie łotra; trzymajcie tę dziewkę.
Żona.  Ach, panie, zrobiliśmy to z okrutnej biedy.
Gloucest.  Dać im chłostę na rynku każdego miasteczka po drodze do Berwick, skąd przyszli.

(Wychodzą: Mer, Bedel, Żona i t. d.).

Kardynał  Nasz książę Humphrey zrobił cud widomy.
Suffolk.  Za jego sprawą uleciał nam chromy.
Gloucest.  Przy twoich cudach, lordzie, cud to mały,
Boć twoją sprawą miasta uleciały.

(Wchodzi Buckingham).

Król Henr.  Jakie nam wieści Buckingham przynosi?
Bucking.  Które objawić serce się me lęka.
Banda hultajów w zbrodni zatwardziałych,
W ścisłem przymierzu z żoną protektora,
Eleonorą, i pod jej opieką,
(Bo ona głową w całej była sprawie)
W zgubne dla państwa wdała się praktyki,
Z grzeszną pomocą czarownic, guślarzy.
Myśmy ich zeszli na gorącym razie,
Wywołujących z pod ziemi złe duchy,
By im wróżyły o śmierci Henryka,
I innych panów z tajnej króla Rady,

Jak się to później w szczegółach pokaże.
Kard.  (na str. do Glouc.). Tak więc twa żona, lordzie protektorze,
O tej godzinie więźniem jest w Londynie:
Wieść ta zapewne wyszczerbi twój oręż,
Na umówionem wzbroni stanąć miejscu.
Gloucest.  Ambitny mnichu, nie dręcz mojej duszy!
Głęboka boleść odbiera mi siły,
Więc ci ustąpić muszę zwyciężony,
Jakbym ustąpił ostatniemu ciurze.
Król Henr.  Jakich się grzesznik dopuszcza sprosności,
By sam sprowadził piorun na swą głowę!
Małgorz.  Patrz, jakie plamy gniazdo twe skalały;
Dajże sam baczność, abyś wyszedł biały.
Gloucest.  Co do mnie, pani, Boga świadkiem miałem,
Jak mego króla, jak kraj mój kochałem;
Co do mej żony, nie rozumiem sprawy,
Boleję tylko nad tem, co słyszałem.
Mimo jej rodu całej szlachetności,
Jeśli nie pomna honoru i cnoty,
Knowała z ludźmi, których towarzystwo
Wszelką szlachetność niby smoła kala,
Z mego ją łoża i domu wypędzam.
Dotknięta mieczem prawa, niech umiera
Za hańbę sławy uczciwej Gloucestera.
Król Henr.  Dość na tem. Noc tę przepędzim w Saint Alban’s,
Jutro ze świtem do Londynu wrócim,
Aby w tej sprawie pilnie się rozpatrzyć;
Po wysłuchaniu tych szpetnych przestępców,
Sprawiedliwości wszystko zważy szala,
Bo prawo tylko gubi lub ocala.

(Wychodzą przy odgłosie trąb).
SCENA II.
Londyn. Ogród księcia Yorku.
(Wchodzą: York, Salisbury i Warwick).

York.  Dostojni goście, Salisbury, Warwick,
Po skromnej uczcie, pozwólcie mi, proszę,

Śród tej samotnej spytać was przechadzki,
Jakie o prawach moich niewątpliwych
Do tronu Anglii wasze jest też zdanie.
Warwick.  Racz nam je, książę, wyłożyć dokładnie,
A jeśli słuszność jest ich niewątpliwa,
Rachuj na wierność i pomoc Nevilów.
York.  A więc słuchajcie: siedmiu spłodził synów
Król Edward Trzeci; Edward, Czarny książe,
Był z nich najstarszym; drugim Wilhelm z Hatfield,
A trzecim książe Klarencyi, Lionel;
Po nim Lancastru książe, Jan z Gandawy;
Piątym był Edmund Langley, książe York;
Szóstym był Tomasz z Woodstock, książe Gloucester,
A Wilhelm z Windsor siódmym i ostatnim.
Przed ojcem umarł Edward, książę Czarny,
Lecz dziedzic jego, Ryszard, syn jedyny,
Po śmierci króla Edwarda panował,
Kiedy najstarszy syn Jana z Gandawy,
Henryk Bolingbroke, książe Lancasteru,
Koronowany jako Henryk Czwarty,
Berło z prawego króla wydarł ręki,
Królową wysłał do Francyi, skąd przyszła,
A króla zamknął w Pomfret, gdzie, jak wiecie,
Niewinny Ryszard był zamordowany.
Warwick.  Ojcze, co mówi książe, wszystko prawda,
Tak dom Lancastrów do korony przyszedł.
York.  Którą dziś dzierży gwałtem, a nie prawem:
Bo po dziedzicu najstarszego syna,
Ryszardzie, syna drugiego potomkom
Korona Anglii prawem należała.
Salisbury.  Lecz Wilhelm z Hatfield umarł bezpotomnie.
York.  Ale syn trzeci, Lionel z Klarencyi,
(Którego wszystkie prawa na mnie spadły)
Zostawił córkę Filippę; tę córkę
Edmund Mortimer, hrabia Marchii, pojął,
A z nich się rodzi Roger, hrabia Marchii;
Roger zostawił syna i dwie córki:
Edmunda, Annę i Eleonorę.

Salisbury  Edmund, jak w naszych czytałem kronikach,
Za Bolingbroka rządów, o swe prawa
Chciał się upomnieć i królemby został,
Gdyby go Owen Glendower nie trzymał
W ścisłem więzieniu aż do jego śmierci.
Lecz słucham końca.
York.  Starsza jego siostra,
A matka moja, Anna, prawem spadku
Dziedziczka tronu, pojęła za męża
Ryszarda hrabię Cambridge, co się rodził
Z Edmunda Langley, Edwarda Trzeciego
Piątego syna. Jam jest jej dziedzicem,
Jak ona była dziedziczką Rogera
Hrabiego Marchii, którego był ojcem
Edmund Mortimer, córki Lionela
Księcia Klarencyi, Filippy, małżonek.
Jeśli więc lepsze prawo do korony
Dzieci starszego syna przed młodszymi,
Ja królem jestem.
Warwick.  Wywód jak dzień jasny.
Henryk gruntuje na Janie z Gandawy,
Czwartym potomku, wszystkie swoje prawa,
York wywodzi swoje od trzeciego.
Jak długo gałąź Lionela kwitnie,
Henryk praw nie ma; ty z twymi synami
Jesteście szczepu tego latoroślą.
Ugnijmy przeto kolano przed prawem,
I pierwsi króla prawego pozdrówmy
Na tem ustroniu, ojcze Salisbury.
Salisbury.  Warwick. Niech długo żyje Ryszard, król Angielski!
York.  Dzięki wam składam. Lecz królem nie jestem,
Póki na głowę korony nie włożę,
Miecza nie skąpię w krwi domu Lancastrów;
A dzieło takie nie nagłych wybuchów,
Ale milczącej wymaga rozwagi.
Za mym przykładem, w dniach tych niebezpiecznych,
Przymrużcie oczy na pychę Suffolka,
Dumę Beauforta, jak na Somerseta

Ambitne myśli, jak na Buckinghama,
I jak na całej kliki tej zamachy,
Póki pasterza trzody nie uszczują,
Księcia Humphreya, cnotliwego pana,
Bo to ich celem; ja im prorokuję,
Że śmierć u swoich życzeń znajdą mety.
Salisbury.  Dość na tem dzisiaj: znamy twoje myśli.
Warwick.  Serce mi mówi, że Warwicka sprawą
Na króla książę York się przemieni.
York.  A ja znów wróżę, Nevilu, że Ryszard
Dni tych dożyje, w których hrabia Warwick
Pierwszym po królu w Anglii będzie panem.

(Wychodzą).
SCENA III.
Londyn. Sala Sądowa.
(Przy odgłosie trąb wchodzą: król Henryk, królowa Małgorzata, Gloucester, York, Suffolk, Salisbury. — Księżna Gloucester, Margery Jourdain, Southwell, Hume i Bolingbroke pod strażą).

Król Henr.  Eleonoro Cobham, a Gloucestera
Zbliż się, małżonko. Wielkie twoje zbrodnie
I wedle boskich i wedle praw naszych;
Słuchaj wyroku za śmiertelne grzechy
Śmiercią karane bożem przykazaniem.

(Do Jourdainy i t. d.).

Wy czworo wróćcie natychmiast do Tower,
A stamtąd prosto na plac egzekucyi.
Na Smithfield płomień pożre czarownicę,
A pozostałych trzech, stryczek zadusi.
Ty, jako domu szlachetnego córka,
Na całe życie z honorów odarta,
Z końcem trzydniowej publicznej pokuty,
Resztę żywota spędzisz na wygnaniu,
W swoim rodzinnym na wyspie Man domu,
Pod ścisłą strażą sir Johna Stanleya.
Księżna.  Dobre wygnanie, śmierć byłaby lepszą.

Gloucest.  Eleonoro, prawo cię tak sądzi,
Usprawiedliwić nie mogę sądzonej.

(Wychodzą: Księżna i inni więźniowie pod strażą).

Łzy są w mych oczach, a boleść w mem sercu.
W twojej starości hańba ta, Humphreyu,
Do ziemi schyli głowę twą strapioną!
Pozwól mi królu odejść, bo mój smutek
Pociechy czeka, a wiek mój spoczynku.
Król Henr.  Nim się oddalisz oddaj mi twą laskę;
Henryk sam będzie swoim protektorem,
A Bóg mi będzie nadzieją, podporą,
Mym przewodnikiem i stóp mych latarnią.
Idź więc w pokoju, niemniej ukochany,
Jak kiedy byłeś króla protektorem.
Małgorz.  Nie wiem, dlaczego, jak dziecię, pod strażą
Król pełnoletni ma być protektora.
Niech Bóg i Henryk sterem Anglii rządzą:
Oddaj królowi laskę i królestwo.
Gloucest.  Mą laskę? królu, oto laska moja,
A w tak ją dobrej oddaję ci chęci,
Jak mi dał ojciec twój świętej pamięci;
U stóp ją twoich tak radośnie złożę,
Jakby ją inny chciał uchwycić może.
Żegnam cię królu! gdy mnie grób pochłonie,
Niech pokój, honor, przy twym stoją tronie. (Wychodzi).
Małgorz.  Teraz nakoniec Henryk królem został,
A Małgorzata została królową.
Już nie jest sobą Humphrey, książę Gloucester,
Po strasznym ciosie; naraz dwa zwycięstwa:
Wygnana księżna, ręka jego prawa,
Wydarta laska, niech wróci, przez dzięki,
Gdzie jest jej miejsce — do Henryka ręki.
Suffolk.  Tak dąb ten upadł, opuścił ramiona;
Eleonory duma w kwiecie kona.
York.  Pokój z nim teraz. Najjaśniejszy panie,
Dziś wyznaczony dzień jest pojedynku,
Gotowe strony obie w szranki wstąpić,
Płatnerz ze swoim walczyć czeladnikiem.

Więc pojedynku racz świadkiem być, królu.
Małgorz.  I ja dlatego dwór mój opuściłam,
Aby bożego sądu widzieć koniec.
Król Henr.  Przyrządźcie szranki, a niech bożą sprawą,
Gdzie sprawiedliwość, będzie i zwycięstwo.
York.  Nigdym płaczliwszej nie widział figury,
Z większym przestrachem idącej do boju,
Jak ten płatnerza czeladnik, panowie.

(Wchodzą; z jednej strony Horner, na pół pijany, w kole sąsiadów pijących do niego; Horner niesie w ręku kij z przywiązanym do niego workiem piasku, przed nim bęben; z drugiej strony Piotr z bębnem i takim samym kijem, w towarzystwie pijących do niego czeladników).

1 Sąsiad.  Tylko śmiało, sąsiedzie Horner; piję za twoje zdrowie ten kielich kseresu. Nie bój się, sąsiedzie, wyjdziesz z tej sprawy z honorem.
2 Sąsiad.  A tu masz, sąsiedzie, puhar Charneca.[3]
3 Sąsiad.  A tu kwartę dobrego dubeltowego piwa, sąsiedzie. Pij, a nie bój się twego czeladnika.
Horner.  Niech tylko zacznie się bójka. Piję wszystkich zdrowie, a figa Piotrowi!
1 Czeladn.  Piję za twoje zdrowie, Piotrze! tylko śmiało!
2 Czeladn.  Nie trać ducha, Piotrze! Nie bój się twojego majstra, bij się za honor czeladników.
Piotr.  Dziękuję wam wszystkim; pijcie, proszę, a módlcie się za mną, bo mi się wszystko zdaje, że to mój ostatni łyk na ziemi. Słuchaj, Robinie, jeśli zginę, zostawiam ci mój fartuch, a tobie, Wilhelmie, młot mój; ty, Tomku, zabierz wszystko, co mam w gotowiźnie. Błogosław mi, Panie Boże. Nigdy ja nie potrafię się ostać przeciw mojemu majstrowi; on się tak długo ćwiczył w szermierce!
Salisbury.  Dość już tego; skończcie wasze zdrowia, a weźcie się do razów. Jak się nazywasz, hultaju?
Piotr.  A juści Piotr, panie.
Salisbury.  Piotr, co więcej?
Piotr.  Tłuk.
Salisbury.  Tłuk! starajże się dobrze utłuc twojego majstra.
Horner.  Mości panowie, przychodzę tu, że tak powiem, na podżeganie mojego czeladnika, aby mu dowieść, że jest hultajem a ja uczciwym człowiekiem. Co się tyczy księcia Yorku, niech zginę, jeśli kiedykolwiek miałem względem niego złe myśli, lub względem króla, lub względem królowej. A więc, Piotrze, spodziewaj się zamaszystego razu, jaki Bevis z Southampton zadał Ascapartowi.
York.  Język hultaja plątać się zaczyna.
Wielki czas w trąby na sygnał uderzyć.

(Trąby. Biją się. Piotr powala swojego majstra).

Horner.  Stój, o, stój, Piotrze! zdradę mą wyznaję (umiera).
York.  Broń mu odbierzcie. Dziękuj Panu Bogu
I winu za twe nad majstrem zwycięstwo.
Piotr.  O, Boże! jaż to zwyciężyłem moich nieprzyjaciół w takiej obecności? O Piotrze! przemogłeś po sprawiedliwości.
Król Henr.  Wynieście tego zdrajcę z naszych oczu,
Bo w jego śmierci grzech jego widzimy.
W sprawiedliwości swej Bóg nam objawił
Biedaka tego szczerość i niewinność;
A on go zabić w swej chciał nieprawości!
Chodź teraz ze mną po twoją nagrodę. (Wychodzą).

SCENA IV.
Londyn. Ulica.
(Wchodzi Gloucester i jego służba, w żałobie).

Gloucest.  Tak nieraz chmura jasny dzień zasępia,
Jałowa zima po lecie przychodzi
Z swemi burzami i szczypiącym wiatrem.
Łza goni uśmiech tak jak zima lato.
Która godzina?

Służba.  Dziesiąta milordzie.
Gloucest.  Właśnie godzina, o której mam czekać
Przybycia mojej księżnej ukaranej.
Jak ostrą będzie dla nóg delikatnych
Krzemiennych ulic kamienna posadzka!
Moja Nell droga, jak gorzkie ci będą
Wzgardliwych tłumów ciekawe spojrzenia
Na twe oblicze z szyderstwem zwrócone!
Uśmiechy ludzi na twe poniżenie,
Którzy przed chwilą za twym biegli wozem
Przelatującym w tryumfie ulice!
To ona! Czas już przygotować oczy,
Łzami przyćmione na cierpień jej widok.

(Wchodzi księżna Gloucester w białej osłonie, z papierem przypiętym na plecach, bosą nogą, z płonącą pochodnią w ręku, z nią sir John Stanley, szeryf i oficerowie).

Służba.  Chcesz, panie? Z rąk ją szeryfa wyrwiemy.
Gloucest.  Uchowaj Boże! Niech w pokoju przejdzie.
Księżna.  Czyś przyszedł, mężu, na hańbę mą patrzeć?
Ah, i dla ciebie jest to czas pokuty!
Tłum odurzony palcem cię wytyka,
Kiwając głową, mierzy cię oczyma.
Przed nienawistnem skryj się ich spojrzeniem,
W twojej komnacie płacz nad twoją hańbą,
Przeklinaj wspólnych naszych nieprzyjaciół!
Gloucest.  Cierpliwość, droga! Zapomnij tych smutków.
Księżna.  Ah, samej siebie naucz mnie zapomnieć,
Bo gdy pomyślę, żem żoną jest twoją,
Żeś ty jest księciem, Anglii protektorem,
Jak nie mam myśleć, że nie należało
Z taką mnie hańbą po ulicach wodzić,
Z kartą na plecach, wśród tłumów pospólstwa,
Które z radością na łzy moje patrzą,
I moich westchnień słuchają z przekąsem.
Krzemień me nogi rani delikatne,
A gdy się wzdrygnę, lud śmiejąc się woła,
Abym ostrożniej stąpała po bruku.
Ah, mogęż dźwigać, hańbiące to jarzmo?

