<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Męczeńska włóczęga
Pochodzenie Ludzie, zwierzęta, bogowie, tom I
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XII.
WŚRÓD SOJOTÓW.

Tubylcy Urianchaju, Sojoci, szczycą się tem, że są prawdziwemi buddystami i roznosicielami idei świętego Ramy i mądrego Sakkia Muni. Sojoci — odwieczni wrogowie wojny i przelewu krwi ludzkiej, przed wiekami woleli porzucić swoją ojczyznę, niż ustąpić żądaniom krwawego zdobywcy Dżengiz-Chana, marzącego o utworzeniu sojockiej konnej armji. Sojoci prawie wymarli, lecz na rękach pozostałych niema śladów krwi ludzkiej. Nieprzepartym wstrętem do wojny Sojoci walczyli z duchem zniszczenia i mordu. Nawet bezwzględni, surowi gubernatorzy chińscy nie potrafili zastosować w Urianchaju swych krwawych praw, nie znających litości.
Sojoci nie zmienili swoich obyczajów i wtedy nawet, gdy szalejący Rosjanie, niszcząc własną ojczyznę, wnieśli do Urianchaju zarazę mordu i grabieży. Uchodzili ze swemi stadami, z dobytkiem i rodzinami na południe pod Tannu-Ołu, dążąc do ziemi „nojonów“ (książąt) Soldżaku i Kemczyku. Wschodni szlak tego wychodźtwa ciągnął się doliną Biuret-Ho. Prawie codzień spotykaliśmy rodziny sojockie, uciekające od partyzantów konno i na wielbłądach, wiozące swój majątek na „arbach“ (dwukołowych ciężkich wozach), które ciągnęły bawoły lub jaki. Na pastwiskach górskich pasły się uprowadzane stada i tabuny koni. W miejscach nieuczęszczanych dotychczas, widniały ślady sojockich biwaków. Szybko zdążaliśmy na wschód, jadąc ścieżką, wijącą się brzegiem Biuret-Ho; po dwóch dniach zaczęliśmy się wspinać na szczyt wysokiego łańcucha górskiego, oddzielającego dolinę Biuret-Ho od rzeki Hargi, pozostawiając wtyle Sojotów, powoli dążących ze stadami i „arbami“.
Przejście przez te góry było bardzo strome i obfitowało w leżące na ścieżce olbrzymie, obalone uderzeniem pioruna lub porywem wichru modrzewie oraz w bagna, co w bardzo przykry sposób przeszkadzało naszemu przejściu przez przełęcz. Nieraz byliśmy zmuszeni w ciągu kilku godzin jechać staczającemi się w przepaść ławicami kamiennemi, pośród olbrzymich głazów, przyniesionych niegdyś przez lodowce, które tu przed tysiącoleciami topniały. Kilkakrotnie podczas przedzierania się przez takie „moreny“, drżeliśmy z obawy, że konie nam padną od znużenia. Ścieżka biegła niekiedy samym brzegiem przepaści, a z pod nóg końskich zrywały się i pełzły nadół lawiny piasków ruchomych i drobnych kamieni.
Jadąc przez jedną z takich stromych gór, składającą się z pokładów ruchomego piasku, byliśmy zmuszeni zsiąść z koni i biec około dwóch kilometrów, prowadząc konie za uzdy. Chwilami wyczuwaliśmy, jak ziemia całą swą masą szybko spełzała w przepaść. Nogi aż do kolan grzęzły w piasku, i dość było jednego nieostrożnego kroku, jednego nieobmyślonego ruchu, aby ten piasek, dążący ku stromemu urwisku, porwał nas i zrzucił w przepaść. Taki los spotkał jednego z naszych koni ciężarowych, który zbyt głęboko ugrzązł w piasku i nie mógł już walczyć z jego ruchem i lawirować. Lawina runęła wraz z nieszczęśliwym koniem w przepaść. Usłyszeliśmy trzask łamanych drzew, a po chwili z zakrętu ścieżki dostrzegliśmy zdruzgotane ciało konia, przebitego nawskroś pniem cienkiej brzozy. Biała kora drzewa była zbroczona krwią, a pod niem leżały wnętrzności konia. Z wielkim trudem udało się nam dotrzeć na dno przepaści, by zabrać siodło i worki z pożywieniem.
Nieco dalej stanęła i nie mogła już iść jedna ze szkap ciężarowych, która towarzyszyła nam od rosyjskiej granicy Urianchaju. Nie pomogły krzyki i bicie. Koń stał ponury i drżący. Zdjęliśmy z niego siodło i ciężary. Stał jeszcze kilka minut, a później się położył.
