Latarnia czarnoxięzka/II/Tom I/Rozdział I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Latarnia czarnoxięzka
Podtytuł Obrazy naszych czasów
Wydawca S. Orgelbrand
Data wyd. 1844
Druk M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały Oddział II
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
I.
MATKA I SYN.

ROZDZIAŁ I.



B to wieczór jesienny — wiecie szanowni czytelnicy co to jest wieczór jesienny, pod naszém niebem północy. O szóstéj już się powoli zmierzcha, wiatr zimny świszcze otrząsając z drzew resztę pożółkłych liści — szare i sine chmury wloką się po niebie ciemném. — Trawniki zżółkły, ogród traci chwilową swą ozdobę różnofarbnych przedśmiertnych sukienek, w które się ustroił jakby tylko na pożegnanie; pola starte pod nogami bydła, złocistą cierń przemieniły w szaro-żółtą jakąś smutną sukmanę. Jedyną weselną barwę w obrazie stanowią zasiewy i zieleniejące nadzieją następnych zbiorów, łany. — Tak na świecie splata się wszystko w ten wieniec różnofarbny, który zowiemy życiem. Z jednéj strony śmierć, z drugiéj młodość, nadzieje — jedno ociera się o drugie, a nie łączy, choć jedno wypływa z drugiego.
Są ludzie, co nie wiém czemu lubią porę jesienną, może dla tego, że im w duszę przynosi smętek jakiś uroczy, miły, którego bez zewnętrznego wrażenia wyrobić w sobie nie umieją; ale więcéj daleko zgodzi się ze mną, że jesień, jak ta pora niepewna i bez charakteru, która rozdziela właściwą wiosnę od zimy — jest bardzo smutną. Przejście to tylko z ostréj i nie bez wdzięków zimy, do uroczystego lata, jak jesień przejściem z lata do snu zimy. Tym, co potrzebują smutku, dla jakiéjś równowagi w duszy, mogą się podobać pory roku ściskające za serce; ale ludziom, co ciągle brodzą myślą we wszystkich utrapieniach żywota, nigdy nadto być nie może lata, wesołości, słońca, ciepła i pogody. Jesień zasmuca mimowolnie, i pod jéj szarém niebem, tak smutno, jak potępieńcom Danta, w kapicach ołowianych. Człowiek się sam nie wiedząc czego niespokoi, lęka o doczekanie wiosny i wzdycha.
Ta smutna pora dla próżniaków myślących tylko i dumających — dla wieśniaka naszego, jest najszczęśliwszą porą pełności w stodole, dostatku na stole, czasem wesel po siołach, hulanki po karczmach i jarmarków — Oni niemają czasu obejrzéć się na smutne oblicze otaczającego ich przyrodzenia: bo życie ich, nie życiem myśli, dumań i wejrzeń, ale żywotem trudu naprzemian i szału.
I gdy w chatach wesołe trzeszczą łuczywa, słychać wieczorne śpiewy i warczące wrzeciona i głośne śmiéchy dziewcząt; — w salonach.
O! w salonach nudno, zimno, pusto i smutno!
Zajrzyjmy do jednego z nich. — Mówiliśmy już o wieczorze jesiennym — o szaréj godzinie, któréj szarości dodaje niebo chmurne, wiatr jęczący smutno i szelest opadających liści. W saloniku wychodzącym na ogród, w którym widać lipową, teraz żółtą zupełnie ulicę — siedzi trzy osoby w milczeniu, rzadko przerywaném kilką wyrazami, krokami i ruchami. Te trzy osoby, są to nasi znajomi — August, Staś, a teraz pan Stanisław, i żona jego Matylda.
P. August nic nam prawie nie postarzał, rodzaj życia, wstrzemięźliwość cielesna i duchowna, spokój wewnętrzny czynią go zawsze jednostajnie młodym. Jemu życie nie posuwa się jak index sekundowy szalejący po cyferblacie zegaru, ale jak żółwio patrzący godzinnik. Czémże miał zestarzéć, gdy nie kocha, nie płacze, nie porusza się niczém, i zawsze zamknięty w swéj skorupce, szafuje tyle tylko życia, ile go niezbędnie na powszednią potrzebę wydać musi. To też jedna marszczka nie przybyła mu na czole gładkiém, lśniącém, czystém i pełném spokoju, oczy nie pociemniały, nie straciły blasku, nie zgarbił się i nie wyłysiał, niezużył. — Takim jest, jakeśmy go widzieli w pierwszéj części naszego obrazu.