Na świat ten mogęż oczy me obrócić,
Szczęśliwym mienić, kto na słońce patrzy?
Nie, ciemność światłem, noc dniem moim będzie,
A piekłem mojem myśl o mej wielkości.
Czasami powiem: Byłam kiedyś żoną
Księcia Gloucestera, co tym rządził krajem,
Ale tak rządził i takim był księciem,
Że ja, księżniczka jego opłakana,
Pod jego okiem, byłam pośmiewiskiem
Wszystkich urwiszów i włóczęgów miasta.
Lecz bądź spokojny, hańby się mej nie wstydź,
O nic się nie troszcz, aż śmiertelny topór
Nad twoją głową zawiśnie, niedługo,
Bo Suffolk, który wszystko u tej może,
Co ciebie, co nas wszystkich nienawidzi,
York, bezbożny Beaufort, ksiądz fałszywy,
Na twoje skrzydła rózgę namazali;
Próżno się będziesz szamotał odlecieć,
W swój lep cię schwycą; ty nie trwóż się przecie,
Nie myśl, jak swoich uprzedziłbyś wrogów,
Póki ich sidła nóg ci nie splątają.
Gloucest.  Ach, skończ, skończ, żono! Mylne twoje sądy;
Wprzód zgrzeszyć muszę, zanim mnie potępią.
Choćbym miał stokroć więcej nieprzyjaciół,
Każdy z nich stokroć więcej miał potęgi,
Wszyscy mi razem nie zdołają szkodzić,
Póki niewinnym, póki wiernym będę.
Chcesz, bym cię z tego wyrwał poniżenia?
Nie starłbym plamy z twojego honoru,
A sam się zgubił prawa pogwałceniem.
Twym zbawcą będzie tylko rezygnacya,
Ugnij więc serce, Nell, do cierpliwości;
Dnie poniżenia ubiegną niedługo.

(Wchodzi herold).

Herold.  Wzywam waszą łaskawość na parlament jego królewskiej mości, mający się otworzyć w Bury, dnia pierwszego przyszłego miesiąca.
Gloucest.  A nikt nie pytał o me pozwolenie!
To skryte spiski. Powiedz, że się stawię.

(Wychodzi herold).

Nell, bądź mi zdrowa! Proszę cię, szeryfie,
Nie bądź surowszy od królewskich zleceń.
Szeryf.  Mój obowiązek, książę, tu się kończy,
A sir John Stanley ma, wedle rozkazów,
Zabrać ją teraz na wyspę Man z sobą.
Gloucest.  A tam pod twoją, sir John ma być strażą?
Stanley.  Tak jest mój książę; to królewska wola.
Gloucest.  Niech moja prośba, byś był dla niej względny,
Nie będzie większej surowości źródłem.
Świat jeszcze może uśmiechnąć się do mnie,
I mogę jeszcze dnia tego doczekać,
W którym dobrocią dobroć twą zapłacę.
A teraz przyjmij moje pozdrowienie.
Księżna.  Czy dla mnie nie masz słowa pożegnania?
Gloucest.  Łzy moje świadkiem, że nie mogę mówić.

(Wychodzi Gloucester i służba).

Księżna.  Ach, z tobą moja odbiegła pociecha!
Odtąd nadzieją moją śmierć jest tylko,
Na której wzmiankę wprzód mnie dreszcz przejmował,
Bom świata tego pragnęła wieczności.
Błagam, Stanleyu, prowadź mnie co prędzej,
Gdzie, nie dbam wcale, bo nie żądam łaski;
Prowadź mnie tylko, gdzie ci nakazano.
Stanley.  Wyspa Man, pani, twoim będzie domem,
Tam, wedle stanu, czeka cię przyjęcie.
Księżna.  |A więc okrutne, bo jestem shańbioną;
Czy mnie haniebne przyjęcie tam czeka?
Stanley.  Nie, pani, wszystkie znajdziesz tam honory
Księcia Humphreya żonie przynależne.
Księżna.  Bądź zdrów, szeryfie! a z serca ci życzę
Lepszej niż moja doli, chociaż byłeś
Narzędziem mego tutaj poniżenia.
Szeryf.  Przebacz mi, pani, to moja powinność.
Księżna.  Wiem, powinności tylko dopełniłeś.
Bądź zdrów! — Stanleyu, czy wszystko gotowe?

Stanley.  Z końcem pokuty odrzuć te osłony,
A przywdziej, pani, suknie do podróży.
Księżna.  Z osłoną mojej nie odrzucę hańby,
Na mych najdroższych widna będzie szatach,
Żadne przebranie ukryć jej nie zdoła.
Lecz idźmy; pragnę ujrzeć me wygnanie.




AKT TRZECI.
SCENA I.
Opactwo w Bury.
(Wchodzą: Parlament, król Henryk, królowa Małgorzata, kardynał Beaufort, Suffolk, Buckingham i inni).

Król Henr.  Dziwna, że jeszcze lord Gloucester nie przybył,
Nie jego było zwyczajem się późnić;
Jakiż to powód zatrzymał go teraz?
Małgorz.  Alboż nie widzisz, czy nie mogłeś dostrzedz,
Jak dziwnie jego zmienił się charakter?
Jaki majestat w każdym jego ruchu,
Jaka zuchwałość od pewnego czasu,
Jaka w obejściu duma i stanowczość?
Był czas, pamiętam, gdy skromny i cichy,
Na każde króla lub moje spojrzenie
Zginał kolana, tak że dwór nasz cały
Z dziwem na jego spoglądał uległość;
Spotkaj go teraz, choćby o poranku,
Gdy każdy chętne daje pozdrowienie,
On brwi swe marszczy, gniewne toczy oko,
Milcząc, kolanem wymija nas sztywnem,
Przynależnego nie oddając hołdu.
Nikt nie uważa na warczenie kądla;
Lecz gdy lew ryknie, i wielcy drżą ludzie,
A Humphrey nie jest małym w Anglii mężem,

Pomnij, że krewnym jest twoim najbliższym,
Że z twym upadkiem on pierwszy się wzniesie.
Mem zdaniem, krok to jest niepolityczny,
Na złość nie bacząc w jego piersi skrytą,
Na zyski, które śmierć mu twa zapewnia,
Do twej królewskiej przyzywać go Rady,
Do twej królewskiej przypuszczać osoby.
Pochlebstwem ludu zjednał sobie serca,
I byle zechciał rozruchy wywołać,
Lud za nim pójdzie na pierwsze skinienie.
To wiosna jeszcze, chwast się nie wkorzenił;
Zostaw go tylko, ogród ci zarośnie,
Przez twe niedbalstwo twe przygłuszy kwiaty.
Czujna troskliwość o mojego pana
Te mi natchnęła o Gloucesterze myśli;
Niewieścią trwogą nazwij je, gdy błądzę.
Jeżeli moje zbijesz podejrzenia,
Poddam się, powiem: pokrzywdziłam księcia.
Niechaj więc Suffolk, Buckingham, niech York
Me podejrzenia zwalą, jeśli mogą,
Lub gdy nie mogą, niech słowa me stwierdzą.
Suffolk.  Dobrze Gloucestera przeniknęłaś, pani,
I gdybym pierwszy me objawił myśli,
Zapewne twoją powtórzyłbym powieść.
Myślę, że z jego to pobudki księżna
Swoje dyabelskie zaczęła praktyki,
Lub, gdy jej zbrodni nie był uczestnikiem,
O pochodzeniu swojem przechwałkami,
(Które dziedzicem tronu go robiło)
O wielkiej rodu swego szlachetności
Tak rozpalony mózg księżny podrażnił,
Że chciała króla zgubić dyabłów sprawą.
Głębokie wody cichym płyną prądem;
Ta skromna postać zdradę chowa na dnie.
Lis, kiedy jagnię chce ukraść, nie szczeka.
Nie, nie, nikt jeszcze Gloucestera nie zgłębił,
Nie widział zdrady, którą w duszy chowa.

Kardynał.  Czy nie wymyślił, wbrew przepisom prawa,
Okrutnych kaźni na błahe występki?
York.  Czy nie rozpisał ogromnych podatków
Na Anglię całą, niby na żołd wojska,
Którego nigdy do Francyi nie posłał?
Co ciągłych buntów dało miastom powód.
Bucking.  Ba, ba, powszednie wszystko to są grzechy,
Przeciw nieznanym, które czas wyświeci
W tej cichej księcia Humphreya figurze.
Król Henr.  Troskliwość, z jaką cierń chcecie karczować,
Ażeby naszej nie obraził nogi,
Pochwały godna, lecz mamże, panowie,
Mówić, jak moje szepcze mi sumienie?
Gloucester tak wszelkiej zdrady jest niewinny
Jak gołębica albo ssące jagnię.
Zbyt dobre jego serce i niewinne,
By o złem marzył lub mej szukał zguby.
Małgorz.  Jak niebezpieczna ta szalona ufność!
Jeśli ci Gloucester gołębiem się zdaje,
To piór pożyczył, bo krucze ma myśli;
Jeśli to jagnię, to nie w swojej skórze,
Bo wszystkie jego skłonności są wilcze;
Kto chce oszukać, łatwo znajdzie maskę.
Bądź baczny, królu! Wszystkich nas zbawienie
Od tego zdrajcy upadku zależy. (Wchodzi Somerset).
Somerset.  Szczęście i zdrowie mojemu królowi!
Król Henr.  Jakie nowiny z Francyi, Somersecie?
Somerset.  Wszystkie francuskie twoje posiadłości
W ręku są wroga; wszystko tam stracone.
Król Henr.  Złe to nowiny, lordzie Somersecie;
Lecz niech się stanie wedle woli bożej.
York  (na stronie). Złe są i dla mnie; bo równie liczyłem
Na kraj francuski jak na żyzną Anglię.
Tak więc me kwiaty zwarzyły się w pączku,
Liść mój zielony zjadły gąsiennice.
Ale niedługo wszystkiemu zaradzę,
Lub me tytuły za grób świetny sprzedam.

(Wchodzi Gloucester).

Gloucest.  Szczęście i pokój mojemu królowi!
Przebacz mi, jeśli tak późno przychodzę.
Suffolk.  Zbyt tylko wcześnie przychodzisz, Gloucesterze,
Lub byłbyś lepszym poddanym, niż jesteś.
W areszt cię biorę jako zdrajcę kraju.
Gloucest.  Na moich licach nie ujrzysz rumieńca,
Aresztowany, nie zblednę, Suffolku;
Niewinne serce nie łatwo się trwoży.
W najczystszem źródle mniej nie znajdziesz mętów,
Jak zdrady kraju w mojej czystej duszy.
Kto mnie oskarża? jaka moja wina?
York.  Francyi się dałeś przekupić, milordzie,
Żołd przynależny wojskom zatrzymałeś,
A wskutek tego król nasz Francyę stracił.
Gloucest.  A kto przynosi takie zaskarżenie?
Z żołnierskiej płacy groszam nie zatrzymał,
Jak od Francuzów nie dostałem grosza.
Bóg mi jest świadkiem, że we dnie i w nocy
Tylko o szczęściu Anglii rozmyślałem.
Niech każdy szeląg z królewskiego skarbu
Do mej szkatuły przeze mnie wniesiony,
W dniu mego sądu przeciwko mnie świadczy!
O! nie, niejeden funt z własnej fortuny,
By podatkami ludu nie ubożyć,
Posłałem naszym we Francyi załogom,
Nigdy żadnego nie żądając zwrotu.
Kardynał.  Wszystko to łatwo powiedzieć, milordzie.
Gloucest.  Bóg widzi, prawdę tylko powiedziałem.
York.  Za twoich rządów straszne, niesłychane
Przeciw występnym wymyślałeś kary,
Shańbiłeś Anglię okrucieństwa plamą.
Gloucest.  Wie świat, że kiedy byłem protektorem,
Zbyteczna litość wadą była moją:
Łzy potępionych miękczyły mi serce,
I skrucha była występku okupem.
Nigdym surowej nie wymierzył kaźni,
Chyba na krwawych tylko rozbójnikach,
Lub na złodziejach łupiących wędrowców.

Nie myślę przeczyć, że krwawy grzech mordu
Ciężej nad wszystkie występki karciłem.
Suffolk.  Na te zarzuty łatwa jest odpowiedź;
Ale ci większe zbrodnie zarzucają,
Z których ci trudniej będzie się oczyścić.
Więc cię w imieniu króla aresztuję,
Pod straż oddaję lorda kardynała
Aż do dnia sądu.
Król Henr.  Milordzie Gloucesterze,
Mam ja niepłonną nadzieję, że zdołasz
Zwycięsko wszystkie podejrzenia zwalić,
Bo me sumienie woła, żeś niewinny.
Gloucest.  Łaskawy panie, czas to niebezpieczny;
Szpetna ambicya głos cnoty przygłusza;
Miłość wygnana ręką nienawiści;
Hydne zepsucie dumną wznosi głowę,
A sprawiedliwość wygnanką w tej ziemi.
Wiem, że na moje spiknęli się życie.
Gdyby śmierć moja szczęście dała Anglii,
A ich przemocy była razem metą,
Chętnie ostatnią krwibym oddał kroplę;
Lecz ma śmierć tylko sztuki ich prologiem,
Przed której końcem tysiąc innych padnie,
Co dzisiaj nie śnią o niebezpieczeństwach;
Beauforta oko czerwone, ogniste,
Złośliwość serca jego wypowiada;
Na chmurnem czole burza nienawiści
Lorda Suffolka; język Buckinghama
Miota zjadliwie ten ciężar zazdrości,
Co jego serce gniecie swym ogromem;
Swarliwy York, co chce księżyc schwycić,
Któregom ramię wstrzymał zbyt ambitne,
Fałszywą skargą na me godzi życie;
A i ty, pani, bez żadnych powodów,
Na głowę moją zwaliłaś niełaskę,
I ze sił wszystkich pragnęłaś przemienić
Na mego wroga najdroższego króla.
Wszyscy gonicie do jednego celu;

Ni mi tajemne wasze były schadzki,
Ni na niewinne życie me zamachy;
Pewno wam świadków nie braknie fałszywych,
Ni winy moje zdrad powiększających.
Stare przysłowie i na mnie się sprawdzi:
Łatwo kij znajdzie, kto chce psa uderzyć.
Kardynał  Nieznośne, królu, jego są obelgi.
Gdy ci, co życie pragną twe ratować
Od noża zdrady i zdrajców wściekłości,
Mogą szkalowań takich być przedmiotem,
A winny może tak bezkarnie mówić,
W swej gorliwości niejeden ostygnie.
Suffolk.  Czyliż w hańbiących chociaż zręcznych słowach
Na panią naszą podejrzeń nie rzucił,
Że za jej sprawą, na jego ruinę,
Krzywoprzysięzców zjawi się gromada?
Małgorz.  Ale przebaczam przegrywającemu.
Gloucest.  Więcej w tem prawdy, pani, jak myślałaś:
Przegrałem, prawda, ale biada także
Wygrywającym, bo w grze szachrowali,
A kto tak przegrał, wolno może mówić.
Bucking.  On gotów prawić od rzeczy dzień cały,
Wszak to twój więzień, lordzie kardynale.
Kardynał.  Pod dobrą strażą wyprowadźcie księcia.
Gloucest.  Tak więc król Henryk swą odrzuca kulę,
Nim się na własnych może ostać nogach;
Pasterz od twego odegnany boku,
A o krew twoją już się wilki swarzą.
Bodaj obawa moja była próżną!
Lecz przewiduję, królu, twój upadek.

(Wychodzi służba z Gloucesterem).

Król Henr.  Wedle rad waszej mądrości, panowie,
Zmieniajcie stare, nowe piszcie prawa,
Jakbym obecny był tu osobiście.
Małgorz.  Jakto? Chcesz, królu, opuścić parlament?
Król Henr.  Chcę, Małgorzato. Serce smutku pełne,
Do ócz wysyła zbytek swej goryczy.
Istność ma cała w nędzę owinięta,

Bo nad strapienie cóż jest nędzniejszego?
Stryju Humphreyu, na twej widzę twarzy
Obraz honoru, prawdy, lojalności,
I nigdym jeszcze, dobry mój Humphreyu,
W twojej wierności nie znalazł zawodu.
Jakaż to gwiazda sprawiła zawistna,
Że tylu panów, że moja królowa
Wydrzeć niewinne chcą ci twoje życie?
Nigdy ich, nigdyś nie skrzywdził nikogo.
Jak rzeźnik cielę zabiera związane,
Do jatek pędzi, a bije okrutnie,
Jeśli mu z prostej drogi na piędź zboczy,
Tak go okrutnie stąd uprowadzili.
Jak matka wkoło rozpaczliwie biega,
Pogląda w stronę, gdzie znikło biedniątko,
Po drogiej stracie ryczeć tylko może,
Tak ja bezsilny lać tylko łzy mogę
Nad nieszczęściami dobrego Gloucestera,
I tylko okiem mogę zaciemnionem
Poglądać za nim, pomódz mu niezdolny,
Bo zbyt potężnych znalazł nieprzyjaciół.
Lecz przy mem każdem westchnieniu powtórzę:
Nie wiem, kto zdrajcą, Gloucester być nie może.

(Wychodzi).