Właśnie wówczas zbliżyli się do nas jacyś Sojoci. Bardzo uważnie zbadawszy i zmacawszy nogi, grzbiet i głowę konia, zawyrokowali:
— Ten koń już nigdy dalej nie pójdzie. Mózg wysechł mu od znużenia.
Rozstaliśmy się z naszym starym towarzyszem niebezpiecznej podróży.
Z wysokiej góry ujrzeliśmy go jeszcze raz.
Wydał się nam czarną, nieruchomą plamą na brunatnej trawie, przyprószonej śniegiem; leżał w tem położeniu, w jakiem go zostawiliśmy.
Nocą wilki pewno przerwały nić jego smutnego życia, gdyż mnóstwo śladów tych drapieżników widniało wszędzie na śniegu i na błotach.
Wieczorem wjechaliśmy na bardzo malownicze płaskowyże, porosłe wspaniałym lasem modrzewiowym, przypominającym park angielski.
Wkrótce spostrzegliśmy na niewysokim pagórku kilka sojockich „jurt“, pokrytych korą, co świadczyło, że trafiliśmy na koczowisko myśliwych. Przez śpiczaste wierzchołki szałasów wznosił się dym. Po chwili kilku Sojotów ze strzelbami w rękach wybiegło z jurt i skierowało się ku nam.
Wzburzonemi głosami zaczęli objaśniać, że miejscowy książę-nojon Soldżaku, rozkazał nikogo nie wpuszczać w granice swoich posiadłości, ponieważ wiedział, że mogą przyjść „źli ludzie“, którzy zabijają i rabują.
— Powracajcie tam, skąd przybyliście — radził nam stary Sojot, z trwogą patrząc na mnie.
O wykonaniu tej rady nie mogło być nawet mowy, choćby z tego powodu, że dojść tam, skąd przybyliśmy, było absolutnie niemożliwe, a co najważniejsze, dlatego, że szliśmy na Wschód i musieliśmy tam dojść.
Przerwałem w sposób rozkazujący sprzeczkę, która wynikła pomiędzy Sojotami a rosyjskimi oficerami z powodu zarządzenia nojona, i zapytałem, wskazując na dolinę, przeciętą niebieską wstęgą zamarzniętej rzeki:
— Jak się nazywa ta rzeka?
— Ojna! — odpowiedział stary Sojot. — Tu się zaczynają posiadłości nojona Soldżaku, i na przeciwległy brzeg zakazano nam przepuszczać obcych.
— Rozumiem! — odparłem spokojnie. — Lecz spodziewałem się, że prawo gościnności jest u Sojotów w poszanowaniu, a więc pozwólcie nam rozgrzać się i pożywić w jurtach, przy waszych ogniskach.
— Prosimy! Prosimy! — zawołali Sojoci i poprowadzili nas ku swoim siedzibom.
W drodze zdążyłem poczęstować starego Sojota papierosem, a innemu ofiarowałem pudełko z kilku zapałkami. Wszyscy szliśmy kupą i tylko jeden tubylec, opierając się na strzelbie, z trudem wchodził na pagórek i co chwila przystawał, wycierając twarz rękawem kożucha.
— Chory? — zapytałem.
— Tak! — ze smutkiem w głosie odparł stary. — To mój syn — Ereksen. Już mija tydzień, jak płynie mu krew nosem. Osłabł doszczętu...
Zatrzymałem się i zawołałem młodego Sojota.
— Rozepnij kożuch! — rozkazałem. — Obnaż piersi i szyję, a twarzą zwróć się do nieba!
Chory natychmiast wypełnił rozkaz, ja zaś nacisnąłem mu tętnicę i po paru minutach powiedziałem:
— Krew zatrzymana i więcej nie będzie ci płynęła. Idź do jurty i połóż się!
Krwotoki z nosa często można zatamować w taki prosty sposób, lecz „magiczne“ działanie moich palców wywarło olbrzymie wrażenie wśród Sojotów.
— Ta — Lama! Ta — Lama! (wielki lekarz) — zawołał stary Sojot, nisko schylając przede mną głowę.
W jurcie wyjodynowałem nos mego pacjenta i wtedy dopiero przystąpiłem do picia herbaty. Stary gospodarz uporczywie milczał, myśląc nad czemś poważnem. Wreszcie odszedł nabok i długo naradzał się z resztą Sojotów.