Za to, o jakże wielka odmiana w Stasiu! Staś, przypominacie sobie, był młodym, trzpiotowatym chłopcem w początku, potém spoważniał oparzywszy się miłością Hrabiny Julii, potém exaltował się z Natalią, rozpaczał za piérwszą kochanką i starzał w podróżach, aż powrócił statecznym, jak to dawniéj wybornie mówiono, człowiekiem, żonaty i poważny do domu — August przez cały ten czas był zawsze takim, jakim go zastaliśmy w początku. Gdy Stanisław trzpiotał się, szalał, kochał, rozpaczał, podróżował i żenił; wuj żył swojém życiem powolném — jeden i jeden i zawsze ten sam.
I doczekał się, jeszcze jednej, może najmniéj spodziewanéj i pożądanéj w siostrzeńcu zmiany — on ją z początku z westchnieniem przewidywał i myśl o niéj jak natrętną muchę opędzał — potém sądził już że się mylił i winszował w duchu omyłki; teraz dopatrywał się coraz wyraźniéj, jaśniéj, że zmiana ostatnia — z kolei jako konieczność natury charakteru i Stanisława nadeszła. Łatwo zgadniecie, jaka to była ta zmiana ostatnia — Staś zobojętniał dla żony, która dawszy mu syna, zawsze go jedném, poczciwém, dość na pozór zimném, ale głębokiém przywiązaniem i miłością cichą nie wynurzającą się, ale szczérą — kochała.
Stasiowi mało było tego wszystkiego. Jeden to był z tych charakterów potrzebujących ciągłych wzruszeń i nieustannéj walki, nadziei, zmian i ruchu, jako warunku exystencyi, jedna to była z tych organizacyi dziwnych, co jak Salamandra, żyją w ogniu. Organizacye te na nieszczęście, daleko są pospolitsze od Salamander, których nikt prócz Benvenuta Cellini, niewidział podobno, a przynajmniéj nikt tak jak on (niewyjmując policzka ojcowskiego)[1]
Jedną z tych nieszczęsnych organizacyi obdarzony był biédny Staś.
Wzdychał nieustannie za spokojem, za ciszą, za wsią, a nie mógł wytrzymać trzech dni w zupełnym spokoju i ciszy. Gdy niestało wypadków, to się bił z myślami, to roił, to budował na marzeniach marzenia i drapał się po nich pod niebiosa, sposobem olbrzymów, nie lepiéj mu się to, od nieboszczyków tych antecessorów udawało. Prędko, bardzo prędko, spokojna, wesoła, świéża i rumiana twarz Matyldy, pogodne jéj oblicze, spowszedniało mężowi, prędko nacieszył się wrażeniami swojego ojcowstwa (paternité, — nie ma na to wyrazu u nas — miałożby to znaczyć, że niebyło rzeczy???)[2].
Synka; — rumiane, śliczne dziecię, odpychał zlekka, zadumany, a żonę, zbywał często wyrazy zimnemi jak lód, o które by się wszelaka inna, niż jéj miłość rozbiła. — Ale ona miała jedno z tych przywiązań trwałych, których nic nie wyrwie, gdy raz w duszę wrosną. — Im mocniéj je szarpiesz, tém głębiéj zapuszczają korzenie.
August okiem badacza patrzał od początku na Stasia i przewidział co być miało, dojrzał początku, doczekał się wyraźnych symptomatów nudy, oziębienia, przesytu.
Dobrze to któś uważał, że większa część małżeństw, rozbija się o najpiérwszy szkopuł na drodze. Tym szkopułem jest chwila, gdy wielka ognista namiętność ustaje, a przywiązanie, na szacunku i nałogu zbudowane, jeszcze nie przyszło. Chwila niebezpieczna, którą trochą odwagi, i cierpliwości przebywszy, wchodzi się pod jasne niebo dalszego małżeńskiego żywota. Dawniéj u nas, że nie było namiętności na początku, nie było i przesytu, nie było idei rozprzężenia bo była idea obowiązku i tak wszystko to, co my dziś doznajemy, prawie nie exystowało. Ale dziś istotna prawda, że najwięcéj małżeństw rozchodzi się, nieprzebywszy piérwszéj chwili niebezpiecznéj.