Małgorz.  Zimny lód topnie na promieniach słońca.
Na wielkie sprawy król Henryk zbyt zimny,
Zbyt przepełniony mlekiem miłosierdzia.
Gloucester go uwiódł pozorami cnoty,
Jak litosnego zwodzi wędrownika
Krokodyl jęków udanych sidłami,
Lub jak na kwiatów zwinięty pościeli
Wąż wabi dziecko swoją pstrą odzieżą,
A swą pięknością przywabione kąsa.
Gdyby mędrszego nie było ode mnie,
(A mój w tej sprawie dobry zda się rozum)
Wkrótce Gloucestera ten światby się pozbył,
I nas od ciągłej wyzwolił obawy.
Kardynał.  Myśl to natchnięta dobrą polityką,

Zbywa nam tylko na dobrych pozorach,
Bo drogą prawną zgładzić nam go trzeba.
Suffolk.  Niepolityczny podobny jest zamiar;
Król będzie pragnął życie mu ocalić,
Lud może powstać na jego ratunek,
A my nie mamy lepszych argumentów
Na jego zgubę jak naszą nieufność.
York.  A więc tem samem nie chcesz jego śmierci?
Suffolk.  Nikt jej ode mnie nie pragnie goręcej.
York.  York ważniejsze ma tego powody.
Lecz, kardynale, i ty, lordzie Suffolk,
Powiedzcie szczerze, ręka na sumieniu,
Czy to nie jedno, zgłodniałemu orłu
Dać przeciw kani obronę kurczęcia,
Co Humphreyowi dać króla opiekę?
Małgorz.  Śmierćby kurczęcia była niewątpliwą.
Suffolk.  To prawda, pani. Nie jestże szaleństwem
Pieczę nad trzodą lisowi powierzyć?
A gdy go skarżą o mordercze myśli,
Zamknąć na wszystko oczy obojętne,
Bo jeszcze swoich nie spełnił zamiarów?
Nie, nie, niech ginie, bo to lis jest chytry,
Zanim ubroczy swój pysk krwią czerwoną
Ten urodzony trzody nieprzyjaciel,
Jak Humphrey króla jest nieprzyjacielem.
Jak go zaś zgładzić, troska niepotrzebna,
Sidłem, żelazem albo też podstępem;
Gdy śpi lub czuwa, rzecz to obojętna,
Byleby zginął, bo wolny od winy,
Kto pierwszy zdrady użył przeciw zdrajcy.
Małgorz.  Lordzie Suffolku, głos to rezolutny.
Suffolk.  Gdzie niema czynu, niema rezolucyi,
Bo nieraz słowom myśl nie towarzyszy.
Lecz serce moje z mym zgodne językiem;
By mego króla życie uratować,
Zasługą będzie podobny uczynek.
Dajcie znak tylko, księdzem jego będę.
Kardynał.  Hrabio Suffolku, jabym go chciał zgładzić,

Nim poświęcenie na księdza otrzymasz.
Dajcie mi tylko wasze przyzwolenie,
Mą będzie sprawą wynaleźć oprawcę,
Tak mi jest drogie króla bezpieczeństwo.
Suffolk.  Masz moją rękę; czyn godny spełnienia.
Małgorz.  I ja tak mówię.
York.  I ja to potwierdzam;
A tam, gdzie nasze zgodne są trzy zdania,
Mniejsza, kto nasze potępi wyroki. (Wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Z Irlandyi śpieszę, dostojni panowie,
Aby wam donieść, że bunt głowę podniósł,
I srogo naszych morduje Anglików.
Wyprawcie wojska, by wściekłość zatrzymać,
Zanim śmiertelna rozjątrzy się rana;
Dzisiaj jest jeszcze nadzieja ratunku.
Kardynał.  Wyłom śpiesznego wymaga zatkania.
W tej ważnej sprawie jaka wasza rada?
York.  Na wielkorządcę ślijmy Somerseta;
Słuszna szczęśliwym powierzać dowództwo,
A swego szczęścia we Francy i nam dowiódł.
Somerset.  Gdyby z mądrością swoją York całą
Na mojem miejscu był tam namiestnikiem,
Nigdy by w Francyi tak długo nie ostał.
York.  To prawda, nimbym, jak ty wszystko stracił,
Wprzódybym poległ; nigdybym nie wrócił
Z niesławy plamą na moim honorze,
Zwlekając, póki wszystko nie przepadnie;
Pokaż nam jedno draśnięcie oręża:
Wódz tak roztropny nie często zwycięża.
Małgorz.  Na wielki pożar iskra się ta zmieni,
Byle jej stało wiatru i pokarmu.
Dobry Yorku, drogi Somersecie,
Błagam was, skończcie. Może twa fortuna,
Gdybyś na jego miejscu był, Yorku,
Od losów jego byłaby smutniejszą.
York.  Jak nic smutniejszą? A więc hańba wszystkim!
Somerset.  Pierwszemu tobie, skoro jej tak pragniesz.
Kardynał.  Lordzie Yorku, spróbuj twej fortuny.

Kerny irlandzkie za oręż chwyciły
I krwią angielską roszą swoją ziemię;
Czy chcesz prowadzić wojsko doborowe
Na tę wyprawę po hrabstwach zebrane,
Próbować szczęścia przeciw Irlandczykom?
York.  Jeśli to wola króla jegomości.
Suffolk.  Nasz wybór znakiem woli jest królewskiej;
Bo król potwierdzi, co my stanowimy.
Więc na twą rękę weź tę rzecz, Yorku.
York.  Zgoda. Zbierajcie potrzebne zaciągi,
Gdy ja załatwię prywatne me sprawy.
Suffolk.  Sam dopilnuję wszystkiego, milordzie,
Lecz wróćmy teraz do zdrajcy Humphreya.
Kardynał.  Nie mówmy o nim; dołożę starania,
By nas na przyszłość nie kłopotał więcej.
Czas teraz odejść, bo już dzień się chyli;
Pomówim o tem w stosowniejszej chwili.
York.  Lordzie Suffolku, z końcem dwóch tygodni
Czekam w Bristolu na wasze zaciągi,
Bo stamtąd myślę do Irlandyi płynąć.
Suffolk.  Rachuj, milordzie, na moją gorliwość.

(Wychodzą wszyscy prócz Yorka).

York.  Teraz lub nigdy przyszedł dzień, Yorku,
W stal odziać twardą twoje trwożne myśli,
I koniec wszystkim położyć wahaniom.
Bądź, czem nadzieję masz być, albo śmierci
Oddaj, czem jesteś, jak troski nie warte.
Zostaw strach blady duszom pospolitym,
A twe królewskie zamknij przed nim serce.
Jak deszcz wiosenny myśl po myśli cieknie,
A na dnie każdej myśli jest korona.
Mózg pracowitszy niźli skrzętny pająk
Snuje nić długą na mych nieprzyjaciół.
Dobrze, panowie, myśl to polityczna
Na czele silnej wyprawiać mnie armii;
W waszem zanadrzu głodny wąż ogrzany,
Zatrute zęby w sercach wam utopi.
Nie miałem armii, wyście mi ją dali;

Wdzięcznie przyjmuję, wierzajcie mi tylko,
Miecz włożyliście w szalonego rękę.
Walcząc w Irlandyi na mych hufców czele,
W Anglii potrafię czarną wzniecić burzę,
Posłać tysiące do nieba lub piekła.
Ta zawierucha nie wprzód się uciszy,
Aż na mej skroni królewska korona,
Niby jasnego słońca złoty promień,
Szalonych wichrów wściekłość ukołysze.
Już wykonawcę planów mych znalazłem:
Jan Cade z Ashfordu, zuchwały Kentyjczyk,
Wywoła rozruch, na pole wystąpi
Jak Jan Mortimer, prawy tronu dziedzic.
Już ja go dawniej w Irlandyi widziałem,
Jak się pasował z liczną Kernów bandą,
A nie ustąpił, aż od dzid mu uda
Jak skóra jeża stały się kolczaste.
Uratowany, jak Maurytańczyk
W górę podskoczył, jak tancerz dzwonkami,
Krwawych dzid lasem wesoło potrząsał.
Często w ubraniu kudłatego Kerna
W nieprzyjacielskie wciskał się obozy,
A niepoznany, przynosił z powrotem
Obrzydłych planów wszystkie tajemnice;
Ten dyabeł będzie mym tu namiestnikiem,
Bo twarzą, ruchem i głosem podobny
Do Mortimera dziś nieżyjącego.
To mi da możność ludu zbadać myśli
O prawach domu York do korony.
Jeśli go schwycą, wiem, że na torturach
Mimo boleści, nie wyrzeknie słowa,
Czyjem natchnieniem za oręż uchwycił;
Jeśli zwycięży, co bliższe jest prawdy,
Ja, z mą irlandzką przybywając armią,
Przez tego łotra siane zbiorę żniwo.
Z śmiercią Humphreya, a jest niedaleka,
Z strąceniem króla, na mnie kolej czeka.

(Wychodzi).
SCENA II.
Bury. Sala w pałacu.
(Wbiega kilku morderców).

1 Mord.  Biegnij do lorda Suffolk z tą nowiną,
Że jak rozkazał, zgładziliśmy księcia.
2 Mord.  Gdyby to jeszcze było do zrobienia!
Cośmy zrobili? Czy słyszałeś kiedy
Taką pobożną przed śmiercią pokutę? (Wchodzi Suffolk).
1 Mord.  Sam lord przychodzi.
Suffolk.  Jakże stoi sprawa?
1 Mord.  Nie żyje, lordzie.
Suffolk.  Uczciwa odpowiedź.
Śpieszcie więc teraz do mojego domu,
Gdzie zasłużoną znajdziecie nagrodę.
Król i parowie stąd są niedaleko.
Czyście przystojnie narządzili łoże,
I wszystko wedle danych wam rozkazów?
1 Mord.  Wszystko, milordzie.
Suffolk.  To dobrze. Odejdźcie.

(Wychodzą mordercy. — Wchodzą: król Henryk, królowa Małgorzata, Kardynał Beaufort, Somerset i inni).

Król Henr.  Idź, mego stryja przywołaj natychmiast,
Powiedz, że naszym zamiarem jest dzisiaj
Osądzić skargi na niego wniesione.
Suffolk.  Śpieszę wykonać rozkaz mego pana (wychodzi).
Król Henr.  Zabierzcie miejsca, dostojni panowie.
Proszę was tylko, nie bądźcie surowsi
W waszych wyrokach na mojego stryja
Nad to, co stwierdzą dowody niezbite
O winie knowań jego podejrzanych.
Małgorz.  Uchowaj Boże, by ludzka nienawiść
Mogła potępić niewinnego pana!
Bodaj się tylko mógł usprawiedliwić!
Król Henr.  Dzięki za dobre słowo, Małgorzato! (Wchodzi Suffolk).
Cóż to? Co znaczy ta bladość? to drżenie?
Cóż to? Gdzie stryj mój? odpowiedz Suffolku.

Suffolk.  Umarły w łożu. Gloucester umarł, panie.
Małgorz.  Uchowaj Boże!
Kardynał.  Tajne sądy Boże.
Dziś mi się śniło, że książę był niemy,
Że próżno słowo wymówić się silił. (Król mdleje).
Małgorz.  Co ci jest panie? Ratujcie! król skonał.
Somerset.  Podnieście ciało; w nos go uszczypnijcie.
Małgorz.  Ratujcie! Otwórz oczy, mój Henryku!
Suffolk.  Wraca do zmysłów. Uspokój się, pani.
Król Henr.  O, wielki Boże!
Małgorz.  Jak ci jest, mój królu?
Suffolk.  Pociesz się, królu, pociesz się, mój panie!
Król Henr.  Co? Lord mi Suffolk o pociesze mówi,
Gdy krucze jego przed chwilą krakanie
Nutą pogrzebną krew w żyłach mi ścięło;
On myśli teraz, że świegot czyżyka
Z pustego serca: pociesz się! wołając,
Słów pierwszych pamięć z duszy mej wygoni?
Nie kryj trucizny pod tych słów słodyczą;
Rąk na mnie nie kładź, oddal się, powtarzam;
Jak żądło węża twe tknięcie mnie trwoży.
Pośle nieszczęścia, precz, precz z moich oczu!
Na twych źrenicach, w groźnym majestacie
Morderstwo siedzi, na świat postrach rzuca.
O, nie patrz na mnie! bo oczy twe ranią.
Ale nie, zostań, zbliż się, bazyliszku,
Zabij spojrzeniem niewinnego świadka,
Bo tylko w cieniu śmierci znajdę radość:
Życie me śmiercią od śmierci Gloucestera.
Małgorz.  Czemu Suffolka gromisz tak surowo?
Choć książe wrogiem był jego, to przecie
Po chrześcijańsku płacze po umarłym.
Co do mnie, chociaż mój to nieprzyjaciel,
Gdyby łzy, gdyby serdeczne westchnienia,
Gdyby me łkania wrócić mogły życie,
Od łkańbym zbladła jak blady pierwiosnek,
Od łez oślepła, od westchnień omdlała,
Byleby wskrzesić szlachetnego księcia.

Nie wiem, co o mnie świat może pomyśleć,
Bo przyjaźń nasza nie była gorąca.
Me imię także potwarz ranić może,
Śmierć jego moim przypisać knowaniom,
Po wszystkich dworach honor mój osławić:
Oto co w zysku śmierć mi jego niesie.
Ja nieszczęśliwa! Być Anglii królową
A tylko hańbę za koronę nosić!
Król Henr.  Biada ci, Gloucester, nieszczęśliwy mężu!
Małgorz.  A raczej biada mnie, mnie nieszczęśliwej!
Czemu twarz kryjesz? czemu się odwracasz?
Spójrz na mnie! Twarzy mej trąd nie osypał.
Głuchyś jak żmija? bądźże i zjadliwy,
Zabij twem żądłem biedną twą królowę!
Twa radość w grobie Gloucestera zamknięta?
Więc nigdy twoją nie byłam pociechą?
Wystaw mu posąg i bij mu pokłony,
A na szyld wywieś obraz mój przed karczmą.
Potoż mi w drodze groziło rozbicie,
Wiatr mnie dwa razy od brzegów tych uniósł,
Pędził z powrotem do ojczystych brzegów?
Pojmuję teraz; wiatr ten miłosierny
Zdał mi się mówić: Strzeż się tamtej ziemi!
W gnieździe niedźwiadka nogi twej nie stawiaj!
A ja litosne przeklinałam wiatry
I tego, co je z ciemnych wysłał jaskiń;
Wiejcie, wołałam, ku angielskim brzegom,
Lub rzućcie nawę na podwodne skały!
Lecz nie chciał Eol moim być mordercą,
Tobie to smutne zostawił rzemiosło;
Morze spiętrzone połknąć mnie nie chciało,
Wiedząc, że ty mnie okrutniej utopisz
W łez moich fali, gorzkich jak mórz wody.
Podwodne skały w piaskach się schowały,
Aby mojego ciała nie rozdzierać,
By od krzemienia twardsze twoje serce
W twym mnie pałacu mogło poćwiertować.
Gdy nas od brzegów odpędzała burza,

Pókim kredziaste mogła widzieć skały,
Śród świstu wiatrów, stałam na pokładzie;
A kiedy wieczór swoim czarnym płaszczem
Przed chciwym wzrokiem ziemię tę otulił,
Zdjęłam kosztowny klejnot z mojej szyi —
Było to serce w dyamentów wianku —
I sama ku tej rzuciłam go stronie;
Jak morze klejnot, tak pragnęłam wtedy,
By twoje ciało przyjęło me serce.
Gdy pięknej Anglii straciłam już widok,
Kazałam oczom iść w tropy za sercem,
Zwałam je parą ciemnych okularów,
Bo drogiej ziemi dojrzeć nie umiały.
Jak często język wzywałam Suffolka,
(Twej niestałości złego pośrednika)
By mnie czarował, jak niegdyś Askaniusz
Rozpowiadając szalonej Dydonie
Przygody ojca po spalonej Troi.
I jam jak Dydo jest zaczarowaną,
A ty fałszywy jesteś jak Eneasz.
Biada mi, biada! Konaj Małgorzato!
Bo Henryk płacze, że zbyt długo żyjesz!

(Wrzawa za sceną. Wchodzą: Warwick i Salisbury. Lud się ciśnie do drzwi).

Warwick.  Potężny królu, rozeszły się wieści,
Że książę Humphrey zdradziecko zabity
Przez kardynała Beaufort i Suffolka.
Lud się rozleciał niby rój pszczół gniewny,
Po stracie wodza, szalony nie pyta,
Kogo na pomstę żądłem swem dosięgnie.
Ledwom na chwilę wybuch zdołał wstrzymać,
By się o zgonu wywiedzieć szczegółach.
Król Henr.  Dobry Warwicku, prawda jest, że umarł;
Ale jak umarł, Bóg to wie nie Henryk.
Wejdź do komnaty, przypatrz się trupowi
I szukaj przyczyn nagłej jego śmierci!
Warwick.  Zrobię tak, królu, a ty Salisbury,
Hamuj lud groźny do mego powrotu.

(Warwick oddala się do bocznej sali. Salisbury wychodzi).

Król Henr.  Wszechmocny Sędzio! wstrzymaj moje myśli,
Myśli, co ciągle mojej szepcą duszy,
Że zbrodnia życie Humphreya wydarła.
Jeśli się mylę, przebacz mi, o Boże!
Bo sąd do ciebie należy jedynie.
Ach, jakbym pragnął zimne jego usta
Ogrzać tysiącem moich pocałowań,
Twarz jego obmyć łez mych oceanem,
Głuchemu ciału miłość moją wyznać,
Z uczuciem ścisnąć dłoń jego nieczułą!
Ale daremne wszystkie te oznaki!
Widok martwego ciała tylko może
I tak już wielką boleść mą powiększyć!

(Otwierają się drzwi bocznej komnaty; widać na łożu ciało umarłego Gloucestera, przy niem Warwick i inni).