Gdy powrócił, zwrócił się do mnie z następującemi słowami:
— Żona nojona chora na oczy. Myślę, że nojon będzie rad „Wielkiemu Lekarzowi“. On chyba mnie nie ukarze? Przecież, rozkazano nie puszczać „złych ludzi“, a dobrych można?
Nie zdradzając swej radości z powodu takiego rozumowania, odrzekłem chłodno:
— Uczynisz, jak zechcesz. Ja umiem dobrze leczyć oczy, lecz skoro nie wolno przekroczyć Ojny, pojadę innym szlakiem.
— Nie! Nie! — już z przerażeniem zawołał Sojot. — Ja sam was poprowadzę do nojona. Ta — Lama! Ta — Lama!...
Usiadł przy ognisku, koło którego krzątała się młoda o czerwonej twarzy kobieta, zapalił długą fajkę, zrobił dwa pociągnięcia i, otarłszy cybuch rękawem, podał mnie. Przyjąłem, jeszcze raz wytarłem cybuch i udałem, że palę. Następnie stary Sojot poczęstował fajką wszystkich moich towarzyszy, otrzymawszy wzamian od każdego z nas papierosa, trochę tytoniu fajkowego i zapałki. Przyjacielski stosunek nawiązał się szybko.
Wkrótce w jurcie natłoczyło się tylu Sojotów — mężczyzn, kobiet i dzieci, oraz psów, że nie było można się poruszyć.
Zjawił się jakiś krótko ostrzyżony i ogolony lama, ubrany w szeroki płaszcz karmazynowy z różańcem, owiniętym dokoła prawej ręki. Jego ubranie i wygląd wyróżniało go pośród tłumu brudnych Sojotów z warkoczami i w wojłokowych czapkach, upiększonych ogonami wiewiórek.
Lama był bardzo grzeczny dla nas, lecz spoglądał łapczywie na nasze złote obrączki ślubne i na zegarki.
Postanowiłem skorzystać z tej cechy skromnego kapłana Buddhy.
Poczęstowawszy go herbatą z sucharami, nawiązałem rozmowę o dobrych koniach sojockich, zaznaczywszy, że potrzebuję nabyć jednego.
— Kupcie ode mnie, mam dobrego konia, nazywa się „Toruch“ — rzekł lama. — Tu na Ojnie wszyscy go znają. Lecz uprzedzam, że pieniędzy nie wezmę, zamienić się zaś mogę.
Zaczął się targ i trwał bardzo długo. Wreszcie nabyłem bardzo dobrego i mocnego gniadego konia sojockiego i młodego kozła, oddawszy lamie złotą obrączkę, nieprzemakalne palto i skórzaną torbę.
Tu, na Ojnie, po raz pierwszy spróbowaliśmy prawdziwej azjatyckiej kuchni. Przywleczono tłustego barana, i w mgnieniu oka Sojoci już go piekli na węglach, gotowali w dużej misie żelaznej, z wnętrzności przyrządzali jakąś polewkę, w której gotowały się napoczekaniu zrobione kiełbaski z flaków i z tłuszczu. Po sutej kolacji i bardzo zimnym noclegu nazajutrz po południu ruszyliśmy dalej, prowadzeni przez starego Sojota.
Droga biegła doliną rzeki Ojny.
Stary opowiedział nam, że ta dolina łączyła się na wschodzie z obszerną kotliną świętego i tajemniczego jeziora Teri-Nur. Droga była łatwa do jazdy, a mimo to wkrótce przekonaliśmy się, że wierzchowiec mego towarzysza i mój, a także jeszcze trzy konie z oddziału w najlepszym razie dojdą tylko do siedziby nojona, gdzie znów nas będzie oczekiwała przykra procedura nabywania świeżych.
Zjawiły się stada i tabuny.
Coraz częściej widzieliśmy osiedla sojockie. Miejscowość była gęsto zaludniona, gdyż wszędzie spotkaliśmy doskonałe pastwiska, jak w dolinach, tak też i na górskich halach.
Zbliżaliśmy się do siedziby księcia Soldżaku. Przewodnik pojechał naprzód, aby uprzedzić nojona o naszem przybyciu.
Chociaż stary był przekonany, że nojon ucieszy się z przybycia „Ta-Lamy“, jednak na jego twarzy malowały się niepokój i trwoga, gdyż wiedział, że za każde przekroczenie rozkazu księcia mógł dostać dużą porcję kijów bambusowych.
Po paru godzinach, dążąc drogą, wskazaną przez naszego przewodnika, zobaczyliśmy wielkie granatowe jurty z żółtemi i niebieskiemi flagami powiewającemi nad niemi: domyśliliśmy się, że przed nami jest koczownicza stolica nojona księstwa Soldżaku.