Ta chwila nadeszła dla Stanisława może wcześniéj niż była powinna. Nie dla tego, żeby z natury przywiązania, powinien był i musiał ostygnąć prędzéj, ale że przywiązanie Matyldy, szlachetne, całe w sobie, niewyjawiające się ciągle, nie podsycające wybuchów z drugiéj strony, musiało do tego usposobić.
Coraz częściej Staś począł rozmyślać o Julii — potém, potém o Natalii nawet. Życie zdało mu się tak szare, smętne, tak utrapienie ciche, tak powoli się wlokące, tak bez odmian i wrażeń! Czuł się bezsilnym, nie radym z siebie, niespokojnym. Matylda wszystkiego tego nie widziała — ale za nią i za Stanisława może, przewidział i zobaczył co się święciło August. Ze swoją krwią zimną, z nieubłaganym powierzchownym chłodem, śledził postępów choroby i truchlał, szukając na nią lekarstwa. Wiedział on że przebywszy niebezpieczną chwilę, wszystko pójść może dobrze. Ale jak przejść między Scyllą a Charybdą?? W tém trudność — przytomny niebezpieczeństwu, łamał sobie głowę szukając, jak je zakląć — na Matyldę nic nie można było rachować — bo ani jej powiedziéć całéj prawdy godziło się, ani dowiedziawszy się jéj, byłaby w nią uwierzyła. A tym czasem Staś coraz konwulsyjniéj targał swoje złote więzy. Pamiętajmy na to, że on niebył wychowany tak, aby przedewszystkiém wierzył w świętość obowiązków, i panowanie ich nad życiem całém; nie był wychowany tak, aby w uczuciu dopełnionego choć przykrego obowiązku, znajdował osłodę, szczęście — Staś szczęście rozumiał staro-nowym — pogańsko-filozoficznym sposobem — nasyceniem, a to inne szczęście spokojnéj duszy, zwał ujemném. Niechciał się zastanowić, że to ujemne jak je zwał, jest właśnie jedyném duchownén — poczuwszy przesycenie, rzucił się jak dziki zwiérz w klatce — na nową pastwę — nie probował zlepić roztłuczonego szczęścia domowego — poszedł szukać nowych.
Zaczął od gęstych odwiedzin w sąsiedztwo i — niestety — wyznajmy to, bo przedewszystkiém prawdę pisać musiemy — nieraz już usiadł za zielonym stolikiem, nieraz w wzruszeniach jakie daje gra, probował nowego nasycenia, nowéj nieznajoméj roskoszy. Tego najwięcéj zląkł się August.
— Dla czego, powiedział w duchu, nie szuka przynajmniéj szlachetniéjszéj rozrywki, czemu niechce pracować? Święci pańscy potrzebowali pracy, jako ballastu do łodzi życia, cóż dopiéro my biédni?? Zajęcie, jest niezbędnym warunkiem, poczciwego życia i w braku zatrudnienia zajmuje się większa część ludzi, grą, ale Stanisław co rozumié lepsze życie, miałżeby wyjść na jednego z bezrozumnéj trzódy baranów Panurga?
Odtąd August, nieodstępnym stał się towarzyszem, stróżem Stanisława, lękał się o niego, bał odstąpić.
Jakże, powiécie mi, ten człowiek, którego maluje się tak zimnym, zdobył się na takie przywiązanie dla siostrzeńca? Jakże on swój najdroższy spokój, ku któremu skierował wszystkie długich lat usiłowania, mógł tak dobrowolnie nieproszoną opieką zakłócić?
Widzieliście, w piérwszéj części naszego obrazu, że August nie oparł się pewnemu wzruszeniu, na widok siostrzeńca, że od razu go przeciw zwyczajowi swemu, przeciw normalnéj apatii, — pokochał. Potrzeba wytłumaczyć jak się to stało. Powiedzieliśmy wyżéj, że Staś żywo przypomniał mu siostrę, siostrę ukochaną, jedyną istotę, dla któréj August, uczuł raz w kilkadziesiąt lat przywiązanie posunięte aż do poświęcenia, aż do zapomnienia o sobie i swojéj idei stoicyzmu.