Warwick.  Przybliż się, królu, spojrzyj na to ciało!
Król Henr.  Bym zmierzył grobu mojego głębokość?
Ziemską mą radość z duszą swoją zabrał;
Patrząc nań, w śmierci widzę moje życie.
Warwick.  Tak pewno, jak ma spodziewa się dusza
Żyć z wielkim królem, który w ciało nasze
Oblec się raczył, ażeby nas zbawić
Od gniewu Ojca i jego przekleństwa,
Gwałt wydarł życie księciu Gloucesterowi.
Suffolk.  Wielka przysięga, a ton uroczysty!
Na czem opiera Warwick swą przysięgę?
Warwick.  Patrz, jak na twarzy jego krew zastygła.
Nieraz ja trupa widziałem oblicze
Sine, wychudłe, blade, bo krew wszystka
Zbiegła do serca umierającego,
Które na swoją wezwało ją pomoc
W swoim ostatnim z śmiercią pojedynku;
Ta krew zastyga, do twarzy nie wraca,
Aby ją znowu rumieńcem przystroić.
Patrz, twarz jest jego czarna, krwią zabiegła,
Oczy w niezwykły sposób wytrzeszczone
Stoją mu kołem, jak u zaduszonych;

Włos najeżony, a nozdrza wydęte
Jak w wysileniu, wyciągnięte ręce,
Jak walczącego o życie człowieka
Zwyciężonego przemocą w zapasach.
Patrz, przylepiony włos do prześcieradeł,
A piękna broda jego rozczochrana
Jak zboże tchnieniem burzy powalone.
Ktoby chciał jeszcze wątpić o morderstwie,
Które najmniejsza z tych poszlak potwierdza?
Suffolk.  Któżby, Warwicku, księcia tego zabił?
Wszak pod Beauforta i mą był opieką,
A sądzę, że nas nie bierzesz za zbójców.
Warwick.  Obaście byli Humphreya wrogami,
I waszej, prawda, powierzon był straży;
Pewno przyjaznych nie znalazł tam przyjęć,
Nieprzyjaciela że znalazł, to pewna.
Małgorz.  Więc podejrzywasz panów tych jak sprawców
Przedwczesnej śmierci książęcia Humphreya?
Warwick.  Kto jałowicę zabitą zobaczy,
A przy jej boku rzeźnika z toporem,
Czy nie przypuści, że w nim zbójcę widzi?
Kto kuropatwę znajdzie w gnieździe kani,
Czy się powodów śmierci nie domyśli,
Choć krwi na dzióbie kani nie dostrzeże?
Równie tragedya ta jest podejrzaną.
Małgorz.  Jesteś rzeźnikiem, Suffolku, gdzie nóż twój,
Beaufort jest kanią, gdzie są jego szpony?
Suffolk.  Nie mam ja noża, by śpiących zarzynać,
Lecz mam miecz mściwy, zrdzewiały w pokoju,
Który w zjadliwem odszoruję sercu,
Co mnie morderstwa krwawem znaczy piętnem.
Jeśli śmiesz, powiedz, dumny lordzie Warwick,
Że jestem winny śmierci księcia Humphrey.

(Wychodzą: Kardynał, Somerset i inni).

Warwick.  Na przewrotnego Suffolka wezwanie
Czegożbym nie śmiał?
Małgorz.  Nie śmiałbyś hamować
Obraźliwego ducha, ani przestać

Wytykań tchnących duchem zuchwałości,
Choćby cię Suffolk tysiąc razy wzywał?
Warwick.  Z pokorą, pani, milczenie ci radzę,
Bo każde słowo twoje w jego sprawie
Jest twej królewskiej godności potwarzą.
Suffolk.  Poziomej duszy, tępej głowy lordzie,
Jeśli kobieta mogła kiedykolwiek
Do tyla męża swojego pokrzywdzić,
To w matki twojej pokalanem łożu
Dziczkę zaszczepił gbur nieokrzesany
Na pniu szlachetnym, a ty jej owocem,
A nie potomkiem Nevilów rodziny.
Warwick.  Gdyby morderstwo tarczą ci nie było,
Gdybym chciał kata z jego praw obedrzeć,
A od tysiąca hańb ciebie wyzwolić,
Gdyby nie króla mojego obecność,
Tchórzliwy zbójco, za twebym cię słowa
O przebaczenie na kolanach błagać
I wyznać zmusił, że miałeś na myśli
Własną twą matkę, że jesteś bękartem;
A po tem duszy lękliwej wyznaniu,
Po twą nagrodę do piekłabym wysłał
Ciebie, uśpionych krew ssący upiorze.
Suffolk.  Nie we śnie twąbym wytoczył posokę,
Gdybyś śmiał ze mną tę salę opuścić.
Warwick.  Więc chodź, lub gwałtem sam cię stąd wywlokę;
Chociaż z niegodnym, orężem się zmierzę,
I ducha księcia Humphreya ukoję.

(Wychodzą: Suffolk i Warwick).

Król Henr.  Gdzie lepsza zbroja od czystego serca!
Trzykroć pancerny, z kim jest sprawiedliwość,
A nago walczy, choć stalą odziany,
Kogo sumienie dręczy niespokojne. (Wrzawa za sceną).
Małgorz.  Co wrzask ten znaczy?

(Wchodzą: Suffolk i Warwick z odkrytemi szablami).

Król Henr.  W szalonej wściekłości
Śmiecie z dobytym przychodzić tu mieczem?
Skąd wam ta śmiałość? Lecz co to za wrzawa

Suffolk.  Zdrajca ten Warwick i pospólstwo z Bury
Napadli na mnie, potężny mój panie.

(Wrzawa za sceną. Wchodzi Salisbury).

Salisbury  (do ludu za sceną). Przez Boga, tylko spokojność, panowie!
Żądania wasze przełożę królowi.
Lud, przez me usta, oświadcza ci, panie,
Że jeśli Suffolk nie będzie natychmiast
Na śmierć posłany lub wygnany z Anglii,
Sam go stąd porwie i powolną śmiercią
Pośród męczarni mściwie go zamęczy.
Mówi: dobrego on zabił książęcia,
On także, mówi, na twe życie czycha;
I tylko miłość i gorliwość wierna,
Wolna od wszelkiej buntowniczej myśli,
Od wszelkiej chęci oporu twej woli,
Jego wygnania domaga się teraz.
Lud, w troskliwości o twoją osobę,
Mówi, że gdybyś, panie, snem ujęty,
Twego spoczynku przerywać zabronił
Pod karą gniewu twego albo śmierci,
To przecie mimo surowych nakazów,
Gdyby do twojej królewskiej osoby
Wąż z rozsochatym czołgał się językiem,
Wierny poddany musiałby cię zbudzić,
Lub gad zjadliwy twójby sen spokojny
Zatrutym zębem na wieczny sen zmienił.
Tak dziś, lud wierny, mimo twych zakazów,
Mimo twej woli, pragnie cię obronić
Od tego gadu, od zdrajcy Suffolka,
Który zatrutem, fatalnem swem żądłem
Zabił nikczemnie drogiego ci stryja,
Przechodzącego stokroć jego wartość.
Lud  (za sceną). Odpowiedź króla, lordzie Salisbury!
Suffolk.  Może być bardzo, że zgraja parobków
Do pana swego śle takie poselstwo;
Lecz ty, milordzie, chętnieś go się podjął,
By blask wymowy twej cały okazać.
Ale za wszystek honor stąd wyniesiesz

Sławę u ludzi, że był Salisbury
Posłem do króla od bandy kotlarzów.
Lud  (za sceną). Odpowiedź króla, lub bramy wysadzim!
Król Henr.  Idź Salisbury, oświadcz im ode mnie,
Że im dziękuję za ten znak miłości.
Myślą mą było bez żadnych nalegań
Właśnie postąpić, jak lud tego pragnie;
Bo nie od dzisiaj dręczy mnie przeczucie,
Że Suffolk knuje niebezpieczne plany.
A więc przysięgam na Tego majestat,
Którego jestem niegodnym zastępcą,
Że trzy dni dłużej nie będzie zatruwał
Pod karą śmierci naszego powietrza

(Wychodzi Salisbury).

Małgorz.  Pozwól mi za nim wstawić się, Henryku.
Król Henr.  Nie, nie, występnie nie broń występnego.
Wszystko daremne, a twoja obrona
Tylko powiększyć gniew mój będzie zdolna.
Gdybym dał słowo, słowabym dotrzymał,
A ja przysiągłem — to nieodwołalne:
Gdy po trzech dobach jeszcze twoja noga
Dzielnice moje odważy się deptać,
Świat cały życia twego nie okupi.
A teraz, dobry Warwicku, choć ze mną,
Bo mam o ważnych mówić z tobą sprawach.

(Wychodzą: król Henryk, Warwick, Panowie i t. d.).

Małgorz.  Niech z wami idą smutki i nieszczęścia,
Boleści serca, utrapień gorycze
Niech wam na zawsze, wszędzie towarzyszą!
Jest dwóch was, dyabeł niechaj będzie trzeci!
Potrójna zemsta niechaj was dopędzi!
Suffolk.  Droga królowo skończ twoje przekleństwa,
Pozwól, niech Suffolk z tobą się pożegna.
Małgorz.  Wstydź się, niewiasto lękliwego serca,
Czy brak ci męstwa twych przeklinać wrogów?
Suffolk.  Bodaj przepadli! Lecz na co przekleństwa?
Gdyby przekleństwa, jak krzyk mandragory,
Zabijać mogły, umiałbym wymyślić

Tak groźne, twarde, dla ucha okrutne,
Przez me zacięte wymówione zęby,
Z tym samym wiecznej nienawiści znakiem,
Który na wyschłej zazdrość nosi twarzy,
W swojej plugawej ukryta jaskini;
Mójby się język od wściekłości plątał,
Oczy iskrzyły, jak krzemień pod stalą,
Włosy na głowie wstałyby od gniewu,
Każdy mój muszkuł zdałby się przeklinać.
Boć teraz nawet, gdybym nie przeklinał,
W piersiachby moich serce się przepękło.
Bodaj trucizna była ich ich napojem!
A żółć potrawą ich najwykwintniejszą!
Najmilszym cieniem gaje cyprysowe!
Ócz najpiękniejszem widmem bazyliszki!
Żądło jaszczurki najmiększem dotknięciem!
Sykanie węża jedyną muzyką
Złowieszczym sowy hukiem wtórowane!
Niech wszystkie strachy z piekieł bezdenności —
Małgorz.  Dość, dość, Suffolku, bo sam siebie dręczysz.
Jak od zwierciadła słońca blask odbity,
Lub jak armaty strzał przeładowanej
Twych przekleństw groza na ciebie się zwraca.
Suffolk.  Żądałaś przekleństw, hamujesz je teraz?
Ha, na tę ziemię, którą rzucić muszę,
Kląć mógłbym teraz długą noc zimową,
Choć nagi stojąc na wierzchołku skały,
Gdzie zimny wicher każdą warzy trawkę,
Myśląc, żem chwilę spędził wśród rozkoszy.
Małgorz.  O! przestań, błagam, daj mi twoją rękę,
Abym ją mogła łzą boleści zrosić;
Strzeż tego miejsca od niebieskich deszczów,
By mej boleści śladów nie obmyły! (Całuje go w rękę).
Niech pocałunek ten na twojej ręce
Będzie pieczęcią, która w twoich myślach,
Gdziekolwiek będziesz, wywoła wspomnienie
Ust, ślących westchnień za tobą tysiące!
Idź! niechaj poznam ogrom mych boleści;

Póki cię widzę, przeczuwam je tylko,
Jak przesycony, gdy o głodzie myśli.
Wierzaj mi, wkrótce twój wybłagam powrót,
Albo zarobię sama na wygnanie;
Jestem wygnaną, gdy ciebie tu niema.
Idź! nie mów do mnie; oddal się natychmiast.
O, nie, nie, zostań! Tak dwaj przyjaciele,
Okrutnym sądu wyrokiem skazani,
Tysiąc się razy żegnając całują,
Stokroć przenosząc śmierć nad rozłączenie.
Żegnaj mi przecie! żegnaj z tobą życie!
Suffolk.  Tak biedny Suffolk dziesięćkroć wygnany,
Raz przez monarchę, dziewięćkroć przez ciebie.
O kraj ten nie dbam, byleś ze mną była;
Najdziksza puszcza byłaby mi rajem,
Gdybym niebieskie twe miał towarzystwo;
Gdzie ciebie niema, tam puszcza jest dla mnie.
Nie mogę więcej, ty żyj, żyj szczęśliwa,
Bo szczęściem mojem jedynem twe życie.

(Wchodzi Vaux).

Małgorz.  Gdzie Vaux tak spieszy? cóż to za nowiny?
Vaux.  Spieszę do króla, by go uwiadomić,
Że na skonaniu jest kardynał Beaufort.
Nagle dotknięty, próżno oddech chwyta,
Wzrok mu osłupiał, panu Bogu bluźni,
Przeklina ludzi, czasem głos podnosi,
Jakby mu książę Humphrey stał przy boku,
To króla woła i do swej poduszki,
Jakby do niego, cicho wyszeptuje
Swej grzesznej duszy straszne tajemnice.
Idę z rozkazu królowi powiedzieć,
Że właśnie teraz głośno go przyzywa.
Małgorz.  Ponieś to smutne królowi poselstwo.

(Wychodzi Vaux).

Biada! czem świat ten! co to za nowiny!
Lecz co mi płakać po chwilowej stracie,
Wytrącać z myśli Suffolka wygnanie,
Mojego skarbu? Nie prawdaż Suffolku,

Po tobie tylko nosić mam żałobę,
Na łzy się mierzyć z południa chmurami,
Płakać nad tobą, jak one nad ziemią?
Oddal się teraz, król wkrótce przybędzie,
A śmierć cię czeka, gdy mnie z tobą znajdzie.
Suffolk.  Ja żyć nie mogę z daleka od ciebie.
Umrzeć przy tobie czy mi się nie wyda
Słodkiem zaśnięciem na twem drogiem łonie?
Tu dusza moja z mych uleci piersi
Z nie większym bólem jak duch niemowlęcia
Konającego przy łonie swej matki.
Zdala od ciebie, w szaleństwie rozpaczy,
Będę cię wołał, by me oczy zamknąć,
Ust twych dotknięciem usta me zacisnąć,
Ulatującą duszę mą przywołać,
Lub ją z oddechem do twych piersi wcisnąć,
Aby tam znowu jak w swem żyła niebie.
Umrzeć przy tobie byłoby rozkoszą,
Opuścić ciebie, to nad śmierć męczarnia:
Więc pozwól zostać, cobądź mnie tu czeka.
Małgorz.  Odejdź! Jakkolwiek rozstanie dolega,
Jest to lekarstwo na ranę śmiertelną.
Schroń się do Francyi, daj wieści o sobie;
Gdziekolwiek będziesz, znajdę ja Irydę,
Która potrafi ten kąt świata znaleźć.
Suffolk.  Więc idę.
Małgorz.  Zabierz z sobą serce moje.
Suffolk.  Klejnot ten zamknę w najsmutniejszej skrzyni,
Co kiedykolwiek skarb chowała drogi.
Tu się rozstajem jak strzaskany okręt.
Tędy do śmierci mej spieszę.
Suffolk.  Ja tędy.

(Wychodzą w przeciwne strony).
SCENA III.
Londyn. Sypialna komnata kardynała Beauforta.
(Wchodzą: król Henryk, Salisbury, Warwick i inni; kardynał w łożu, przy nim służba).

Król Henr.  Jakże jest zdrowie lorda kardynała?
Przemów do króla twojego, Beauforcie.
Kardynał.  Jeśliś jest śmiercią, dam ci Anglii skarby,
Starczą na kupno drugiej takiej wyspy,
Pozwól mi tylko żyć a bólów nie czuć.
Król Henr.  Ah, to znak pewny grzesznego żywota,
Gdy mu tak straszne śmierci przybliżenie.
Warwick.  Twój król, Beauforcie, przemawia do ciebie.
Kardynał.  A więc mnie oddaj pod sąd, kiedy zechcesz.
Wszak w swojem łożu umarł; gdzież miał umrzeć?
Mogęż nakazać życie konającym?
Nie męcz mnie dłużej; całą wyznam prawdę.
Co? Żyje znowu? Prowadź mnie do niego,
By raz nań spojrzeć, tysiąc dam ci funtów.
On źrenic nie ma; zwir wyjadł mu oczy.
Przyczesz mu włosy; patrz tylko jak wstają,
Niby gałązki lepem namazane,
Aby skrzydlatą moją schwycić duszę.
Daj mi pić; rozkaż też aptekarzowi
Przynieść kupioną u niego truciznę.
Król Henr.  Racz spojrzeć, niebios wiekuisty Panie,
Litosnem okiem na tego nędznika!
Odpędź szatanów ruchliwe zastępy,
Oblegające nędzną jego duszę!
A serce jego oczyść z tej rozpaczy!
Warwick.  Słyszysz jak zgrzyta w konania boleściach,
Salisbury.  Darmo go trudzić; niech spokojnie zgaśnie.
Król Henr.  Jeśli tak Bóg chce, pokój jego duszy!
Gdy o zbawieniu myślisz kardynale,
Podnieś twą rękę jako znak nadziei.
Bez znaku skonał. Przebacz mu, o Boże!
Warwick.  Śmierć tak zła, życia potwornego znakiem.

Król Henr.  Nie sądź; jesteśmy wszyscy grzesznikami.
Zamknij mu oczy; zasuń te firanki.
Rozpamiętywać idźmy teraz wspólnie. (Wychodzą).




AKT CZWARTY.
SCENA I.
Kent. Wybrzeże niedaleko Dover.
(Słychać strzały na morzu. Wchodzą ze statku: kapitan, sternik, jego pomocnik Walter Whitemore i inni; z nimi Suffolk i inni panowie jako jeńcy).