Spotkaliśmy pastucha, pędzącego spore stado ogromnych jaków i sarlyków.[1] Ci mieszkańcy tajemniczych gór Tybetu ponuro, niedowierzająco i złowrogo spozierający, rozstępowali się przed nami. Były to olbrzymy z pasmami długich, jak grzywa, włosów na bokach, ze wspaniałemi końskiemi ogonami i z długiemi, ostremi rogami, zawsze groźnie nastawionemi.
Wreszcie z krzaków wynurzył się nasz Sojot. Twarz jego promieniała radością. Wymachując rękami, wołał:
— Nojon prosi ta-lamę, aby był jego gościem, i zaprasza wszystkich jego przyjaciół do swoich jurt! Nojon bardzo się ucieszył!
Musiałem pomyśleć o dyplomacji.
Gdy podjechaliśmy do dużej, granatowej jurty księcia, spotkało nas dwóch urzędników, z kitami pawich piór na śpiczastych czapkach mongolskich, które w niewyjaśniony sposób trzymają się tak mocno na okrągłych czaszkach tubylców. Urzędnicy z uniżonemi ukłonami prosili cudzoziemskiego nojona — „wielkiego lekarza“, aby wszedł do jurty nojona, władcy Soldżaku i opiekuna Darchat-Uła.
Razem z towarzyszem-agronomem weszliśmy do księcia. Był to mały, wychudły i wyschły staruszek, krótko ostrzyżony i gładko wygolony. Miał na głowie bogatą czapkę bobrową ze śpiczastym żółtym jedwabnym wierzchem, na którego szczycie była czerwona gałka, oznaczająca wysoki stopień w biurokracji chińsko-mongolskiej. Od tej gałki poziomo zwieszała się wspaniała kita z długich piór pawich. Książę był w ogromnych okularach chińskich w czarnej oprawie rogowej. Siedział nieruchomo i poważnie na niskiej czerwonej sofie i powoli przebierał palcami paciorki różańca. Książę Soldżaku był lamą i jednocześnie hutuhtą (przeorem) klasztoru w pobliżu Teri Nura.
Gdy weszliśmy, nojon łaskawie nas powitał, kazał podać dla nas niskie taburety, posadziwszy nas twarzami do ognia, palącego się w bronzowym piecyku.
Księżna — bardzo przystojna, o cerze białej, niezwykłej u kobiet mongolskich, i z długiemi warkoczami, częstowała nas herbatą, ciastkami chińskiemi i sojockim suchym i twardym, jak kamień, serem. Zjawiły się tradycyjne fajki gościnności, lecz sam książę — lama nie palił: przyjął ode mnie moją fajkę, potrzymał ją w ręku i zwrócił wraz ze swoją tabakierką w formie kosztownego flakonu z zielonego nefrytu, z wyrzeźbionym na nim smokiem chińskim.
Gdy pierwsza etykieta była skończona, zapanowało milczenie. Czekaliśmy na odezwanie się księcia — nojona.
Poważnym głosem zadał kilka zwykłych pytań: czy pomyślnie podróżujemy, jak zdrowie jeźdźców, koni, i wreszcie, otrzymawszy odpowiedź, zapytał o nasze dalsze zamiary.
Opowiedziałem mu o wszystkiem z całą szczerością i prosiłem o okazanie nam gościnności, tak potrzebnej dla wypoczynku ludzi i koni.
Nojon obiecał swoją opiekę i natychmiast rozkazał postawić dla nas cztery jurty.
— Słyszałem — rzekł — że cudzoziemski nojon jest znakomitym lekarzem?
— Umiem leczyć niektóre choroby — odrzekłem — i mam ze sobą trochę lekarstw. Lecz nie jestem lekarzem, tylko uczonym w zakresie innych nauk.
Nojon jednak tego nie mógł zrozumieć. Leczę, a więc jestem lekarzem.
— Moja żona — zaczął znowu — już od dwóch miesięcy jest chora na oczy. Niech ta-lama poradzi na tę dolegliwość.
Obiecałem uczynić wszystko co będzie w mojej mocy, i prosiłem księżnę o pokazanie mi chorych oczu. Stwierdziłem zwykłe zapalenie błony śluzowej powiek, którego dostała od ogólnego brudu i dymu ogniska w jurcie, od czego nie są wolni nawet księżęta Sojotów.
Po rozkulbaczeniu koni, przystąpiłem do czynności eskulapa.