Ta siostra Augusta, do któréj Staś był i z twarzy i z charakteru podobnym, stanowiąc zupełną sprzeczność z nim, wzbudziła naprzód w bracie, pewien rodzaj politowania, potém czułego przywiązania. August od dzieciństwa przeczuł że nie będzie szczęśliwą i odgadł: długo po śmierci jéj płakał, a teraz przez pamięć na nią kochał syna!<br?> Siostra Augusta, Aniela, była to żywa, namiętna, cała sercem żyjąca istota. Jak brat rachował każdy krok swój i jego przewidziéć się dające skutki, tak ona niezastanawiała się nigdy nad przyszłością. Chwili święciła lata, uniesieniu jednemu, długie dni żalu i zawodów. Całego jéj życia historja w tych kilku zamknęła się słowach. Piérwsze jéj przywiązanie serca co koniecznie kochać potrzebowało, padło na istotę, niegodną czystego przywiązania, nieumiejącą go ocenić. — Młody, ubogi, rojący wielkie losy przed sobą — Adam pokochał Anielę, któréj miłości dojrzał; pokochał jak kochają młodzi — aby kochać. Miłość ta była bez jutra. — Biédna Aniela zapóźno postrzegła, że się przywiązała do zimnego człowieka bez serca, czyniącego wszystko głową i rozmysłem. Ale cofać się nie czas już było: cała przyszłość biédnéj dziewczyny, rozbiła się o piérwsze nierozważne przywiązanie.
Adam byłby się ożenił z Anielą, Aniela byłaby za niego poszła, ubogiemu, niemającemu dachu i rodziny, dając majątek swój, stosunki i familią; — ale rodzina Anieli niemogła dozwolić na związek, któren niedawał żadnéj rękojmi na przyszłość. — Z téj krótkiéj, pełnéj boleści, a ubogiéj w szczęście miłości. Aniela wyniosła zranione serce, skalaną przyszłość całą, ale nic doświadczenia. Tego doświadczenia ludzi, co raz oparzywszy się, drugi raz na zimno dmuchają. — Ona niemogła nauczyć się ostrożności, bo nią wiodło piérwsze wrażenie, piérwsze wzruszenie. Mąż którego dla Anieli wybrano, skutkiem uwłaczających jéj sławie pogłosek, był tylko wybranym z biédy. Aniela pójść musiała za mąż, poszła po woli rodziców, za człowieka starego, upartego, nieznośnego charakteru, a co gorsza nie bardzo szlachetnego. Wistocie, ze wszystkich wad męża, najtrudniej znieść było Anieli, ten brak szlachetności; jéj, co miała duszę aż do heroizmu czystą, co roiła poświęcenia nieustanne. Ta okoliczność, wkrótce zbrzydziła jéj zupełnie towarzysza życia. Urodził się młody Staś, ale on niezwiązał nowym węzłem, niemogących się złączyć serc, on oddzielił więcéj jeszcze matkę od męża, bo przywiązał nową namiętnością do dziecka. Aniela płakała nad kołyską Stasia, ucząc go modlić się i przelewając weń swoją duszę, która zawcześnie okazywała się matce, rodzoną jéj duszy córką.
W tym czasie, drugi człowiek znalazł się na jéj drodze, co ją sprowadził z świętéj choć ciężkiéj ścieżki obowiązków.
Herman, był sąsiadem starego męża Anieli, Herman egoista, szukający nasycenia, niepatrzący jakim je kosztem okupi. Aniela była piękna i bogata, poznał ją, a exaltując się i uszlachetniając w oczach słabéj kobiéty, znienawidził jéj męża i przywiódł aż do — rozwodu. Ledwie rozwiedziona, postrzegła Aniela swój błąd i zawód. Drugi mąż, był prawie od piérwszego gorszym, jego udana szlachetność, była tylko sukienką od gości; na dni powszedne był człowiekiem zimnym, zepsutym, w nic szlachetnego niewierzącym i szyderskim. Cóż miała począć biédna? Znosiła włożone dobrowolnie na kark brzemię, ale nie długo — zgryzoty wewnętrzne, brak dziécięcia z którym się rozłączyć musiała — a do którego przywiązaną była, jak matka i kobiéta zawiedziona na wszystkiém — zjadły ją wkrótce. — Niszczała blada, kaszląca, smutna i poglądając na pewną i zapowiadającą się widocznie śmierć — aż umarła. — W chwili skonania przyniesiono jéj dziécię, Stasia, i obejmując go rękami zimnemi, kładąc usta sine na jego czole zarumienioném od podróży; — wyzionęła duszę. Zdało się, że ona wprost przeszła w dziecinę, która i twarz matki i charakter odziedziczyła.