Kapitan.  Jasny, wrzaskliwy dzień i niespokojny
Już się do morskich zaczołgał przepaści,
A teraz wilki głośnem budzą wyciem
Smoki ciągnące rydwan nocy czarny,
Które leniwem, śpiącem biją skrzydłem
Umarłych groby, z paszczy ich wilgotnej
Zatrutą ciemność wieją na powietrze.
Wielki czas naszych wprowadzić już jeńców,
A gdy nasz okręt stoi na kotwicy,
Tu się o okup swój muszą ugodzić,
Lub swą krwią piasek nadbrzeżny zrumienić.
Tobie, sterniku, jeńca tego daję,
Pomocnikowi twojemu tamtego,
A ten, (wskazując na Suffolka)
Walterze Whitemore, jest dla ciebie.
1 Szlach.  Powiedz, sterniku, jaki mam dać okup?
Sternik.  Dasz tysiąc koron, lub położysz głowę.
Pomocnik.  Ty dasz to samo, albo koniec z tobą.
Kapitan.  Co? dwa tysiące koron jest za wiele,
A chcecie jednak za szlachtę uchodzić?
Więc gińcie; gardła łotrom poderżnijcie.
Czy życia naszych w tym boju poległych

Może tak drobna wynagrodzić summa?
1 Szlach.  Zostaw mi życie, dam ci, czego żądasz.
2 Szlach.  I ja natychmiast o mój okup piszę.
Whitem.  (do Suffolka). Przy nawy szturmie oko utraciłem,
A ty mi za nie twą zapłacisz głową,
Jak tamci, gdyby to w mej było mocy.
Kapitan.  Nie bądź tak żartki, przestań na okupie.
Suffolk.  Ja szlachcic, spojrzej na mego Jerzego;
Zapłacę okup, jaki sam oznaczysz.
Whitem.  I ja nim jestem; zwię się Walter Whitemore.
Czemu się wzdrygasz? czy się śmierci boisz?
Suffolk  Twoje mnie straszy imię; śmierć w niem słyszę.
Mądry astrolog mój skreślił horoskop,
Wróżył, że Walter moją będzie zgubą[4].
Nie bądź jednakże okrutny dlatego,
Bo imię twoje dobrze wymówione
Jest Gualtier.
Whitem.  Mniejsza, Gualtier czyli Walter.
Mój ród honoru każdą dotąd plamę
Ostrzem swojego zacierał pałasza;
Gdybym jak kramarz zemstą mą frymarczył,
Złam moją szablę, zamaż moje herby,
A mnie po całej ziemi ogłoś tchórzem (chwyta Suffolka).
Suffolk.  Stój, stój, Whitemorze! jeniec twój jest księciem,
Księciem Suffolku, Wilhelmem de la Pole.
Whitem.  Co? książę Suffolk w łachmany owity?
Suffolk.  Lecz te łachmany nie są księcia cząstką.
Jowisz czasami przebrany wędrował,
A jabym nie mógł?
Kapitan.  Ale Jowisz nigdy
Zabitym nie był, kiedy ty nim będziesz.
Suffolk.  Chłystku, krew króla twojego Henryka,
Czysta Lancastrów krew się nie wytoczy
Przez podobnego tobie masztelarza.

Albożeś mego nie trzymał strzemienia,
Nie galopował pieszo przy mym koniu,
Uszczęśliwiony głowy mojej ruchem?
Ileż mi razy puhar napełniałeś?
Jadłeś me resztki, na kolanach służył,
Gdym z Małgorzatą królową ucztował?
Niech cię wspomnienie tego upokorzy,
Niech twoją dumę niewczesną przydusi.
Czy zapomniałeś, jak w mym przedpokoju
Na wyjście moje czekałeś cierpliwie?
Ręka, co nieraz w twej pisała sprawie,
I dziś twój język śmiały zaczaruje.
Whitem.  (do kapitana). Czy każesz zakłuć tego opętańca?
Kapitan.  Niech moje słowa wprzódy go zakłują.
Suffolk.  Tępe twe słowa jak ty sam, nędzniku.
Kapitan.  Wiedź go na okręt a tam na pokładzie
Utnij mu głowę.
Suffolk.  Nie będziesz śmiał tego.
Kapitan.  Zobaczysz, Polu.
Suffolk.  Polu?
Kapitan.  Tak jest, Polu,
Sir Polu[5], lordzie, kale i rynsztoku
Mącący błotem swojem srebrne źródło,
Z którego Anglia gasi swe pragnienie.
Zamknę ci teraz twą rozwartą paszczę,
Która połknęła skarby naszej ziemi;
Te usta, które niegdyś całowały
Królowę Anglii, lizać będą ziemię.
Śmiałeś się, słysząc o śmierci Humphreya,
W daremnej teraz zgrzytać będziesz złości
Na wiatr nieczuły, który ci z pogardą
Świstem na twoje odpowie, zgrzytania.
Idź czarownice piekielne poślubić
Za to, że śmiałeś potężnemu panu
Wyswatać córkę niegodnego króla,

Bez skarbów, berła, ziemi i poddanych.
Dyabelską sztuką do wielkości wzrósłeś,
Twej własnej matki zakrwawione serce
Chciwie pożarłeś, jak ambitny Sylla.
Sprzedałeś Francy i księstwa Maine i Anjou,
Za twą przyczyną fałszywy Normandczyk
Podniósł bunt, nasze zwierzchnictwo odrzucił,
Wymordowała Pikardya swych rządców,
Rannych żołnierzy wygnała w łachmanach.
Książęcy Warwick i wszyscy Nevile,
Których miecz nigdy na próżno nie błyszczał,
Przez wstręt ku tobie zbrojno się podnieśli,
A dom Yorków, odarty z korony
Przez niewinnego króla śmierć okrutną,
I przywłaszczenie dumnego tyrana,
Zemstą goreje; już jego sztandary
Zwycięstwo wróżą słońcem na pół mglistem
Pod którem stoi; Invitis nubibus[6].
Cały lud Kentu do rokoszu stanął,
Gdy hańba, nędza na domiar wszystkiego
Do królewskiego wczołgały się zamku;
Wszystko przez ciebie. Precz z nim! niechaj ginie.
Suffolk.  Gdybym piorunem jak Bóg mógł wystrzelić
Na tych nikczemnych, podłych niewolników!
Nędzników lada pomyślność nadyma:
I on, że lichej dowódcą jest szkuty,
Przemawia do mnie groźniej niż Bargulus[7],
Potężny niegdyś korsarz Iliryjski.
Truteń miód kradnie, lecz orlej krwi nie ssie.
Nie, być nie może, abym tu miał zginąć
Z ręki nizkiego tak jak ty wasala.
Nie strach twe słowa lecz wściekłość mą budzą.
Do Francyi płynę z poselstwem królowej;
Rozkaz ci daję, byś mnie wolno puścił.
Kapitan.  Walterze —

Whitem.  Idźmy, gdzie śmierć na cię czeka.
Suffolk.  Pene gelidus timor occupat artus
Ciebie się boję.
Whitem.  Że słusznie się boisz,
Dam ci dowody, nim się rozstaniemy.
Zmięknąłeś teraz; czy się upokorzysz?
1 Szlach.  Błagaj go, panie; przemów doń uprzejmie.
Suffolk.  Język Suffolka twardy jest i dumny,
Nie do próśb przywykł ale do rozkazów.
Nie myślę prośbą pokorną zaszczycać
Podobnych jemu; niech głowę mą raczej
Na pień poniosę, nim ugnę kolano
Chyba przed Bogiem jednym i mym królem.
Niech wprzód ta głowa na palu zawiśnie,
Nim ją odkryję przed mym masztelarzem.
Prawdziwy szlachcic śmierci się nie boi:
Więcej ja mogę znieść, niż ty wykonać.
Kapitan.  Weź go co prędzej i zamknij mu gębę.
Suffolk.  Pokażcie całe wasze okrucieństwo,
By śmierć ma była na wieki pamiętną.
Wielki mąż nieraz z ręki ciury zginął:
Rzymski bandyta i junak nikczemny
Zamordowali słodkiego Tuliusza;
Bękarcia ręka Brutusa przebiła
Cezara serce; od dzikich wyspiarzy
Zginął Pompejusz Wielki; niechże teraz
I książę Suffolk z rąk korsarzy ginie.

(Wychodzą: Suffolk, Whitemore i inni).

Kapitan.  Wolą jest naszą, by puścić jednego
Z tych panów, których przyjęliśmy okup.
Więc spiesz się; inni zostaną tu z nami.

(Wychodzą wszyscy prócz pierwszego szlachcica).
(Wchodzi Whitemore z ciałem Suffolka).

Whitem.  Niech głowa jego i kadłub tu leżą,
Aż je kochanka królowa pogrzebie (wychodzi).
1 Szlach.  O, jak okrutne, krwawe widowisko!
Ja ciało jego poniosę do króla;

On go, lub jego pomszczą przyjaciele,
Albo królowa, której tak był drogim (wychodzi z ciałem).

SCENA II.
Blackheath.
(Wchodzą: Jerzy Bevis i Jan Holland).

Jerzy.  Śpiesz się! Uzbrój się w cokolwiek, choćby w kawałek żerdzi; już dwa dni, jak powstali.
Jan.  To tem bardziej snu dziś potrzebują.
Jerzy.  Powiadam ci, że Jack Cade, sukiennik, postanowił ustroić królestwo, przenicować je, i nową dać mu barwę.
Jan.  I dobrze zrobi, bo bardzo już przechodzone. Moje to zdanie, że radość uciekła z Anglii od czasu, jak szlachta wzięła górę.
Jerzy.  O, czasy opłakane! Nikt nie zważa na cnotę w rzemieślniku.
Jan.  Panom zdaje się hańbą chodzić w skórzanych fartuchach.
Jerzy.  A ja ci powiem więcej: niema w królewskiej Radzie jednego dobrego rzemieślnika.
Jan.  To prawda. Powiedziano jednak: Pracuj w twojem powołaniu, co się znaczy: niech rajcy będą robotnikami, a stąd wypada, że my rzemieślnicy powinniśmy zostać rajcami.
Jerzy.  Trafiłeś w sedno; bo niema lepszego znaku dobrej głowy, jak twarda ręka.
Jan.  Widzę ich! widzę ich! Patrz, to syn Besta garbarza z Wingham.
Jerzy.  Damy mu skóry naszych nieprzyjaciół, żeby je na psie skóry wygarbował.
Jan.  I Dick, rzeźnik.
Jerzy.  To grzech będzie jak wół zabity, a niesprawiedliwość zarżnięta jak cielę.
Jan.  I Smith, tkacz.
Jerzy.  Ergo, nić ich żywota wysnuta.
Jan.  Żwawo, żwawo! przyłączmy się do kupy.

(Przy odgłosie bębna wchodzą: Cade, Dick rzeźnik, Smith tkacz, i inni w wielkiej liczbie).

Cade.  My, Jan Cade, tak nazwani po naszym domniemanym ojcu —
Dick  (na stronie). A raczej po ukradzionej kadzi śledzi.
Cade.  Zważywszy, że nasi nieprzyjaciele powalą się przed nami, powołani natchnieniem bożem do wytępienia królów i książąt — nakazujemy milczenie.
Dick.  Milczenie!
Cade.  Moim ojcem był Mortimer.
Dick  (na stronie). Był to uczciwy człowiek i doskonały strycharz.
Cade.  Moja matka Plantagenet.
Dick  (na stronie). Znałem ją dobrze, była akuszerką.
Cade.  Żona moja wiodła ród z domu Lacies.
Dick  (na stronie). To prawda, bo była córką siciarza i sprzedawała lasy.
Smith  (na stronie). Ale od pewnego czasu nie zdolna wędrować, siedzi w domu i ługuje.
Cade.  Tak więc z uczciwego wychodzę domu.
Dick  (na stronie). Zgoda. Pole, rzecz to uczciwa, a tam się urodził pod płotem, bo ojciec nigdy nie miał innego domu jak ciupę.
Cade.  Jestem waleczny.
Smith  (na stronie). Ktoby wątpił; głodny kija się nie boi.
Cade.  Mogę wytrzymać wiele.
Dick  (na stronie). Byłem tego świadkiem; widziałem, jak go przez trzy dni targowe chłostano.
Cade.  Nie boję się ani żelaza ani ognia.
Smith  (na stronie). Czemużby miał bać się żelaza, gdy ma dobrze wygarbowaną skórę.
Dick  (na stronie). Powinienby jednak bać się ognia, boć mu ogniem piętnowano rękę za skradzione barany.
Cade.  Bądźcie przeto waleczni, bo waleczny wódz wasz, a ślubuje wam reformę. Odtąd dostaniesz w Anglii za grosz siedm półgroszowych kukiełek; kwartowa miara będzie mierzyła garniec, a wedle praw moich, gardłem odpowie, kto się odważy pić półpiwek. Całe królestwo będzie wspólną wszystkich własnością, a na Cheapside będzie się pasł mój rumak. Skoro zostanę królem — a królem zostanę —
Wszyscy.  Boże, zachowaj nam króla!
Cade.  Dziękuję wam, dobrzy ludzie — w mojem królestwie nie będzie pieniędzy; wszyscy będą jedli i pili na mój rachunek; wszystkich ustroję w jedną barwę, aby wszyscy żyli zgodnie jak bracia, a czcili mnie, swojego pana.
Dick.  Na początek zabijmy wszystkich prawników.
Cade.  To moją myślą. Czy to rzecz nie opłakana, że ze skóry niewinnego jagnięcia fabrykują pergamin? że ten pergamin zabazgrany może zrujnować człowieka? Powiadają ludzie, że pszczoła kłuje, ale ja powiadam, że to wosk pszczoły, bo tylko raz jeden przyłożyłem pieczęć, a nigdy już odtąd sam do siebie nie należałem. (Wchodzi kilku, prowadząc pisarza z Chatham). A co tam nowego?
Smith.  To pisarz z Chatham, który umie czytać, pisać i rachować.
Cade.  O, zgrozo!
Smith.  Zeszliśmy go, jak pisał wzory dla dzieci.
Cade.  A to mi łajdak.
Smith.  Miał w kieszeni książkę z czerwonemi literami.
Cade.  To niezawodnie czarownik.
Dick.  Umie prócz tego układać kontrakty i kopiować wyroki.
Cade.  Bardzo mnie to smuci. Człowiek ten dobrą ma minę, na uczciwość, i bylem nie znalazł go winnym, nie zginie. Zbliż się tu, mopanku, niech cię wyegzaminuję. Jak się nazywasz?
Pisarz.  Emmanuel.
Dick.  Zwykle piszą to ludzie na nagłówkach listów. Krucho z tobą.
Cade.  Nie przerywaj. Czy masz zwyczaj sam pisać swoje nazwisko, czy też masz znak sobie właściwy jak prosty a uczciwy człowiek?
Pisarz.  Byłem, panie, dzięki Bogu, dość dobrze wychowany, abym mógł sam moje nazwisko podpisać.
Wszyscy.  Sam wyznał; precz z nim! To hultaj i zdrajca.
Cade.  Precz z nim! i ja tak mówię. Powieście go z piórem i kałamarzem u szyi.

(Wyprowadzają pisarza. — Wchodzi Michał).

Michał.  Gdzie nasz wódz?
Cade.  Jestem. Co za nowiny mi przynosisz, mój zuchu?
Michał.  Uciekaj! uciekaj! uciekaj! Sir Humphrey Stafford i brat jego o kilka stąd kroków z królewskiem wojskiem.
Cade.  Stój, łotrze, stój! albo cię zakolę. Spotka się on tu z mężem jak on dobrym. Wszak on tylko jest rycerzem, czy nie prawda?
Michał.  Prawda.
Cade.  Aby mu zostać równym, będę się natychmiast sam na rycerza pasował. Wstań, sir John Mortimer! A teraz, hejże na niego!

(Wchodzą: sir Humphrey Stafford i brat jego Wilhelm przy odgłosie bębnów na czele wojska).

H. Staff.  Złóż broń, motłochu, buntownicza zgrajo,
Na szubienicę tłuszczo piętnowana;
Wracaj do domu, opuść tego łotra,
A król się jeszcze zlituje nad tobą.
W. Staff.  Ale w upornych krwi kąpać się będzie.
Więc się poddajcie, lub zginiecie marnie.
Cade.  O tych bławatnych nie troszczę się panków,
Do ciebie, zacny przemawiam narodzie,
Nad którym będę niebawem królował,
Bo jestem prawym korony dziedzicem.
W. Staff.  Nędzniku, ojciec twój był wapiennikiem,
A ty, czyś nie był prostym postrzygaczem?
Cade.  Jak ogrodnikiem Adam.
W. Staff.  A co potem?
Cade.  Słuchaj: Mortimer Edmund, hrabia Marchii,
Księcia Klarencyi córkę wziął za żonę,
Czy prawda?
W. Staff.  Prawda.
Cade.  Miał z niej dwóch bliźniaków.
W. Staff.  Wierutne kłamstwo.
Cade.  To właśnie pytanie;

Ty mówisz: kłamstwo, a ja mówię: prawda.
Starszy z tych synów, na mamki oddany,
Był ukradziony przez starą żebraczkę,
A nieświadomy swego pochodzenia
Został strycharzem, gdy wyrósł na męża:
Ja synem jego; zaprzecz, jeśli możesz.
Dick.  To święta prawda, i królem też będzie.