Starannie przemyłem ropiące się oczy wodą z mydłem i z kwasem bornym, a później wpuściłem trochę kropli cynkowych, poradziwszy pacjentce leżeć kilka minut z zamkniętemi oczyma i z zimnym okładem na powiekach. Obiecałem wieczorem wstąpić i powtórzyć leczenie.
— Proszę ta-lamę, bardzo proszę wyleczyć mnie! — zwróciła się do mnie księżna z gorącą prośbą w głosie. — Niech ta-lama nie porzuca nas aż wyleczy! Damy baranów, mleka i mąki, ile zażądacie, tylko niech ta-lama wyleczy! Teraz często płaczę... Miałam prześliczne oczy, i mój mąż, nojon, zawsze powtarzał, że one płoną, jak gwiazdy na niebie. Teraz stały się czerwone. Ja tego nie przeżyję!
Przy tych słowach księżna bardzo mile tupnęła nóżką, a później kokieteryjnie przez łzy uśmiechnęła się do mnie i zapytała:
— Wyleczy? Tak?
Charakter i postępowanie pięknej kobiety wszędzie są jednakowe, czy to w wesołej Warszawie, czy na Nowo-Yorskim Broadway‘u, czy na brzegach Tamizy, czy w Paryżu, czy też w dzikim, chmurami spowitym Tannu-Ołu, w wojłokowej jurcie piękności sojockiej, księżny Soldżaku i Darchat-Uła!
— Będę się starał! Będę się bardzo starał „inyń“ (władczyni)! — zapewniał świeżo upieczony okulista.
Popasaliśmy tu, na brzegu zimnej, szalonej Hargi dziesięć dni, otoczeni dowodami gościnności i przyjaźni rodziny książęcej. Oczy księżny, które swoim blaskiem zwiodły przed ośmiu laty z drogi celibatu już mocno podstarzałego nojona-lamę, przestały się ropić, zniknęły czerwoność, stan zapalny i nieprzyjemny, ostry ból. „Inyń“ nie posiadała się z radości i nie wypuszczała z rąk zwierciadła, w zachwycie się sobie przyglądając.
Nojon podarował mi pięć dość dobrych koni, dziesięć baranów i duży worek mąki, z której natychmiast napiekliśmy sucharów.
Mój towarzysz-agronom dał mu za to nowy 500-rublowy banknot rosyjski bardzo piękny i barwny, lecz nie mający dla nas żadnej wartości, bo bolszewicy zburzyli system pieniężny; ode mnie zaś książę dostał niewielki kawałek rodzimego złota, znalezionego w łożysku małej rzeczki, i kieszonkowy rewolwer z dziesięciu nabojami.
Cała rodzina i urzędnicy księcia odprowadzali nas do „kure“ (klasztoru), położonego o piętnaście kilometrów od koczowiska władcy Soldżaku. Prowadził Sojot, wysłany przez nojona z rozkazem konwojowania nas aż do Kosogołu.
Nie zatrzymaliśmy się w „kure“, lecz około „duguna“ — chińskiej osady handlowej. Chińscy kupcy, patrząc na nas zpodełba, zaczęli nastręczać różne towary, szczególnie kusząc nas okrągłemi, glinianemi „łanchonami“ (karafkami) z „majgoło“, słodką, chińską wódką anyżową. Nie mieliśmy ani srebra w kawałkach, ani chińskich kałgańskich dolarów papierowych, więc ze smutkiem spoglądaliśmy na apetyczne „łanchony“. Nojon jednak rozkazał dać nam pięć butelek i zapisać je na swój rachunek osobisty.
Później, podczas wieczorów zimowych, nieraz wspominaliśmy bardzo wdzięcznie starego nojona, racząc się słodką wódką z gorącą herbatą, i trzeba przyznać, że nikt z oddziału nie był obojętny dla sympatycznych „łanchonów“ które starannie owijano w szmaty i w suchą trawę, żeby się nie stłukły w naszych worach skórzanych.
Niech nie oburzają się moraliści i przeciwnicy alkoholu! Nadużycia alkoholu nie było!
Pomyśleć tylko: pięć „łanchonów“ i osiemnaście zdrowych, bezdennych gardzieli! Oprócz tego — mróz od 15—20 stopni i czternaście godzin dziennie na siodle!
Lecz dość usprawiedliwień, gdyż widzę, że moraliści już się uspokoili i nie oburzają się wcale...





  1. Mieszana rasa bydła rogatego, pochodząca od krów i jaków.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.