Oto dla czego kochał August biédną Anielę, dla czego kochał Stanisława. Teraz powróćmy do naszego salonu, w którym jakeśmy wyżej powiedzieli, znajduje się August, Stanisław i Matylda.
Szary zmrok pada — miga maleńkie światło na kominie — Stanisław z rękoma na krzyż założonemi i spuszczoną głową, ponury przechadza się po salonie powolnie. Czasem staje, wzrusza ramionami nieznacznie, poglądając na Matyldę i znowu chodzi.
August z szczypcami w ręku u komina siedzi, poprawia od niechcenia głownie, zakłada nogę na nogę, zdejmuje z nogi nogę, pokaszliwa, a tajemnie patrzy na Stanisława. Matylda na kanapie, zebrała się w kątek jéj cała, uwinęła w szal od jesiennego chłodu, spuściła głowę na piersi i spokojnie duma coś — Cale to inne dumanie Matyldy — Stanisław, widać z ruchów duma niespokojnie, roi, rozbija przyszłość, zgaduje ją, chciałby szturmem jéj dobyć. Dumanie jego, dumanie człowieka co chce zmiany i gotuje się do niéj. Matyldy ciche marzenie, niewystępujące za brzegi czary domowego szczęścia. Ona albo przebiera swoją złotą i szczęśliwą przeszłość, albo duma o dziecku, co niedaleko śpi w kolébce. Ona sobie obiecała, wszystkie dni jednakowe, spokojna o nic nie prosi Boga, tylko o przedłużenie tego co jest, co ma. August niemyśli o sobie, duma o nich. Wejrzenie jego jeszcze chodzi na zwiady, aby dostać głębszego przekonania o rzeczy którą jednakże wié już dobrze pewnie — ale któréjby jeszcze wierzyć nie chciał. Co chwila powtarza w duchu:
— Nie omyliłem się, tak, tak jest —
— Chwila upływa, milczenie ciągłe, mrok pada coraz ciemniejszy, Staś chodzi, Matylda siedzi, August poprawia na kominie.
— A dopókiż tak milczeć będziemy? ozwał się nareszcie rzucając szczypce i wstając z krzesła.
— O czémże chcecie abyśmy mówili, na téj wsi przeklętéj! zawołał Staś niecierpliwie, tu człowiek zapomina myśléć, oducza się mówić.
— Z kądże u licha ten anti-sielankowy zapał?
— Zkąd? z serca wuju! Potrzeba się urodzić, wychować i nauczyć, być ślachcicem u nas, aby to życie męczeńsko nudne, tyrańsko jednostajne, zabójczo pozbawione ruchu i myśli — wytrzymać? Oczém tu myśléć? o zbiorach, o zasiewach, o przedażach — ależ to powtarzam piekielnie nudne!
— Wszystko jest nudne dla tego, co się duszą niebierze do niczego a znam — dodał wuj — bardzo światłych ludzi, co namiętnie wziąwszy się nawet do gospodarstwa, znajdują w niém prawie szczęście.
— Znałem w uniwersytecie berlińskim — odparł Staś — dwóch przezacnych agronomów, co się oba uszczęśliwiali teorjami swemi i agronomją, choć oba roli i ziemi tyle znali — co ja. Probowali prawda na języku smaku wszystkich ziem, determinowali gatunki marglów i glin — i że byli swoją agronomją szczęśliwi, nie dziwię się, bo mieli zapał naukowy. — A tu co?
— A tu? odparł August — można miéć dwa interessa w gospodarstwie — naukowy, którego nikt nie broni, i pieniężny, który —
— Który, dodał Staś machając ręką, jest najpaskudniejszym i najnieznośniejszym z interessów. Ale wracając do założenia, że na wsi umrzéć a przynajmniéj zwarjować można z nudów.