Smith.  Wybudował, panie, komin w chałupie mojego ojca, a cegły do dziś dnia żyją i mogą poświadczyć; nie przecz więc daremnie.
W. Staff.  I wy wierzycie temu nicponiowi,
Który sam nie wie, co wam rozpowiada?
Wszyscy.  Wierzymy wszyscy; idźże sobie z Bogiem.
W. Staff.  Jacku Cade, książe York tego cię nauczył.
Cade  (na stronie). Kłamie, bo sam to wszystko wymyśliłem. (Głośno). Wracaj więc, mopanku, a powiedz ode mnie królowi, że przez pamięć na jego ojca Henryka Piątego, za którego czasów chłopięta grywały w dołki francuskiemi koronami, pozwolę mu panować, ale będę jego protektorem.
Dick.  A prócz tego domagamy się głowy lorda Say za to, że sprzedał księstwo Maine.
Cade.  I macie racyę, bo to jest powodem, że Anglia ochromiała i musiałaby chodzić o kulach, gdyby jej nie podpierała moja potęga. Bracia królowie, powiadam wam, że lord Say wytrzebił rzeczpospolitą i zrobił z niej rzezańca. Ale co jeszcze ważniejsza, lord Say mówi po francusku, a więc jest zdrajcą.
H. Staff.  Co za gruba, co za opłakana ciemnota!
Cade.  Więc mi odpowiedz, jeśli możesz: Francuzi są naszymi nieprzyjaciółmi, pytam się przeto, czy ten, co mówi językiem naszych nieprzyjaciół, może być dobrym rajcą? Może, czy nie może?
Wszyscy.  Nie może! nie może! Musimy też mieć jego głowę.
W. Staff.  Gdy dobre słowa nic nie mogą wskórać,
Z królewskiem wojskiem czas na nich uderzyć.
H. Staff.  A ty, heroldzie, idź po wszystkich miastach

Stronników Cade’a ogłosić zdrajcami.

Choć który umknie przed końcem rozprawy,
W oczach swej żony, swoich własnych dzieci,
Na szubienicę pójdzie dla przykładu.
A teraz, za mną, kto króla przyjaciel!

(Wychodzą dwaj Staffordowie i wojsko).

Cade.  A za mną, każdy narodu przyjaciel!
Pokażcie męstwo, tu o wolność sprawa.
Nie zostawimy jednego szlachcica;
Nie szczędźcie, tylko tych, co noszą łapcie,
Bo to uczciwy lud i gospodarny,
I przez strach tylko z nami się nie łączy.

Dick.  Już wszyscy stanęli do porządku i posuwają się ku nam.
Cade.  My wtedy tylko w najlepszym porządku, gdyśmy w największym nieporządku. Więc dalej! naprzód!

(Wychodzą).
SCENA III.
Inna część Blackheath.
(Alarm. Wchodzą dwie armie walczące. Oba Staffordowie giną).

Cade.  Gdzie Dick, rzeźnik z Ashford?
Dick.  Jestem, panie.
Cade.  Padali przed tobą jak barany albo woły, a ty sprawiłeś się, jakbyś we własnym był szlachtuzie, za to więc tak cię wynagrodzę: Post będzie dwa razy dłuższy niż teraz, a ty będziesz miał wyłączny przywilej rzezania bydła na lat sto mniej jeden.
Dick.  Nie żądam więcej.
Cade.  A prawdę mówiąc nie zasłużyłeś na mniej. To będę nosił na pamiątkę mojego zwycięstwa (przywdziewa zbroję Stafforda). Trupy zaś te powlokę za moim koniem aż do Londynu, gdzie każemy nieść przed sobą miecz lorda mera.
Dick.  Jeżeli chcemy, aby się dobrze działo, zróbmy sami dobry uczynek, otwórzmy więzienia i puśćmy na wolność uwięzionych.

Cade.  Nie troszcz się o to; rachuj na mnie. A teraz dalej ku Londynowi. (Wychodzą).
SCENA IV.
Londyn. Sala w pałacu.
(Wchodzą: król Henryk, czytając suplikę, z nim książe Buckingham i lord Say, a w odległości królowa Małgorzata, płacząc na widok głowy Suffolka).

Małgorz.  Słyszałam nieraz, że zbytek boleści
Łagodzi duszę i hart jej odbiera;
Myśl więc o zemście, a skończ próżne żale.
Lecz patrząc na to, kto płakaćby przestał?
Głowa ta może na mem spocząć łonie,
Lecz gdzie jest ciało, bym je uścisnęła?

Bucking.  Jaka jest odpowiedź waszej królewskiej mości na suplikę buntowników?

Król Henr.  Wyprawię do nich świętego biskupa,
By ich miarkował, bo uchowaj Boże,
By miecz prostaczków tylu miał wytępić!
Sam raczej wolę z Jackiem Cade traktować,
Niż ich zagładę widzieć w krwawym boju.
Ale raz jeszcze odczytam suplikę.
Małgorz.  Ha, krwawi zbójcy! to piękne oblicze
Mogło mną rządzić jak błędna planeta,
A nie zbudziło litości w nędznikach
I spojrzeć na nie raz jeden niegodnych!
Król Henr.  Cade się twej głowy, lordzie Say, domaga.
Lord Say.  Myślę, że wprzódy swoją ci da, panie.
Król Henr.  Jakto, królowo? Ciągłe narzekania,
Ciągła żałoba po śmierci Suffolka?
Lękam się, droga, by po moim zgonie
Nie tak głęboką twoja była żałość.
Małgorz.  Bo nie łzy moje, lecz krewbym wylała.

(Wchodzi posłaniec).

Król Henr.  Co mi przynosisz? co pośpiech ten znaczy?
Posłaniec.  Uciekaj, królu! Cade już w Southwark stanął
I Mortimerem lordem się ogłasza,
Prawym książęcia Klarencyi dziedzicem;

Przywłaszczycielem publicznie cię zowie,
A zapowiada, że na swoje skronie
Idzie koronę włożyć w Westminsterze.
Armia się jego składa z obszarpańców,
Z nieokrzesanych i srogich parobków.
Śmierć dwóch Staffordów dodała im serca;
Cała też banda śmiało się posuwa,
By mądrych, szlachtę, prawników i dworzan
Jak gąsienice pod nogami zdeptać.
Król Henr.  O, grzeszni ludzie! nie wiedzą co robią.
Bucking.  Łaskawy panie, schroń się do Killingworth,
Póki potrzebnej siły nie zgromadzim.
Małgorz.  Gdyby żył Suffolk, z jakąby łatwością
Ten ruch kentyjskich buntowników stłumił!
Król Henr.  Lordzie Say, śpiesz się ze mną do Killingworth,
Bo jesteś zdrajców nienawiści celem.
Lord Say.  Widok mój, królu, buntownikom wstrętny
Mógłby powiększyć twe niebezpieczeństwo.
Tu wolę zostać, i w jakiem ukryciu
Szukać schronienia zagrożonej głowie.

(Wchodzi drugi posłaniec).

2 Posłan.  Już i londyński most Jack Cade zajmuje,
Trwożni mieszczanie z domów uciekają,
Gdy na rabunek łakome pospólstwo
Do zdrajców ciągnie i z nimi przysięga
Rabować miasto i pałac królewski.
Bucking.  Bez straty czasu, królu, na koń siadaj.
Król Henr.  Bóg mą nadzieją. Idźmy Małgorzato.
Małgorz.  Dla mnie już niema nadziei, on umarł.
Król Henr.  (do lorda Say). Bądź zdrów. Nie ufaj kentyjskim powstańcom.
Bucking.  Lękaj się zdrajców, nie ufaj nikomu.
Lord Say.  W mej niewinności ufność moja leży,
Jestem więc śmiały i gotów na wszystko.

(Wychodzą).
SCENA V.
Londyn. — Tower.
(Wchodzą: lord Scales i inni na murach; na dole kilku mieszczan).

Scales.  Jakie przynosicie nowiny? Czy Jack Cade zabity?
Obywat.  Nie, milordzie, i daleko mu do tego, bo tłum most opanował, wyciął w pień stawiających opór. Lord mer błaga o pomoc z Tower, aby miasto od buntowników ratować.
Scales.  Co będzie można, poślę mu natychmiast,
Chociaż sam w wielkim jestem tu kłopocie,
Bo się o Toweru kusili zdobycie.
Idźcie na Smithfield, zbierajcie orężnych,
A tam się z wami Mateusz Grough złączy.
Walczcie za króla, ojczyznę i siebie.
Żegnam was teraz, bo chwile są drogie. (Wychodzą).

SCENA VI.
Londyn. — Cannon-Street.
(Wchodzi Jack Cade na czele buntowników. Uderza buławą w słup londyński).

Cade.  Mortimer jest teraz panem tego miasta, i tu, zasiadając na londyńskim słupie, polecam i rozkazuję, aby kosztem miasta wszystkie pompy płynęły francuskiem winem przez cały rok pierwszy naszego panowania. Od tej chwili będzie zdrajcą, kto się poważy nazywać mnie inaczej jak lordem Mortimer.

(Wbiega żołnierz).

Żołnierz.  Jacku Cade! Jacku Cade!
Cade.  Zakłujcie mi go natychmiast. (Zabijają go).
Smith.  Jeśli ten hultaj ma choć trochę sensu w głowie, nie nazwie cię Jackiem Cade raz drugi; zdaje mi się, że dobrą dostał przestrogę.
Dick.  Milordzie, zebrało się wojsko na Smithfield.
Cade.  Więc idźmy je atakować, ale wprzódy śpiesz i spal most londyński, a jeśli możesz, spal także i Tower. Naprzód! (Wychodzą).

SCENA VII.
Londyn. — Smithfield.
(Alarm. Wchodzą: z jednej strony Cade na czele swoich, z drugiej mieszczanie i wojsko królewskie pod dowództwem Mateusza Gough. Bitwa. Mieszczanie pierzchają. Gough ginie).

Cade.  Tak, mości panowie. Teraz niech jedni idą burzyć dom Sabaudzki, a drudzy szkołę prawa; nie zostawcie kamienia na kamieniu.
Dick.  Mam prośbę do waszej książęcej mości.
Cade.  Choćbyś prosił o księstwo, będziesz je miał za takie słowo.
Dick.  Tylko o to proszę, żeby angielskie prawa wychodziły z waszej gęby.
Jan  (na stronie). To na uczciwość, zajątrzone będą prawa, bo dostał dzidą w gębę, a rana jeszcze się jątrzy.
Smith  (na stronie). Nie Janie, to będą śmierdzące prawa, bo oddech jego śmierdzi od pieczonego sera.
Cade.  Myślałem już o tem i tak będzie. Więc dalej! Spalcie wszystkie archiwa królestwa; moja gęba będzie parlamentem Anglii.
Jan  (na stronie). To będziemy mieli kąsające statuta; chyba, że mu powyrywają zęby.
Cade.  Odtąd wszystko będzie wspólne. (Wchodzi posłaniec).
Posłaniec.  Jeniec, jeniec milordzie! Oto lord Say, który sprzedał miasta we Francyi, który nałożył na nas podatek dwudziestu pięciu piętnastych i szyling od funta.

(Wchodzi Jerzy Bevis, prowadząc lorda Say).

Cade.  Będzie za to dziesięć razy ścięty. A ty sajowy, ty szarżowy, ba, ty drelichowy lordzie, dostałeś się nakoniec pod naszą królewską juryzdykcyę. Co możesz odpowiedzieć naszej królewskiej mości za wydanie Normandyi panu Basimekiu, Delfinowi Francyi? Dowiedz się w tej dostojnej obecności, w obecności samego lorda Mortimera, że jestem miotłą, która oczyści dwór ze wszystkich podobnych tobie śmieci. Jak najobrzydliwszy zdrajca popsułeś młodzież królestwa, budując szkoły; a gdy za starych czasów przodkowie nasi nie znali innych książek jak karby i nacięcia, ty zaprowadziłeś drukarnie, i z krzywdą króla, jego korony i godności wystawiłeś papiernię. Będzie ci w oczy dowiedzione, że otoczyłeś się ludźmi, którzy bez ustanku prawią o rzeczownikach i słowach i innych równie sprośnych rzeczach, których żadne chrześcijańskie ucho nie może słuchać bez zgrozy. Poustanawiałeś sędziów pokoju, aby wołali przed siebie biednych ludzi w sprawach, za które nie byli w stanie odpowiedzieć. Co większa, zamykałeś ich po turmach, a że nie umieli czytać, wieszałeś ich, choć dlatego właśnie byli żyć najgodniejsi. Wszak jeździsz na czapraku? czy nie prawda?
Lord Say.  Cóż stąd?
Cade.  Co stąd? Nie powinieneś odziewać konia płaszczem, gdy uczciwsi od ciebie chodzą tylko w hajdawerach i sukmanach?
Dick.  A dotego pracują w koszulach, jak ja naprzykład, co jestem rzeźnikiem.
Lord Say.  Wy, ludzie Kentu —
Dick.  Co mówisz o Kencie?
Lord Say.  Nic, jak że to bona terra, mala gens.
Dick.  Precz z nim! precz z nim! on mówi po łacinie.
Lord Say.  Słuchajcie wprzódy, zabijcie mnie potem.
Cezar nazywa Kent w swych komentarzach
Najokrzesańszą całej wyspy częścią.
Kraj to rozkoszny, w bogactwa obfity,
Lud pracowity, dzielny i szlachetny.
Więc i litości nie może być obcy.
Nie ja Maine sprzedał, lub Normandyę stracił,
Choć dałbym życie, aby je odzyskać.
Zawszem sumiennie sprawiedliwość mierzył,
Czuły na prośby i łzy, nie na dary.
Jeżelim kiedy z waszych skarbon czerpał,
To na obronę króla i ojczyzny.
Dla mądrych ludzi grosza nie szczędziłem,
Bom sam nauką króla względy zyskał.
Bom się przekonał, że nieumiejętność
Jest Bożą klątwą, a nauka skrzydłem,
Które do nieba człowieka unosi.
Jeśli dyabelski duch was nie opętał,
Żaden z was ręki nie podniesie na mnie.
Język ten nieraz waszej sławy bronił
Po obcych dworach.
Cade.  Ba, a kiedyż to choć jeden dałeś sztych na placu boju!
Lord Say.  Daleko sięga dłoń wielkiego męża:
Nieraz ja trupem człowieka położył,
Choć go me oczy nigdy nie widziały.
Jerzy.  A ty tchórzu obrzydliwy! Z tyłu ludzi napadać?
Lord Say.  Twarz ta pobladła czuwając nad wami.
Cade.  Daj mu policzek, a wróci mu rumieniec.
Lord Say.  W sprawach biednego ludu długie roki
Przed czasem moje skołatały zdrowie.
Cade.  Dostaniesz za to konopny ulepek i siekierzaną papkę.
Dick.  Cóż to? Drżysz, człowieku?
Lord Say.  Nie trwogi ale paraliżu skutkiem.
Cade.  Kiwa na nas głową, jakby chciał powiedzieć: jeszcze my się obrachujemy. Zobaczę, czy głowa jego będzie się prościej trzymała na palu. Wyprowadźcie go i utnijcie mu głowę.
Lord Say.  Powiedzcie, proszę, w czem mój grzech największy?
Czym do honorów, czym do bogactw wzdychał?
Czym kufry moje łupieżą napełnił?
Patrzcie, czy ubiór mój od złota kapie?
Kogom pokrzywdził, by śmierci mej pragnął?
Krwią się niewinną dłoń ma nie splamiła,
Ani to serce myślą nieuczciwą.
Żyć mi pozwólcie.
Cade.  Jego słowa budzą we mnie litość: lecz ją okiełznam; umrze, choćby tylko za to, że tak dobrze swojego bronił życia. Precz z nim! Ma pod językiem złego ducha, bo nie mówi: w imię Boże. Precz z nim! powtarzam. Utnijcie mu głowę natychmiast, a potem wpadnijcie do domu jego zięcia, sir Johna Cromera, utnijcie mu także głowę i przynieście mi tu obie na dwóch palach.
Wszyscy.  Stanie się po twojej woli.
Lord Say.  Rodacy, gdyby na wasze modlitwy
Bóg tak był głuchy, jak wy na me prośby,
Jaki los będzie dusz waszych po śmierci?
Miejcie więc litość, darujcie mi życie.
Cade.  Precz z nim! i wykonajcie moje rozkazy. (Wychodzi lord Say pod strażą). Najdumniejszy par królestwa nie upilnuje głowy na barkach, jeśli mi nie zapłaci haraczu; żadna dziewka nie pójdzie za mąż, jeśli mi wprzódy nie zapłaci pozwolenia dziewictwem; mężowie mają mi podlegać in capite, a polecam i rozkazuję, żeby ich żony były tak wolne, jak może serce zapragnąć, a język wypowiedzieć.
Dick.  A kiedy, milordzie, pójdziemy na Cheapside brać towary na rachunek?
Cade.  Rozumie się, natychmiast.
Wszyscy.  Prześlicznie!

(Wchodzą buntownicy z głowami lorda Saya i jego zięcia).

Cade.  A to czy nie prześliczniej? Niech się pocałują; wszak się kochali za życia. Rozłączcie ich teraz, żeby się nie porozumieli względem wydania reszty miast we Francyi. Żołnierze, odłóżcie rabunek miasta do nocy, bo myślą jest naszą objechać ulice z temi głowami na czele zamiast buław; a niech się na każdym rogu całują. Naprzód! (Wychodzą).

SCENA VIII.
Southwark.
(Alarm. Wchodzi Cade z całą swoją zgrają).

Cade.  Przez Fish-street, do rogu Świętego Magnusa! Bić, mordować wszystko! trupy do Tamizy! (Słychać trąbkę parlamentarską, potem sygnał odwrotu). Co się to znaczy? Kto się waży dawać znak traktowania lub odwrotu, kiedy ja mordować rozkazuję?