— Jednak ty bardzo dawniéj wieś chwaliłeś — i życzyłeś sobie mieszkać na wsi.
— Niedoświadczenie wuju! dzieciństwo. A potém, któż wiedział, że u was tak nudne życie wiejskie?
— Życie każde, takiem jest, jakiém go kto sobie uczyni.
— Ale! — kiedy braknie koniecznych warunków, materjałów, aby z niego co zrobić.
— Dyskutujmy więc kategorycznie — jakich że to warunków, jakich materjałów braknie wiejskiemu życiu?
— Ludzi.
— Dziękuję w imieniu sąsiadów i znajomych.
— Są wyjątki.
— Rozumié się, wszyscy przytomni zawsze należą do wyjątków — idźmy daléj — ja przeczę jednak i protestuję przeciw piérwszemu, bo absolutnie tego powiedziéć niemożna — powtóre —
— Powtóre, brak życia — ludzie najznakomitsi rdzewieją, marnieją, w téj atmosferze dusznéj — zsiadłéj — gęstéj a nieruchoméj.
— Czemuż niestaracie się, zamiast narzekać na brak życia, niedostatek jego zapełnić, wzbudzić je?
— Tego nigdy jeden człowiek nie zrobił.
— Wszelka odmiana od jednego się poczyna, a siłami wszystkich kończy.
— Chcesz mnie zupełnie zbić na miazgę wujaszku, ale się nie dam — czemuż dotąd nigdzie nikt tego nie zrobił?
— Sprobuj jeźli masz ochotę.
— Ja mam ochotę korzystać z gotowego, nie pracować.
— Nigdzie zupełnie gotowego po myśli swojéj nie znajdziesz.
— Ale w mieście przynajmniéj człowiek żyje jak chce, wybiéra kogo chce.
— Stary przesąd — pomiarkuj tylko — zupełnie tak jak na wsi, człek nie jest panem swéj woli. — Powiadacie że w mieście, człek przyjmuje kogo chce tylko — bajka. Tysiąc drobnych okoliczności, czyni go niewolnikiem najmniéj miłych mu osób i towarzystwa — a i na wsi można się pozbyć natrętów — znudzonemu samym sobą wszędzie źle.
— Szczérze za takiego mnie masz wujaszku.
— Trochę — Bo pytam się ciebie, alboż na wsi, nie możesz mieć xiążek, gazet, sztuki, towarzystwa.
— O! zmiłuj się! towarzystwa!
— Obstaje przy tém, prawie wszędzie —
— Stosownego?
— Mało osób, ale do serca wybrać można, świat nie jest pusty, a gdy się jest w kraju własnym, gdzie tyle sympatij nas wiąże.
— Ale kiedy niéma sympatij.
— Żadnéj?
— Żadnéj a żadnéj. — Cóż w takim razie.
— Pójść i w łeb sobie wypalić, — zimno odpowiedział zniecierpliwiony trochę August.
— O! na to heroiczne lekarstwo się niezgadzam, odparł Staś.
— Dla ciebie jednak Stasiu, innego już trudno znaléźć, napadła cię choroba wieku naszego, spleen, spleen serdeczny, przesyt, nuda, niewyleczone — Zdaje ci się żeś wszystko widział, czuł, zbadał, i nic ci na żywność więcéj nie pozostało, żeś skazany na przeżuwanie strawionych pokarmów.
Mój Boże! Tylko co żonaty, niedawno ojcem zostawszy, ledwie poczynając życie, niedoświadczywszy. —
— Jakto, nic niedoświadczywszy?
— Cóż to! i odrobina! rzekł pogardliwie prawie August.
— Odrobina! całe lata cierpiéć, tyle wzruszeń.
— Zwykły życia początek.
— Nielitościwyś wuju.
— Zarozumiałyś kochany siostrzanie.
— Ale kochany wuju — miałbym prawo.
— Masz prawo dziękować Bogu za swoje szczęście i pełną piersią niém oddychać — Staś wzruszył ramionami.
W téj chwili wniesiono świéce do pokoju.







  1. Patrz Pamiętniki Benvenuto Cellini.
  2. Chcę mówić uczucia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.