(Wchodzą: Buckingham i stary Clifford na czele wojska).

Bucking.  Są jeszcze ludzie, co słuchać cię nie chcą.
Wiedz, że przychodzim w królewskiem imieniu
Do ludu, który podstępem uwiodłeś,
Wszystkim zupełne niosąc przebaczenie,
Byle do domów wrócili spokojnie.
Clifford.  Rodacy, czas się jeszcze upamiętać,
Ofiarowaną przyjmujecież łaskę?
Czy z buntownikiem przenosicie ginąć?
Kto króla kocha, a łaskę przyjmuje
Niech czapkę rzuci w górę, niech zawoła:
Boże, zachowaj nam naszego króla!
Kto nienawidzi, nie czci jego ojca,
Swojego króla Henryka Piątego,
Który siał postrach na francuskiej ziemi,
Niech szablę wzniesie, na stronę odejdzie.
Wszyscy.  Boże, zachowaj króla! Boże, zachowaj króla!
Cade.  Jak to, Buckinghamie i Cliffordzie, skąd wam tyle odwagi? A wy, nikczemne chłopy, wy im wierzycie? Czy gwałtem chcecie wisieć z waszym pardonem na szyi? Czy na to miecz mój wyrąbał sobie drogę przez bramy londyńskie, żebyście mnie opuścili pod Białym Jeleniem w Southwark? Myślałem, że nie złożycie broni, póki nie odzyskacie waszej starej wolności, ale widzę, że jesteście tylko bandą bisurmanów i tchórzy, że wam miło być niewolnikami szlachty. Niechże łamią wam krzyże pod ciężarami, niech z waszych własnych wypędzają was domów, zabierają wam żony i córki pod waszym nosem; co do mnie, wiem, jak się ratować, a tak, niech boże przekleństwo na was spadnie!
Wszyscy.  Pójdziem wszyscy za Cadem! pójdziem wszyscy za Cadem!
Clifford.  Czy Cade Henryka Piątego jest synem,
Że wszyscy chcecie za wodza go przyjąć?

Czy was na ziemię francuską powiedzie,

By najbiedniejszym hrabstwa dać i księstwa?
Ach, on sam nie ma głowy gdzie przytulić,
On z tego tylko żyje, co przemocą
Nam albo waszym wydrze przyjaciołom.
Co za wstyd, jeśli wśród waszych rosterek
Francuz, co niegdyś drżał na wasze imię,
Przeskoczy morza, by was tu zwyciężyć!
Zda się, że jego widzę już zastępy
Rozpanoszone na naszych ulicach,
Chamem każdego z was nazywające.
Niech raczej tysiąc nędznych zginie Cade’ów,
Niżbyście mieli przed Francuzem klęknąć.
Do Francyi, raczej, do Francyi! odzyskać,
Coście w domowej utracili wojnie!
Ach, nad ojczystą zlitujcie się ziemią!
Henryk ma skarby, a wy macie serca,
Bóg z nami trzyma, zwycięstwo jest pewne.
Wszyscy.  Niech żyje Clifford! pójdziemy za królem i Cliffordem!

Cade.  Czy widział kto puch tak łatwo na wszystkie strony pomiatany jak to pospólstwo? Imię Henryka Piątego wabi ich do tysiąca nieszczęść, skłania ich do opuszczenia mnie tu w utrapieniu. Widzę już, jak się naradzają, aby mnie podejść; ale szabla moja otworzy mi drogę, bo chwili dłużej nie mogę tu zostać. Na przekór dyabłom i piekłu przez sam środek wasz przejdę, a niebo i honor biorę na świadków, że nie brak rezolucyi z mojej strony, ale moich towarzyszów podła i haniebna zdrada do ucieczki mnie zmusza.

(Wychodzi).

Bucking.  Uciekł? Niech za nim część w pogoń się puści;
Kto głowę jego przyniesie królowi,
Ten tysiąc koron dostanie w nagrodę.

(Wychodzi część ludu).

Za mną żołnierze! Znajdziemy sposoby,
Jak was pojednać z królem jegomością.

(Wychodzą).
SCENA IX.
Zamek Kenilworth.
(Wchodzą na taras zamkowy: król Henryk, królowa Małgorzata i Somerset).

Król Henr.  Byłże król kiedy, co na tronie zasiadł,
A mniej ode mnie szczęścia miał na rozkaz?
W dziesiątym mego żywota miesiącu
Jeszcze w kolebce przywdziałem koronę.
Nigdy poddany tronu tak nie pragnął,
Jak ja dziś wzdycham, by poddanym zostać.

(Wchodzą: Buckingham i Clifford).

Bucking.  Błogie ci, królu, przynosim nowiny.
Król Henr.  Co? Buckinghamie, czy Cade jest pojmany?
Lub czy się cofnął, by sił nowych szukać?

(Pokazuje się u stóp tarasu wielka liczba stronników Cade’a, ze stryczkami na szyjach).

Clifford.  Uciekł, stronnicy jego broń złożyli,
Z stryczkiem na szyi, w pokornej postawie,
Na twe skinienie żyć będą, lub zginą.
Król Henr.  Otwórz więc, niebo, twoje wieczne bramy,
Ażeby moje przyjąć dziękczynienia!
Życie wam dzisiaj ocalił ten dowód
Waszej miłości dla króla i Anglii.
Wytrwajcie tylko w tem postanowieniu,
A Henryk, chociaż niedolą gnieciony,
Wierzajcie, nigdy niewdzięcznym nie będzie.
Przebaczam wszystkim, i wszystkim dziękując,
Do waszych domów wrócić wam pozwalam.
Wszyscy.  Boże, naszego zachowaj nam króla!

(Wchodzi posłaniec).

Posłaniec.  Przybywam, królu, by cię uwiadomić,
Że książę York z Irlandyi powrócił;
Na czele silnej armii Galloglasów
I dzielnych Kernów spiesznie się posuwa;
Po miastach, które przechodzi, ogłasza,
Że zbrojno żąda tylko oddalenia

Księcia Somerset, zdrajcą go mianując.
Król Henr.  Cade albo York, oto moja dola;
Jak okręt, który wśród burzy ocalał,
Pirata w nagiej atakuje ciszy.
Ledwo Cade pierzchnął, jego tłum się rozbiegł,
A już na jego miejscu stanął York.
Idź, Buckinghamie, i zapytaj księcia,
Jaki mu powód oręż podał w rękę.
Powiedz, że poślę Edmunda do Tower;
Tam, Somersecie, będziesz moim więźniem,
Póki zaciągów swoich nie rozpuści.
Somerset.  Chętnie, mój królu, do murów więzienia,
I na śmierć pójdę dla dobra mej ziemi.
Król Henr.  Lecz w każdym razie słowa swoje miarkuj,
Bo dumny ostrych nie zniesie wymówek.
Bucking.  Bądź pewny, królu, że za moją sprawą
Wszystko na twoją obróci się korzyść.
Król Henr.  Królowo, lepiej musimy się rządzić,
Bo nieszczęśliwe moje panowanie
Przeklinać tylko dotąd może Anglia. (Wychodzą).

SCENA X.
Kent. Ogród Idena.
(Wchodzi Cade).

Cade.  Wstyd ambicyi i wstyd mnie samemu, co mam oręż, a przecie z głodu umieram! Ostatnie dni pięć kryłem się w tych lasach, i nie śmiałem wytknąć głowy, bo cały powiat na mnie czatuje. Ale teraz tak jestem głodny, że choćby mi ofiarowano tysiącletnią dzierżawę mojego życia, nie mógłbym dłużej tam zostać. Więc przez mur wdrapałem się do tego ogrodu spróbować, czy nie potrafię jeść trawy, czy nie znajdę jakiego liścia sałaty: przednia to jarzyna na ochłodzenie ludzkiego żołądka w takim upale. Myślę, że sałata urodziła się głównie dla mojego dobra. Gdyby nie sałata[8], już dawno halabarda byłaby mi czuprynę rozstrzaskała; nieraz znużonemu spiesznym pochodem sałata służyła za dzbanek, teraz musi mi służyć za pokarm. (Wchodzi Iden ze sługami).
Iden.  Ktoby na królów chciał dręczyć się dworze,
Mając na rozkaz tak wdzięczne chłodniki,
Mały ten kącik, dziedzictwo po ojcu,
Dla mego serca stoi za królestwo.
Nie pragnę rosnąć na drugich ruinie,
Ni skarbów zbierać pod zazdrości okiem;
Żyć tu uczciwie z tem możem, co mamy,
I nie odpędzić biednego od bramy.
Cade.  To właściciel gruntu; przychodzi mnie aresztować jako wagabundę, który śmiał stanąć na jego ziemi bez pozwolenia. Ha, łotrze, chcesz mnie zdradzić i zarobić tysiąc koron u króla, niosąc mu moją głowę. Ale ja cię nauczę, nim się rozstaniemy, jeść żelazo jak struś, a połykać mój pałasz jak szpilkę.
Iden.  Nie znam cię wcale, surowy mopanku,
Nie wiem, kto jesteś, czemużbym cię zdradzał?
Czy ci już niedość, żeś mój ogród naszedł,
Przez moje mury jak złodziej się wdrapał
Zapewne, żeby me grzędy rabować,
Jeszcze śmiesz do mnie przemawiać tak hardo?
Cade.  Czy śmiem? Śmiem, klnę się na najlepszą krew, co była kiedykolwiek wytoczona, nie tylko śmiem mówić, ale śmiem i wyzwać. Przyjrzyj mi się dobrze; nie włożyłem do ust kawałka mięsa od dni pięciu, a przecie, zbliż się tylko z twojemi pięcioma pachołkami, a jeśli nie zostawię was tu wszystkich umarłych jak ćwieki, to niech mi Bóg nigdy już więcej nie da jeść trawy.
Iden.  Nie, póki Anglia stoi, nikt nie powie,
Że Alexander Iden, szlachcic z Kentu,
Nie śmiał na równo z głodnym walczyć człekiem.
Spróbuj, czy zdołasz wlepioną źrenicą
Zmnusić mnie, oczy me do ziemi spuścić;
Porównaj członki nasze; jesteś słabszy;
Twa ręka ledwo palcem jest mej pięści;
Twe nogi kijkiem przy takiej maczudze;
Siła mej stopy równa twojej wszystkiej;
A bylem ramię to podniósł do góry,
Już grób dla ciebie stoi wykopany.
Ale słów dosyć; niecb teraz ten oręż
Dopowie, czego słowom moim braknie.
Cade.  Na moje męstwo, nie słyszałem jeszcze doskonalszego rycerza. Stali, jeźli twoje ostrze zwichniesz, a nie posiekasz tego kościstego chłopa na płatki wołowiny, nim wrócisz spać do pochwy, proszę Jowisza na kolanach, żebyś się zmieniła na hufnale. (Walczą; Cade pada). Zginąłem! Głód mnie zabił nie co innego. Niech dziesięć tysięcy dyabłów przeciw mnie stanie, daj mi tylko dziesięć jedzeń, których byłem pozbawiony, a wyzwę wszystkich na rękę. Uschnij, ogrodzie! bądź odtąd cmentarzem dla wszystkich mieszkańców tego domu, bo niezwyciężona dusza Cade’a uleciała.
Iden.  Zabiłem Cade’a, potwornego zdrajcę?
Będziesz mi odtąd świętą moja szablo,
Na moim grobie zawiesić cię każę.
Tej krwi nie otrę nigdy z twego ostrza,
Będziesz ją nosić niby płaszcz herolda
Twojego pana honor głoszącego.
Cade.  Idenie, bądź zdrów! Pysznij się z twojego zwycięstwa! Powiedz Kentowi w mojem imieniu, że stracił swojego najlepszego męża; radź wszystkim zostać tchórzami, bo ja, co nigdy nikogo się nie zląkłem, byłem zwyciężony przez głód nie przez męstwo.

(Umiera).

Iden.  Jak mię skrzywdziłeś, niechaj Bóg osądzi.
Konaj, nędzniku, klątwo twojej matki!
Jak miecz w wnętrznościach twoich utopiłem,
Takbym chciał duszę twą utopić w piekle!
Za nogi stąd cię wyciągnę i rzucę

Na gnojowisko, co twym grobem będzie,
Tam twoją głowę utnę obrzydliwą,
Do mego króla w tryumfie poniosę,
A na żer krukom tułub twój zostawię.

(Wychodzi, ciągnąc za sobą trupa).



AKT PIĄTY.
SCENA I.
Pola między Dartford a Blackheath.
(Z jednej strony obóz króla, z drugiej wchodzi York z eskortą, przy odgłosie bębnów z rozwiniętymi sztandarami; armia jego pokazuje się w odległości).

York.  Wracam o moje dopomnieć się prawa,
I berło wydrzeć z słabych rąk Henryka.
Uderzcie w dzwony, zapalajcie ognie,
Aby prawego przyjąć godnie króla.
Korono, ktoby drogo cię nie kupił?
Kto rozkazywać nie umie, niech słucha.
Tylko do złota dłoń się ta rodziła;
Nie mogę słowom mym nadać znaczenia,
Gdy miecz lub berło nie doda im wagi.
Jeśli mam duszę, i berło mieć będę,
Na którem lilie zawieszę francuskie.

(Wchodzi Buckingham).

Kto to? Buckingham: król go pewno wysłał,
By mnie skrzyżować; skrytym z nim być muszę.
Bucking.  Witaj, Yorku! jeśli cel twój dobry.
York.  Twe pozdrowienie przyjmuję, Humphreyu.
Czyś jak przyjaciel, czy jak poseł przybył?
Bucking.  Jak poseł króla naszego Henryka,
Pytać o powód twych zbrojeń w pokoju,
Pytać, dlaczego, tak jak ja poddany,

Wbrew twym przysięgom, tak wielkie zaciągi
Bez królewskiego robisz pozwolenia,
I śmiesz tak blizko dworu je prowadzić?
York  (na stronie). Głos mnie odbiega, gniew mi gardło ścisnął;
Jakby szalony, na te jego słowa,
Skałybym rąbał, z kamieniami walczył,
Albo jak wściekły Ajax Telamończyk
Gniew mój utopił w krwi owiec i wołów.
Jestem szlachetniej niż król urodzony,
Godniejszy tronu postawą i myślą,
Na chwilę jednak ucichnąć mi trzeba,
Dopóki siłą nie przejdę Henryka.
(Głośno). Racz mi przebaczyć me długie milczenie;
Lecz czarny smutek duszę mi zamącił.
Celem mojego zbrojnego pochodu
Jest oddalenie księcia Somerseta,
Który kraj zdradza i swojego króla.
Bucking.  Zbytnia ze strony twej zarozumiałość:
Lecz jeśli broń twa innych nie ma celów,
Już się do twoich żądań król przychylił:
Książe Somerset zamknięty jest w Tower.
York.  Mówisz mi na twój honor, że jest więźniem?
Bucking.  Tak jest, na honor mój mówię, jest więźniem.
York.  Więc, Buckinghamie, wojska me rozpuszczam.
Dzięki wam, wiara! Wracajcie do domów.
Jutro, na polu Świętego Jerzego
Żołd wam wypłacę, dam wszystko, co chcecie.
Niech król mój Henryk, jako zakładnika
Mojej wierności, mego przywiązania,
Zażąda mego najstarszego syna,
Ba, wszystkich synów, chętnie mu ich poślę;
Me ziemie, konie, zbroje, moje wszystko
Na rozkaz jego, gdy Somerset zginie.
Bucking.  Pochwalam twoją uprzejmą uległość;
Do królewskiego idźmy więc namiotu.

(Wchodzi Henryk z orszakiem).

Król Henr.  Czy York nie ma złych względem nas myśli,
Że jak przyjaciel dłoń w dłoni z nim idziesz?

York.  Z całą pokorą, z całą powolnością
York przed swoim monarchą się stawia.
Król Henr.  Na cóż więc siły, któreś z sobą przywiódł?
York.  By Somerseta zdrajcę stąd oddalić,
Na buntownika ciągnąć potem Cade’a,
Który, jak słyszę, zniknął już pobity.

(Wchodzi Iden z głową Cade’a).

Iden.  Jeśli tak nizki, prosty jak ja człowiek
Może przed króla stawić się obliczem,
Przynoszę panu memu zdrajcy głowę,
Cade’a, któregom zabił w pojedynku.
Król Henr.  Jak sprawiedliwe sądy twoje, Boże!
Niech się po śmierci twarzy tej przypatrzę,
Co mi za życia trosk tyle sprawiła.
Powiedz, czyś ty go zabił, przyjacielu?
Iden.  Tak jest, ja, królu.
Król Henr.  Jakie twe nazwisko?
Twój stan?
Iden.  Me imię Alexander Iden,
Ubogi giermek, króla kochający.
Bucking.  Słuszna jest, byś go, najjaśniejszy panie,
Za tę usługę pasował rycerzem.
Król Henr.  Klęknij Idenie (Iden klęka). Wstań teraz rycerzem.
Tysiąc ci grzywien dajemy w nagrodę,
I chcemy, abyś przy nas odtąd został.
Iden.  Bodaj mógł Iden łaski tej być godnym,
I żyć i umrzeć wiernym swemu panu!
Król Henr.  Patrz, Buckinghamie, Somerset z królową;
Powiedz jej, by go ukryła przed księciem.

(Wchodzą: królowa Małgorzata i Somerset).

Małgorz.  Nie skryje głowy dla tysiąc Yorków,
Lecz się z nim śmiało oko w oko spotka.
York.  Co widzę? Jakto? Somerset swobodny?
Długo więzionym dam wolny bieg myślom,
A niech dorówna język memu sercu!
Zniosęż spokojnie widok Somerseta? —
Fałszywy królu, czemuś słowo złamał,
Wiedząc, jak ciężko znieść mi jest obrazę?

Królem cię zowię? Nie, nie jesteś królem;
Nie jest ten zdolny panem być milionów,
Co nie śmie panem jednego być zdrajcy.
Korona twojej nie przystoi głowie,
Dłoń twa stworzona do kija pątnika
Nie do groźnego monarszego berła.
Złoto opasać musi skronie moje,
Bo me spojrzenie, jak dzida Achilla,
Zdolne jest zabić i zdolne uleczyć.
Ręka ta równie nosić może berło
Jak pisać prawa i strzedz ich spełnienia.
Ustąp; nie możesz dłużej nad tym władać,
Którego niebo twym władcą stworzyło.
Somerset.  Potworny zdrajco! areszt na cię kładę
Jako na zdrajcę króla i korony.
Ugnij kolana, proś o przebaczenie.
York.  Ja zgiąć kolana? Niech ci[9] wprzód powiedzą,
Czy chcą, by York klęknął przed człowiekiem.
Przyzwij mych synów, dam mu ich na zakład;

(Wychodzi Sługa).

Zanim pozwolą rodzica uwięzić,
Wprzód w mej obronie strzaskają swe szable.
Małgorz.  Idź, niech się Clifford natychmiast tu stawi,

(Wychodzi Buckingham).

Niech powie, czyli bękarty Yorka
Mogą być zdrajcy ojca zastawcami.
York.  O, krwi nieczystej Neapolitanko,
Ziemi tej biczu, a własnej wyrzutku,
Lepsze od ciebie rodem moje syny
Zakładnikami ojca swego będą,
A biada, komu zastaw ten nie starczy!

(Wchodzą: z jednej strony Edward i Ryszard Plantageneci, z wojskiem, a z drugiej, równie na czele armii stary Clifford i jego syn).

Przychodzą spełnić, co zapowiedziałem.
Małgorz.  A razem Clifford, zakład ten odrzucić.
Clifford  (klęka). Zdrowie i szczęście mojemu królowi!

York.  Dzięki, Cliffordzie; jakie niesiesz wieści?
Nie groź mi tylko surowem spojrzeniem;
Ja królem twoim, klęknij więc powtórnie,
Twojej pomyłce na ten raz przebaczam.
Clifford.  To król mój, książe, pomyłki nie było;
Tylko ty w twem się mylisz przypuszczeniu.
Precz z nim do Bedlam; człowiek ten oszalał.
Król Henr.  Prawda, Cliffordzie, w szalonej ambicyi
Przeciw swojemu śmiał powstać królowi.
Clifford.  To zdrajca; niech go prowadzą do Tower,
I buntowniczą utną mu tam pałkę.
Małgorz.  Aresztowany, rozkazów nie słucha,
Daje za siebie synów swoich słowo.
York.  Czy go nie dacie?
Edward.  O, damy, mój ojcze,
Jeżeli starczy.
Ryszard.  Jak nie starczy słowo,
To miecze nasze wystarczą zapewne.
Clifford.  Cóż to za gniazdo zdrajców mamy tutaj?
York.  Spojrzyj w zwierciadło, zdrajcą zwij swój obraz;
Bom ja twym królem, a ty jesteś zdrajcą.
Przywołaj tutaj dwóch moich niedźwiedzi[10],
Aby łańcuchów swoich samym brzękiem
Serca tych kądlów napełniły strachem.
Niech Salisbury i Warwick się zbliżą.

(Bębny. Wchodzą: Salisbury i Warwick na czele wojska).

Clifford.  To twe niedźwiedzie? Na śmierć je zaszczujem,
A w ich łańcuchy zwiążem niedźwiednika,
Byleś do szczwalni śmiał je wyprowadzić.
Ryszard.  Widziałem nieraz zuchwałego kądla,
Jak kąsał rękę, co go chciała wstrzymać,
Lecz jak go niedźwiedź raz trzasnął łopatą,
Przytulił ogon i skowycząc zmiatał.
Was ten los czeka, jeżeli zuchwale
Z lordem Warwickiem zechcecie się mierzyć.

Clifford.  Precz, kuczko złości, niezdarny kikucie,
Tak krzywy duchem jak krzywy postacią!
York.  Poczekaj tylko, wkrótce cię rozgrzejem.
Clifford.  Patrz, abyś w własnem nie zgorzał gorącu.
Król Henr.  Jak to, Warwicku, czy już zapomniałeś
Zginać kolana? Stary Salisbury,
Wstyd twoim srebrnym włosom! ty szalony
Uwodzicielu szalonego syna!
Chcesz na śmiertelnem łożu zbójcą zostać?
Chcesz w okularach utrapienia szukać?
Gdzież się podziały wiara i uległość?
Jeżeli zimna wygania je głowa,
W jakim zakątku ziemi znajdą przystań?
Czy chcesz grób kopać, by wygrzebać wojnę?
Twoją uczciwą starość krwią pokalać?
Czy w twoim wieku brak ci doświadczenia?
Lub jeśli masz je, chcesz go nadużywać?
Wstydź się! W pokorze schyl przede mną czoło,
Jak od starości chylisz się ku ziemi.
Salisbury.  Milordzie, pilnie sam w sobie ważyłem
Pretensye tego wsławionego księcia,
I po rozwadze sumienie mi rzekło,
Że on jest prawym korony dziedzicem.
Król Henr.  Czyś mi nie przysiągł na wierność?
Salisbury.  Przysiągłem.
Król Henr.  A dziś przed Bogiem chcesz przysięgę złamać?
Salisbury.  Wielkim jest grzechem na grzechy przysięgać,
Lecz większym, grzesznej dotrzymać przysięgi.
Kto może ślubem być zobowiązany
Okraść człowieka lub go zamordować,
Czystość niewinnej pokalać dziewicy,
Biednej sierocie wydrzeć ojcowiznę,
Lub wdowie dane prawem opatrzenie,
A za jedyną krzywdy mieć wymówkę,
Że się do tego związał przysięgami?
Małgorz.  Przewrotnym zdrajcom nie trzeba sofisty.
Król Henr.  Idź, powiedz, niechaj zbroi się Buckingham.
York.  I on i wszyscy twoi przyjaciele,

Bo hasłem mojem: śmierć albo korona!
Clifford.  Więc śmierć, jeżeli sny moje się sprawdzą.
Warwick.  Wracaj do łóżka lepiej i śnij znowu,
Byś od burz boju głowę twą uchronił.
Clifford.  Większem jest gotów przetrwać huragany,
Niż te co dzisiaj zdolnyś jest wywołać,
I to na twojej przyłbicy wypiszę,
Byłem cię poznał po rodzinnym znaku.
Warwick.  Więc ci przysięgam na herb mego ojca,
Że na mym hełmie, w dniu tym, znak Nevilów,
Niedźwiedź przykuty do pnia sękatego,
Jak cedr zabłyśnie na wierzchołku skały,
Co konarami z wszystkich burz się śmieje,
Swoim widokiem strach w twej zbudzi duszy.
Clifford.  Niedźwiedzia tego z twej zedrę przyłbicy,
Z całą pogardą pod me rzucę nogi
Mimo obrońcy jego, niedźwiadnika.
Młody Clif.  Więc do oręża, ojcze mój zwycięski,
Bunt ten utopmy we krwi buntowników!
Ryszard.  Miast słów zjadliwych mów lepiej pacierze,
Bo dziś z Chrystusem jeść będziesz wieczerzę.
Młody Clif.  Jeszcze proroczy duch nie siadł z garbusem.
Ryszard.  To zjesz ją z dyabłem, gdy nie chcesz z Chrystusem.

(Wychodzą w różne strony).
SCENA II.
Saint Alban’s.
(Alarm. Utarczki. Wchodzi Warwick).

Warwick.  Warwick cię wzywa, Cliffordzie z Cumberland!
Jeżeli kryć się nie chcesz przed niedźwiedziem,
Gdy gniewna trąbka alarmu znak daje,
A z wiatrem lecą konających krzyki,
Wystąp, Cliffordzie, wystąp i walcz ze mną!
Lordzie północy, Cliffordzie z Cumberland,
Warwick ochrypnął, próżno cię wołając.

(Wchodzi York).

Cóż to, milordzie? czy pieszo chcesz walczyć?
York.  Clifford mojego powalił rumaka;
Lecz mu tą samą spłaciłem monetą,
Bo koń ognisty, co tak mu był drogim,
Leży tam krukom i sępom na pastwę.

(Wchodzi Clifford).

Warwick.  Przyszła godzina obu lub jednemu.
York.  Za innym zwierzem idź w pogoń, Warwicku,
Bo mej się szabli jeleń ten należy.
Warwick.  Niech i tak będzie; o koronę walczysz.
Wierz mi, Cliffordzie, jak zwycięstwa pragnę,
Żal mi, że z tobą mierzyć się nie mogę (wychodzi).
Clifford.  Co widzisz we mnie? czemu wryty stoisz?
York.  W twojej postawie mógłbym się zakochać,
Gdybyś śmiertelnym wrogiem moim nie był.
Clifford.  I twej dzielności hołdby się należał,
Gdybyś nikczemną nie kalał jej zdradą.
York.  Niech nad twą szablą tryumf mój dowiedzie,
Że w praw mych tylko powstałem obronie.
Clifford.  Duszę i ciało stawiam tu na kartę.
York.  Groźna to stawka! Więc miej się do broni!

(Walczą; Clifford upada).

Clifford.  La fin couronne les oeuvres (umiera).
York.  Tak wojna dała pokój twemu ciału,
Niechaj go raczy Bóg twojej dać duszy! (wychodzi).

(Wchodzi młody Clifford).

Mł. Clif.  Wstydzie i hańbo! wszystko jest w rozsypce;
Strach zrodził nieład, a nieład zabija
Tych, co w nieładzie szukali ratunku.
O, córko piekieł, wojno! na ród ludzki
Gniewnego nieba wybrany mścicielu,
Rzuć ogień zemsty w zimne naszych serca!
Nie dozwól, aby jeden pierzchnął żołnierz!
Kto całą duszą wojnie się poświęcił,
Zrzekł się sam siebie; kto siebie się nie zrzekł,
Tylko przypadkiem męstwa zyskał palmę.

(Spostrzegając zabitego ojca).

Niechże nikczemny dziś świat się ten skończy!

Niechaj sądnego dnia dzisiaj płomienie
Niebo i ziemię w jedno nic obrócą!
Niech się odezwie trąba Archanioła,
I wszystkie drobne dźwięki niech zagłuszy!
Twojemże było, ojcze, przeznaczeniem
W pokoju młode przepędzić swe lata,
Starości barwy doczekać się srebrnej,
By w dniach powagi twojej senatorskiej
W szalonym boju legnąć od oręża?
Me serce na ten kamienieje widok,
Do dni mych końca zostanie kamieniem,
Jak bez litości York był dla starca,
Tak dla ich dzieci będę bez litości.
Łzy dziewic będą, czem rosa dla ognia;
Piękność, co nieraz tyrana łagodzi,
Olejem będzie dla żarów mej zemsty.
Odtąd na wieki żegnam się z litością!
Gdzie spotkam domu Yorków niemowlę,
Na tyle drobnych posiekam je cząstek,
Na ile wściekła Medea Absyrta.
Mej chwały będę w okrucieństwie szukał.

(Biorąc ciało zabitego).

Ty, nowa domu starego ruino,
Na moich męskich uniosę cię barkach
Jak Anchizesa z płomieni Eneasz.
Ale Eneasz żywy uniósł ciężar,
Tysiąckroć lżejszy od martwego trupa.

(Wchodzą: Ryszard Plantagenet i Somerset, walcząc. Somerset pada zabity).

Ryszard.  Leż tu; pod szyldem mizernym szynkowni;
Zamkiem Saint Alban’s, śmierć ta Somerseta
Unieśmiertelni wróżbę czarownicy[11].
Szablo ma, nie trać hartu! ognia serce!
Niech ksiądz za wrogów modli się w kościele,
Książe pod nogi szablą ich swą ściele (wychodzi).

(Alarm. Utarczki. Wchodzą: król Henryk, królowa Małgorzata i inni, w odwrocie).

Małgorz.  Przez Boga, królu, uciekaj! czas drogi!
Król Henr.  Kto wolę niebios prześcignie? Czekajmy.
Małgorz.  Z jakiejże gliny jesteś ulepiony?
I bić się nie chcesz i nie chcesz uciekać.
Cofać się radzą roztropność i męstwo;
W ucieczce tylko nasze ocalenie. (Alarm w odległości).
Z twojem pojmaniem wszystko się skończyło.
Jeśli szczęśliwie pogoni ujdziemy,
(A ujść nie trudno, byle nie twój opór),
W Londynie znajdziem niemało przyjaciół,
Przy ich pomocy zdołamy naprawić
Naszej fortuny dzisiejsze wyłomy.

(Wchodzi młody Clifford).

Mł. Clif.  Gdybym nie myślał o zemście na przyszłość,
Wolałbym bluźnić niż ucieczkę radzić;
A jednak musisz uciekać, bo teraz
W naszych żołnierzy sercach siadła rozpacz.
Idźmy sił szukać, a dzień ten zaświeci,
W którym na wrogów klęska równa zleci.
Uciekaj, królu! (Wychodzą).

SCENA III.
Pola w blizkości Saint Alban’s.
(Alarm. Odwrót. Przy odgłosie trąb wchodzą: York, Ryszard Plantagenet, Warwick; za nimi żołnierze z biciem w bębny i rozwiniętemi chorągwiami).

York.  Kto nam dać może wieść o Salisburym,
Lwie osiwiałym, który w gniewu szale
O spustoszeniach starości zapomniał;
Jak młody rycerz w samej lat swych wiośnie
W zamęcie boju na nowo rozkwitnął?
Dzień ten szczęśliwy dniem szczęśliwym nie jest,
Jeśli go życiem Salisbury kupił.
Ryszard.  Dostojny ojcze, trzy razy, wśród boju,

Rumaka dosiąść przybyłem mu w pomoc;
Trzy razy piersią go mą osłoniłem,
Uprowadzając z zamętu, błagałem,
By na tem skończył, lecz zawszem go spotkał
Tam, gdzie na placu bój wrzał najgorętszy.
Jak w skromnym domu bogate obicie,
Błyszczała wola w słabem jego ciele.
Lecz patrz, szlachetny przybliża się rycerz.

(Wchodzi Salisbury).

Salisbury.  Na moją szablę, dobrześ się dziś sprawił,
Jak się dziś wszyscy sprawiliśmy dobrze.
Dzięki, Ryszardzie! Bóg wie tylko jeden,
Jak długo jeszcze na ziemi mam zostać;
Za jego wolą trzykroć w tej potrzebie
Śmierć odstraszyłeś wiszącą nade mną.
Ale co mamy, nie jest jeszcze nasze;
Nie dość że z pola pierzchnął nieprzyjaciel,
Bo mu nie trudno nowe zebrać siły.
York.  W pogoni nasze leży bezpieczeństwo,
Bo do Londynu król śpieszy, jak mówią,
Ażeby zwołać parlament co prędzej.
Śpieszmy, nim wici potrafi rozesłać.
Lordzie Warwicku, jakie twoje zdanie?
Warwick.  Za nim, lub przed nim, jeśli wydołamy,
Dzień to był świetny, na moją prawicę!
Bitwa Saint Alban’s przyszłym pokoleniom
O chwale księcia York będzie świadczyć.
Więc do Londynu co sił starczyć może;
Więcej dni takich daj nam Panie Boże!

(Wychodzą).









  1. The first Part of the contention betwixt the two famous houses of York and Lancaster, with the death of the good Duke Humphryi; And the bannishment and death of the Duke of Suffolke, and the Tragicall end of the proud Cardinall of Winchester, with the notable Rebellion of Jack Cade; And the Duke of Yorkes first claime unt the Crowne. London. Printed by Thomas Creed, for Thomas Millington, and are to be sold at his shop under Saint Peters Church in Cornwall. 1594.
  2. Kamień ten, prawdopodobnie z rzymskich czasów, leżał na Cannon-street długo, póki go do któregoś z kościołów nie zabrano. Ma się dotąd podobno tam znajdować.
  3. Charneca, wieś w okolicach Lisbony. Wino Charneca było słynne za czasów Szekspira.
  4. W akcie pierwszym, duch zapytany: Księcia Suffolka jaka będzie przyszłość? Odpowiedział: Przez wodę zginie, tam koniec go czeka. Widać że za czasów Szekspira Walter wymawiało się Water (woda), stąd igraszka stów, której niepodobna wytłómaczyć.
  5. Nowa igraszka słów z Pole i Poole (Pul) (kałuża) nie podobna do wytłumaczenia.
  6. Alluzya do dewizy Edwarda III, słońca z chmur się wymykającego.
  7. Bergulus, Illyrius latro. Cic. de Off. II, 11.
  8. Sallet, znaczy: sałata i szyszak, z hiszpańskiego (celada), igraszka słów naturalnie niepodobna do wytłómaczenia.
  9. Może wskazując synów albo armię w odległości.
  10. Niedźwiedź przykuty do sękatego pnia był godłem Nevilów.
  11. W akcie I przepowiednia ducha względem Somerseta: Niechaj się strzeże zamków! Szyld szynkowni przedstawiał zamek Saint Alban’s.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Shakespeare i tłumacza: Leon Ulrich.